|
|||||||||
|
Prapremiera |
|||||||||
|
|||||||||
| Straciłem kontakt z Alicją zaraz po maturze, w połowie lat osiemdziesiątych. Ucieszyłem się więc niezmiernie, gdy podeszła do mnie po moim wykładzie na konferencji poświęconej amerykańskim wpływom stylistycznym na emigracyjnych kompozytorów polskiego pochodzenia działających w okresie Zimnej Wojny w Nowym Jorku. Ledwo rozpoznałem Alicję. Okazało się, że była w stolicy w sprawach zawodowych i przez przypadek natknęła się na Facebooku na informację o konferencji. Zawsze mieliśmy z Alicją podobne zainteresowania i podobne muzyczne fascynacje. Pamiętam, że w liceum wykonałem premierę jej utworu pod tytułem „Judyta i Holofernes” według sławnego obrazu Artemizji Gentileschi. Po maturze Alicja wybrała się na studia kompozycji do K., a ja na fortepian do W. I teraz, po całych dziesięcioleciach braku kontaktu, wypiliśmy kawę w „Wedlu”. Szybko się okazało, że Alicja nic się nie zmieniła! Kilka miesięcy później w mojej skrzynce na listy w miasteczku Ellenburg w środkowej Oklahomie znalazłem grubą ponadwymiarową kopertę z Polski. Były to nuty kompozycji Alicji, w większości na fortepian solo, ale i też kilka utworów na klarnet, saksofon, i wiolonczelę, wszystkie z akompaniamentem fortepianu. W krótkim liście, Alicja pisała, że po prostu chce bym miał te nuty „na wszelki wypadek”. Z początkiem jesiennego semestru w środkowej Oklahomie wszyscy profesorowie na wydziale muzycznym otrzymali zaproszenie do udziału w koncercie muzyki współczesnej, w tym roku poświęconego kobietom kompozytorkom. Spojrzałem więc w nuty Alicji. Niestety, jej solowe utwory fortepianowe były bardzo długie i karkołomnie trudne, przeładowane treścią. Alicja nie była pianistką i jej muzyka fortepianowa nie układała się „pod ręką”, była niestety pianistycznie bardzo niewygodna. Spojrzałem więc na jej inne kompozycje i natknąłem się na czarujący „Caprice fantasque” na saksofon z fortepianem, z roku 2023. Siedmiominutowy, atonalny utwór zainspirowany rysunkami polsko-litewskiego artysty Stasysa Eidrigieviciusa. W obu partiach wirtuozowski, energiczny, lekki, kolorystycznie intrygujący, ale też z momentem muzycznej refleksji. Pokazałem ten utwór pani doktor Elsie Rubienieff, naszej młodej profesorce saksofonu. Elsa występowała kiedyś w Polsce na festiwalu muzyki współczesnej w rokokowym pałacu hrabiów Ostoja-Parłubickich w Gorliczycach Dolnych koło Kutna, pod patronatem fundacji „Poloniae Fidelis”. Pamiętała nawet, że na jej koncercie była obecna senator Magdalena Nałęcz-Czyż, z partii Prawo i Niezawisłość. Przodkowie Elsy pochodzili natomiast z Czerniowców na Bukowinie. Łatwo było przekonać Elsę to tego projektu. Szybko zgodziła się wykonać ze mną amerykańską premierę utworu Alicji. Mieliśmy dwa miesiące na przygotowanie utworu. Nauka samej partii fortepianu utworu Alicji zabrała około miesiąc, ćwiczyłem moją partię przeciętnie około godziny dziennie, po lekcjach i zajęciach. Musiałem te nuty „opalcować”, a więc zdecydować który palec będzie uderzał w który klawisz, tak by było rękom wygodnie, co, jak pisałem, było często w utworach Alicji prawdziwym wyzwaniem. Utwór miał kilka różnych temp, zaczynał się bardzo szybko w tempie allegro inaferando, potem następowała ciut spokojniejsza część allegretto piacevole, a po niej dwie strony moderato giocoso a la polacca, jedna stroniczka ekspresyjnego adagio caloroso, con tristezza oraz na koniec trzy strony prestissimo molto energico e furioso. Zmieniało się co kilka taktów metrum, trzeba było szybko liczyć na trzy, siedem, cztery, ale partie obu instrumentów były rozłożone bardzo symetrycznie. Było między saksofonem a fortepianem dużo dialogowania, polifonizacji oraz po prostu zwykłego grania razem, często w odważnych tempach. Alicja miała szeroki repertuar agogiczny, a więc akcenty, staccata, tenuta, fermaty, staccata pod łukiem, wszelkiego rodzaju portamenta, zdobiły każdy takt utworu, pośród bardzo zróżnicowanej dynamiki od fortissimo possibile do poczwórnego pianissima oraz szeregu nagłych zwolnień i przyśpieszeń. Pracę nad Caprice fantasque trzeba było planować bardzo umiejętnie. Zacząłem od zidentyfikowania najtrudniejszych partii utworu, by ten materiał opanować jak najwcześniej. Trzeba też było szybko ustalić docelowe tempa, tak by przy pierwszym spotkaniu z Elsą nie było niezręcznych niespodzianek. Musiałem też ćwiczyć bardzo szybkie przewracanie kartek, na które był ledwie ułamek sekundy. Zapisywałem w nutach i starałem się zapamiętać która ręka ma w danym momencie przewrócić kartkę. A niektórych fragmentów musiałem po prostu nauczyć się na pamięć, nie było szansy by w tak szybkim tempie jednocześnie patrzeć na klawiaturę i w nuty, pozostawać w muzycznym kontakcie z solistką i jeszcze przewracać kartki. Przygotowywałem się też na słabe oświetlenie w naszej sali koncertowej i ćwiczyłem utwór w półmroku, w ledwie oświetlonym pokoju. Utwór Alicji był zostawiał wykonawcom wiele pola do własnej eksploracji ekspresji i kolorystyki. Nie było żadnych nagrań tego utworu, a ja nie znałem też żadnych innych kompozycji Alicji, a więc stylistycznie była to sytuacja trochę zagadkowa. Jedyny utwór Alicji jaki dane mi było usłyszeć to motet „Kleszczmy rękoma wszyscy zgodliwie” do słów Mikołaja Reja na chór mieszany. Nagranie motetu zamieszczone było na stronie internetowej Instytutu Kultury Polskiej na Okinawie, w wykonaniu chóru politechniki wałbrzyskiej pod dyrekcją Marii Słotnickiej-Nazarowej. Słyszałem w tym utworze wpływy religijnej muzyki Francisa Poulenca. Natomiast Caprice fantasque na saksofon i fortepian przypominał trochę muzykę Tadeusza Bairda i Kazimierza Serockiego, ale też mało znanego w Polsce Helmuta Lachenmanna, u którego Alicja studiowała przez dwa lata na stypendium w Hanowerze. A my z Elsą staliśmy się odkrywcami i jedynymi reprezentantami tej kompozytorki na kontynencie północnoamerykańskim. Próby z Elsą były naprawdę świetne, współpraca układała się znakomicie. Wspólnie ustaliliśmy wiele szczegółów interpretacyjnych i ćwiczyliśmy wszystko w wolniejszych tempach, tak by się nawzajem dobrze usłyszeć. Wypracowaliśmy też wszystkie zmiany temp, akcenty i dynamikę, tak by wszystko brzmiało naturalnie, by publiczność miała wrażenie, że oddychamy razem, jesteśmy jednym muzycznym organizmem. Z dnia na dzień stawało się jasne, że Alicja napisała naprawdę świetny duet a ja znalazłem świetną solistkę. Caprice fantasque był pełen niezliczonych muzycznych smaczków które odkrywaliśmy na każdej próbie. Jak w przypadku wszelkich mistrzowskich kompozycji muzycznych, okazywało się, że nad utworem Alicji można pracować bez końca. Rzadko mieliśmy na jakiś temat rozbieżne opinie. Mało spotkałem w życiu takich ludzi, z którymi tak świetnie mi się grało. Z prawdziwym podekscytowaniem wyczekiwałem dnia koncertu. Na koncert przybyło około trzysta osób. Nieźle! Byliśmy ostatni w kolejności programu, po solowym utworze na obój, kwartecie na instrumenty dęte, sonacie na tubę, pieśniach z akompaniamentem organów i solowym utworze na harfę. Nasz utwór zaczynał się od wspólnego głośnego akcentu na długiej nucie. W moich uszach zarejestrowało się, że tym razem Elsa zagrała go trochę inaczej, jakby głośniej i z dużo większym przytupem. Po akcencie, całkiem niespodziewanie, Elsa rozpoczęła allegro inaferando dużo wcześniej i w szybszym tempie niż zwykle, a ja nie byłem na to przygotowany, więc, sfrustrowany, chwilowo zostałem w tyle. W kącie oka zauważyłem, że Elsa biega po scenie z ogromną energią i animuszem. Zgodnie z kierunkiem melodii, saksofon wędrował pod sufit lub lądował przy podłodze, jak również energicznie latał to w lewo to w prawo. Czegoś takiego nigdy u przedtem Elsy nie widziałem. Patrząc na to kątem oka zdałem sobie sprawę, że właśnie straciłem znów kilka taktów w pogoni za Elsą. To co się działo na scenie bardzo mnie rozpraszało, modernistyczny utwór Alicji pełen był bowiem ważnych muzycznych detali i wymagał koncentracji. A tymczasem, nie zważając na to co w mojej partii się dzieje, Elsa, jakby w transie, była już w na drugiej stronie utworu, podczas gdy ja ledwie kończyłem stronę pierwszą! Przeszła do allegretto piacevole nie czekając na mnie, musiałem więc uciąć dwie linijki owego inaferando by za nią nadążyć. Nie pamiętałem już zupełnie, która to ręka miała przewracać którą kartkę. Gdy spotkaliśmy się w końcu w dużo szybszym niż zwykle moderato giocoso, a la polacca byłem już nieźle poobijany psychicznie, starając się dogonić pędzącą na oślep przez atonalne figuracje Elsę. W pośpiechu, ta niefortunna w tym wykonaniu a la polacca przemieniła w jakąś nerwową polkę. Elsa pięknie, choć zupełnie inaczej niż zwykle i jakby na jednym oddechu, zagrała adagio caloroso, con tristezza, nie bacząc kompletnie na to co się w mojej partii w tym czasie działo. A ja, korzystając z wolniejszego tempa tej części próbowałem nawiązać z moją solistką kontakt wzrokowy. Na próżno! Grała dziś po raz pierwszy tak jakby mnie w ogóle nie było. Byłem rozgoryczony i zły. Dlaczego na scenie Elsa stała się nagle zupełnie inną osobą? Czy chodziło może o to. By mnie z gry wyeliminować? A poza tym, zawsze mnie bardzo konsekwentnie uczono, że przy fortepianie trzeba siedzieć spokojnie, nie machać łapami, nie kołysać się, nie wiercić się na stołku, nie wzdychać i nie robić natchnionych wyrazów twarzy. Po prostu grać i słuchać, a wtedy publiczność też zacznie słuchać. Pokazywano jako przykłady filmy z Rubinsteinem i Richterem, załamywano ręce nad Glennem Gouldem, lamentowano nad Lang Langiem. No ale jak to więc to teraz wyglądało, gdy energiczna, dramatyczna, roztańczona, ekspresyjna i teatralna Elsa występowała razem na scenie z jakimś zimnym i obojętnym na muzykę słupem soli przy fortepianie? Za późno było jednak zmieniać strategię w środku grania, utwór Alicji był zbyt wymagający. Elsa miała natomiast w zapasie prestissimo molto energico e furioso, takie jakiego ja wcześniej nie słyszałem. Owszem, zaczęliśmy razem, ale wkrótce był to już tylko kosmiczny wyścig między saksofonem i fortepianem. Elsa zameldowała się na mecie z uczuciem triumfu, na trzy sekundy przede mną. Rozległy się gromkie, entuzjastyczne brawa. Po koncercie ustawiła się w kuluarach długa kolejka by pogratulować Elsie. Ja stałem sobie obok, osłupiały, próbując otrząsnąć się i zrozumieć co się właśnie stało. Byłem jedyną osobą, która wiedziała, że Elsa właśnie publicznie zamordowała nikomu nieznany utwór Alicji. Powoli docierało do mnie, że wykorzystała okazję premiery na swój prywatny teatralny pokaz, a mnie, naiwniaka, po prostu wystrychnęła na dudka. Patrzyłem na nią, gdy rozmawiała teraz z publicznością. Konsekwentnie unikała mojego spojrzenia, a jej zachowanie wskazywało na to, że uznała nasz (swój?) występ za sukces. Złapał mnie za rękę starszy pan, muzykolog, doktor Stan Koropecky: „Slovahmeer, bravo, you are an excellent accompanist!” Z uczuciem grozy i ze słowami głębokiego zażenowania posłałem nagranie z koncertu do Alicji. Dostałem wkrótce od niej email. Pisze, że jest bardzo wdzięczna i że to naprawdę piękna interpretacja. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||