|
|||||||||
|
Pęknięcie - Rozdział 6 |
|||||||||
|
|||||||||
| ROZDZIAŁ 6 Ellie dopiero po chwili otworzyła oczy. Nie pamiętała kiedy je zamknęła, ale chyba w momencie, gdy Nisa złapała ją za rękę. Usłyszała dźwięk zapalanej zapałki, a potem ciemność rozproszył drżący płomień lampy naftowej. To już nie jest Kansas, Dorotko. Pokój, do którego weszli wyglądał zwyczajnie, choć z pewnością nikt w nim nie mieszkał od bardzo dawna. Na stoliku, na którym Nir postawił latarnię, zalegała gruba warstwa kurzu, zresztą tak samo jak na podłodze. Jego drobinki unosiły się przy każdym poruszeniu. W powietrzu czuć było wilgoć, lekki odór gnicia i coś jeszcze, coś nieuchwytnego, ale przyprawiającego o mdłości. W pomieszczeniu były okna, choć panowała za nimi kompletna ciemność, jakby nagle znaleźli się w zupełnie innej strefie czasowej. Nir nie wydawał się zaskoczony otaczającym ich mrokiem. Twarz miał bez wyrazu, choć w oczach pojawiały się jakieś błyski, których Ellie nie umiała rozpoznać. Rozejrzała się szukając Nisy – dziewczyna klęczała, opierając się na dłoniach na brudnej podłodze i dyszała ciężko. — Ni, co się dzieje? — podbiegła i położyła jej dłoń na plecach, czując, jak cała drży. Zauważyła ciemniejsze plamy na podłodze i zorientowała się, że to kapiące z nosa przyjaciółki łzy. — Ni? Nisa, spójrz na mnie! — chwyciła jej twarz w dłonie, żeby ją obejrzeć. — Co się dzieje? Boli cię coś? — niedoczekawszy się odpowiedzi, zerwała się na równe nogi i rzuciła w stronę Nira, chwytając go za kurtkę. — Co jej zrobiłeś?! — Kurwa… — mruknął, z łatwością wyrywając się Ellie i przykucając przy Nisie. Stanowczo uniósł jej głowę i przyjrzał się łzom, wypływającym spod zaciśniętych powiek. Pod palcami czuł zimną i wilgotną skórę. — Hej, otwórz oczy — powiedział zaskakująco łagodnie. — Nisa? Otwórz oczy. — Jej powieki lekko zatrzepotały, a potem trochę je uchyliła z wyraźnym bólem, napinając mięśnie szczęki do granic możliwości. — Dobrze… — szepnął. — Dobrze. Spójrz na mnie — spróbowała skupić się na jego twarzy, ale nie mogła. — Spójrz mi w oczy. Spróbuj się na nich skupić. Spójrz. Jej głowa spoczywała teraz niemal bezwładnie w jego dłoniach, ale przynajmniej starała się utrzymać otwarte oczy. Łzy nadal płynęły po jej policzkach, wkradając się między jego palce. Nie spodziewał się, że zareaguje aż tak mocno. Musi być bardziej wrażliwa niż zakładali. Skupił się na punkcie na czole, który przed chwilą jej pokazał i liczył, że to wystarczy. Ciało Nisy było agonią. Otwarcie oczu było jak wbicie w czaszkę rozpalonego pręta i wiercenie nim bez litości. Widziała, co chce jej pokazać Nir, ale nie była w stanie się skupić. Zewsząd napierały na nią pęknięcia tego świata. I ból. Wpychał się w jej ręce bez zgody, gwałcąc wolną wolę i odebrając człowieczeństwo. Pęknięcia? TEGO świata? Ta myśl przedarła się przez ból, chcąc odszukać choć odrobinę jej świadomości. — Ell… — wychrypiała, a przyjaciółka zaraz znalazła się przy niej, głaszcząc ją po głowie i szepcząc uspokajająco. Zebrała resztki siebie i spojrzała jeszcze raz na Nira. Zmarszczyła brwi w skupieniu, a potem powoli zaczęła zatapiać się w świetle na końcu jego oczu. Początkowo wydawało się zupełnie zimne. Nie oślepiało. Po prostu było. Po chwili jednak zaczęło się zmieniać. Wyglądało raczej jak ciepły płomień na końcu tunelu. Pozwoliła, żeby zaczął ją przyciągać, rozciągając się w jej oczach, wabiąc bezpieczeństwem i spokojem. Jej powieki otwierały się coraz szerzej, a niewyobrażalny ból powoli odpuszczał. Dotyk Ellie działał na nią kojąco, więc zaczęła oddychać coraz głębiej i wolniej. Powoli i z pewnym trudem oderwała spojrzenie od Nira, uwalniając się z jego dłoni i odwróciła do przyjaciółki. — Przepraszam, Ellie. Przepraszam — powiedziała cicho zachrypniętym głosem. — Już mi lepiej. Usiadła na podłodze i rozsunęła drżącymi, obolałymi palcami kurtkę. Pod spodem była cała spocona. Powoli zaczynało do niej docierać, co się wydarzyło – otwarcie drzwi, światło za nimi, nieodparta potrzeba wejścia w nie, a potem pisk w uszach i wszechogarniający ból. To chyba wtedy upadła na kolana. Rozejrzała się. To pomieszczenie wyglądało zupełnie inaczej niż to, które widziała wcześniej. Co? Jak? Ale… Przycisnęła nadgarstki do czoła i próbowała zrozumieć. Ellie w tym czasie zaczęła chodzić po pokoju. Wyjrzała przez okno, ale zobaczyła tylko swoje odbicie w smolistej tafli. Podeszła do nadal otwartych drzwi i wyjrzała na korytarz. Był ciemny, cuchnący i tak samo zniszczony, jak mieszkanie. Zupełnie niepodobny do tego, który widziała przed chwilą. Poczuła nagły zawrót głowy i musiała złapać się futryny. Po kilku głębokich oddechach, wyjęła z kieszeni telefon i włączyła latarkę. W nikłym świetle zobaczyła, że korytarz porastały gnijące pędy jakichś roślin. Przypominały czarne żyły, wspinające się po ścianach i suficie, ale półmrok wypaczał wszystkie obrazy. Zaczęła ją ogarniać mdląca panika. Telefon pokazywał jedenastą szesnaście i brak zasięgu. W uszach narastał jej szum. Osunęła się wzdłuż ściany i usiadła na podłodze. — Coś ty do cholery zrobił, Nir? — Nie zauważyła, kiedy w jej ręce znalazł się gaz pieprzowy. Wątpiła, żeby był z niego jakikolwiek pożytek, ale dodał jej odrobiny otuchy. — Co zrobiłeś?! — krzyknęła, ledwo powstrzymując histerię. Mężczyzna nie zareagował, nadal skupiony na Nisie. Zerkała na niego co jakiś czas. Wyglądała znacznie lepiej niż przed chwilą, ale twarz nadal miała bladą, a na czole połyskiwały jej kropelki potu. W jej oczach dostrzegał strach, ale walczyła, żeby nią nie zawładnął. Widział jak jej umysł pracuje nad przystosowaniem się do nowej sytuacji i gorączkowo tworzy plan działania. Zerknął kątem oka na Ellie, która zerwała się na równe nogi i podeszła do niego szybko. Zdążył już pożałować, że ją ze sobą zabrali. — Słyszałeś mnie?! — warknęła, choć oczy miała wilgotne od łez. Tak, zdecydowanie żałował, że ją zabrali. — Tak, słyszałem. — Spojrzał na nią obojętnie. — Przyprowadziłem was do swojego domu. Nic więcej. — Zdawał sobie sprawę, że ma ochotę go uderzyć i wiedział, że to wyraz bezsilności wobec tego, co już zdążyła zrozumieć. W tym świecie tacy jak ona byli… ciężarem. Patrzyła na niego, mrugając szybko, jakby słyszała jego myśli. Otworzyła usta, chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale nie wydobyła żadnego dźwięku. Po chwili opuściła ramiona i wymijając go, podeszła do Nisy. Usiadła obok niej i podparła głowę jedną ręką, a w drugiej obracała małą, czarną puszkę z gazem. Nisa nadal się nie odzywała. Analizowała właśnie wszystko, co wiedziała i czego się domyślała. Widziała, że Ellie jest przerażona, ale znała ją na tyle, że pozwoliła sobie zostawić jej przestrzeń. Czuła się już znacznie lepiej, choć ból w dłoniach nadal był obecny. Patrzyła na nie teraz, poruszając palcami i czując jak przyjaciółka po chwili opiera się o jej ramię. Było coś kojącego w tym, jak czuła ciężar jej ciała, oddech i ruchy mięśni. Kim w tym wszystkim jest Nir? Kłamcą? Tym złym czy tym skrzywdzonym? A może ani jednym ani drugim? Jedno wiedziała na pewno – ukrywał zdecydowanie za dużo, a to nie pozwalało mu ufać. Uniosła wzrok i napotkała wpatrzone w nią szare oczy. — Czy możemy wrócić? — zapytała cicho, choć wiedziała, co usłyszy. — Nie… — odpowiedział na wydechu. — A przynajmniej nie dopóki nie spotkacie się z Asseyą. Ellie uniosła nieznacznie głowę: — To ona ma nam dać odpowiedzi? A może to był jej pomysł i okaże się jeszcze gorsza niż ty? — zapytała przez zaciśnięte zęby. Nisa spojrzała na nią uważnie, czując lekki niepokój. Objęła ją ramieniem i przyciągnęła, aż poczuła, jak jej ciało odrobinę się rozluźnia. — Czy ona jest gdzieś w pobliżu? — zapytała spokojnie. Zadawanie innych pytań Nirowi nie miało sensu. — Możemy iść od razu? Uśmiechnął się pod nosem, ale nie było w tym nic przyjemnego. — Jest niedaleko. Podszedł do kredensu i wyciągnął z niego czarny wzmocniony taśmami wojskowy plecak z wypchanymi kieszeniami. Wyjął z niego dwie latarki, sprawdził je i podał jedną Nisie. — Trzymajcie się blisko mnie i bądźcie cicho. Patrzcie pod nogi. Zero rozmów. Stanął na progu i patrzył na nie wyczekująco. Gdy podniosły się z podłogi, wyszedł, zanim zdążyły się sprzeciwić. Ellie warknęła pod nosem, poprawiła spodnie, wyrównała kurtkę i odetchnęła. Spojrzała przyjaciółce w oczy, a ta w odpowiedzi skinęła lekko głową, zapięła kurtkę i mocniej zacisnęła palce na latarce. Wkurzona Ellie była pewniejszą towarzyszką niż ta przerażona. Były gotowe. Teoretycznie. Światła latarek omiatały czarne pnącza na korytarzu. Na ścianach i suficie rozrastały się niczym konary potężnego drzewa, ale można było między nimi zobaczyć fragmenty brudnej farby. Z kolei na podłodze kładły się tak gęsto, że nie dało się ich ominąć. Każdy krok groził pośliźnięciem lub rozgnieceniem na wpół przegniłych łodyg. Droga do głównych drzwi budynku stała się mozolna i wymagająca. Nir kroczył pewnie, widocznie przyzwyczajony do pokonywania tej drogi niezliczoną ilość razy. Szybko pokonał schody i czekał na kobiety na dole. Dla nich jednak ta przeszkoda okazała się trudniejsza do pokonania niż się spodziewały. Poręcz oblepiona porostami nie nadawała się do wykorzystania, a postawienie stopy na pochyłym, śliskim podłożu groziło zjechaniem na plecach na sam dół. Zaczęły schodzić powoli bokiem, asekurując się nawzajem i poruszając z największą ostrożnością. Jedna kondygnacja. A miały wrażenie, że schodzą co najmniej pół godziny. Gdy w końcu stanęły na w miarę równym gruncie, były zasapane i lekko spocone. Nisa czuła skurcz w stopie, ale zacisnęła zęby i spojrzała wyzywająco w oczy Nira. Ten, jakżeby inaczej, nie odezwał się, tylko skierował w stronę drzwi wejściowych. Zewsząd naciskała na nich ciemność, nie słychać było nic oprócz przyspieszonych oddechów, tarcia materiału i plaszczących odgłosów butów zapadających się w podłoże. Nir zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na dziewczyny, przykładając palec do ust. Dopiero potem nacisnął klamkę i cicho uchylił drzwi. Przez powstałą szczelinę do środka wkradła się szara poświata, a zaraz za nią biały kłąb gęstej mgły, który szybko owinął się wokół ich nóg. Gdzieś z oddali usłyszeli też dźwięk… Nisa nie zdołała opanować dreszczu, który wkradł się jej pod skórę i poczuła, jak Ellie obok niej sztywnieje ze strachu. Nir zmarszczył brwi i wyjrzał czujnie na zewnątrz. Dźwięk pojawił się znowu, ale jakby odrobinę ciszej. Brzmiał jak czyjś krzyk. Agonalny. Kobiecy. Paraliżujący. Nir nie przejął się tym, skinął na nie ręką i wymknął się na zewnątrz. Dziewczyny przez chwilę nie mogły się ruszyć. Tak jakby mgła trzymała ich stopy unieruchomione, pozbawiając wolnej woli. Wbrew rozsądkowi wzięły się za ręce i, splatając palce, pokonały opór, robiąc krok na zewnątrz. Wszystko wyglądało tak samo. A jednak zupełnie inaczej. Park nadal tam był. Ciemne kikuty drzew wyciągały się bezczelnie w stronę ołowianego nieba. Pnącza wiły się po każdej powierzchni, ale były bardziej rozsiane. Nad ziemią unosiła się cienka warstwa gęstej mgły, która poruszała się przy każdym kroku. Krzyk na razie się nie powtórzył. Na szczęście. Powietrze było nieruchome i zimne na tyle, że z ich ust wydobywały się obłoczki pary. Nir skierował się w stronę parku. Dopiero teraz Nisa zauważyła, że na środku jeziora znajduje się wysepka, na której wznosi się niewielki budynek. Przypominał trochę mauzoleum pokryte czarnymi żyłami. Poczuła szarpnięcie w dłoni. To Ellie zatrzymała się nagle, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Zaczęła kręcić głową, zerkając błagalnie za siebie. Nisa spojrzała jej ponad ramieniem i pokręciła głową. Nie możemy tam wrócić. To nie ma sensu. Pociągnęła ją za rękę, ale Ellie ani drgnęła. Widziała, jak w jej oczach narasta panika, jak jej klatka piersiowa zaczyna unosić się coraz szybciej, jak rozszerzają się nozdrza. I zanim zdążyła pęknąć, Nisa wzięła ją w ramiona i objęła najmocniej jak umiała. Gładziła ją po plecach, ramionach i głowie, a potem kołysała się z nią łagodnie. Sama też znalazła w tym ukojenie i oddychała teraz zadziwiająco spokojnie, pomimo szalejącej w jej umyśle burzy. Po chwili poczuła, że Ellie delikatnie ją odsuwa i wzdycha głęboko. Była gotowa. Ostrożnie podjęły przerwaną wędrówkę i zbliżyły się do Nira, kucającego między drzewami na granicy parku. Patrzył na nie z mieszaniną irytacji i zmartwienia, choć tego pierwszego było zdecydowanie więcej. Gdyby był tu tylko z Nisą, wszystko byłoby o wiele prostsze. Całą siłą woli powstrzymywał się przed chwyceniem jej za rękę, zerwaniem do biegu i zostawieniem Ellie z tyłu, na pastwę tego wyjca, którego słyszeli niedawno. Zamiast tego po prostu tracili czas. Zacisnął bezsilnie ręce, ale potem podniósł się i poprowadził je w kierunku jeziora. Nisa nie puszczała Ellie, ostrożnie stawiając stopy między nierównościami we mgle. Przechodząc w pobliżu jednego z drzew, spojrzała na nie przelotnie i odniosła wrażenie, że pokrywające je pnącza pulsują delikatnie. Ale mogła to być równie dobrze tylko gra światła. W pewnym momencie złapała się na szukaniu wzrokiem ich ławki. Tej, na której siedziały jeszcze dwa tygodnie temu, jak dwie zupełnie zwyczajne dziewczyny. Wydawało się, że wydarzyło się to w ubiegłym stuleciu, a już na pewno w innym życiu. Czuła się teraz kimś zupełnie innym. Nir zatrzymał się na brzegu jeziora, a ona zdjęta nagle nieokreślonym strachem, wypuściła dłoń Ellie i podeszła do niego szybko. Spojrzała i zakryła usta, żeby nie krzyknąć, ale i tak oddech uwiązł jej w gardle. Szybko zawróciła i zatrzymała przyjaciółkę, zanim ta mogła zobaczyć, co jest przed nimi. Ellie zmarszczyła brwi, próbując zajrzeć jej w twarz, ale nie poruszyła się. Nisa zdjęła swój szalik i podnosząc go, wskazała na jej oczy. Nie czekając na reakcję, zasłoniła je i ujęła jej dłoń, podprowadzając ją na skraj jeziora. Ellie nie opierała się. Zawsze ufała całą sobą. I teraz przynajmniej nie zobaczyła, że muszą przejść przez kładkę na wodzie pełnej unoszących się w niej trupów. Nisa czuła, jak drżą jej kolana, zaciskała mocno usta, żeby nie szczękać zębami. Nir podszedł do niej i zajrzał w oczy. Wydawał się zupełnie spokojny, jakby to wszystko było dla niego zwyczajne. Szukała w jego spojrzeniu czegoś znajomego, czego mogłaby się uchwycić, ale poza determinacją i zimną kalkulacją, nie znalazła niczego. Przez chwilę miała wrażenie, że wbrew wcześniejszym zakazom, odezwie się do niej, ale po chwili po prostu odwrócił się i wszedł na kładkę. Tak po prostu. Jakby wchodził na zwykły mostek na zwykłym jeziorku. Przełknęła ciężko ślinę, starając się jednocześnie zmusić żółć w gardle, żeby wróciła do żołądka. Kurwa… Ellie, pozbawiona jednego zmysłu, starała się dostosować do nowej sytuacji, ale tak naprawdę czuła się jak ciężar, który Nisa musi za sobą ciągnąć. Zdążyła tylko zauważyć, że czeka ich teraz przeprawa przez kładkę na jeziorze. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co tam jest skoro przyjaciółka uznała, że nie da sobie rady z tym widokiem. Jej wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, ale cokolwiek to było, wolała nie wiedzieć. A przynajmniej nie teraz. Trzymała się kurczowo jej dłoni, jak jedynego bezpiecznego miejsca w tym nowym, szalonym świecie. Jeszcze nigdy nie czuła się tak przerażona, a przecież spędziła pół życia z Nisą i widziała więcej niż by chciała. Poczuła stanowcze pociągnięcie za rękę i ruszyła do przodu. Ostrożnie i powoli. Krok za krokiem. Podłoże było bardzo niestabilne, chlupot desek o wodę był cichy, ale jednocześnie jeżył jej włoski na karku, bo przypominał mlaskanie jakiegoś stwora. W powietrzu unosił się zapach gnicia. Palce Nisy nagle zacisnęły się boleśnie na jej dłoni i poczuła jej krótkie drżenie. Przez moment rozważała zerwanie z oczu zasłony i zaspokojenie niezdrowej ciekawości, ale jakoś się powstrzymała, czując, że Nisa ponownie się rozluźnia. Nisa prawie krzyknęła. Prawie rzuciła się do ucieczki. Prawie wpadła do wody. Prawie. Blade, napuchnięte twarze unoszące się pod powierzchnią wody, nieodparcie przyciągały jej wzrok. Wabiły zamkniętymi oczami i złudnym spokojem. Ciała falowały delikatnie wraz z poruszeniami podwodnych prądów. Białe dłonie kołysały się miarowo, jak w subtelnym tańcu, unosząc się i opadając w rytm słyszalny tylko pod powierzchnią. Ludzie ocierali się o siebie w intymnym spotkaniu, pozostawieni w wiecznym zawieszeniu aż czas całkowicie ich pochłonie… Marjorie… Co? Musiało się jej wydawać. Przesunęła ostrożnie stopę do przodu i znowu spojrzała w tamtym kierunku. Coś błysnęło. Złoty łańcuszek? Okulary? Co do… To była Marjorie. Ale jak? Skąd? Jednak nie zdążyła się nad tym zastanowić i przyswoić. Na brzegu przed nimi pojawiła się grupka ludzi, która widocznie na nich czekała. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||