DRUKUJ

 

Cienie nad Gopłem

Publikacja:

 25-08-24

Autor:

 AlexPretnicki
Aleksander Prętnicki
Cienie nad Gopłem
Prolog
Zamek Popiela wynurzał się z mgły jak stara legenda, która nie chciała umrzeć.
O wczesnym poranku, gdy jezioro Gopło jeszcze spało pod warstwą mlecznobiałej pary, kruszwicka twierdza trwała nieporuszona — czarna sylwetka w krajobrazie, jakby ktoś wbił do ziemi olbrzymi, kamienny palec wskazujący winnego. Gołębie na blankach, drzewa na dziedzińcu, woda cieknąca z miedzianej rynny — wszystko czekało jakby na znak. I tak każdego dnia. Od dawna.
Mówiono, że zamek nigdy nie zasypia — że nawet gdy mgła pokrywa dachy, ktoś tam liczy zboże, waży srebro albo słucha, co szepcze wiatr od strony państwa Polan.
W środku, w jednej z wyższych komnat, Popiel nachylał się nad drewnianym stołem, pisząc. Nie był już młody, choć jego włosy wciąż trzymały się głowy z podejrzaną lojalnością. Broda, starannie rozczesana i posmarowana olejkiem o zapachu cisu, zdradzała więcej próżności niż mądrości. Oczy miał łagodne, piwne, czasem zdawało się — melancholijne. Byłoby to nawet ujmujące, gdyby nie to, że w kącie jednego z nich siedziało coś… lepkiego, podejrzanego, przypominającego drobny, złośliwy błysk.
– “Do Pani Mirny z Boru Krwawnika…” – mamrotał pod nosem, maczając pióro w atramencie. – “Z wielką radością przyjmuję wiadomość, iż zgodziła się Pani przyjąć moje skromne zaproszenie…”
Poprawił się.
– “Z wielką radością... z niekłamaną radością... hmm... nie, z przesadnie wielką radością...”
Skrzypnięcie zza jego pleców. Popiel nie spojrzał.
– To tylko wiatr, Bursztynku – powiedział spokojnie, z uśmiechem, do kota, który siedział na parapecie.
Po chwili znów skupił się na piśmie. Każda litera była starannie formowana, jakby pismo miało zostać wytatuowane na czyjejś skórze. Jego pióro znało słowa, które mogły rozkazywać, ułaskawiać albo wzywać — wszystko zależało od tego, kto je potem odczyta i komu wsunie pergamin do ręki.
Odłożył pióro. Westchnął. Podszedł do okna.
Z tej wysokości widział wszystko: spowite mgłą jezioro, rude dachy podzamcza, rozkopane pola — jakby ziemia była nerwowa i nie mogła usiedzieć w miejscu. Gdzieś tam, za horyzontem, zaczynały się ziemie Polan — tych samych, których w kronikach nazywano młodszymi braćmi Goplan, choć od dawna nikt już nie wierzył w braterstwo.
Ponownie skierował wzrok w stronę żyjącej w swoim tempie Kruszwicy. Z góry ludzie wyglądali jak mrówki. A może nie ludzie. Może to tylko myszy w przebraniach.
– Czas ożywić to miejsce – szepnął z uśmiechem. – Trochę zamieszania dobrze im zrobi.
Za jego plecami atrament w kałamarzu lekko zabulgotał. Zamek zadrżał niezauważalnie — może z zimna, a może z niecierpliwości. Gdzieś pod kamienną posadzką, głębiej niż sięgały fundamenty, coś czekało na szept, który pozwoli mu wypełznąć na światło dzienne.

Mirna właśnie wciągała spodnie, gdy do chaty wpadła sroka. Z impetem, przez okno, zostawiając za sobą smugę piór i kurz z zaklętej ramy, która teoretycznie miała być chroniona runą przeciwko wścibskim ptakom.
Sroka, jak to sroki, nie przeprosiła. Wrzuciła coś na podłogę – ciężki rulon zawinięty w woskowaną skórę – bezczelnie zaskrzeczała i wyfrunęła z powrotem, zahaczając o zioła wiszące u powały. Dwa pęki dziurawca runęły na Mirnę.
– Dziękuję, bardzo uprzejmie – mruknęła, otrzepując głowę. – Może jeszcze chcesz herbaty?
Podniosła pakunek, nie kryjąc niechęci. Skóra była pachnąca, tłusta i droga, jak twarz jakiegoś możnego. Pieczęć – złota, z wizerunkiem wieży na tle fal – rozpoznała od razu. Kruszwica. Zamek Popiela.
„O nie,” pomyślała. „Znowu.”
Otworzyła list powoli, jakby miał ją ugryźć. Litery były starannie kaligrafowane, aż za bardzo. Ten rodzaj pisma, który nie ufa swojemu odbiorcy.
„Pani Mirno z Boru Krwawnika,” zaczynało się, z gracją i niewzruszoną pewnością siebie. „Z niekłamaną radością przyjmuję wiadomość, iż zgodziła się Pani przyjąć moje skromne zaproszenie…”
– Cóż za wizjonerska radość, biorąc pod uwagę, że o niczym jeszcze nie zdecydowałam – burknęła. Przesunęła wzrokiem dalej.
Popiel pisał o potrzebie konsultacji duchowej. O „zakłóceniach w polu sił żywiołów”. O mgłach, snach i cieniu, który „wydaje się rozrastać”.
– O, kochany, to może tylko grzyb – zauważyła.
List kończył się zaproszeniem: pojawić się na zamku do pełni, bez zbędnej zwłoki, z dowolną ilością bagażu i jednym towarzyszem, „choćby niemym” (to ostatnie dopisane ręcznie, w lekko rozedrganym stylu, jakby ktoś się śpieszył albo bardzo starał się być zabawny).
Mirna odłożyła pergamin na stół. Z zewnątrz do chaty wdzierało się światło – złotawe, jesienne, niosące zapachy dymu i fermentujących śliwek. Las milczał, ale niepokojąco. Jak pies, który nagle przestaje szczekać.
Zaparzyła herbatę z lipy, wrzuciła do niej korę i coś, co wyglądało jak sucha żaba, ale w rzeczywistości było sfermentowanym zielem pamięci. Siadła na progu.
Jej włosy, ciemne jak ziemia po deszczu, były związane w luźny węzeł. Miała może dwadzieściakilka lat, choć rzadko ktoś wierzył, że tak młoda kobieta potrafi leczyć rzeczy, których inni boją się dotknąć myślą. Miała szerokie ramiona, twarz gładką i nieruchomą jak tafla studni, z której ktoś dawno przestał czerpać wodę. Na palcach ślady po poparzeniach, na szyi sznur z ususzonych owoców dzikiej róży, kilku kawałków kory i srebrnego liścia, który nigdy nie ciemniał — znak, że Bór Krwawnika jeszcze ją pamięta.
Wpatrywała się w zamek w oddali. W dzień go nie było widać, ale Mirna go czuła. W klatce piersiowej, pod żebrami, gdzie serce bije na opak, jeśli ktoś jest choć trochę magiczny. Wieśniacy mówili, że ludzie z sercem na opak mogą rozmawiać z mgłą i śnić za dwoje. Mirna zawsze twierdziła, że to bzdura — ale nie w głębi duszy.
Wiedziała, że będzie musiała tam pójść.
Nie dlatego, że Popiel był księciem. Ani dlatego, że prosił. Po prostu — coś tam czekało. Coś się budziło. A kiedy coś się budzi w miejscu, gdzie od dawna powinna być cisza, zwykle kończy się to zgonem, klątwą albo... ślubem.
Mirna miała nadzieję, że nie tym trzecim.
Zamek Popiela kusił nie tylko tajemnicą. Kusił złotem.
Mirna niechętnie przyznała przed sobą, że to właśnie ta część listu była najstaranniej przeczytana. "Godne wynagrodzenie za konsultację", pisał Popiel, a dalej: "pełne wyżywienie, transport, dostęp do księgozbioru, oraz — jeśli zajdzie potrzeba — rekompensata za potencjalne straty duchowe i materialne".
A Mirna… cóż. Zimowe zapasy nie wyglądały najlepiej. Ostatnia beczka z kiszoną kapustą wybuchła w sierpniu, zboże zjadły sarny, a nowi osadnicy woleli chodzić do zielarki w sąsiedniej wsi — tej, która wróżyła z jajek i zawsze mówiła, że wszystko będzie dobrze. Słój z miodem był pusty, zioła schły nierówno, a ostatni klient zapłacił jej nie pieniędzmi, tylko psem, który od trzech dni wył w kącie i wyżerał korę z bali.
– „Straty materialne”, powiadasz – mruknęła, zerkając na psa. – No to chyba się kwalifikuję.
Pies spojrzał na nią jednym okiem, zaszczekał i znowu przytulił się do belek. Też wiedział swoje.
AKT I – Zaproszenie do Kruszwicy
Jazda do Kruszwicy trwała trzy dni i dwie noce, choć Popiel przysłał wóz z baldachimem, dwoma końmi i woźnicą, który znał tylko jedno słowo: „dalej”. Mirna z początku próbowała go zagadać — najpierw grzecznie, potem złośliwie, a na końcu wyłącznie dla rozrywki, komentując okoliczne drzewa, mgłę i niepokojące dźwięki lasu. Woźnica nie reagował. Miał twarz wybitnie okrągłą, jak bochen chleba, na którym ktoś narysował oczy węglem. Dawno temu mówiono, że Popiel zbiera takich ludzi — niemowę z lasu, ślepca z grobli, człowieka, który pamięta cudze sny. Żaden nie mówi za dużo, ale każdy wie więcej, niż powinien. Raz, na postoju, widziała, jak szepcze coś do konia, który... przytaknął. Od tamtej pory milczała.
W trzecim dniu mgła się rozstąpiła, jakby coś ją przecięło. A tam, w oddali, wyrosła Kruszwica.
Zamek nie był ruiną — przeciwnie. W blasku popołudniowego słońca wyglądał niemal bajkowo. Wieże zdobione miedzianymi okuciami, dachy w czerwieni, dziedziniec wyłożony płytami tak czystymi, że mogłyby służyć za zwierciadła. Gzymsy pełne rzeźb: gryfy, wilki, sowy, niektóre poruszały oczami. Flagi łopotały radośnie na każdym szczycie, jakby chciały zapewnić, że to miejsce nie ma nic wspólnego z tymi starymi opowieściami o mroku, krwi i gryzoniach.
Mirna, siedząc w powozie, miała jednak wrażenie, że zamek oddycha. I że nie robi tego z płuc, tylko przez skrzela.
Przy bramie powitał ją marszałek dworu — szczupły mężczyzna z nosem jak dziób dzięcioła, w szacie haftowanej srebrnymi splotami. Skłonił się lekko, choć z wyraźnym oporem, jakby jego kręgosłup nie do końca popierał tę decyzję.
– Pani Mirna z Boru Krwawnika — powiedział tonem, który mógłby równie dobrze oznaczać: „ja tutaj rządzę i nie próbuj oponować”.
– Zgadza się. A pan to…?
– Nazywam się Dobrogost. Cokolwiek pani o mnie słyszała — nieprawda.
Zamek wewnątrz był jeszcze bardziej imponujący. Korytarze szerokie, pełne światła, z tkaninami wiszącymi jak ciężkie chmury. Zapach — zioła, kadzidła, coś spalonych liści, może smoły. Z sufitu spoglądały drewniane twarze Bogów — niektóre uśmiechnięte, inne wyraźnie rozczarowane. W kątach coś szeptało. Kiedyś mawiano, że to właśnie tu waży się los Goplan — kto ma klucz do Kruszwicy, ten trzyma rękę na gardle Wiślan i cień na granicach Polan.
Popiel czekał na nią w Sali Bławatnej. Nazwa wzięła się od bławatnych tkanin, sprowadzanych z południowych krain. Nikt do końca nie wiedział, czemu książe organizował tu swoje narady — może dlatego, że miękkie ściany trudniej podsłuchać.
Nadgoplański władca stał pod wielkim oknem, w szacie błękitnej jak niebo po burzy. Broda misternie spleciona w dwa warkocze, oczy błyszczące radością, która wydawała się... nieco przesadna. Jak u dziadka, który widzi ulubioną wnuczkę — lub sędziego, który właśnie odkrył, że ktoś nie przeczytał drobnego druku w testamencie.
– Mirna! W końcu! — rozłożył ramiona, podszedł z uśmiechem i pocałował ją w rękę. – Znamy się tylko z listów, ale przecież duchowo od dawna jesteśmy połączeni!
– Aż tak daleko bym nie szła — odparła.
Popiel zaśmiał się, serdecznie, może aż nazbyt. Usiadł w fotelu obitym lisim futrem i wskazał jej miejsce naprzeciw.
– Napijesz się miodu? Albo czegoś mocniejszego? Mamy tu... wiele trunków. Niektóre są nawet legalne.
Wtedy pojawili się inni. Po kolei, jak goście spóźnieni na spektakl.
Pierwszy wszedł Boguchwał — brat Popiela. Wysoki, o twarzy smutnej, jakby urodził się zawiedziony. Ubrany w prostą tunikę, bez ozdób. Mówił cicho i mało. Spojrzał na Mirnę i skinął głową, jakby już wiedział, że to wszystko skończy się źle.
Zaraz za nim wkroczył Witomir — drugi brat. Niski, krępy, z wąsem podkręconym do góry. Śmiał się z własnych żartów, nawet jeśli ich nie opowiedział. Próbował ucałować Mirnę w dłoń, ale zamiast tego nadepnął na swój płaszcz i niemal się przewrócił.
– Przeznaczenie mnie popycha — mruknął, prostując się.
Potem przyszła Dziwa. Siostra. Mówią, że jest piękna, ale raczej w sposób, w jaki ogień jest piękny, jednocześnie szepczący do wpatrujących się w płomienie: nie zbliżaj się. Suknia czarna jak noc, oczy jak dwie studnie, w których coś pływało zbyt głęboko, by je wyłowić słowem. Uśmiechnęła się do Mirny tak, jak ktoś się uśmiecha do gościa, którego planuje otruć — ale dopiero po kolacji.
Na końcu służba: stara niania (nikt nie znał jej imienia, wszyscy nazywali ją Matką), kilku strażników, karzeł kuchenny imieniem Rąbek (nosił fartuch i topór, co wzbudzało wiele pytań), kucharka o głosie jak brzęczenie ula oraz ogrodnik bez języka, który komunikował się za pomocą trzasków, westchnień i morderczego wzroku. Mówiono, że ta gromadka sama mogłaby obalić księcia, gdyby tylko kiedykolwiek przestała się kłócić o przepisy, myszy i podkradane dzbany z winem.
Mirna poczuła się jak pionek, który nagle trafił na szachownicę, gdzie każdy gra inną grę i nikt nie tłumaczy zasad.
Wieczorem zamek był jeszcze bardziej piękny — i jeszcze bardziej niepokojący.
Ściany szeptały, jakby miały za dużo wspomnień. Posadzki skrzypiały nie tam, gdzie ktoś szedł. A z najwyższej wieży widać było Gopło, czarne jak lustro, w którym odbijało się wszystko oprócz nieba.
Popiel odprowadził Mirnę do jej komnaty. Na odchodne uścisnął jej dłoń z nieco za dużym entuzjazmem.
– Cieszę się, że tu jesteś, Mirno. Prawda… zawsze potrzebuje świadka.
Uśmiechnął się ciepło. Może nawet zbyt ciepło. Jak piec, który ma zamiar eksplodować.
Drzwi zamknęły się za nim bezgłośnie. W komnacie było cicho. Za cicho.
Mirna westchnęła. Zdjęła płaszcz, usiadła przy ogniu i spojrzała w płomień. Czekała. Coś się zaczynało.
Coś, co pachniało miodem, dymem… i krwią.
I choć Mirna umiała tłumaczyć wszystko — złe sny, stukot za ścianą, wilki wyjące w blasku księżyca — tego zapachu nie potrafiła oszukać. Bo zawsze znaczył to samo.

Tego samego wieczoru, kiedy świece w jej komnacie wypaliły się do połowy, a ogień w kominku zamienił się w leniwie żarzącą się grudę popiołu, Mirna postanowiła, że nie ma sensu dalej czekać. Jeśli Popiel naprawdę potrzebował jej pomocy — to najwyższy czas, by przestał mówić o "aurze duchowego zagrożenia" i "energetycznych interferencjach między światami", a zaczął mówić jak człowiek. Zresztą, coś w jego oczach – ta wieczna, nieodłączna wesołość – przypominało jej kuglarza, który uśmiecha się wciąż, nawet gdy wbija nóż w bok najbliższego przyjaciela.
Popiel zgodził się na spotkanie z zaskakującą ochotą. Przyjął ją w oranżerii, gdzie rósł mirt, rozmaryn i coś, co wyglądało jak skrzyżowanie jodły z pająkiem. Siedział na wiklinowym fotelu, popijając z kielicha o podejrzanie czerwonym wnętrzu. Oranżeria była stara jak jego ród, rozbudowana przez któregoś Popiela-szaleńca, co wierzył, że cytrusy odpędzają demony. Teraz szkło było zaparowane, a w rogu rosła roślina, której nikt nigdy nie widział kwitnącej.
– Mirna! – wykrzyknął książe z czułością, której nie ufała. – Z każdą chwilą twoja obecność jest tu coraz cenniejsza. Czuję, że atmosfera się oczyszcza. Już samo twoje przybycie działa jak… no wiesz. Duchowy balsam.
– Panie – odparła – a teraz, bez kadzideł i metafor. Po co tu jestem?
Popiel westchnął, teatralnie.
– Ach, zawsze do rzeczy. Dobrze. Więc tak: wyczułem… zakłócenie. Coś ciemnego, starego. Obudziło się pod murami tego zamku. My, ludzie władzy, musimy się chronić nie tylko przed mieczami, ale i przed tym, czego nie widać. Duchy, uroki, klątwy. Ty jesteś… jak to się mówi... ekranem. Obroną ezoteryczną. Jak tarcza, tylko z ziół i zaklęć.
Mirna spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– I za to płacisz mi złotem?
– Oczywiście! I pełnym wyżywieniem – dodał z dumą. – Słyszałem, że jutro na śniadanie będzie gulasz z jelenia i placek z orzechami. Myślałem też o tym, by powierzyć ci dostęp do naszej biblioteki. Masz zaufanie mojego dworu, Mirno. A przynajmniej połowy jego mieszkańców.
Nie była pewna, czy to groźba, czy komplement. Zanim zdążyła zapytać, Popiel zaczął opowiadać historię o świętym żółwiu z Trzemeszna, który podobno miał dar prorokowania. Ostatecznie rozmowa zakończyła się wraz z jego wspomnieniem o tym, jak tort został błędnie odczytany jako znak końca świata.
Gdy światło pochodni odbijało się po ścianach jak cień drapieżnika, Mirna natknęła się na Boguchwała. Siedział sam w bibliotece, czytając księgę, która wyglądała, jakby sama próbowała się zamknąć i uciec z jego kolan.
– Pani Mirno – powiedział bez emocji – zakładam, że Popiel jeszcze nie powiedział ci prawdy.
– On powiedział mi wiele rzeczy. Żadna z nich nie była prawdziwa.
Boguchwał zamknął księgę, a kurz uniósł się wokół jak dym.
– Zostaliśmy wezwani, by rozmawiać o przyszłości Goplan. Na Kujawach ludzie mawiają, że kto trzyma Kruszwicę, ten słyszy szepty jeziora i uczy się rozkazywać falom. Nikt nigdy nie sprawdził, czy to prawda. Kruszwica jest sercem, a my – rękoma. Ja mam Lubraniec i Brześć. Witomir trzyma Strzelno i lasy nad Notecią. Dziwa… cóż, jej ludzie mieszkają na bagnach, ale są wierni. A Popiel chce wszystko połączyć pod jednym berłem.
Mirna uniosła brew.
– Czyli… królestwo?
– Księstwo z ambicją bycia mocarstwem. Kujawy to stare ziemie, starsze niż nasza pamięć. Lasy tu nie rosną, tylko trwają. Ludzie wierzą w Stare Bóstwa, ale Popiel chce dać im nowe. Swoje.
Zamilkli na chwilę. Gdzieś za ścianą coś trzasnęło, jakby ktoś zamknął drzwi – lub je wyważył.
Noc na dobre rozlała się nad Kruszwicą – z niebem czarnym, jakby ktoś zgasił wszystkie gwiazdy.
Mirna położyła się do łóżka w ubraniu, z sztyletem pod poduszką i zasuszonym pękiem krwawnika pod językiem. Kiedy wreszcie zasnęła, miała wrażenie, że śni o korytarzach. Długich, krętych, prowadzących donikąd. Każde drzwi wyglądały tak samo, a za każdym coś szeptało. Czasem modlitwy. Czasem jej imię.
Obudził ją krzyk.
Przeciął noc jak rysa na lustrze. Przenikliwy, pęknięty, ludzki. Wstała natychmiast, próbując otworzyć drzwi. Te jednak nie drgnęły. Zaryglowane od zewnątrz.
– No dobrze… – mruknęła, sięgając po sznurek koralików z drzewa świętojańskiego. Szepnęła krótką inkantację, która pachniała mchem i śmiercią.
Zamek jęknął. Zawiasy zapłakały. Drzwi ustąpiły. Jeszcze dziś rano Popiel mówił: „W murach tego zamku nie ma przypadków, Mirno. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.” Wtedy zabrzmiało to jak mądrość. Teraz – jak groźba.
Wybiegła na korytarz. Kroki odbijały się echem, jakby biegło ich wielu. Inni też się pojawili – Witomir z toporem w ręku, Dziwa bosa, ale z krwią na ustach (może senna przekąska), Boguchwał z przerażeniem wypisanym na twarzy, Popiel z pochodnią i miną człowieka, który spodziewał się wszystkiego – poza tym, co mięli za chwilę ujrzeć.
Sala Bławatna była otwarta.
Dobrogost leżał w środku, jak figura z rozbitej szachownicy. Miecz przebił go na wylot, wbity pod kątem tak precyzyjnym, że wydawał się gestem chirurgicznym. W kącie leżał jego pas – przecięty równo, jakby ktoś zrobił to jednym ruchem. Na jego klamrze połyskiwał symbol, który Mirna znała z dawnych rytuałów ochronnych – teraz pokryty krwią, jak bluźnierstwo. Jego oczy patrzyły w sufit – a może ponad niego.
W dłoni ściskał kartkę. Raczej – strzęp.
Popiel podszedł, wyrwał ją i przebiegł wzrokiem po nieczytelnych słowach. Tylko jedno zdanie dało się rozszyfrować, zapisane szybko i krzywo: „On już wie...”
– Co wie? – zapytał ktoś.
Popiel odwrócił się powoli. Wyglądał na wstrząśniętego. Albo bardzo dobrze udawał.
– Ktoś... zabił mojego marszałka. Mężczyznę, który służył mi od młodości, który znał mnie lepiej niż ja sam. Ktoś… tutaj, w tych murach, popełnił zbrodnię.
Dziwa nie odrywała wzroku od Mirny. Witomir ujął topór pewniej, jakby to nie był pierwszy raz, gdy znajdował się w takim układzie. Boguchwał milczał, ale jego dłoń spoczywała na grzbiecie zamkniętej księgi – jakby i ona miała coś do powiedzenia. Nikt się nie odezwał. Tylko wiatr za oknem zawył, jakby zamek sam przyznał, że to prawda.
– Znajdziemy go – dodał Popiel, a jego głos był już inny. Twardszy. – Ktoś tu jest mordercą.
Od tej chwili – powiedział jeszcze ciszej – nikt nie opuszcza zamku. Dopóki nie znajdziemy winnego… wszyscy jesteśmy podejrzani.
I nikt nie zaprzeczył.

Całość dostępna bezpłatnie na: aleksanderpretnicki.blogspot.com

Data:

 2025

Podpis:

 Aleksander Prętnicki

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=82658

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl