DRUKUJ

 

Kasa była chora, czyli NFZ

Publikacja:

 04-09-24

Autor:

 Czarny_T_K
- Ząb mnie boli... - wymamrotałem po raz kolejny tego dnia, patrząc z zawiścią na rodziców. Tak, skonstatowałem, to przez nich to wszystko - gdyby umieli wychować porządnie dziecko i przypilnować, żeby od maleńkości codziennie dwa razy (rano i wieczorem, a najlepiej to jeszcze po każdym posiłku) myć zęby przez co najmniej dwie minuty, to teraz by nie było problemu.
- Ząb mnie boli...
Pierwszy złamał się ojciec:
- Cholera jasna... – mruknął półgębkiem, odkładając gazetę i szukając prawa jazdy – Zaraz cię gdzieś zawiozę, tylko się zamknij na chwilę!
Posłusznie zamknąłem więc dziób na kłódkę, mimo, iż na usta cisnęły mi się ironiczne uwagi, gdy odjeżdżaliśmy od kolejnego zamkniętego w tę piękną, ciepłą sobotę gabinetu prywatnego z tabliczką „do 13” na drzwiach i zegarem wskazującym jedenastą w głębi.
W akcie desperacji postanowiliśmy pójść nawet do „Centrum Medycznego” gdzie, jak powszechnie wiadomo, specjaliści przyjmują m.w. przez pół godziny w tygodniu. No, może godzinę, jeśli się zasiedzą. Mimo wszystko jednak mieliśmy nadzieję, że trafimy w godziny urzędowania dentysty. Nadzieja okazała się próżna – czy ktoś to mógł przewidzieć? Jednak nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło (czy jakoś tak)...
W „Centrum” spotkaliśmy miłą panią recepcjonistkę, która opowiedziała nam o nowo wybudowanej przychodni, w której to otrzymamy doraźną pomoc stomatologiczną. Na miejscu okazało się, że, rzeczywiście, zbudowano nową przychodnię, rzeczywiście w soboty, niedziele i święta przyjmują całą dobę. Nie miała jednak racji mówiąc, że otrzymamy tam pomoc, bo przychodnia była najzwyczajniej w świecie... zamknięta. Mimo, że była otwarta. Oczywiście, mogło się zdarzyć, że trzeba było nacisnąć taki mały guziczek z głośniczkiem, znajdujący się nieopodal wejścia, ale to byłoby oczywiście zbyt banalne, więc wróciliśmy do domu.
Po powrocie postanowiłem, że najlepszym sposobem na pozbycie się bólu, będzie jego przespanie, tak więc łyknąłem sobie listek Apapu (tego dużego, 12- tabletkowego) i poszedłem lulu. Nie było mi jednak dane długo odpocząć po nieprzespanej nocy, albowiem do mojego pokoju zajrzała twarz w okularach oznajmiając, że jedziemy do dentysty. Powtórka z rozrywki, pomyślałem, ale zwlokłem się z łóżka i poszedłem w ślady za rodzicielem. Otóż, jak się okazało, dzwonił on chwilę przedtem do tej całej przychodni i jednak najwyraźniej ktoś tam urzędował. Tak więc pełni nadziei pojechaliśmy po raz kolejny na ulicę, nomen omen, Świętokrzyską, do tego sanktuarium bólu i cierpienia, jakim jest gabinet stomatologiczny. Wspomniałem już o złudnych nadziejach? Okazało się po przybyciu na miejsce, że pani doktor ma akurat przerwę obiadową do czternastej, tak więc gdy o 14:20 wreszcie przyszła zaczynałem już się z lekka denerwować. No, ale koniec końców wreszcie zasiadłem na krześle ele... dentystycznym. Pani stomatolog, która swoją drogą pierwszej młodości już raczej nie była, najpierw opieprzyła mnie ostro, że tak mało dbam o uzębienie, a potem postanowiła, że zęba trzeba zatruć i w ciągu 2 tygodni zgłosić się do swojego dentysty w celu dalszego leczenia. Ponieważ poniżej 18 roku życia leczenie kanałowe jest refundowane, to nie ma się czym martwić. Potem nałożyła mi na ząb coś w stylu gipsu i puściła wolno.
No cóż, doktor mówi, pacjent słucha. W czwartek wreszcie zdecydowałem się pójść do dentysty. W końcu – w zdrowym zębie zdrowy duch. Zadzwoniłem wcześniej do kilku osób i odrobinę zorientowałem się w temacie. Otóż gabinet otwierany jest o 8 rano, a rejestracja odbywa się pół godziny wcześniej, jednak przyjmowanych jest jedynie dwanaścioro pacjentów dziennie, czyli kto pierwszy ten lepszy. Dlatego też rano wstałem o szóstej i dumny z siebie samego o 7:30 wszedłem w podwoje Przychodni nr 8, skierowałem się na piętro do gabinetu nr 12 i grzecznie spytałem, czy można się jeszcze rejestrować.
- Niestety, mamy już komplet – odparła pani doktor, trzaskając jakimiś wiertłami o blachę.
Pożegnałem się zatem, odwróciłem na pięcie i wyszedłem, rzucając krótkie spojrzenie na rządek szczęśliwców, siedzących przed gabinetem.
Następnego dnia postanowiłem, że nie dam się tak łatwo. Wstałem godzinę wcześniej, tak więc po zgramoleniu się z łóżka i przyjeździe do przychodni na zegarku widniała za pięć siódma. Przed gabinetem kłębił się tłum jak na koncercie rockowym. Korytarz był w tym miejscu raczej wąski, więc część ludzi stała nawet na schodach. Pod pretekstem udania się do ubikacji przepchnąłem się zatem trochę bliżej. Na dwie minuty przed siódmą poziom adrenaliny podskoczył do niebotycznego wręcz poziomu. Czułem jak moje nadnercza pompują jej do krwi hektolitry...
Stało się. Siódma. W drzwiach gabinetu zazgrzytał zamek, a tłum ruszył do boju. Jednym okiem starałem się obserwować drzwi. Jakiś facet się przedostał, za nim kobieta z dzieckiem. Potem jakiś starszy gościu i jakaś dziewczyna. Dwóch facetów zaraz przy wejściu się pobiło, z czego skorzystała wyzywająco pomalowana kobieta. Największą furorę zrobił jednak facet poruszający się o kuli – taka to się jednak czasem przydaje! W każdym razie, gdy spocony, zziajany, podrapany i poobijany dotarłem do gabinetu, usłyszałem tylko miły głos pani doktor: Przykro mi, mamy komplet. Zrezygnowany, chcąc nie chcąc musiałem wrócić do domu.
Postanowiłem, że dłużej tak być nie może. Przez weekend będę miał chyba dość czasu, żeby się na to wszystko przygotować. Kupiłem więc zapas kawy i śmietanki, porobiłem parę przysiadów i zamówiłem budzenie na czwartą. Kiedy jednak rano, zataczając się, wsiadałem do autobusu czułem, że tym razem zwyciężę! Gdy dotarłem przed drzwi gabinetu było wpół do szóstej.
- Tak! – pomyślałem w euforii – Jestem pierwszy! – po czym rozsiadłem się wygodnie na krzesełku najbliżej drzwi do pokoju nr 12. Oczywiście nie wziąłem nic do poczytania, więc znudzenie i senność szybko pokonały kawę z cukrem i śmietanką. Dlatego też w momencie, gdy po otwarciu oczu zobaczyłem, że głowa zwisa mi pod dziwnym kątem, a wokół jest tak jakby... jasno, natychmiast zerwałem się na równe nogi.
- Cholera, - pomyślałem – przespałem całą akcję!
W przekonaniu utrzymywała mnie totalna pustka na korytarzu. Zerknąłem na zegarek i osłupiałem – była za trzy siódma!
- Coś mi tu nie gra – stwierdziłem, po czym niepewnie spojrzałem na drzwi do gabinetu. To, co tam ujrzałem dobiło mnie już całkowicie. Wisiała na nich bowiem niewielka karteczka z napisem: w dniach 9-18.08 gabinet nieczynny z powodu urlopu.
Dość tego, zdecydowałem, następnym razem, gdy rozboli mnie ząb, pójdę do jakiegoś kowala, niech mi wyrwie od razu pół szczęki. Po coś w końcu się te składki ubezpieczeniowe chyba płaci, nie?

Data:

 10.08.2004

Podpis:

 Czarny

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=9276

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl