|
|||||||||
|
Pęknięcie - Rozdział 1 |
|||||||||
|
|||||||||
| ROZDZIAŁ 1 Kwiat na parapecie nie był podlewany od ośmiu dni. Dłonie obejmowały kubek. Był cieplejszy niż reszta świata. W ciszy tykał stary, pamiątkowy zegar. Dochodziła dziewiąta. Na korytarzu rozległo się szuranie puchatych, różowych kapci. Palce na kubku zacisnęły się trochę mocniej. — Hej Ni. Dawno wstałaś? — Ellie wkroczyła do kuchni w swoim różowym majestacie piżamy w kapibary. — Jadłaś już? — Nie, czekałam na ciebie — spojrzenie Nisy nadal było utkwione w brązowym napoju. — Było jeszcze ciemno, gdy się obudziłam, ale nie mogłam już zasnąć. Masz ochotę na tosty? Ellie opierała się o blat z kawą w dłoni i patrzyła przez okno. Mruknęła w odpowiedzi. — Ell? — Hm? — obróciła się. — Czy… — wszystko z nami w porządku? — wolisz tosty na słodko czy z serem? — dokończyła. — Dziś niech króluje ser! — Ellie posłała jej uśmiech, który nie obejmował oczu. Usiadła za stołem. — Byliśmy wczoraj z Markiem w tej nowej restauracji w starej części miasta. W tej, która przypomina trochę wnętrze opery, kojarzysz? — Nisa pokiwała głową. — Fajnie, że udało się przełożyć rezerwację z zeszłego tygodnia… — zamilkła na chwilę. Dłoń na uchwycie kubka zbielała lekko. — Przyniósł mi kwiaty – białe frezje. To było mega urocze i miłe. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz dostałam kwiaty — popukała palcem w brodę. — W każdym razie jedzenie było pycha! Siedzieliśmy na balkonie i mogliśmy patrzeć na ludzi w głównej sali. Muzyka była subtelna, płonęły świece, a on patrzył na mnie… tak… no wiesz — uśmiechnęła się. — Jak w obrazek? — Nisa zerknęła przez ramię, mrużąc oczy z rozbawieniem. — Nooo. Parsknęły obie, a Ellie udawała, że omdlewa na krześle. Tosty wylądowały na stole, a między przyjaciółkami zapadła cisza. Tykanie zegara wypełniło przestrzeń. Kursor migał na ekranie laptopa. Biały ekran rozjaśniał cienie na twarzy. Okulary zjeżdżały po nosie. Od godziny próbowała coś napisać. 5 zasad zdrowego stylu życia. Zdrowa dieta. Ruch. Sen. Profilaktyka. Kursor migał. Jakby czekał aż przestanie kłamać. Odchyliła się na oparcie fotela i przygryzła kciuk. Noga nerwowo podskakiwała, wprawiając całe ciało w ruch. Zawiesiła wzrok na lampie solnej, którą dawno temu postawiła na biurku. Roztaczała przyjemne, ciepłe światło, tak bardzo kontrastujące z zimnem ekranu. 5 zasad. Zdrowa dieta… Kłucie w palcach. Chłodna dłoń. Brązowy rękaw. W pokoju w końcu rozbrzmiał cichy stukot klawiszy. Na ekranie pojawiły się pierwsze słowa. Warknęła i potarła palcami oczy. Okulary stuknęły o blat. Szum miasta delikatnie rozwiewał ciszę zalegającą w mieszkaniu. Ellie była u siebie. Pewnie rozmawiała z Markiem albo oglądała jeden ze swoich seriali. Nisa westchnęła, zamknęła laptop i wstała z zamiarem zrobienia sobie herbaty. Zanim podeszła do drzwi, usłyszała delikatny szelest, a po chwili ciche pukanie. — Wejdź — powiedziała ostrożnie. — Hej, myślałam, że może śpisz — Ellie brzmiała, jakby jednak miała nadzieję, że nie będzie musiała tu wchodzić. — Nie… pracowałam — wykrzywiła usta i uciekła wzrokiem w stronę drzwi. — Miałam właśnie iść po herbatę. Masz ochotę? — Właściwie to… — zrobiła krok do przodu — chciałam z tobą porozmawiać o… — Wszystko ok, Ell. Czuję się ok. — Nie wydaje mi się. Tym razem było inaczej. Dla mnie też — próbowała zajrzeć jej w oczy. — Przecież jesteśmy w tym razem. Tak było i nic się nie zmienia — wyciągnęła rękę jakby miała zamiar ją przytulić, ale zatrzymała się w połowie ruchu. Nisa stała nieruchomo, omijając wzrokiem jej twarz. — Ja nie chcę czuć się z tym sama, wiesz? A teraz tak właśnie jest. — Przykro mi… — szepnęła Nisa. — Gdyby faktycznie tak było, to nie trzymałabyś mnie na dystans. Myślisz, że jestem ślepa? — wzięła jej twarz w dłonie i zmusiła do spojrzenia. — To nie tylko twój ból. I czekam aż w końcu to do ciebie dotrze… A teraz chodź po tą herbatę — prychnęła i przewróciła oczami wiedząc, że nie doczeka się odpowiedzi. Czajnik mruczał, a Nisa stała przy szafce z kubkami zastanawiając się, który wybrać. Obie miały słabość do kapibar, więc większość porcelany ozdabiały słodkie brązowe kulki o zblazowanych minach. Zanim zamieszkały razem, Nisa krzywiła się na widok wszelkich „dziecinnych” wzorów, a noszenie skarpetek nie do pary było dla niej zbrodnią przeciwko ludzkości. Teraz? To była jej codzienność, o której myślała z nostalgią i czułością. — Pijemy zieloną? — zapytała Ellie grzebiąc w szafce. Nisa zamrugała, potaknęła i wyjęła w końcu różowe kubki z uśmiechniętymi mordkami. — A mamy zieloną z truskawką? — uśmiechnęła się do wspomnienia, które pojawiło się znikąd. — Chyba tak… — Ellie zanurkowała głębiej, wyłowiła małe zielone pudełeczko i uniosła je triumfalnie. Po chwili aromat truskawki wypełnił im nosy, przywołując zapomniane chwile. Ile to już czasu? Dwanaście? Trzynaście lat? Pierwsze spotkanie nad jeziorem w pewne upalne wakacyjne popołudnie. Nisa siedziała na brzegu z miseczką aromatycznych truskawek i obserwowała pojedyncze, białe obłoczki, słuchając radosnych pisków kąpiących się dzieciaków. Nie spodziewała się, że tego dnia do jej życia wkroczy Ellie – pyzata szatynka bez skazy, na którą można było patrzeć bez końca. Jej pojawienie się na tle słońca wzbudziło w Nisie podejrzliwość i niepokój. Ale moment, gdy usiadła obok i poczęstowała się bez pytania truskawką, patrząc jej zuchwale w oczy, rozproszył napięcie. Nigdy do końca nie zrozumiała fenomenu Ellie. — Co tak na mnie patrzysz? — Ell uniosła brew podejrzliwie. — Mam coś na twarzy? We włosach? To pająk?! — zaczęła trzepać spanikowana włosy. — Nie, stój! Nic się nie dzieje. Po prostu coś mi się przypomniało. Wyluzuj. — No to czemu mnie straszysz? — przewróciła oczami. — Idziesz jutro do redakcji czy zostajesz? — Muszę spotkać się ze Stevem i obgadać plan tematów na ten tydzień. No i oddać artykuł — stres ścisnął jej żołądek, a kubek stuknął niespokojnie o blat stołu. — Jak będę wracać, to wstąpię na zakupy. Masz jakieś specjalne życzenia? — Zaskocz mnie — mrugnęła i podniosła się. — Zbieram się spać, Ni. Nie siedź długo. Zobaczymy się jutro przed wieczorem. Nisa siedziała jeszcze kilka chwil. Cisza dzwoniła w uszach, choć może to tylko wspomnienia obijały się w jej głowie. Poranek nadszedł szybciej, niż było to moralnie dopuszczalne. Dzieciaki piętro wyżej biegały, zbierając się do szkoły i tupiąc przy tym jak stado źrebaków. Nisa nakryła głowę poduszką i udawała, że nie istnieje, ale budzik nie dał się oszukać. Warknęła i usiadła na łóżku. Słońce jeszcze nie wzeszło, więc w pokoju panował półmrok. Gdzieś na górze trzasnęły drzwi i nastała cisza. Głęboki wdech wypełnił jej płuca i uleciał po chwili z cichym westchnieniem. Ogarnęła się do wyjścia w niecałe pół godziny, więc już o ósmej szła w kierunku swojego przystanku autobusowego. Na trawie połyskiwał nocny szron, ludzie mijali ją otuleni szalikami i czapkami, utrzymując szybkie tempo. Szare niebo sprawiało wrażenie ciężkiego i zwiastowało opady śniegu. Latarnia, latarnia… Na swojej drodze miała dokładnie pięć punktów, do których odliczała za każdym razem, gdy przemierzała tę trasę. Latarnia sto metrów od mieszkania, czerwony hydrant, sklepik, w którym zawsze kupowała kawę, witryna sklepu medycznego i przystanek. Te kilka minut potrafiło czasami wydłużyć się w całe godziny, a punkty pomagały przetrwać. Hydrant, hydrant… Podeszwy miękko stukały o chodnik. Nos ukryty w szaliku zwilgotniał od mrozu, a oczy lekko łzawiły. Przechodnie mijali ją szaro-czarną masą, każdy zatopiony we własnych planach. Myślała o artykule, który skończyła ledwie pięć godzin temu i który drażnił samym swoim istnieniem. Już dawno pisanie nie było dla niej taką udręką. Ciekawe, czy Steve wkurzy się tak bardzo, że poczerwienieją mu uszy, czy tylko pojawi się pulsująca żyłka na skroni. Szła bez pośpiechu, dłonie ukryte w kieszeniach, lekko się pociły. Kawa, kawa… Zatrzymała się nagle, z bijącym mocno sercem. Uniosła głowę i rozejrzała z niepokojem. Coś było nie tak. Coś wybiło się na tle szarości i ruchu tłumu. Czy ktoś stał, patrząc wprost na nią, czy tylko jej się wydawało? Co takiego dostrzegła kątem oka, że musiała się zatrzymać? Obróciła się zdezorientowana. Nie. Wszystko wygląda jak zawsze. Ale niepokój zagnieździł się już pod skórą. Lekki dreszcz przebiegł po karku. Z ociąganiem weszła do sklepu. Aromat kawy na progu połaskotał jej nos i delikatnie uspokoił. Podeszła do lady, za którą stała dziewczyna z porannej zmiany, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do równie sztucznych ust. — Co podać? — Duże latte z mlekiem owsianym. Dziękuję. Kiedyś, będąc w wyjątkowo dobrym nastroju, nie wypowiedziała swojej zwyczajowej formułki, a jedynie „poproszę to, co zawsze”. Zamarzyła się jej scena jak z filmu, gdzie bohater nie jest pierwszą lepszą osobą, a kimś faktycznie wartym zapamiętania. Och, jakże była naiwna, wyobrażając sobie, że dziewczyna tym razem uśmiechnie się naprawdę i powie „już podaję”, zamiast „czyli co?” rzucone zirytowanym tonem. Dostała swój kubek, a gdy ostrożnie brała go do ręki, chłodne palce dziewczyny przelotnie musnęły jej własne. Zadrżała. Igiełki bólu momentalnie pojawiły się w opuszkach. Brązowy rękaw prześliznął się przez jej myśli jak odgryziony zbyt duży kawałek loda sunący przez gardło, mrożąc tkanki. Opuściła głowę, zaciskając powieki. Wdech. Raz, dwa, trzy, cztery. Zatrzymaj. Pięć, sześć. Wydech. Siedem, osiem. Otworzyła oczy i wyszła, nie rozglądając się. Mroźne powietrze momentalnie ochłodziło jej gorącą skórę. Sklep, sklep… Rytm znowu wrócił. Trzeba było tylko oddychać i stawiać krok za krokiem. Już prawie dotarła do celu. W witrynie sklepu medycznego pojawiły się dekoracyjne śnieżynki, obsypane opalizującym brokatem. Wyglądało to niemal karykaturalnie w porównaniu z najnowszym wózkiem inwalidzkim stojącym na podeście wraz z rozpiską wszystkich jego zalet. Jakby stylistyka mogła przyćmić ludzki ból. Jakby nieszczęście kupowania podkładów higienicznych dla obłożnie chorego najbliższego miało być mniejsze za sprawą tych głupich śnieżynek. Zacisnęła szczęki. Dobrze, że przystanek autobusowy był już na wyciągnięcie ręki. Pod zadaszeniem stało tylko kilka osób – starsza pani wystrojona jak na wizytę u lekarza, chłopak trzymający dziewczynę za rękę, facet w granatowej kurtce zapatrzony w telefon i dziewczyna ze słuchawkami na uszach, kiwająca głową do rytmu. Nisa zatrzymała się w pewnej odległości od nich i zapatrzyła na przejeżdżające samochody. Ciekawe, czy Marjorie będzie dziś w biurze. Och, na pewno będzie. Wzniosła oczy ku niebu. Może uda jej się przemknąć niezauważenie. Autobus podjechał dwie minuty po czasie. Redakcja świeciła dziś pustkami. Gdy Nisa wysiadła na swoim piętrze, przywitał ją subtelny odgłos klawiatury i cichy szmer rozmów w pomieszczeniu socjalnym. Biuro Steve’a było po drugiej stronie open space. Rozejrzała się - po prawej, bliżej windy siedziała stażystka Debby, a po lewej bliżej biura redaktora - Jack, ale on nigdy nie zwracał uwagi na otoczenie, gdy pracował. Ruszyła przed siebie, ze wzrokiem utkwionym w drzwiach zasłoniętych żaluzją i złotą tabliczką: Steve Harrison Redaktor Naczelny. Była przekonana, że cienka wykładzina tłumi stukanie podeszw i dzięki temu porusza się zupełnie bezszelestnie. — Niso, kwiatuszku, czekaj chwilkę. Sapanie przybliżyło się, zanim zdążyła się obrócić. Ledwo miała czas i siłę zmienić grymas na twarzy w coś w miarę neutralnego. — Hej Marjorie, co tam? — oby nic. — Dawno cię tu nie było, ja na twoim miejscu bardziej bym się przykładała do pracy. Młoda jesteś i niedoświadczona, będziesz pierwsza do zwolnienia, jeśli się nie przyłożysz. Mnie to nie da się tak łatwo zastąpić, jestem tu od trzydziestu pięciu lat, znam tę firmę jak własną kieszeń, ale ty… — zawiesiła dramatycznie głos, bawiąc się bezwiednie okularami na złotym łańcuszku. — Martwię się o ciebie kwiatuszku. Nisa skinęła tylko głową, bo rozmowa nie miała tu racji bytu. Chciała już odejść, gdy Marjorie złapała ją za rękę. Miała ochotę krzyknąć. — Tylko potem nie przychodź do mnie z płaczem i nie mów, że nie ostrzegałam — szepnęła konspiracyjnie. Nisa stanowczo zabrała rękę z jej uścisku. — Dzięki — mruknęła i odeszła, tłumiąc wszystkie inne słowa, które wypełniły jej usta. Steve rozmawiał przez telefon, gdy weszła. Gestem nakazał jej usiąść i poczekać. Spacerował nerwowo wzdłuż biurka, miętosząc w dłoni czerwoną piłeczkę antystresową. Na czole miał swoją zwyczajową zmarszczkę zmartwienia i wkurzenia jednocześnie. Koszula rozpięta pod szyją zdradzała obecność łańcuszka, który zastanawiał Nisę. Czy jest tam krzyżyk, medalik, zawieszka ze zdjęciem? A może coś zupełnie innego, jak kieł wilka albo miniaturowy łapacz snów? — Deadline był na wczoraj, Nicole. Wiem, że masz chore dziecko, ale przecież to tylko przeziębienie — słuchał przez chwilę. — Podjęłaś się tej pracy i bez względu na czynniki oczekuję jej wykonania. No musimy być poważni, Nicole. Skład czeka na ten artykuł. Masz czas do południa. Po tym czasie przekażę im któryś z artykułów rezerwowych. Na razie. Zdrowia dla twojego dzieciaka. Steve rozłączył się i opadł na fotel. Czarna skóra zaskrzypiała pod jego ciężarem. — Przeczytałem twój artykuł – westchnął, opierając łokcie na biurku i spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi — żarty sobie robisz? Licealista włożyłby w to więcej serca. Czy naprawdę tak ciężko jest napisać kilka zdań o zdrowym stylu życia? Nie wymagam odkrycia lekarstwa na raka albo na stwardnienie rozsiane — spojrzał na ekran laptopa i pokręcił głową. — Serio? Nisa nie miała nic na swoją obronę. — Wiem — szepnęła ze wzrokiem utkwionym w dłoniach złożonych na podołku. — Wiesz? — uniósł brwi, jakby to słowo wytrąciło mu z ręki wszystko, co miał zamiar powiedzieć. — I mimo tego wysyłasz mi takie gówno? Nisa… — przeczesał dłońmi włosy i ze zdwojoną siłą zaczął bawić się czerwoną piłeczką. — Jeśli nie jesteś teraz w stanie pracować, to chcę o tym wiedzieć. — To nie to — spojrzała na niego przelotnie. — Ten temat po prostu jakoś mi nie leżał. Przecież wszystkie poprzednie artykuły były dobre. Rzadkie choroby, profilaktyka, najnowsze odkrycia w dziedzinie medycyny – w takich tematach czuję się najlepiej. — Pracując dla mnie — przerwał — musisz pisać na tematy, które Ci przydzielam. Nie mogę traktować cię specjalnie albo ulgowo. Masz czas do jutra, żeby poprawić ten artykuł, a tu masz listę tematów na ten tydzień — powiedział, wręczając jej zapisaną kartkę papieru. Nisa wstrzymała oddech, gdy jej wzrok padł na temat numer cztery: diagnostyka i wykrywalność tętniaków u dzieci i dorosłych. Serce zacisnęło się boleśnie. Krew zaszumiała w uszach. Policzki zapłonęły żywym ogniem. Świat skurczył się do jednego okrutnego słowa. — Wszystko ok? — Tak, jasne — wykrztusiła. — Dzięki. Poprawię. Zerwała się z krzesła i prawie wybiegła z biura. Z impetem wpadła do windy, a gdy tylko drzwi się zamknęły, opadła na podłogę i ukryła twarz w dłoniach. Po wyjściu z budynku, mroźne powietrze znowu okazało się zbawienne. Łzy zamarzły zanim zdążyły wypłynąć. Chwytała powietrze w krótkich, urywanych wdechach, ściskając w dłoniach rękawiczki. Świat nadal się kręcił. Monotonny szum samochodów mieszający się z nerwowym trąbieniem, ludzie mijający ją w ciszy na chodniku. Uniosła głowę akurat w momencie, gdy pierwszy z ciężkich płatków śniegu, ślizgając się na podmuchach wiatru, sunął powoli ku ziemi. Po chwili za nim podążyły kolejne, tak jakby ten pierwszy był tylko zwiadowcą. Poruszyła się w końcu, z postanowieniem zrobienia zakupów, tak jak miała to wcześniej w planach. Życie toczy się dalej, a one mają pustą lodówkę. Krążyła między regałami szukając czegoś dla Ellie. Jej wymagające podniebienie zawsze stanowiło kulinarne wyzwanie. W końcu zatrzymała się przy paczkach z wegańskimi czekoladowymi ciasteczkami i zaczęła czytać ich skład. Sklep nie należał do tych ogromnych dyskontów, gdzie produkty leżały masowo na półkach kusząc kolorowymi opakowaniami, niskimi cenami i wątpliwą jakością. Wybór był ograniczony, ale zawsze znalazła coś pysznego w rozsądnym budżecie. Spojrzała na zawartość wózka i leżące na wierzchu ciasteczka. Czegoś tu jeszcze brakowało. Powoli wyjechała z alejki, kierując się do działu piekarni. Ciekawe, czy znajdzie dziś to pyszne wegańskie tiramisu, które tak uwielbiała Ellie. Nagle poczuła, jak unoszą się włoski na karku. Żołądek zacisnął się na chwilę, a oddech uwiązł w gardle. Rozejrzała się niespokojnie. Starszy pan w okularach na nosie, próbował przeczytać coś na paczce makaronu, odsuwając ją na długość ręki. Mama ze śpiącym w wózku dzieckiem, zastanawiała się, która kaszka będzie najzdrowsza dla jej małego skarbu. Mężczyzna w granatowej kurtce wahał się między pomidorami w puszce a przecierem pomidorowym. Pokręciła z niedowierzaniem głową. Czyżby zaczęła popadać w paranoję? — Och, Boże, jakie to pyszne. Ellie pochłaniała kolejny kawałek swojego tiramisu, mrużąc oczy z przyjemności i ciesząc się jak dziecko. Nisa była kompletnie bezbronna wobec jej radości. — Właśnie widzę — uśmiechnęła się szczerze i mrugnęła do niej. — Ale chyba zostawisz trochę miejsca na kolację, co? Pizza zaraz będzie gotowa. Ellie spojrzała z żalem na ostatni kawałek ciasta: — Widzisz, kochanie? Ta podła pani nie pozwala nam być razem. Odstawię cię teraz do lodówki, ale wrócę. Przysięgam — jej dramatyzm był jeszcze bardziej śmiercionośny niż ta niewinna słodycz. Nisa prychnęła pod nosem i sięgnęła do szafki po talerze. Puk, puk. Spojrzały na siebie zaskoczone. — Spodziewasz się kogoś? — szepnęła Nisa. Ellie pokręciła głową i spojrzała w kierunku korytarza. A może tylko im się wydawało? Mark zawsze spotykał się na mieście. Nisa nie miała nikogo na tyle bliskiego, że chciałby ją odwiedzić bez zapowiedzi. Już prawie poczuły ulgę, że coś im się przesłyszało. Puk, puk, puk. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||