|
|||||||||
|
Pęknięcie - Rozdział 5 |
|||||||||
|
|||||||||
| ROZDZIAŁ 5 Ellie wróciła do mieszkania późnym wieczorem, ale mimo tego Nisa siedziała jeszcze w salonie, zawinięta w koc i zapatrzona w ekran laptopa. Osunęła się na fotel, podciągając kolana pod brodę. — Pan Tate z tego wyjdzie — westchnęła zmęczona i przymknęła oczy. — To dobrze — mruknęła Nisa, nie podnosząc wzroku. Palce stukały o klawiaturę, a na ekranie wyskakiwały kolejne, interesujące ją informacje. — Napisałam do Nira. Chcę się z nim spotkać jutro rano. Ellie gwałtownie podniosła głowę i usiadła prosto. Zmęczenie nagle odeszło na dalszy plan. — Co zrobiłaś? — zapytała z niedowierzaniem. Ciszę przerywało tylko uderzanie w klawisze i tykanie zegara w kuchni. — Możesz chociaż na mnie spojrzeć? Nisa po chwili wahania odstawiła na bok laptopa i wyplątała się z koca, podchodząc do przyjaciółki. — Ell, coś zaczyna być bardzo nie tak — ukucnęła przed przyjaciółką, kładąc jej dłonie na kolanach. — Czuję to i potrzebuję porozmawiać z kimś, kto też to widzi. Nie próbuję cię odsuwać, ale są rzeczy, w których nie jesteś w stanie mi pomóc. Chciałabym, żebyś mimo wszystko poszła jutro ze mną. Spotykamy się w tym małym parku obok naszego sklepu… Ich oczy prowadziły niemą rozmowę i przekazywały więcej niż słowa. Po dłuższej chwili Ellie wbrew sobie skinęła powoli głową i ścisnęła dłoń Nisy swoimi zimnymi palcami. Dzień rozbił codzienność i zwyczajność jednym lekkim ruchem, a noc nie przyniosła zasłużonego wytchnienia. Minęła szybko, szarpiąc sen i dokładając pytań, na które nie było odpowiedzi. Rankiem park był opustoszały. Gałęzie pomalowane szronem, mieniącym się w delikatnym świetle dnia, pozostawały niedocenionym dziełem natury. Gdyby to była zwyczajna niedziela, mogłyby zostać zauważone przez dwie przechodzące ścieżką kobiety. Ale nie była. Nie po tym, co przyniosła sobota. Nir już na nie czekał. Ciemna postać na tle pustego parku wyglądała jak coś ostatecznego. Serce Nisy biło w szalonym tempie. Strach i ekscytacja walczyły między sobą o dominację w jej umyśle. Ellie pozostawała milcząca. Ciemne kręgi pod jej oczami były widoczne spod warstwy makijażu, którego nawet dziś nie mogła sobie odmówić. Mężczyzna obserwował, jak się zbliżały. Jego połyskujące srebrem oczy przeskakiwały między ich sylwetkami, zatrzymując się odrobinę dłużej na Nisie. Ręce trzymał w kieszeniach, a jedna z nich zaciskała się nerwowo na starym, mosiężnym kluczu. Zimny metal wbijał się nieprzyjemnie w dłoń, odbierając jej resztki ciepła. — Hej — przywitał się ostrożnie, gdy do niego podeszły. Patrzyły na niego nieufnie, trzymając się blisko siebie. Spodziewał się ponownego spotkania, choć nie sądził, że nastąpi tak szybko. Z drugiej strony, zmiany były coraz bardziej odczuwalne i na pewno nie pozostawały bez wpływu na Nisę. On sam łapał się coraz częściej na przeszukiwaniu wiadomości i wyłapywaniu każdej anomalii. — Hej — odpowiedziała Nisa, wpatrując się w niego intensywnie. Chciała odpowiedzi. Bardziej niż czegokolwiek innego. — Musisz powiedzieć mi coś więcej. — Ale najpierw powiedz czy krzywdzisz ludzi? — wtrąciła się Ellie. To pytanie nie dawało jej spokoju od wczoraj. Nie była już w stanie dłużej zaciskać ust i udawać, że go nie ma. Nir popatrzył na nią zaskoczony, ale szybko opanował emocje. — Nie — odpowiedział po prostu. — Umiałbym to zrobić, ale tego nie robię. — I mamy ci niby uwierzyć na słowo? — Ellie pokręciła z niedowierzaniem głową i zerknęła na przyjaciółkę, ta jednak pozostała niewzruszona i poważna. — Nie musicie. Ja też was nie znam — zamilkł na chwilę. Odszukał spojrzeniem oczy Nisy. — Jestem tu i rozmawiam z wami, mimo że nie wiem, ile osób poświęciłaś i czy naprawdę nie było innego wyjścia. Kobiety zamarły na te słowa. Nisa poczuła, jakby ktoś uderzył ją lodowatą pięścią w żołądek. Przez chwilę myślała, że zwymiotuje. Ellie jak zwykle bezbłędnie odczytała przyjaciółkę i przysunęła się do niej bezwiednie. Powietrze wokół nich zrobiło się jeszcze bardziej zimne. Ile wiedział ten mężczyzna? — Nie da się inaczej — wykrztusiła Nisa, czując, jak pod powiekami zbierają się łzy. Były gorące i szczypały, chcąc jak najszybciej uciec na policzki. Podniosła twarz ku niebu, zaciskając zęby i mrugając szybko. W tym czasie Ellie objęła jej rękę i uspokajająco gładziła kciukiem wierzch dłoni. — A jeśli znam kogoś, kto może dać ci odpowiedzi? — Nir patrzył na nią uważnie. — Co jeśli można inaczej? Nisa spojrzała na niego szybko, starając się ukryć jak wielką nadzieję poczuła na te słowa, ale zanim się odezwała, zrobiła to Ellie: — Czego chcesz w zamian? Albo zapytam inaczej. Czego chcesz od Nisy? Przecież nie zadałeś sobie całego tego trudu tak bezinteresownie — patrzyła na niego surowo, mocniej ściskając palce Nisy. — Tak. Jest cena… A właściwie to… prośba. Chcę zabrać cię do swojego domu… — Co? — zapytały jednocześnie. — Zwariowałeś? — dodała Ellie. Uniósł ręce w obronnym geście: — Możesz zabrać przyjaciółkę, jeśli dzięki temu poczujesz się bezpieczniej. — Ni, kompletnie nam odbiło. Dlaczego tam idziemy? Dziewczyny szły w pewnej odległości od Nira, chcąc pozostać poza zasięgiem jego uszu. Obie czuły się jak porwane przez prąd, który nie pytał o pozwolenie i nie obiecywał, że doprowadzi je gdziekolwiek bezpiecznie. Być może rozbiją się o skały, być może zostaną wyrzucone na otwarte morze. Ale nie mogły się już wyrwać. Obietnica odpowiedzi mamiła dużo bardziej niż pewność niczego. Umysł Nisy wczepił się w nadzieję o „innym sposobie”, jak umierający ostatniego promyka słońca. Bo co, jeśli można inaczej? Co jeśli? — Dobrze, że mam gaz pieprzowy w kieszeni. Jak tylko coś pójdzie nie tak, uciekamy — Ellie mówiła dalej. — Ell? — Nisa przystanęła. — Dziękuję. Ellie zacisnęła usta, patrząc wprost w orzechowe oczy. Nawet jeśli czuła, że robią właśnie totalną głupotę, to nie mogła jej zostawić. Nie po… wszystkim. Gdy była młodsza lubiła myśleć o Nisie jak o swojej siostrze. Tej, której nigdy nie miała. Teraz jednak to uczucie stało się zupełnie inne. Tak bardzo, że gdyby miała je opisać, nie znalazłaby odpowiednich słów. — Chodź. Przecież mamy za mało przygód w życiu — zaśmiała się cicho i przewróciła oczami. Nir zatrzymał się na przystanku i czekał, aż go dogonią. Z nieba znowu zaczęły spadać ciężkie płatki śniegu, osiadając na jego kapturze i wszystkim wokół. Świat jakby przycichł. Dziwnie było patrzeć na ludzi pochłoniętych normalnymi sprawami i na samochody jeżdżące powoli zaśnieżonymi ulicami. Po krótkiej jeździe autobusem wysiedli we trójkę w zachodniej części miasta. Śnieg zdążył już na powrót zasypać całe odśnieżone wcześniej chodniki i ulice. Biel ukryła burą ziemię i szary beton. Mogłoby to nawet wyglądać bajkowo, gdyby nie fakt, że znajdowali się teraz w bezpośrednim sąsiedztwie parku. Ich parku. — Tutaj mieszkasz? — zapytała Ellie, nie oczekując odpowiedzi, ale zerknęła wymownie na Nisę, unosząc brew. Przypadek? Nir oczywiście nie zadał sobie trudu odpowiedzi i ruszył w stronę drzew. Dziewczyny zawahały się. Po raz pierwszy tego dnia straciły resztę pewności siebie i determinacji. Patrzyły na siebie niepewnie, niezdolne do podjęcia decyzji. Nir nie czekał na nie, choć z powolności jego kroków można było wywnioskować, że zdaje sobie sprawę z ich wątpliwości. Kierował się w stronę starej kamienicy, graniczącej z parkiem po lewej stronie. Jej brudnordzawe mury kontrastowały ze wszechobecną bielą. Ciemne, rozmieszczone symetrycznie okna wyglądały jak wydrążone tunele, osłonięte dla niepoznaki kolorowym szkłem. Kamienne gzymsy mogłyby zachwycić detalami, gdyby tylko ktoś poświęcił im dość uwagi. Nisa ruszyła pierwsza, a Ellie zaraz za nią. Nir zatrzymał się tuż przy ciężkich, dwuskrzydłowych drzwiach i obserwował, jak się zbliżają. Widział niepewność ich ruchów i przez chwilę poczuł wyrzuty sumienia. Stając pod budynkiem, Nisa miała wrażenie, że pochyla się nad nią stwór o pustych, bezdennych oczach, a gdy Nir uchylił skrzydło drzwi w nozdrza uderzył zapach stęchlizny, starości i zapomnienia. Mrok przedsionka wcale nie wyglądał zachęcająco. Czuła, jak mięśnie ud napinają się pod skórą, broniąc się przed ruchem. Nie chciała tam wchodzić. Obejrzała się na przyjaciółkę, na jej pobladłą twarz i zaciśnięte dłonie. Z jednej strony cieszyła się, że nie jest teraz sama, a z drugiej… — Chodźcie za mną — odezwał się Nir i zniknął w ciemności. Drzwi zamknęły się za nimi cicho. Ellie obserwowała jeszcze przez chwilę biały świat znikający w zmniejszającej się szczelinie, a po chwili wszystko na sekundę utonęło w czerni. Spodziewała się upiornego skrzypienia zawiasów lub chociaż stuknięcia zamka, ale zamiast tego usłyszała tylko przełącznik światła, zapalonego przez Nira. To, co zobaczyła, kompletnie nie pasowało do ponurej bryły budynku, widocznej na zewnątrz. Jasne kolory rozciągającego się przed nimi korytarza ogrzewały samym swoim widokiem. Wysokie, łukowate sklepienie i inkrustacje na ścianach wyglądały bardzo elegancko i… czysto. Mozaika ułożona na podłodze pasowała bardziej do innej epoki. Ellie przez chwilę chłonęła ten widok, a potem przypomniała sobie, co tu robi. Ścisnęło ją w żołądku i odrywając wzrok od ozdobnych ścian, zauważyła, że mężczyzna i jej przyjaciółka wchodzą właśnie na pierwsze stopnie kamiennych schodów. Podążyła za nimi, przełykając ciężko ślinę i wycierając wnętrze dłoni o spodnie. W budynku panowała nienaturalna cisza. Stukanie podeszw o podłoże rozchodziło się wokół niepokojącym echem. Okna klatki schodowej wychodziły na ośnieżone podwórko, które teraz przypominało zbiór małych pagórków okrytych gładką warstwą śniegu. Trudno było ocenić, czy było zadbane czy raczej zapomniane. Nisa sunęła palcami po drewnianej poręczy, pozwalając myślom skupić się na chwilę, na wyobrażeniu innych dłoni dotykających w przeszłości tych samych miejsc. Uniosła głowę i zobaczyła nad sobą czarną latarnię z mlecznobiałym szkłem, wiszącą na długim łańcuchu. Przez chwilę miała nawet wrażenie, że kołysze się ona delikatnie, wydłużając cienie padające na ściany. Nir zatrzymał się na pierwszym piętrze przed pięknie rzeźbionymi drzwiami z mosiężną czwórką i małą kołatką, umieszczoną w ich górnej części. Trzymał ręce w kieszeniach i patrzył na czubki butów, marszcząc delikatnie czoło. Mimo że sam je tutaj zaprosił, teraz wyglądał jakby czuł się z tym niekomfortowo. Nie odezwał się nawet słowem, wyjmując z kieszeni dłoń, w której ściskał duży, stary klucz. Z minimalnym wahaniem umieścił go w zamku i przekręcił z głośnym kliknięciem. Ten dźwięk przypominał odgłos rozdarcia lub pęknięcia czegoś dobrze znanego. Nisa momentalnie poczuła, jak unoszą się włoski na jej karku, a dłonie oplata przeszywający ból. Czuła, że nie może oddychać. Ellie stojąca obok niej westchnęła cicho i zacisnęła szczęki, mrużąc oczy. Czy też poczuła ten ból? Nir nacisnął klamkę i powoli uchylił drzwi. Zalegająca za nimi ciemność, wyglądała groteskowo w porównaniu z jasnym kolorem ścian. Po minucie wpatrywania w ciszy w mroczny prostokąt, zaczęli zauważać zarysy pierwszych mebli – stolik kawowy, sofa, kredens, stojak na kurtki. Ellie ciągle kołatała po głowie jedna myśl: To bez sensu. To bez sensu… Nie mogło być później niż przed południem. Nawet jeśli słońce było za chmurami, nawet jeśli sypał gęsty śnieg… Nie mogło być AŻ tak ciemno. Zatrzęsła się z zimna, które nagle uderzyło z mieszkania i otuliło jej ciało. Serce zaczęło łomotać w jej klatce, a z twarzy odpłynęła cała krew. Wszystkie mięśnie napięły się, gotowe do ucieczki. Zerknęła szybko na Nisę, ale ta wpatrywała się w pomieszczenie za drzwiami, nie zauważając przyjaciółki. Miała zaciśnięte pięści, a na skroni pulsowała żyłka. Ellie bała się, że wie, o czym myśli. Nir wszedł do mieszkania, zerkając na nie zachęcająco, jakby wszystko było w porządku i faktycznie wracał do swojego domu. Jego ciemniejsza postać odcinała się od otoczenia, gdy przekroczył próg. Dlaczego nie zapala światła? I zanim ta myśl zdążyła wybrzmieć w głowie Ellie, Nisa zrobiła krok naprzód, pociągając ją za sobą. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||