DRUKUJ

 

ZIMA cz1 poprawiona

Publikacja:

 22-03-28

Autor:

 SWasilewski
ZIMA
Zimno.
Ognisko już przygasło. Słońce zaczęło wschodzić nad szczytami gór Postąpina. Leżący śnieg na konarach pobliskich drzew przypominał nielicznym wędrowcom, grubą, ciepłą kołdrę w ich łożach, obiecując słodkie i spokojne sny. Należy jednak pamiętać, iż ten sen może być zgubny, niejeden już zasnął „na wieki”, a jego szczątki przypominały później jak groźna może być zima.
- „Cholernie zimno. Otwórz oczy” - pomyślał. – „Rusz się! Wstań!” - kotłowało się w jego głowie. Tutaj nie wiadomo, ile jest stopni gradacji, ale było… na pewno zimno. Mężczyzna spojrzał na to, co w ostatnich dwóch tygodniach upolował: siedem królików, dziesięć srebrnych lisów, jeden niedźwiedź i jedna wietrzyca - z nią było najtrudniej. Ten cholerny duch atmosferyczny, co dziwne nie pojawił się podczas halnego wiatru. Gdzie halny? Dobra, było wietrznie, było zimno, ale co robiła wietrzyca?
- Trzeba to sprawdzić - pomyślał.
Wstał, poprawił swoją kurtkę sięgającą kolan, a na głowę zarzucił czapkę zrobioną z wilczego ogona. Rzucił okiem na swój plecak. Poświęcony nóż, który otrzymał od kapłana Trzebiemira, już trafił szlag, poza tym: futra ubitych zwierząt, jeden łuk z trzydziestoma strzałami i miecz. Wszystko leżało obok. W sumie wszystko jest.
- Ile spałem? Małe obtarcia, to nic. Trzeba wracać - powiedział na głos.
- Cholerni Tenebranie niszczą branżę - pomyślał. - Wchodzą ze swoimi cenami i co można zrobić. To wszystko, oczywiście zgodnie z prawem. Kuźwa, wedle nich za to, co ubiłem zobaczę może dwa kufy albo, jak znam życie, jeden.
Jaker zagarnął i tak już wygasłe ognisko. Raz jeszcze wymieszał palenisko kijem i znów polał je wodą ze stopniałego śniegu. Ruszył do miasta. Postąpin od wielu już lat to miejsce dla takich jak on, można tu się napić, sprzedawać, kupować, wyleczyć, znaleźć odpowiednią kobietę, co najważniejsze przekształcić się.
Ngowah - zaklęcie u kilku kapłanów, za pięć kufów zmienią oblicze, dzięki czemu wymaże swoją pamięć. Po zaklęciu będę znów innym człowiekiem, a jednak tym samym. Mogę być karczmarzem lub na przykład legatusem, który będzie pilnował porządków w jakimś mieście, lub zostanę tym, kim dzisiaj jestem. Cała przemiana trwa jeden rok. Rok - 346 dni, dużo, a może mało. Kto z tego korzysta? Każdy do 16 roku życia ma jedną profesję – najpierw jako dziecko udaję się do kapłana, i w zależności od zasobów materialnych, pozycji społecznej, można zmienić raz, dwa, trzy, cztery swoje oblicze, zawód, imię. Wprawdzie tylko do 30 roku życia, ale… No właśnie. - Czy to się opłaca? Nie wiem, może spróbuję, chociaż jest to cholernie drogie. Na całe szczęście jest to zawsze możliwość skorygowania „błędów młodości” – zaśmiał się w duchu Jakert.
Postąpin to nieduże miasto składające się z ponad setki budynków, z czego jakieś kilkadziesiąt to murowane, reszta to drewniane budowle, ale kto by się tam przejmował, jeśli zima trwa tutaj sześć miesięcy w ciągu roku. Miasteczko składało się z kilku głównych uliczek prowadzących na rynek i wielu innych, mniejszych rozlokowanych między budynkami. Tutejsi mieszkańcy już dawno zapomnieli o pożarach, zresztą, gdyby miejscowi legatusi złapali podpalacza, niechybnie skończyłby na szubienicy. Przecież jak mówią starsi: „Pożar zawsze zostawia po sobie popioły.”
Większość budynków Postąpina to są małe cuda architektoniczne. Małe nie oznacza, że nie trwałe, wręcz przeciwnie. Niemal każdy z mniejszych budynków składał się z trzech pomieszczeń: izby, sieni i komory. Niektóre, bardziej zamożnych mieszkańców, miały jeszcze jedną, dzieloną na: czarną, w której znajdował się piec i biała (nieosmaloną) - reprezentacyjną. Zresztą była ona najważniejsza, tam można zobaczyć malowane na szkle obrazy czy odświętne odzienie. W większych domach, takich jak: karczma Zethara czy posterunek legatusów, było zdecydowanie więcej izb.
Jednak dzisiaj Postąpin powitał Jakerta ciszą, coś wisiało nad tym miastem. Gdzie ludzki gwar? Gdzie pokrzyki przekupek, gdzie dzieciaki biegające wokół? Jakert skierował swoje kroki do jednego z murowanych domów, nieco na uboczu od rynku, gdzie nie można było zobaczyć tabliczki z napisem kto tutaj mieszka i czym się zajmuje. Nic dziwnego, przecież rzadko kiedy Trzebiemir, chwalił się swoją profesją. Jak sam mówił: „Bezpieczniej jest milczeć niż mówić.”
Od progu Trzebiemir zakrzyknął:
- Witaj, Jakert!
- Witaj, kapłanie!
- Co cię sprowadza? Dawno już mnie nie odwiedzałeś? – zaśmiał się kapłan, ubrany jak zwykle w przydługą, szarą szatę, nieco już poplamioną. Szczególną uwagę, zwracały jego chude ręce jakby szpony, pociągła twarz i orli nos. Na całe szczęście dłuższe, siwe włosy zakrywały owe mankamenty. Jednak ciemne oczy zdradzały jego mądrość, roztropność i wiedzę.
- Nic wielkiego. Parę skór, ale najważniejsze, mam proszek z wietrzycy. Ile za to dasz? – zaczął Jakert, mając nadzieję na godziwy zarobek.
- Hmm, może pięćdziesiąt plew i dwadzieścia pięć płatów? – mówiąc to, nieznacznie mrugnął okiem.
- Żartujesz, prawda?
- Nie, mówię poważnie… - kapłan tym razem przybrał minę cwanego kupca.
- Posłuchaj kapłanie, dasz mi za to co najmniej trzy kufy i nowy nóż z zaklęciem przeciw duchom atmosferycznym. A tak na marginesie, możesz mi powiedzieć skąd się tutaj owa wietrzyca znalazła?
- Dobra. Nowy nóż plus dwa kufy i pięćdziesiąt plew, oraz… obiecasz, że sprawdzisz co tam robiła wietrzyca….
- A co o niej wiesz? I dlaczego się tutaj pojawiła? – nieco już udobruchany Jakert zapytał kapłana.
- Ciekawe, bardzo ciekawe…. Wietrzyca powiadasz… Posłuchaj, wietrzyca, jak sam pewnie wiesz, to zły duch atmosferyczny, zazwyczaj pojawia się podczas halnego wiatru. Porywa różne przedmioty, a człowiekowi potrafi zawiązać język, by nic nie mógł powiedzieć, czasami może połamać kości. Masz całe? – zapytał Jakerta.
- Kości? Całe, całe, tylko jak mówiłem szlag trafił Twój nóż.
Kapłan zamilkł, chwilę może dwie, nieco się zasępił. Na jego twarzy pojawił się niemal znak zapytania, w jego głowie przeleciało mnóstwo myśli, podań, zaklęć, historii. Rzekł:
- Jakert, posłuchaj…, czy nóż trafił w wietrzycę? Czy spadł? Jeśli tak, to gdzie upadł?
- Nie wiem, zmęczony byłem, zabrałem to co z niej wypadło. O, ten oto proszek i tyle.
- Głupcze, jak mogłeś tak zrobić? – warknął kapłan. - Znów powinieneś tam wrócić, sprawdzić co i jak. Wszystko co dziwne może być bardzo ważne. Nie widzisz, co się dzieje? Od tygodnia, może dwóch Postąpin umiera, wszyscy siedzą w domach, czują że nie warto wychodzić. Kto wyjdzie, czasami wraca, ale nie zawsze, coś dziwnego się dzieje. Jakert, wróciłeś. Prześpij się i wracaj tam, skąd przybyłeś. Obiecuję ci, że jak wrócisz, porozmawiamy o Ngowah, a może też zastosuję to zaklęcie wobec ciebie. Wchodzisz w to?
- Pomyślę, daj mi parę godzin. Głupi musi przecież chwilę pomyśleć – szyderczo odpowiedział kapłanowi.
Wyszedł z budynku kapłana, myśląc o tej rozmowie. - „Czy wracać tam? Czy o tym zapomnieć?” – myślał.
W Postąpinie spowitym ciszą, nikt nie biegał, nikt nie pokrzykiwał. Coś nad tym miastem wisiało ale co? Jakert nawet nie pamiętał, jak trafił do karczmy. Drzwi były zamknięte.
Zapukał.
Nic.
Cisza.
Walnął pięścią i kilka razy kopnął. Coś zaszurało i usłyszał trzask rozsuwanych skobli. W otworze drzwi pojawiła się pucołowata twarz Zethara.
- Czego chcesz? – warknął Zethar.
- Nie poznajesz mnie? Otwieraj! – odkrzyknął Jakert.
- A, to ty? Poczekaj, chwila…
Teraz drzwi nieco się uchyliły, ale tylko tak, by Jakert mógł się wślizgnąć bokiem. W półmroku ciężko było cokolwiek zobaczyć, puste stoły, brak gości, brak wesołych okrzyków, nic, pustka. Gospodarz na swoich krótkich nóżkach, pociesznym krokiem, zachęcił myśliwego do wejścia i ręką wskazał miejsce gdzie mogą spokojnie usiąść.
- Zethar, o co chodzi? Gdzie twoja małżonka?
- E tam, szkoda gadać, już od kilku dni pustka, nikt nie zagląda, chyba czas zamknąć interes. Mówię Ci, już tak dawno nie było. Tylko te pogłoski, zniknięcia, człowieku czas stąd spierdalać. Stara już mi „gdaczę” nad głową, byśmy stąd uciekli…
- Zethar, mów, co wiesz.
- Posłuchaj – zaczął swoją opowieść karczmarz. – Było tak… Jakiś czas temu Bryluen, dziewczynka sąsiadów, wyszła z domu by pobiegać jak to zwykle robią dzieciaki. Miała wrócić. I co? Dzień… jeden, dwa… i cisza, dziecko nie wraca. Wszyscy, mówię ci, wszyscy szukaliśmy ją długo…, nic, jak kamfora…, nigdzie jej nie było. Aha… tylko trzewiki leżały niedaleko od miasta.
- Może się zgubiła? – rzekł Jakert.
- Gdzie? Stary…, gdzie? Ten dzieciak znał wszystkie dróżki w okolicy, wszystkie uliczki, wszystkich znał, mówię Ci, skarb…, złotko i co? Nic, cisza…, o właśnie, cisza wszechogarniająca cisza, ptaków nie ma, zajęcy brak. Mówię, tragedia. A… i jeszcze ten mróz, dzisiaj go nie ma, zresztą od… chyba dwóch dni… go nie ma….
- Poczekaj, dwóch dni?
- Tak, a co?
- Nic, tak tylko… - powiedział Jakert, po czym pomyślał: „Przecież jakieś dwa, no może trzy dni ubiłem wietrzycę”.
- Jakert, demony wracają, różne dziwy, różne stwory i inne takie… mówię ci, trzeba się stąd zabrać. Poza tym to nie jedyne osoby, które zginęły.
- Coo?
- Paru pijusów i jeden bezdomny, ale kto się by nimi przejmował, a Bryluen to skarb, wszyscy ją kochali.
- Co na to legatusi?
- Daj spokój, oni są pierwsi, ale tylko do poborów, od burmistrza, zresztą chyba dwóch zostało, reszta już stąd wyjechała.
- Dwóch? Czyli kto?
- Sloan i Darren… a co?
- Nic, muszę z nimi porozmawiać
- A wrócisz, do nas? To znaczy do karczmy?
- Zobaczymy…
Jakert po wyjściu skierował swoje kroki do budynku legatusów. Ich siedziba była dość duża jak na tutejszą standardy: po pierwsze piętrowa, po drugie stała na wysokich podmurówkach z łamanego kamienia, a po trzecie okna i drzwi ozdobione były wąskimi listwami przybijanymi promieniście. Przy wejściu nad drzwiami widniał jakże prawdziwy, ale równie dziwny napis: „Im więcej praw, tym więcej złodziei.”
- Nawet niegłupie - pomyślał, po czym wszedł i znów… cisza.
- Hej! – zakrzyknął. - Jest tu kto?
- A kto pyta? – odkrzyknięto mu z ciemności.
- Jakert, znajomy Trzebiemira, łowca nagród, zbieracz skór…
- O kolejny powsinoga… Czego chcesz?
- Chciałem zapytać, o Bryluen. Znałeś to dziecko? – zapytał.
- Spierdalaj…nic nie wiem.
Legatus Darren, zaczął zamykać drzwi, kończąc rozmowę. Mężczyzna ten, to jak mówią chłop na schwał, ale nieco na umyśle…Cóż nie każdy rodzi się filozofem.
- Chcesz zarobić? – zapytał Jakert, próbując rozwiązać mu język.
- Pewnie, a co?
- Nic – odpowiedział wzruszając ramionami. - Tylko nie wiem, czy byś się nadawał, może…, Twój jakiś kolega, będzie… bardziej… bardziej chętny.
- Tutaj nie ma już nikogo, wszyscy legatusi uciekli, nawet ostatni - Sloan już się pakuje i wypierdala stąd. Tylko ja zostałem.
- Po co? – zdziwił się Jakert.
- A co mam innego robić? Gdzie iść? Tu jest fajnie, to znaczy… było fajnie, ale… - zasępił się legatus. - A dlaczego mam ci o tym opowiadać? – zapytał.
- Masz rację, czego się mogę od ciebie dowiedzieć. Pewnie i tak masz dużo roboty…, pieniędzy pewnie też nie potrzebujesz…
- Chwilunia, jakie pieniądze?
- Spore, ale …pewnie nie jesteś… zainteresowany…
- Moment – przerwał w pół słowa Darren – Jakie pieniądze i za co?
- Najpierw za informację, potem może… Co powiesz na małą wycieczkę ze mną… poza mury? - Eeee tam, na wycieczkę z tobą? A co ty jesteś nieco inny? – zaśmiał się Darren. - Na wycieczki nie lubisz chodzić z dziewczynami? Chłopy ci się podobają?
- Kto by się spodziewał, że potrafisz żartować. Legatusie! Twoje obowiązki? Wiesz coś więcej o zaginionym dziecku? Czekaj jak ona się zwała…
- Bryluen.
- O właśnie, o nią chciałem zapytać. Coś wiesz?
- Nic, normalna dziewczynka, biegała tu i tam, wszędzie było jej pełno. Ale już jej nie ma…A dlaczego pytasz?
- Może będę miał dla ciebie małą robótkę – z uśmiechem powiedział Jakert.
- Robótkę mówisz, chętnie posłucham, nic tak nie poprawia słuchu jak brzdęk monet.
- Darren, jesteś legatusem? Czy nie?
- Gościu, posłuchaj, niewiele wiem, sprawa prawnie została zamknięta, wynik: trzech pijaków nie żyje, jeden bezdomny również gryzie ziemię i ona, to znaczy ta dziewczynka.
- Bryluen?
- Ooo, właśnie ona, szukaliśmy wszędzie. I w piwnicach, i różnych domach…Tylko trzewiki znaleźliśmy. Poza tym teraz nikt nie wychodzi z domu, cisza jakby KTOŚ makiem zasiał..
- KTOŚ?.... Czyli kto? Masz jakieś pomysły?
- Ja nie jestem od myślenia, jestem stworzony do czynów. Nie po to zostałem legatusem – burknął Darren.
- Posłuchaj – mówiąc to Jakert, chwycił go za wykonane z grubej sztywnej skóry ubranie. - Masz te trzewiki? – warknął.
- Mam, a co?
- Pokaż mi je…
W rękach Darrena po chwili pojawiły się zwykłe klumpy, przez niektórych zwane końskimi butami. Nie za duże, nie za małe. Zwykłe, dziecięce. Jakert przyjrzał się podeszwie, pośniegowego błota prawie nie było. Czyste, tak jakby, ktoś rzadko w nich chodził.
- Gdzie je znalazłeś? – powiedział Jakert.
- Tuż za murami Postąpina.
- Mogę je zabrać?
- No dobra, weź je, ale…, poczekaj, mówiłeś coś o robocie. Jaka to robota i dlaczego tak mało za nią płacisz – zaciekawił się legatus, a jego twarz od razu przybrała minę chytrego człowieka.
- Robota jak robota, bez przesady. Spacer za murami miasta. Jakieś jeden, no może dwa, trzy dni i powrót. Wchodzisz w to?
- W sumie…co mam tutaj robić, a każda kasa się przyda. Tak! Wejdę w to.
Jakert w duchu pomyślał: „Idiota nie idiota, ale może się mi przydać”. Po kilku minutach znaleźli się we dwóch przed drzwiami Trzebiemira. Kapłan, jak zwykle zasępiony, pochylony nad księgami, zwojami oraz jakimiś buteleczkami. Rzekł od progu:
- O widzę, że się zgadzasz podjąć robotę. I nawet, znalazłeś kompana.
- Ej, nie robotę, tylko robótkę – odkrzyknął Darren.
- Haha – zaśmiał się Trzebiemir. – Jakert , jak go przekonałeś? Co mu obiecałeś? Zresztą nieważne. Wchodzisz w to?
- W co? – zaciekawił się Darren.
- W rozwiązaniu zagadki zniknięcia Bryluen. Poza tym, czy to nie należy do twoich obowiązków, legatusie? Tylko ty zostałeś w Postąpinie, a funkcja do czegoś zobowiązuje? Czyż nie? – spoważniał kapłan.
- Tak, ale…, Jakert…, obiecał… - zaczął Darren.
- Tak, wiem. Obiecanki, cacanki – w pół słowa przerwał mu Trzebiemir, spoglądając na Jakerta.
Ten tylko wzruszył ramionami, dwuznacznie mrugając okiem do kapłana, i rzekł: - Dwóch, to już nie jeden. Ile dasz za sprawdzenie, co się tam dzieje? Pamiętaj, tam też jest powyżej kilku stopni gradacji. Więc ile?
- Na dwóch…, trzy kufa i nic więcej, no…, może dwie ampułki przeciw gradacji. I może dwa, te… noże, mam nadzieję, że teraz je, Jakert nie zgubisz? – mówiąc to kapłan spojrzał znacząco na myśliwego.
- Dobra, a czy mogę się w końcu wyspać? Oczywiście u ciebie? – zapytał Jakert.
- Jasne, ale teraz płacę za robotę dwa i pół kufa za całość, i… miłych snów.
- Kuźwa mać, twój ojciec nie był przypadkiem bankierem? – zapytał myśliwy.
- Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem… - zaśmiał się Trzebiemir. – Śpijcie dobrze.
- Jak to śpijcie? Ja sam. Darren u siebie, w budynku legatisów – rzekł nieco oburzony Jakert. Po czym dodał: - Zatem, trzy kufa zapłacisz za całą robotę.
- Dobra, dobra – nie ma co się kupczyć, masz rację. Trzy. I koniec, i kropka. Masz tu klucze do swojej komnaty – powiedział zadowolony Trzebiemir

Data:

 marzec 2022

Podpis:

 Seban

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81634

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl