|
|||||||||
|
Zagłada Iriliel. Księżycowy Zakon - Rozdział 2 |
|||||||||
|
|||||||||
| – Jesteś gotowa? Choć głos ojca był spokojny, sprawił, że na całym ciele Muirin pojawiła się gęsia skórka. Nie oderwała wzroku od lustra, nadal obserwując swój wygląd. Szkarłatna suknia prezentowała się na niej o wiele lepiej, niż podejrzewała w czasie przymiarek. Starannie upięty na czubku głowy kok ozdobiony wysadzaną szlachetnymi kamieniami biżuterią nadawał jej królewski wygląd. To nie wystarczyło jednak, żeby tak się czuła. Nie, w obliczu podróży, która ją czekała. Wszelkie rozmowy z Sullivanem nie przyniosły rezultatu i nic nie wskazywało na to, by mogło się to zmienić. W końcu odwróciła się w stronę ojca. Trzydziestosześcioletni mężczyzna prezentował się doskonale. Czarne włosy starannie zaczesał do tyłu, a spoczywający na nich diadem lśnił odbitym w rubinach światłem. Odziany był w szkarłatną, obszywaną złotą nicią szatę. Otaczający jego osobę zapach drogocennych perfum dopełniał jego obrazu. Księżniczka nie miała wątpliwości, że damy dworu będą wzdychać na jego widok. Wiele z nich marzyło o tym, by zostać jego nałożnicą, nie tylko ze względu na jego urodę i moc, ale również głodne wpływów, które mogły w ten sposób zyskać. On jednak pozostawał wierny swej żonie. – Gotowa. Tak myślę. – Musisz okazywać więcej radości. To dzień, w którym przestajesz być dzieckiem, a zaczynasz być pełnoprawnym dorosłym. Jako jedna z najważniejszych osób w królestwie powinnaś prezentować się należycie. – Jako ważna osoba w królestwie powinnam tu zostać. Mam tak wiele do nauki… – Przestań! – Król szybkim krokiem przebył te kilka metrów, które ich od siebie dzieliły i zacisnął palce na jej ramieniu. – Jeżeli pozwolę ci zostać, jak to będzie o mnie świadczyć? To pierwsza nauka, którą musisz się nauczyć. Bezwzględnie należy wypełniać swoje zobowiązania. Dziewczyna spojrzała na palce, które boleśnie wbijały jej się w ramię. Nie miała wątpliwości, że pozostawią na jej skórze rząd drobnych siniaków. Potem uniosła wzrok na zdecydowane i bezlitosne oczy ojca. – Dobrze – powiedziała cichutko, niemal szeptem. – Zrobię to. – I nie waż się okazać strachu czy niechęci. Jesteś następczynią tronu. I musisz się odpowiednio zachowywać. – Dobrze. Sullivan rzucił jej ostatnie ostrzegawcze spojrzenie, po czym puścił jej ramię. Na swoją twarz przywołał delikatny uśmiech, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. Ujął ją delikatnie pod ramię i stanowczo poprowadził w stronę sali balowej. Muirin spróbowała przywołać na swą twarz uśmiech. Doskonale wiedziała, że nie wygląda tak przekonująco, jak ojciec. Był mistrzem w udawaniu całego spektrum uczuć, dzięki czemu zawsze prezentował się znakomicie. Choć spędzała z nim tak wiele czasu, nigdy nie była pewna, kiedy był autentycznym sobą. I czy kiedykolwiek był. Nie sądziła, by nawet Vanora poznała jego prawdziwe oblicze. Kiedy dotarli do sali balowej, zatrzymali się, a szambelan poszedł obwieścić ich przybycie. Dopiero wówczas powolnym krokiem wkroczyli do sali. Oczy wszystkich skierowały się na nich, a wszelkie rozmowy ucichły. Muzycy przerwali swoją grę. Oboje, król i jego następczyni, weszli powolnym krokiem do sali z podniesionymi wysoko głowami. Dopiero, kiedy znaleźli się na środku, a jej ojciec wykonał drobny ruch ręką, wszystko wróciło do normy. Obrzuciła spojrzeniem salę balową. Tego dnia została wyjątkowo przygotowana, by uczcić zarówno dzień jej pełnoletności, jak i święto wiosny. Setki drogich lamp rozświetlało pomieszczenie, przez co żadne miejsce nie pozostawało w cieniu. Starannie utkane obrusy pokrywały uginające się od jedzenia stoły. Cała sala ozdobiona była bukietami wielobarwnych kwiatów, specjalnie sprowadzonych na tę okazję z najdalszych zakątków kontynentu. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół sali opływał przepychem i bogactwem. A wszystko to po to, by jak najdobitniej podkreślić bogactwo i siłę rodu Irvinów. Obecni na sali od razu ruszyli ku niej, niczym w odpowiedzi na niesłyszalny dla niej rozkaz. Zauważyła, że choć każdy z nich odział się jak najkorzystniej i najbogaciej mógł, to ona prezentowała się najlepiej. Każdy z nich gratulował jej osiągnięcia pełnoletności, zasypywał ją setkami komplementów. Muirin dziękowała każdemu a także zamieniała z nimi kilka uprzejmych słów. Wiedziała, że większość tych wypowiedzi nie była szczera. Tak wyglądały realia pałacowego życia – każdy z nich czekał na potknięcie jej, lub jej ojca, by zdobyć dla siebie jak najwięcej wpływów. Bardzo szybko stało się dla niej jasne, że nikt z obecnych nie zdaje sobie sprawy z czekającej ją podróży. To sprawiło, że poczuła jeszcze większe przygnębienie. Nikt z nich nie pamiętał o starożytnej przysiędze, która została złożona przez ród Irvinów. Nikt nawet nie zauważyłby, że akurat ona nie udała się do Opuszczonych Ziem. A jednak ojciec upierał się przy tym, jakby od tego zależał los jego tronu. Oprócz znanych jej dam i panów dworu, na balu było również wielu nieznanych jej ludzi. Większość z nich stanowili mężczyźni w różnym wieku, którzy okazywali jej szczególne zainteresowanie. Choć nikt nie powiedział tego wprost, Muirin zrozumiała, że są to możnowładcy i członkowie rodzin królewskich, którzy przybyli tu, by w najbliższym czasie prosić ją o rękę. Okazywała im zainteresowanie i swą łaskę, tak naprawdę jednak czuła wewnętrzne obrzydzenie. Czuła się niczym klacz rozpłodowa, dla której wybierają najlepszego ogiera. Uprzejme słowa i komplementy powodowały, że zbierało jej się na wymioty. Im dłużej z nimi rozmawiała, tym bardziej zaciskała pięści, a paznokcie boleśnie wbijały jej się w dłoń. Miała wrażenie, że jeżeli bal potrwa wystarczająco długo, paznokcie przebijają skórę pozostawiając po sobie rząd drobnych ranek. Choć nikt nie wydał polecenia, wszyscy obecni jak jeden mąż udali się ku stołom. Muirin również została zaprowadzona na ucztę przez jednego z zabiegających o nią mężczyzn, księcia Feride, będącego w wieku jej ojca. Służący już kręcili się wokół stołów, stawiając na nich kolejne potrawy. Choć księżniczka nie miała apetytu, wmusiła w siebie mnogość dań, ochoczo obsługiwana przez obecnych wkoło mężczyzn. Czuła na sobie baczne spojrzenie ojca, dlatego nie miała odwagi odmówić. Po uczcie przyszedł czas na tańce. Wówczas zaczęła się prawdziwa prezentacja kandydatów. Każdy z przybyłych tu mężczyzn, którzy zamierzali starać się o jej rękę, zapraszał ją do tańca. Obsypywali ją coraz bardziej wymyślnymi komplementami. Mnogość barw, dźwięków, zapachów – a przede wszystkim napięcia – sprawiły, że wkrótce zaczęła się gubić, z kim rozmawiała i kto jest kim. Jedno pozostawało bez zmian, wrażenie, że zaraz udusi się w tej fałszywej atmosferze. Czuła, że jest towarem, a nie żywym człowiekiem i to sprawiało, że miała ochotę krzyczeć. A jedyne, co mogła zrobić, to uśmiechać się i udawać zachwyconą balem. Musiała panować nad każdą reakcją – tak jak nauczył ją ojciec. – Prawdziwa farsa, nie uważasz? Słowa zabrzmiały tak odmiennie i dziwnie, że Muirin obróciła się zaskoczona. Spojrzała na czarnowłosego młodzieńca w jej wieku. Jego ciemnoniebieskie oczy przykuwały wzrok, tak samo jak haczykowaty nos przywołujący na myśl dziób orła. Choć nie był najprzystojniejszy, bijąca od niego wewnętrzna siła sprawiła, że wyróżniał się spośród obecnych na sali. – Słucham? – spytała księżniczka ostrożnie. – Farsa. – Wskazał ręką całą salę. – Oni wszyscy przyszli tu po to, byś zwróciła na nich uwagę. I by uzyskali korzyści dla siebie. – Uniósł brew. – Albo królewską żonę. – A ty? Jaki ty masz zamiar? – Zostałem tu wysłany właśnie w tym celu. – Skłonił się jej głęboko i pozostawał w tej pozycji o wiele dłużej, niż wymagała tego etykieta. – Książę Bideven z rodu Turresów, następca tronu Liverse, do usług. – Miło cię poznać, książę Bidevenie. A więc tak samo, jak inni, zamierzasz starać się o moją rękę? – Nie. Przybyłem tutaj, bowiem moje niestawienie się tu mogłoby wywołać pewien niesmak. Na ten moment nie jestem jednak zainteresowany tronem Garvethu. Nie powiem, może w przyszłości… – Tronem? – spytała ostro, przysuwając się trochę w jego stronę. – Co masz na myśli? – Nie wiesz? Jesteś kobietą. Ci wszyscy wielcy panowie nie zaakceptują kobiety na tronie. Chcą jak najszybciej wydać cię za mąż, by Graveth zyskał męskiego władcę. – To jakieś bzdury. – Doprawdy? Przyjrzyj im się. Zobacz, jak cię traktują i jak wobec ciebie postępują. Oceń, czy uznają cię za równą sobie. Jeżeli naprawdę chcesz być władczynią i to dobrą, musisz naprawdę dobrze obserwować i wyciągać wnioski. – Ale… – Dziękuję ci za rozmowę, Wasza Wysokość. – Bideven ponownie skłonił się przed nią. – Muszę już iść. – Poczekaj. Musimy porozmawiać. Młodzieniec ruszył w kierunku wyjścia, zupełnie ignorując jej prośby. Jego słowa, a przede wszystkim zachowanie, zupełnie wytrąciło Muirin z równowagi. Długo patrzyła się w drzwi, za którymi zniknął. Zastanawiała się, co miał na myśli, a przede wszystkim, jaki miał cel w swym zachowaniu. Kimkolwiek był, nie miała wątpliwości, że nie zamierzał podporządkowywać się etykiecie. Nim zdążyła się zorientować, została porwana do tańca przez kolejnego cudzoziemskiego adoratora. Słowa Bivedena jednak do reszty popsuły jej humor, szczególnie, że zaczęła zauważać, że miał rację. Ci wszyscy mężczyźni karmili ją pięknymi, obłudnymi słowami, jakby była głupią dziewczyną. A ona udawała, że tak w istocie jest. To i tak nie miało większego znaczenia. Opuści to miejsce na bardzo, bardzo długo i nie będzie miała czasu na zapoznawanie kolejnych kandydatów. |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Powyższy tekst został
opublikowany w serwisie opowiadania.pl. |
|||||||||