DRUKUJ

 

ZA 12 GODZIN SKOŃCZY SIĘ ŚWIAT

Publikacja:

 04-09-19

Autor:

 nexus1
ZA 12 GODZIN SKOŃCZY SIĘ ŚWIAT


Hagardzie Hill za 12 godzin skończy się świat- usłyszał w swojej głowie dziwny głos, który nie należał do niego.
-I co z tego?- odpowiedział w myślach. Świat nie był ostatnio dla niego łaskawy i wiadomość o tym, że nagle mógłby przestać istnieć nie wzbudziła w nim wielkich emocji.
Wyszedł na ulicę z przytułku św. Wojciecha, w którym spędził noc i z rękoma w kieszeni ruszył ulicą w stronę centrum miasta. Świat wydawał się normalny i niezagrożony. Ludzie, jak co rano spieszyli się do swoich obowiązków, swoich zajęć, zdradzonych żon i pieniędzy, które pragnęli pomnażać. I tylko tacy jak on bez pośpiechu zaczynali dzień nie przeliczając go ani nie planując dalej niż kilka minut do przodu. Dla niego będzie jednym z kolejnych, gdy znudzony posiedzi w parku do południa a potem uda się na bezpłatny posiłek do kościoła ewangelistów. Wracając postoi pewnie chwilę przed sklepem z TV i obejrzy przez szybę wiadomości. Kiedy sklepikarz odgoni go od wystawy, zacznie myśleć o tym gdzie spędzić noc i jak zdobyć kolejnego papierosa. Może pójdzie do sióstr elżbietanek lub na przedmieścia gdzie mieściła się miejska noclegownia dla bezdomnych. Jeżeli dyżuru nie będzie miała Helga, wpuszczą go na noc i zostanie tam do rana. A jeżeli nie to cóż, pójdzie na dworzec i wkradnie się do jednego z wagonów kolei podmiejskiej. Lubił jak czasami wyciągali go z tych pociągów i wsadzali do więzienia na kilka długich godzin. Zyskiwał w tym czasie ciepły prysznic i śniadanie. Lecz ostatnio nie mógł się do nich dostać, bowiem były zbyt dobrze strzeżone przez ochraniarzy.
Dla niego świat przestał już dawno istnieć i nie miało to znaczenia, w którym momencie to rzeczywiście nastąpi..
Po drugiej stronie ulicy zobaczył dwóch mundurowych. Przystanęli i przyglądali mu się z uwagą. W ich oczach wyglądał na włóczęgę i wcale nie wiele się mylili w swoich ocenach. Jego brudne i podarte ubranie, nieogolona twarz i ręce, wychudzona sylwetka nie sprawiały dobrego wrażenia. Aby uciec od nich wzrokiem skręcił w pierwszą boczną uliczkę, gdzie ruch był mniejszy a domy i wystawy mniej ekskluzywne. Tutaj przynajmniej mniej wzbudzał swoją osobą zainteresowanie innych, którzy byli bardziej przyzwyczajeni do widoków ludzi takich jak on. Czasami nawet współczuli i dawali coś do jedzenia wiedząc, że tacy jak on czekają już tylko na własną śmierć.
Starał się nie zaglądać ludziom zbyt głęboko w oczy, gdyż wtedy obawiali się tego, że zatrzyma przy nich i zażąda pieniędzy.
Kiedyś próbował tak robić, lecz zjawiała się wtedy policja, poczym zakuwali go w kajdanki i prowadzili na posterunek. A tam zamiast wsadzić do paki obijali mu twarz i wywozili po za miasto, by podczas powrotu dobrze mógł przemyśleć swoje postępowanie
Taki ten popieprzony świat, że nawet w więzieniu nie należał mu się spokój. Tacy jak on byli nieszkodliwymi włóczęgami, którzy próbowali wykorzystywać państwo i naciągać je na niepotrzebne wydatki. Im nie należała się nawet cela, tylko kilka razy po pysku i porządny kop w tyłek na pożegnanie.
Niech więc skończy się ten popaprany świat i da mu wreszcie spokój.
Szedł dalej coraz bardziej oddalając się od Centrum. Już nie miał ochoty tam iść. Pewnie i tak nie dotarłby do głównego placu. Kilka ulic dalej zatrzymano by go, po czym grzecznie powiedziano by poszedł tam gdzie chcą go oglądać. Czyli oznaczało to tylko jedno miejsce, miejskie przedmieścia w pobliżu wysypiska śmieci i składowiska środków chemicznych. Tam, chociaż było mniej ludzi, jakieś ogniska i czasami trafił się gość z pieczonym królikiem na ruszcie. Jeżeli był równy to udawało mu się pogadać chwilę i dostać jakiegoś kęsa. A on umiał sobą zainteresować innych tym co mówił o świecie, który dla nich na poczekaniu wymyślał.
Ale rzadko trafiał na inteligentnych włóczęgów. Najczęściej byli to zwykli alkoholicy popijający ścieki z miejscowej wytwórni spirytusu. Kaszlący i ziejący ogniem odganiali takich jak on kijami i obelgami. Mimo że sami byli włóczęgami niepotrzebnymi nikomu, strzegli swojego azylu i nie dopuszczali nikogo, kto mógłby im w jakikolwiek sposób odebrać niezależność.
Czasami myślał, że na takich jak on powinno się dokonywać przymusowej eutanazji. gdyż tylko wzbudzali litość wśród niewielkiej grupy ludzi, która prowadziła przytułki i dobre kościoły dla biednych. Dla innych po prostu nie istnieli.
Skręcił w kolejną uliczkę, tutaj było jakby ciszej, mniej sklepów, mniej ludzi i mniej czysto. W swojej głowie usłyszał znowu ten dziwny głos.
-Hagardzie Hill za 11 godzin skończy się świat!
-Do diabła z nim. Co mnie to w ogóle obchodzi? Czy ktoś inny bardziej od niego nie powinien się o tym dowiedzieć? Świat to wielkie świeże gówno, które woli obchodzić dookoła. Mimo wszystko ciągnęło go do ludzi, jak do plastra miodu. Nie umiał bez nich żyć. Bez tego ciągłego kontaktu z nimi i wpatrywania się ukradkiem w ich twarze. To była jego codzienna gra w zgadywanie tego, kim są i dokąd idą. Najczęściej odwracali głowy, ale on i tak wiedział, co sprawia, że nie są do końca szczęśliwi. Tutaj mógł z nimi konkurować, bowiem miał mniej problemów od nich. Nie musiał biegać po bankach, płacić podatków, nie było go w żadnych bazach informatycznych. I tylko martwił się tym by się najeść, przespać i nie narazić się niepotrzebnie nikomu. I nic więcej ponad to. Tylko czasami pojawiała się zazdrość, gdyż przypominał sobie, że kiedyś był jednym z nich.
Jeżeli od niego by to zależało, to świat może się skończyć nawet w tej chwili.
Do diabła z nim...
W oddali zobaczył znowu patrol mundurowych. Musiał przejść ruchliwe skrzyżowanie, aby się na nich nie natknąć. Skręcił w prawo w jeszcze węższą uliczkę z jeszcze gorszym chodnikiem pod nogami i gorzej ubranymi ludźmi. Właściwie był prawie sam, bo zaułek był jednym z tych gdzie nie wypada wchodzić. Małe sklepiki, zabite deskami, drewniane okna z folią zamiast szyb. Nie wielu już tutaj ludzi mieszkało. Mógł zamieszkać w jednym z tych opuszczonych domów, lecz nie lubił tych ponurych miejsc gdzie nocą czuło się strach i samotność. Wolał przytułek i takich jak on w jednej sali, którzy podobnie narzekali na świat wokół nich. Jednak przynajmniej byli trzeźwi i czasami nawet potrafili się uśmiechać i cieszyć, ze swego pogmatwanego losu. Może mimo wszystko tacy jak on byli światu potrzebni? A chociażby, dlatego by ludzkość zachowała odrobinę współczucia?
Bo tak naprawdę świat nie miał sumienia, gdyż pozwalał, aby tacy jak on żyli na Ziemi i czuli się nieszczęśliwi. Nie oczekiwał już wiele od innych, potrafił się cieszyć najmniejszą cząstką szczęścia, lecz i tą znajdował na swojej drodze niezwykle rzadko.
Dotarł w końcu do rozwidlenia drogi, gdzie zauważył duży samochód, na który ładowano meble z pobliskiego sklepu. W środku był już duży skórzany tapczan i dwa fotele. Gdy tragarze weszli do sklepu wpadł mu do głowy głupi pomysł. Co by się stało gdyby przejechał się tym samochodem w miejsce, do jakiego się uda? Nie spodziewał się, że zajedzie nim do eleganckiej dzielnicy, gdyż nikt z nich w takim miejscu jak to nie dokonywałby zakupów. Mimo to była to jakaś szansa, poznania czegoś nowego.
Nie zastanawiał się długo tylko wskoczył na platformę i schował się za ciężką staromodną kanapą. Wkrótce załadowano samochód innymi meblami i zatrzaśnięto za nim metalowe drzwi..
Nie robił często takich numerów, bo przeważnie okazywało się, że zjawiał się w domu, którego strzegła ochrona. Jeżeli właściciel był na tyle dobry, że miał w sobie odrobinę współczucia, pozwalał mu w spokoju wyjść i dostawał nawet dolara na drogę. Ale najczęściej poganiał go kijem, straszył policją i szczuł psami. Miał na swoich spodniach wiele śladów ze spotkania z nimi. Wciąż jednak dreszcz emocji nakazywał mu by kolejny raz odważyć się na podobny numer.. A nóż tym razem szczęście mu dopisze? Tylko nie miał wyobrażenia o tym jak to jego szczęście miało by wyglądać.
-Hagardzie Hill za 10 godzin skończy się świat- usłyszał ponownie w swojej głowie.
Kiedy samochód jeszcze jechał zastanowił się, co mogłoby się stać w ciągu tak krótkiego czasu, że świat przestanie istnieć? Może spadnie bomba i zmiecie wszystko z powierzchni Ziemi? W wiadomościach nie ogłaszali jednak żadnego kryzysu politycznego, chociaż w dzisiejszych czasach wszystko było możliwe. Zresztą, co on wiedział o świecie i polityce. Nie wiedział nic po za to, co słyszał od innych i przez grubą szybę przed sklepem TV. Gdyby nawet toczyła się wojna on na pewno dowiedziałby się o niej ostatni.
Popaprany świat, ale ta wiedza nie była mu do niczego potrzebna od chwili, kiedy z własnego wyboru stał się tym, kim był teraz.
Samochód zatrzymał się z piskiem opon. Usłyszał stłumione głosy a potem zaległa cisza. Nikt nie zamierzał widocznie w najbliższym czasie dokonać rozładunku, co bardzo go ucieszyło. Postanowił odczekać kilkanaście minut i ruszyć na zbadanie pomieszczenia, w którym stał pojazd. Dreszczyk emocji przeszedł przez jego plecy i dał mu poczucie dobrze podjętej decyzji. Przez te kilka minut próbował zgadnąć, w jakim jest miejscu i co może tutaj znaleźć. I na ile poprawi mu to humor. Miał jednak swoje zasady i niczego nigdy nie kradł. To, co zabierał z miejsc w których przebywał, nazywał dzieleniem się bogactwem. Doskonale wiedział, że tym ludziom to na pewno nie zaszkodzi.
Ten świat już i tak istnieje za długo i może powinno się zacząć dzielić tym zbytkiem, którego inni nawet nie zauważają.
Kiedy uznał że już czas, otworzył drzwi samochodu i wyszedł do ciemnego garażu. Gdzieś z boku dostrzegł blady snop światła prowadzący od strony klatki schodowej. Wszędzie było cicho i spokojnie i wyraźnie nikogo nie było w pobliżu. Wrodzona zapobiegliwość kazała mu niemal na palcach wejść po chodach na górę. Światło było tam coraz silniejsze i widział coraz więcej szczegółów. Wkrótce znalazł się na korytarzu domu i zobaczył przed sobą wielki salon urządzony z wielkim przepychem. Stał przez chwilę w jego progu zaślepiony bogactwem wnętrza i nowoczesnym wystrojem. Serce zaczęło mu bić mocno a słuch wytężył do granic możliwości próbując wyłowić jakiś obcy dźwięk. Wyglądało na to, że nikogo nie było w środku, był sam w domu kogoś ważnego i bogatego, pozbawionego na dodatek ochrony.
Chyba miał wyjątkowe szczęście i co najmniej kilka godzin na to by zaspokoić swoja ciekawość i znowu stać się normalnie wyglądającym obywatelem.
Najpierw znalazł dużą kuchnię z wielką jak szafa lodówką wyładowaną po brzegi żywnością, na widok której żołądek podszedł mu do gardła. Pomyślał, że może zje spokojnie przy stole, lecz zanim to zrobi przygotuje sobie wikt na drogę. Duża czarna torba, leżąca na krześle po chwili wypełniła się kiełbasą i puszkami szynki a w zębach zazgrzytał świeży kawałek indyka. Potem odstawił torbę w korytarzu i zajrzał w głąb domu.
Zaglądnął do pierwszego z pokoi i zobaczył otwartą szafę wyładowaną ubraniami. Jego już nie pachniało najlepiej i nie było czyste, albowiem od miesiąca nie miał okazji zmienić na sobie niczego a spanie w zaułkach ulic nie służyło utrzymaniu schludności i higieny.
Zaczął, więc wyciągać z niej wszystko to, co uważał, że mu będzie potrzebne, tak by po odświeżającej kąpieli i ogoleniu zarośniętej twarzy znów mieć odwagę spojrzeć na siebie w lustrze i uzyskać pewność, że na ulicy nikt nie okaże mu fałszywego współczucia.
Wybrał elegancki garnitur, białą koszule, krawat i długi płaszcz na deszczową pogodę. Zapakował także do torby ciepły wełniany sweter, skórzane czarne buty i zadowolony opuścił pokój.
Otworzył po chwili kolejny a w nim przy dużym biurku zobaczył odwrócony w jego stronę komputer i inne nieznane mu urządzenie. To drugie połączone z nim było kilkoma grubymi kablami a na końcu pokoju zobaczył skierowaną w stronę okna antenę satelitarną. Na obudowie urządzenia świeciło się czerwone i zielone światełko a pod nim były dwa o tym samym kolorze przyciski.
Słowo komputer wywołało w nim eksplozje marzeń. Nigdy jeszcze nie był tak blisko tego cuda techniki, które mógł podziwiać jedynie na wystawach sklepowych i w markowych sklepach, kiedy jeszcze go tam wpuszczano. Powinien jednak dać sobie z tym spokój i zająć się tym, co powinien, czyli kąpielą, zaspokojeniem głodu i wyjść stąd jak najszybciej. Jednak jego ostrożność została uśpiona, widokiem czegoś, co zawsze go fascynowało. Z drącym sercem usiadł przy biurku i pchany ciekawością wdusił zielony przycisk. Dookoła niego rozległ się szum i powietrze wokół zawirowało, sprawiając, że na moment stracił poczucie rzeczywistości. Ale jego czujność nie została wyostrzona tylko uśpiona jeszcze bardziej po przeczytaniu słów na ekranie:
Podaj Hasło.
No tak, to pewnie koniec zabawy, czy do cholery wszyscy muszą używać haseł?
Nie miał ochoty na szukanie czegoś, co i tak było po za zasięgiem jego możliwości. Mimo to rozglądając się po bardzo profesorskim wystroju gabinetu, gdzie jego większą część stanowiły książki na półkach wpisał na klawiaturze najbardziej niedorzeczne zdanie, jakie przyszło mu do głowy.
Brak hasła.
-Hagardzie Hill za 9 godzin skończy się świat- usłyszał znowu w swojej głowie.
Ale zaraz za tym głosem przyszło zdumienie, bowiem ekran zapalił się różowym światłem i zobaczył ekran powitalny programu i rząd biegnących z góry w dół liczb, które w chwilę później przeobraziły się w obraz jego ukochanego miasta. Widocznie przypadkiem uruchomił zapis video, co nie bardzo go interesowało w tej chwili. Wędrujący obraz znalazł się pomiędzy ulicami, wśród ludzi i wolno przemieszczał się wśród nich ukazując mu coraz to inne miejsca. Dotknął klawiatury i zauważył, że może sterować obrazem i nakazać mu by poruszał się ulicami, jakimi tylko zapragnął. Ogromnie go to wciągnęło i zaczął bawić się wspaniale, jak nigdy dotąd zapominając o tym, że nie jest w domu przecież mile widzianym gościem.
Naraz zjawił się przed swoim ulubionym sklepem z wegetariańską żywnością. Pracowała w nim kobieta, jego ulubiona ekspedientka, która zawsze dawała mu coś, kiedy pojawiał się w oknie wystawy. Wcisnął enter i zatrzymał się przy nim obserwując życie toczące się przez krótką chwilę. Zastanawiał się nad tym czy to obraz wydarzeń, które już miały miejsce? Czy też czas teraźniejszy, chwila obecna, której był ukrytym obserwatorem? Znał tą okolicę doskonale i nie mógł zgadnąć, w jakim miejscu może być ukryta kamera?
Nadusił raz jeszcze enter i obraz zatrzymał się a na ekranie pojawiło się kilka napisów.
Eleonora Dimont 21 maja zachoruje na raka i umrze w ciągu kilku miesięcy. Czy chcesz, aby tak się stało? Wybierz jedną z trzech możliwości zmiany historii.
1. W wypadku okaleczone zostanie jej ciało.
2. Wyzdrowieje bez żadnych komplikacji.
3. Wpisz swoją wersję wydarzenia.
Był zupełnie zaskoczony tym, co zobaczył. 21 maja było za 6 dni i nie rozumiał teraz zupełnie czym była ta zabawa bo już chyba tak nie powinien tego nazwać. Nagle komputer nakazał mu zmianę historii, która miała się wydarzyć? Przecież to kompletna bzdura! Nie może przecież tego uczynić?
Mimo to pod trójką wpisał. „Wyzdrowieje i pozna uroczego i tak samo jak ona dobrego człowieka, z którym będzie miała trójkę dzieci”
Zasługiwała na to i chociaż w zabawie coś jej się od niego należało.
Skierował teraz kursor na ulicę i powędrował dalej w głąb miasta.
Gra tak go wciągnęła, że zaczął zmieniać różne inne wydarzenia, które miały się rozegrać, znając doskonale niemal większość ludzi, których napotykał. Bawiąc się w dobrego samarytanina bogatszym zabierał a potrzebującym dawał. Zastanawiał się nad tym, kto wpadł na tak znakomity pomysł i wymyślił tak świetną grę? Czy był nim właściciel tego domu? Uprzyjemniał więc sobie czas wiedząc, że to zabawa i mając świadomość tego, że to może jedna jedyna okazja. Uświadomił sobie jak o wielu rzeczach nie miał pojęcia, jak bycie samotnym i biednym bardzo zepchnęło go na margines społeczeństwa. Tylko jedno zwróciło jego szczególną uwagę. Każdy z ludzi, którym poświęcał baczniejszą uwagę, miał w ciągu kilku następnych dni umrzeć lub nieszczęśliwie zginąć. Tym, których lubił przedłużał więc życie a innym, którzy mu kiedyś przysporzyli kłopotów oszczędzał dodatkowych cierpień.
Wiedział doskonale, że trwoni bezpowrotnie cenny czas i że w każdej chwili mogą go tutaj nakryć i pewnie wtedy niezbyt miło potraktują. Mimo to grał dalej, podejmował ryzyko nieświadomy tego w jak niezwykłą sprawę się zaangażował.
W końcu niepostrzeżenie obraz zaprowadził go w miejsce, które było mu szczególnie bliskie. To był jego były dom, w którym mieszkał w dzieciństwie. Teraz jednak należał do kogoś innego, bowiem jego ojciec sprzedał go ratując firmę przed długami, co i tak ich nie uratowało od bankructwa a on sam wkrótce umarł na atak serca.
Mały domek na przedmieściach miasta, w którym teraz mieszkał nieznany mu mężczyzna. Tyle było tam wspomnień i radości, lecz także rozpaczy i smutku.
Zobaczył jak właściciel wychodzi z domu i zatrzymał na nim obraz. Na monitorze pojawiła się informacja
1.Gregory Black za rok ożeni się i zostanie prezesem banku.
2.Wpadnie pod samochód i zginie 2 czerwca.
3. Wybierz swoją wersję wydarzenia.
Znał tego człowieka i niejednokrotnie widywał go przechodząc tamtędy i wpatrując się z okna i ogród. Niech chociaż w grze, będę tym kim mogę być- pomyślał.
„Gregory Black 23 czerwca odszuka Hagada Hilla i odda mu posiadłość rodziny i zapewni dożywotnią rentę pozwalającą na dostatni byt- wpisał na ekranie.
Wiedział, że normalnie nie stać go było na żadne współczucie. Gregory zaprzedałby drugiego by osiągnąć swój wytyczony cel. Nigdy nie dał mu nawet dolara ani nie ugościł, chociaż wiedział doskonale, kim był.
Zaśmiał się niemal na głos. O czym on w ogóle myślał? Co sobie wyobrażał? Zabawa, w jakiej uczestniczył zupełnie go wyrzuciła z rzeczywistości, że stracił całkowicie instynkt samozachowawczy
Na szczęście za marzenia i iluzję lepszego świata płacić nie musiał i uznał, że te chwile warte są tego by je dalej kontynuować.
Dotarł w końcu do dzielnicy banków i Instytutów Badawczych, gdzie czasami się zjawiał i przesiadywał na ławce przed wielkim biurowcem, do którego wchodzili elegancko ubrani ludzie. Kiedy tak siedział i przyglądał się ludziom próbował ich znów wartościować i zastanawiał się czy są dobrzy, czy źli..
-Hagardzie Hill za 8 godzin skończy się świat.
Ten głos coraz bardziej go niepokoił i sprawiał, że zaczynał się zastanawiać nad tym czy to rzeczywiście nie jest prawda?
Obserwując dalej obraz, zobaczył nagle kogoś, kogo doskonale znał. Był nim młody mężczyzna w dystyngowanym garniturze z brązową skórzaną teczką w dłoni. Zawsze, gdy go mijał, tamten mówił mu dzień dobry. Był na pewno kimś ważnym, chociaż nie miał jeszcze wielu lat. Jego zachowanie bardzo mu się podobało, sądził nawet, że krzywda ludzka nie jest mu obojętna. Nigdy jednak nie odważył się o nic go poprosić. Wydawało mu się, że to zniszczy tą dziwną wieź znajomości między nimi.
Nacisnął enter i przeczytał.
15 maja podczas próbnego odpalenia rakiety balistycznej do niszczenia rakiet wroga, uruchomi przypadkowo procedurę odpalenia głowicy termojądrowej umieszczonej w kosmosie. Nastąpi samoczynna eksplozja rakiety w atmosferze Ziemi, która spowoduje totalną zagładę życia na Ziemi.
O kurwa- zawołał po przeczytaniu tego tekstu. Wiec naprawdę był tak ważny i miał dostęp do takich tajemnic? 15 maja to przecież było dzisiaj…Nie…Ale skoro już tutaj jest?
Zdziwiło go to, że przy jego nazwisku nie było innych alternatywnych wydarzeń. Pomyślał, że skoro świat ma przestać istnieć, to przecież nic już potem się nie może wydarzyć. Zrobiło mu się żal tego chłopaka, bo gdyby przez głupiego pecha miałby doprowadzić do totalnej katastrofy, było by to bardzo niesprawiedliwe. Niech więc chociaż w tej grze stanie się inaczej i niech nie zaczyna życia od niszczenia całego świata.
Przy jego nazwisku wpisał „Przed wyjściem z domu w łazience, poślizgnie się na mokrej posadzce i złamie lewą nogę” To powinno nie pozwolić mu by zniszczył świat- pomyślał.
I poczuł się nagle znudzony. Miał już dosyć tego siedzenia i bawienia się czyimś wymyślonym losem.
Na swoje nieszczęście, gdy wstawał od biurka przez przypadek nogą zahaczył o stos kabli i po chwili wielkie plastikowe pudło spadło na podłogę roztrzaskując swą obudowę. Ekran pociemniał.
-Do licha!- zawołał, lecz nie przejął się tym zbytnio. Pewnie właściciela stać na to by codziennie jeden komputer wyrzucać przez okno.
Wyszedł z pokoju, kierując się do kolejnego pomieszczenia.
W dużym pokoju gościnnym, wyłożonym perskim dywanem ku swojemu zdumieniu zauważył na stole otwartą teczkę a w niej równo poukładane banknoty. Obok stos kart kredytowych i bogato zastawiony barek z alkoholem. Nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, ale też przypomniał swoją zasadę. Nigdy nie kraść ani nie brać niczego, co nie było mu niezbędnie potrzebne, czego nie mógł szybko skonsumować. Nie uważał się za złodzieja i jeżeli udawało mu się dostać do takich domów zadawalał się pełną lodówką, gorącą kąpielą i czystym ubraniem. Nigdy nie brał niczego więcej. Powinien więc i tym razem zastosować się do tej zasady i wyjść i zapomnieć o tym co tutaj widział. Lecz nigdy przecież nie stanął oko w oko przed taką okazją?
W pewnej chwili zadzwonił telefon. Przeraźliwy dźwięk rozległ się dookoła a on napiął mięśnie i słuch. Chciał uciekać, ale coś skierowało go do telefonu i sam nie wiedział dlaczego, sięgnął po słuchawkę.
-Alex? Tu James. Dlaczego się nie odzywasz od rana? Wszystko mam już przygotowane i czekam na twoje dalsze dyspozycje. Tylko nie mów, że się wycofujesz w ostatniej chwili. To, co robisz tak wydaje mi się bez sensu, ale skoro uważasz, że to najlepsze rozwiązanie? Wszystkich już poinformowałem i jakoś sobie poradzimy. Tylko po kiego diabła w takiej chwili kupujesz meble?! Pewnie dla pozorów, że wszystko jest normalne? Jeżeli ma to od Ciebie odwrócić uwagę to na pewno dobry pomysł. Musze kończyć, tylko nie zapomnij, że zostało już tylko…cholera jak ten czas leci. Czy naprawdę chcesz to zrobić? zawołał tamten i wyłączył się bez czekania na jakąkolwiek odpowiedź.
Niczego nie rozumiał, chociaż uporczywie próbował. Chciał jak najszybciej opuścić ten dom, ale skoro tu już był to może wykorzysta swój minimalny zestaw przyjemności?
Starał się nie zwracać uwagi na gotówkę na stole i nie myśleć o tym, co za dureń, tak wielką sumę pieniędzy zostawia bez opieki.
Poszedł do łazienki wcześniej zabierając z szafy komplet świeżej nowej bielizny. Przynajmniej przez kilka dni nikt nie będzie mówił o nim, że śmierdzi.
Zanim chwycił dłonią za drzwi pomieszczenia usłyszał w głowie kolejny raz przypomnienie.
-Hagardzie Hill za 7 godzin skończy się świat.
Nie robiło już jednak na nim żadnego wrażenia i nawet nie próbował się zastanawiać czy to objaw szaleństwa czy też coś zupełnie innego. Mimo to zadał sobie pytanie, próbując wyjaśnić znaczenie słów. Dlaczego świat a nie życie i to na dodatek jego?
Kiedy stanął po drugiej stronie drzwi doznał szoku. Na posadzce pomieszczenia leżał półnagi mężczyzna w strudze wody z zakrwawioną głową. Co za pech -pomyślał. Widocznie poślizgnął się na mokrej podłodze i uderzył tyłem głowy w kant metalowej wanny. Może jednak jeszcze żył?
Schylił się nad nim i dotknął tętnicy, ale nie wyczuł pulsu. Mężczyzna był jeszcze ciepły a krew wolno spływała z jego głowy. Jakby to wszystko tutaj dopiero, co się wydarzyło! Co za fatalny dzień i zbieg okoliczności. Kiedy jednak spojrzał w jego twarz, serce stanęło mu w miejscu. To był ten mężczyzna, któremu przed chwila zmienił historie dalszego życia!! Miał takie same niewinne oczy, tylko że teraz zastygłe w śmiertelnym wyrazie.
Coraz mniej mu się to wszystko podobało, bo przecież nie mogła to być prawda. To, co napisał na ekranie monitora nie mogło przecież spowodować realnych wydarzeń i to w tak niezwykle krótkim czasie? A jeżeli nawet to skutek nie miał być śmiertelny!
Gdyby ktoś się tutaj teraz zjawił i go zobaczył, będzie pierwszym podejrzanym o zamordowanie właściciela…Czuł, że wpada w panikę, przecież wszędzie zostawił w domu swoje odciski palców a jest notowany przez policję!
Już teraz po nim i nie ma szans żeby się z tego wymigać.
Zamknął drzwi od łazienki, wbiegł na powrót do salonu i zaczął intensywnie myśleć, co dalej? W pierwszej chwili chciał uciekać i zostawić to wszystko tak jak było. Mógł przecież w ciągu kilku godzin opuścić miasto i udać się na prowincje, gdzie mógł się ukryć. Czy tak jednak miał postąpić? A może dowiedzieć się naprawdę tego wszystkiego, co się tutaj dzieje?
O ile śmierć mężczyzny była zapewnie przypadkowa to na pewno telefon, który odebrał i głos, jaki pojawiał się, co godzinę w jego głowie nie był czystym przypadkiem. Podejrzewał, że wplątał się w jakąś bardzo podejrzaną historię, której jednak elementy nie bardzo do siebie pasowały.
Niczego już więcej teraz nie pragnął, jak tego by jak najszybciej opuścić to miejsce i zapomnieć o wszystkim.. Chwycił więc tylko w dłoń stojącą na korytarzu dużą torbę i robiąc pewnie wielkie głupstwo wybiegł roztrzęsiony na ulicę i zaczął biec ile sił w nogach przed siebie. Byle dalej, dalej stąd. W końcu zmęczenie rozpaliło mu płuca i spostrzegł, że jest już daleko i może odpocząć. Biegł ulicą w stronę przedmieść miasta a tam dalej zaczynała się droga na prowincje gdzie miał szansę się schronić.
Miał już dosyć wrażeń i obiecał sobie, że jeżeli jeszcze kiedyś będzie w podobnej sytuacji, dwa razy się zastanowi zanim zdecyduje na taki numer.
Spojrzał na swój zegarek i ze zdumieniem stwierdził ze minęła kolejna godzina a tajemniczy głos w głowie się nie pojawił. A zresztą, co go to obchodzi? Widocznie szaleństwo, jakiemu się poddawał na jakiś czas zostawiło go w spokoju.
Przez cały dzień bez celu błąkał się po przedmieściach, próbując zapomnieć o tym, co wydarzyło się rankiem. W końcu przebrał się w świeże ubranie by nie wzbudzać podejrzeń dźwigając ciężki worek. W przytułku dla biednych ogolił się nawet i wykąpał a pensjonariusze z podziwem zaczęli na niego spoglądać. Na kilka dni był znowu kimś i na pewno nie będzie miał problemów z tym by się porządnie wyspać. Miał jeszcze, bowiem do rozdania to i owo. Uspokojony, zatem postanowił pójść do Centrum i przyjrzeć się z bliska ludziom takim jak teraz i on sam. Wkrótce jednak pożałował tej decyzji.
Nagle zobaczył nadjeżdżający z przeciwka policyjny samochód, który zaczął wyraźnie zmierzać w jego stronę.
Więc jednak…nie udało się i odkryto już śmierć tamtego człowieka?
Nie miał dokąd uciec i nawet nie miał na to ochoty. Stanął w miejscu, puścił torbę i czekał na to aż zakują go w kajdanki. Z Radiowozu wybiegło dwóch funkcjonariuszy i jeden z nich odezwał się.
-Hagard Hill?
-Tak?
- Nie słucha pan wiadomości? Ma pan pilnie się skontaktować z panem Gregorym Blackiem. Kilka godzin temu oświadczył, że zrzeka się wszystkich dóbr materialnych, jakie nabył od pana ojca. Ma pan cholerne szczęście, został pan właścicielem domu w Parku Kasztanowym i sporo gotówki wpłynęło na konto. Podrzucić na miejsce?. Wszyscy pana w mieście szukają!- powiedział niezwykle uprzejmym głosem.
Stał przez chwilę zupełnie zaskoczony. Oto coś, co wpisał w formie zabawy stało się faktem i nagle jego życie się odmieniło. Z radością wsiadł do środka, chociaż jeszcze przez długi czas nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Teraz na nowo poczuł to, co znaczyło być ważnym człowiekiem.
Rozmyślając podczas jazdy o tym, co się wokół niego dzieje i jak dalej będzie żył usłyszał komunikat w radiu.
„Jak poinformowała nas policja, udaremniono dzisiaj rano próbę dokonania aktu terrorystycznego w siedzibie Sił Zbrojnych Ameryki. Celem ataku miał być Satelitarny System Antyrakietowy. Rzecznik prasowy wojska nie chciał nam jednak udzielić bliższych informacji. Zamieszanym w to okazał się młody fizyk Gregory Black, którego rano znaleziono martwego w swoim domu.
Wszystko jak klocki lego zaczęło mu się układać w jedną całość. To, co się wydarzyło w jego życiu w ostatnich kilku godzinach nie było zabawą, było czymś znacznie więcej, lecz nie chciał nawet domyślać się tego jak to wszystko było i jest w ogóle możliwe. Wystarczała mu świadomość dobrze wypełnionego obowiązku. A to, że może dotknęła go i wybrała obca siła, nie miało dla niego znaczenia. Mógł jej tylko podziękować, lecz najpewniej też losowi, szczęściu, przypadkowi. Wszystkiemu temu, co kierowało ludzkimi działaniami.
I czy naprawdę także uratował Cały świat? Pomyślał, że pewnie wraz z rozbitym komputerem szansa wyjaśnienia czegokolwiek minęła bezpowrotnie. Ale może to i lepiej? Może nie warto sięgać dłońmi tam, gdzie nie zawsze sięgają? Chociaż w tym jedynym przypadku to się opłaciło.
Hagardzie Hill- powiedział w myślach do siebie. Chociaż raz w życiu dopisało Ci prawdziwe szczęście.
A o świat zadbała opatrzność.

KONIEC





Data:

 2004

Podpis:

 nexus1

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=9194

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl