DRUKUJ

 

Dzieci złego króla

Publikacja:

 21-09-17

Autor:

 JackNet
Pewien zły król miał trzech synów i córkę. Tuż po północy w dniu, w którym każde z jego dzieci zyskało pełnoletniość (co było możliwe, gdyż urodziły się jako czworaczki), wezwał je na audiencję do sali tronowej i zwrócił się do nich z wysokiego majestatu swego tronu:
- Moi kochani. Stary już jestem i przyjdzie mi niezadługo pożegnać się z tym światem… Nie-nie – dodał, widząc, że protestują. – Nie zaprzeczajcie, proszę, wiem o tym dobrze. Nim jednak zdarzy się to, co nieuchronne, chciałbym wybrać spośród was swego następcę. Ostać się przy życiu może tylko jedno z was, inaczej bowiem weźmiecie się wnet za łby i rozchwiejecie królestwem, wystawiając na szwank jego pomyślność. Do tego nie mogę dopuścić. Po wielu rozmyślaniach, jak najlepiej rzecz całą przeprowadzić, postanowiłem poddać was czworo próbom, by wyłonić najgodniejszego lub najgodniejszą do objęcia królewskiego stolca. Ale powiedzcie mi najpierw, czy jesteście w ogóle gotowi przystąpić do takiej selekcji.
- Jesteśmy gotowi, ojcze – odparły trzy męskie i jeden żeński głos.
- Dobrze. – Król pogładził się z namysłem po siwiejącej brodzie, która opadała mu na brzuch. – Oto wasze pierwsze zadanie: Udacie się w tę niedzielę na cztery strony świata, by czynić najnikczemniejsze łajdactwa, na jakie tylko wam przyjdzie ochota. Następnego dnia zjawicie się tutaj, w sali tronowej, i zdacie mi sprawę z waszych niegodziwości. Przegra ten z was, który wypadnie najmierniej.
Ruszyli zaraz królewicze i królewna spełniać wolę ojca, jak tylko umieli najlepiej. Nie szczędzili wysiłków, aby zasłużyć sobie na jego pochwałę, świadomi stawki, o jaką toczy się gra. Gdy wybiła wyznaczona godzina, pojawili się znowu przed królewskim obliczem.
Pierwszy królewicz wystąpił z szeregu i jął rozwiązywać wielki wór, który trzymał na plecach.
- Kochany ojcze – rzekł. – Tuż po naszej urodzinowej audiencji pognałem co koń wyskoczy do najbliższej wioski i obróciłem ją w krwawe pogorzelisko. Miejscową ludność wybiłem do nogi, nie szczędząc sierot, starców ni wdów. Wyznam, że czyn ten sprawił mi ogromną satysfakcję. – Młodzieniec otworzył wór i wysypał z niego zbryzgane posoką głowy starców, kobiet i dzieci.
Król pokiwał głową z uznaniem.
- Twoje corpus delicti, synu, robi na nas wrażenie. Włóż je do tej złotej misy, która tam stoi, zatkniemy je jutro ku naszej chwale na zamkowych murach… A ty, mój drogi – zwrócił się do drugiego królewicza – cóż ty mi przywiozłeś?
- Nie ukrywam – odparł młody człowiek, wyszedłszy naprzód – że w pierwszym odruchu zapragnąłem dokonać rzezi równie pięknej jak ta, którą przeprowadził mój umiłowany brat. Pohamowałem się wszakże i zacząłem rozważać czyn, który by dał skutki trwałe i dalekosiężne zamiast doraźnie efekciarskich. Udałem się zatem do naszego arcybiskupa i nakazałem mu, aby od tej pory wszystkie msze odprawiano w naszych kościołach na czarno i aby kardynalne przykazanie głoszone wiernym od ołtarza brzmiało „Kochaj siebie samego, nie zaś bliźniego swego.”
- Brawo ! – Król klasnął w dłonie. – Panuję już długie lata, lecz nie przyszło mi, wyznaję, do głowy posłużyć się tak wyrafinowaną propagandą… Twoja kolej, kochany synu – rzekł do stojącego obok królewicza. – Powiedz nam, jak wywiązałeś się z pierwszej próby?
Młodzieniec dał krok przed siebie, zdawkowo skinął głową i wycedził zblazowanym tonem:
- Po tym jak powiadomiłeś nas o selekcji pojechałem do największego w stolicy domu rozpusty, gdzie wynająłem tuzin muzykantów, dwa tuziny ladacznic i trzech posługaczy do pomocy. Przez całą niedzielę jadłem, piłem i oddawałem się cielesnym uciechom, myśląc bez przerwy o Tobie, drogi ojcze. Ufam, że właściwie ocenisz moje poświęcenie, kosztowało mnie ono bowiem wiele mitręgi i zachodu.
- Możesz być tego pewien, synu – zapewnił go król. Spojrzał teraz na młodą królewnę. – A ty, najdroższa córko moja, czy ty również trudziłaś się zaspokajaniem chuci z myślą o mnie?
- Czcigodny ojcze – odrzekła dziewczyna, składając mu głęboki pokłon. – Zamiast utwierdzać własne zło – mordując, gwałcąc czy też urabiając ciemny lud – szerzyłam pilnie te niegodziwości, które stały się znakiem rozpoznawczym Twoich rządów, zarówno w naszym wielkim królestwie, jak też poza jego granicami. Zamieniłam dziesięcinę na pięcinę, którą odtąd uiszczać mają chłopi i rzemieślnicy, zniosłam natomiast obowiązek płacenia danin przez wszystkich ludzi dworu. Zainicjowałam także plan rozbudowy kamieniołomów, ażeby mogli w nich ginąć z wycieńczenia twoi poddani, których będzie się odtąd skazywać za nową zbrodnię. Polega ona na pomyśleniu, że władca może się mylić.
- Doskonale. – Uśmiech radości wygładził pobrużdżone oblicze starego monarchy. – Twoja przemyślność napawa mnie dumą, córko.
Król przesunął wzrok na jej poprzednika.
- Ze smutkiem przychodzi mi skonstatować – rzekł, marszcząc czoło – że ty, synu, nie przyłożyłeś się należycie do postawionego ci zadania, w związku z czym nie przejdziesz do drugiego etapu selekcji. Drodzy synowie i ty, córko, przynieście mi głowę waszego brata!
Słysząc to wezwanie, trzeci królewicz skoczył czym prędzej do drzwi, by uciec z sali tronowej, ale przezorny Król (zło bowiem nie wyklucza przezorności), zamknął je zawczasu na klucz, który trzymał na szyi. Młodzik rzucił się następnie do okna, lecz dwie pary rąk męskich rąk oraz jedna żeńskich capnęły go na parapecie i przywiodły przed wysoki majestat.
- Żal patrzeć – westchnął król – jak będąc z mojej krwi i kości, nie umiesz z właściwym naszemu rodowi spokojem przyjąć wyroku w rozgrywce, na którą sam się przecież zgodziłeś. Umacnia to jedynie moje przekonanie, iż nie nadajesz się do objęcia tak zaszczytnego i odpowiedzialnego urzędu, jakim jest pozycja monarchy. Widziałeś dla siebie ratunek w oknie, czy tak? Dobrze, spełnię twą ostatnią wolę, synu, i przez okno pozwolę ci opuścić nas raz na zawsze.
Chwilę później sześcioro rąk oddało braterski ciężar sile ciężkości. Sala tronowa mieściła się na piątym piętrze królewskich apartamentów. Straże sprawnie oczyściły trotuar.
- Taak, drogie dzieci – zamyślił się król, przeczesując palcami brodę. – Wasze następne zadanie będzie zgoła innego rodzaju. Wiem już, że jesteście zdolni do najgorszych łajdactw. Ale to za mało, aby zagwarantować mocne i trwałe rządy. Chcę sprawdzić odwagę waszych serc, przekonać się, że nie zadrżą, kiedy kraj znajdzie się w obliczu zagrożenia. Jest, jak wiecie, w królewskich ogrodach krypta zwany Mrocznicą, do której nikt poza mną nie ma wstępu. Jak pokazuje historia, każdy, kto po północy odwiedził ów przybytek, tracił ze zgrozy rozum – natychmiast albo na raty. Żądam teraz, abyście spędzili tam najbliższą noc. Kto ucieknie z krypty pierwszy, ten nie zakwalifikuje się do kolejnej rundy. Czy to jasne?
- Absolutnie – odrzekło troje kochających dzieci.
O północy udali się wszyscy do królewskich ogrodów. Król otworzył bramę jednym z kluczy, które trzymał na piersi, i powiódł swoje dzieci na cmentarz. Chowano tutaj najznamienitszych członków rodu: królów, kanclerzy koronnych, hetmanów polnych, marszałków i kardynałów. W środku cmentarza, za żelaznym ogrodzeniem, wznosił się niepozorny, podobny trumnie budynek, do którego wchodziło się od spodu. Marmurowe stopnie, zstępując w dół, prowadziły do żelaznych drzwi. Król wysupłał jeszcze jeden klucz, ogromny i zaśniedziały ze starości.
- Dalej pójdziecie już sami, moi kochani. Przypominam, że na każdego, kto pierwszy stąd wyjdzie, czekać będzie ostrze mojej szpady. Odwagi!
Dwaj królewicze bliźniacy popatrywali chwilę na siebie, jakby ustępowali sobie drogi. W końcu obaj ruszyli jednocześnie i przecisnęli się przez drzwi krypty. Królewna tymczasem przewiązała sobie chustką oczy i zalepiła woskiem uszy i nos. Wyciągnąwszy ręce przed siebie, wstąpiła wolno w korytarz. Mury pod jej palcami zdawały się pokryte grudkami jakiejś lepkiej, mazistej substancji. Szła ostrożnie, posuwając się naprzód, gdy nagle wpadli na nią uciekający z naprzeciwka bracia. Po chwili pierwszy z nich wyzionął ducha, przebity ojcowską szpadą. Drugi, padłszy do stóp króla, zwinął się w kłębek i szlochał jak małe dziecko. Gdy poranek zaróżowił niebo, z Mrocznicy wyszła uśmiechnięta królewna. Wyglądała świeżo i rześko, jak to bywa po dobrze przespanej nocy. Widoki, które jednemu z jej braci odebrały życie, a drugiemu nadwyrężyły rozum, nie zrobiły na niej najwyraźniej żadnego wrażenia.
- Zbliżcie się, moi mili – odezwał się król na następnej audiencji, kiedy jego syn i córka znowu byli sobą. Uklękli z pochylonymi głowami po obu stronach tronu, przed którym stał mały stolik, a na nim złoty kielich. Król ujął ich prawice w swoje dłonie i popatrzył na nich z tkliwością w starych, zmęczonych oczach. – Wiele przeszliście, kochani. Wykazaliście się sprytem, bezwzględnością i zimną krwią, czyli zaletami, bez których żaden szanujący się władca nie utrzyma się długo na tronie. Czeka was jeszcze jedna próba – ostatnia już, ale być może najtrudniejsza. W tym oto kielichu jest trucizna, która wedle zapewnień mego osobistego medyka ma moc uśmiercenia człowieka w przeciągu jednej zdrowaśki. Za moment pozostawię was w tej sali samych: pragnę, aby jedno z was przekonało drugie, że to jego lub jej głowa najlepiej pasuje do królewskiej korony, nakłaniając konkurenta do wypicia trucizny z własnej i nieprzymuszonej woli. Zachowujcie się, proszę, godnie. Pamiętajcie, że jesteście potomkami królów. Wrócę tutaj o poranku – żeby opłakać śmierć jednego z was.
- Co będzie, kochany ojcze – zapytała królewna – kiedy żadne z nas nie zdoła namówić drugiego do usunięcia się z tego świata?
- No cóż – Król zafrasował się nieco. - Będzie się trzeba wtenczas zdać na Sąd Diabelski. Pojedynek odbędzie się na miecze i trwać będzie dopóty, dopóki jedno z was nie padnie pod ciosami przeciwnika. Rozstrzygnięcie takie, wyznaję, jest mi wstrętne, ponieważ łatwo się domyślić wyniku takich ordaliów. Ale bądźmy dobrej myśli: wierzę, że jedno z was wyjdzie z tej próby zwycięsko. – Co rzekłszy, król wyszedł z sali tronowej, zamykając ją za sobą na trzy spusty.
Zaledwie jego klucz umilkł w zamku, królewicz odezwał się mocnym, pewnym swoich racji głosem:
- Nie można żywić najmniejszych wątpliwości, droga siostrzyczko, że to, iż stoisz tutaj cała i zdrowa i zastanawiasz się, jak mnie namówić do samobójstwa, zawdzięczasz tylko i wyłącznie mnie. Pamiętasz zapewne, jak bawiąc się w chowanego w wieku sześciu lat, wpadłaś do studni na zapleczu zamku? Gdy nasi bracia rozpierzchli się z krzykiem, ja opuściłem się w głąb studziennej gardzieli i narażając życie, wyciągnąłem cię na zewnątrz. Służący nie mogli nam pomóc, żaden bowiem nie mieścił się w świetle cembrowiny. Uratowałem cię wówczas od niechybnej topieli. Można zatem rzec, że ostatnich dwanaście lat przeżyłaś na kredyt, którego ci udzieliłem – nie wątpię, że jako osoba honoru oddasz mi go teraz z odsetkami, żebym mógł kontynuować dzieło naszego czcigodnego ojca.
- Ha! – prychnęła królewna – Dobry żart. Powołujesz się na naszego zepsutego do szpiku kości ojca, mówiąc, że mam ci oddać najcenniejszy skarb, jaki posiadam. Czy doprawdy sądzisz, że gdyby ojciec znalazł się w sytuacji takiej jak moja, zwróciłby ci swoje życie? Czy wdzięczność, jaką rzekomo powinnam czuć (a zapewniam cię, mój drogi, że nie odczuwam jej ani krztyny), nie stanowiłaby dla niego dodatkowej podniety, aby czym prędzej pozbyć się tego, który wywołuje tak przykry stan ducha? Och, doprawdy, kochany bracie, nie licz na to, że się otruję dlatego, że jako sześciolatek byłeś na tyle głupi, by pchać się za mną do studni.
Królewicz skinął głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Skoro żadne z nas nie wychyli tego kielicha, przyjdzie nam stanąć w szranki przed Diabłem. Nie wątpisz chyba, droga siostro, kto jest faworytem w takim pojedynku. Błagam cię, oszczędź sobie bólu i cierpienia, jakie będę ci musiał nieuchronnie zadać w walce na miecze! Nie przelewaj krwi w bezsensownej męczarni!
Królewna uśmiechnęła się do brata lodowato.
- Myślę, że obejdzie się bez pojedynku – oznajmiła spokojnie. – Posłuchaj, braciszku…

Nim zegar na zamkowej wieży wybił godzinę szóstą, zgrzytnął klucz i do sali tronowej wszedł, powłócząc czarną peleryną, stary, znużony życiem król. Na tronie siedziała dumnie jego córka, u podnóżka zaś leżał martwy jak kłoda jego syn. Z przewróconego kielicha sączyła się strużka zabójczo ciemnej purpury.
- Ach, droga córko! – zawołał król, unosząc ramiona. – Jakim to sposobem udało ci się namówić brata twego do wypicia trucizny? Mówże, zaklinam cię! Jak tego dokonałaś?
- Powiedziałam mu prawdę, drogi ojcze.
- Prawdę?
- O tobie i o mnie.
Stary król zachwiał się i padł na kolana.
- Uwierzył ci?
- Pokazałam mu listy, które do mnie pisałeś z wypraw wojennych. – Królewna wyjęła spod aksamitnego pasa garść papierowych arkuszy i rozrzuciła je po sali. - Powiedziałam mu, jak cię uwiodłam, mając lat dwanaście, i jak kazałam ci zgładzić znienawidzoną matkę. Wyjawiłam mu wszystkie sposoby, do jakich się uciekałam, by cię upokorzyć i zmusić do spełniania moich zachcianek i fanaberii. Brat mój pojął, iż nigdy nie zdoła mnie prześcignąć w moralnym zepsuciu, i w imię trwania naszego rodu usunął się z pola walki. Ostatnie słowa, jakie padły z jego ust, nim podniósł złoty kielich, brzmiały: „Niech żyje królowa!”
Parę dni później w czasie polowania, które wydano na cześć koronacji królewny, stary monarcha spadł z konia i skręcił sobie kark. Młoda królowa pozostała niezamężna. Panowała krótko, ale intensywnie.

Data:

 2020

Podpis:

 JackNet

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81545

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl