DRUKUJ

 

Borys uciekinier.

Publikacja:

 18-07-29

Autor:

 DoktorUboot
Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na pewnego mężczyznę, nerwowo kręcącego się po jednym z peronów na warszawskim dworcu zachodnim. Mężczyzna ten niczym specjalnie się nie wyróżniał. Może tylko lekko niechlujnym wyglądem. Może też ciemnymi włosami sięgającymi mniej więcej do szyi, poprzecinanymi w kilku miejscach cienkimi pasemkami siwizny. Nie miał przy sobie niczego oprócz niebieskiej plastikowej torby, w której trzymał tekturowe pudło po butach. Ściskał je troskliwie pod pachą, mimowolnie dając światu do zrozumienia, że jest w nim coś niezwykle ważnego i cennego.

Chodził równym, sztywnym krokiem. Trochę tak, jakby gdzieś się śpieszył. Albo raczej jak ktoś, kto ma poważny problem, lecz nie wie jak sobie z nim poradzić. Wzrok miał nieobecny, patrzył gdzieś przed siebie, starając się kontrolować trajektorię swojego nieprzytomnego spaceru ledwie na tyle, by nie wpaść na ławkę lub kosz na śmieci. Dochodził do stalowej balustrady na krańcu peronu, robił zwrot, zaczynał kolejną turę. Pasażerowie czekający na swoje pociągi, szybko przestali go zauważać. Wydawał się być ostatecznie niegroźny, choć przecież nigdy nic nie wiadomo. Lepiej nie szukać takiego spojrzeniem, bo to grozi kontaktem wzrokowym, a ten często bywa dla wielu pretekstem do zaczepki.

W tym czasie przyjechało i odjechało kilkanaście pociągów. Ludzie wsiadali albo wysiadali, znikali w wagonach i w womitoriach prowadzących do podziemnych przejść. Zmieniały się konfiguracje osób zajmujących ławki. Bywały chwile, kiedy peron się zapełniał, by minutę później niemalże całkowicie opustoszeć, wtedy mężczyzna zostawał na nim praktycznie sam. Nie zwracał uwagi na otoczenie, przytulał co jakiś czas mocniej torbę z pudłem, i wciąż niestrudzenie maszerował przed siebie, niczym lunatyk nakręcony na sprężynę.

W pewnej chwili ze zgrzytem i piskiem wtoczył się kolejny pociąg. Zwykły pośpieszny, setki podobnych przemierzają krajowe trasy o każdej porze dnia i nocy. Wagony nawet nie były specjalnie brudne. Komputerowo generowane zapowiedzi wygłaszane przez robota-kobietę, zlewały się ze wszystkimi pozostałymi dworcowymi odgłosami w jedną zgrzytliwą papkę. Miasta przeznaczenia, spóźnienia, odwołania pociągów. Życzymy przyjemnej podróży.

Jego natomiast pochłaniały zupełnie inne myśli, na zupełnie inny temat.

Wtedy nagle się zdecydował. Zatrzymał się w miejscu. Wykonał dwa szybkie kroki w prawo, pewnym chwytem złapał za grubą dźwignię u drzwi pociągu. Nie zerknął nawet na przymocowaną do ściany wagonu białą tabliczkę z nazwą miasta, w ogóle go to nie interesowało. Ważniejszy był sam akt decyzji - trzeba uciekać i to jak najszybciej. Zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu.

Pociąg, nie zapełnił się jeszcze pasażerami. Mężczyzna ruszył przed siebie wąskim korytarzem. Szedł nim tak długo, aż wreszcie znalazł zupełnie pusty przedział. Szybko dokonał aneksji wolnej przestrzeni, boleśnie przesyconej charakterystycznym wagonowym zapachem. Zasunął szczelnie brązowawe zasłonki usiane ciapkami logotypu przewoźnika, ciężko klapnął na fotelu przy oknie - po prawej stronie patrząc od strony wejścia. W przedziale panowała niemal idealna cisza. Przez zamknięte okno z trudem wciskały się stłumione i popędliwe odgłosy dworca.

Mężczyzna przysunął do siebie swoją plastikową torbę, przymknął oczy. Relaks - to byłoby w jego sytuacji zbyt mocne określenie. Chłonął w każdym razie całą mocą tę ulotną chwilę spokoju, która jeszcze bardzo długo mogła się nie powtórzyć. Aż mu zaszumiało od niej w głowie. Potarł twarz dłońmi, nie otwierając oczu. Pod palcami poczuł niegolony od kilku dni zarost.

Ale się porobiło, pomyślał. On, wiecznie przesadnie zadbany, zawsze elegancki. A teraz kręci się po tanich pociągach, obskurnych peronach, w wymiętej koszuli dżinsowej, sztruksach. Z zarośniętą twarzą i zapuszczonymi, długimi i przetłuszczonymi włosami. Od kilku dni się nie mył. Kwestia priorytetów. Ucieczka w tej chwili była najważniejsza.

Marzył tylko o tym, by nikt się do niego nie dosiadł. Jeśli już miał podróżować w nieznane, wolałby to czynić w samotności. Nie wierzył jednak w aż takie cuda. Ale cud stał się faktem.

Całkiem sporo osób krążyło po korytarzu w poszukiwaniu wolnych miejsc. Co kilka sekund ktoś uchylał drzwi do jego przedziału. Nikt jednak nie chciał zdecydować się na wspólną podróż z dziwnym osobnikiem ściskającym niebieską reklamówkę. Kilkukrotnie przez szparę między zasłonkami czyjeś oczy lustrowały badawczo wnętrze przedziału, na sekundę zatrzymywały się na tym jednym, jedynym zajętym fotelu i błyskawicznie znikały.

Pomyślał, że musiał chyba bardzo zmienić się na twarzy. Zaczął odstraszać obcych ludzi. To wszystko z nerwów. I z napięcia. Uznał ostatecznie, że to wcale nie tak źle. Nie będzie musiał za bardzo się martwić, że ktoś się do niego doczepi i będzie oczekiwał przedziałowych pogaduszek. Zwykle przyciągał towarzystwo ludzi. Zwłaszcza kobiet. Teraz jednak chyba mu to nie groziło, tak przynajmniej sądził. Nie w tym stanie.

Pociąg ruszył wreszcie, ruch na korytarzu zamarł. Gapił się bezmyślnie w okno na przelatujące przed jego oczami domy, wiadukty, słupy i drzewa. Jego powieki nabierały coraz większego ciężaru. Ze wszystkich sił starał się nie zasnąć. To niebezpieczne w jego sytuacji. Po kilku minutach jednak porwał go płytki sen i powlókł w rozmyte mary.

Śniło mu się, że ucieka przed jadącym za nim pociągiem. Czuł w sobie jakąś gigantyczną energię, która pozwalała na swobodne wyprzedzanie pośpiesznego i to ze sporym zapasem. Czuł też jednak, że siła ta powoli bo powoli, ale jednak bezlitośnie się wyczerpuje. Sen nie pozwalał na skręt w bok. Wywołało to w nim potężny lęk, tak silny, jakiego nigdy chyba nie czuł na jawie.

Obudziła go głośna gromadka. Dwójka małych dzieci - chłopczyk i dziewczynka w wieku mniej więcej siedmiu, ośmiu lat. Pod przewodnictwem ojca targającego dużą walizę. Widać było, że chłop ma już trochę dość. Dzieciaki dokazywały, śpiewały, kręciły się po wąskim korytarzu niczym elektryczne owady.

- Można? - zapytał ojciec.
- Proszę - mruknął niezbyt zachęcająco mężczyzna z niebieską torbą. Od razu potem wbił wzrok w szybę. Nie zaczepiać, nie zagadywać - taki miał być przekaz tej mowy ciała.

Dzieci natychmiast pokazały różnicę w charakterach. Chłopczyk o ciemnych włosach i bardzo mądrym spojrzeniu, gdy tylko zauważył, że jedzie z nimi ktoś jeszcze, przestał szaleć i usiadł obok ojca, który zajął środkowy fotel. Dzieciak wybrał miejsce jak najdalsze od nieogolonego mężczyzny, przy drzwiach. Jeśli już kierował swój wzrok na niego, to tylko przelotny, nieufny.

Dziewczynka natomiast nie zamierzała siadać, choć ojciec kilkukrotnie o to prosił. Jedyne co ją w tej chwili interesowało, to ten pan siedzący naprzeciwko nich. Oparła się główką o blat podokienny, zastygła i przyglądała mu się, jakby zobaczyła właśnie żywego delfina. Nigdy nie widziała z bliska człowieka w tym wieku, który miał włosy dłuższe niż przeciętni dorośli płci męskiej. W dodatku czarne, jak u indianina. Ten człowiek wyglądał na smutnego, albo czymś przestraszonego. A ona to doskonale wyczuła. Bardzo ją też ciekawiło, ile on może mieć lat. Więcej niż tata, czy mniej? Szybko wymyśliła odpowiedni fortel.

- Tato - zagadnęła ojca, który z trudem szykował kanapki dla swoich dzieci - ile ty masz lat?
- Trzydzieści dziewięć - odparł machinalnie ojciec. Ciężko mu szło odpakowywanie kanapek i układanie ich na prowizorycznej tacy rozłożonej na jego własnych kolanach, a utworzonej z jakiegoś grubego magazynu o autach.
- A pan, ile ma lat? - mała natychmiast zwróciła się do obcego z tym samym pytaniem.
- Majka! - syknął ojciec - siadaj na miejscu, prosiłem cię już dziesięć razy. Przepraszam pana. - zwrócił się do współpasażera i dopiero wtedy przyjrzał mu się uważniej - urwanie głowy z tą dzieciarnią.

Mężczyzna pod oknem kiwnął głową na znak, że przeprosiny zostały przyjęte. Zrobił to nie odwracając twarzy od okna. Dziewczynka wydała mu się zabawna i być może odpowiedziałby na jej pytanie, gdyby nie czuł się tak spięty i rozdrażniony. Bał się, że gdy spojrzy na nią, to ona zada jeszcze jedno pytanie tego typu i on wtedy nie zapanuje nad sobą. Popełnił jednak pewien błąd. Przysunął do siebie jeszcze bliżej plastikową niebieską torbę, którą i tak już niemal wciskał w swoje biodro. To tylko pobudziło uwagę ciekawskiego i bezkompromisowego dziecka.

Mała Maja pomilczała jeszcze kilka chwil. Dawało się wyczuć niemal fizycznie, że jej ciekawość zaraz dosłownie ją rozsadzi od środka. Zmarszczyła czoło. Toczyła się w niej jakaś walka, zapewne pomiędzy chęcią posłuszeństwa wobec ojca a przemożną chęcią zdobycia bardzo cennych dla niej informacji.

- A co pan ma w tej torbie?

W tej samej chwili jako pierwszemu nerwy wysiadły ojcu. Poderwał się z miejsca, złapał dziewczynkę za rękaw bluzy, potrząsnął nim pokazowo. Nie użył do tego praktycznie żadnej siły. Wystarczyło to i tak, by mała Maja wybuchła histerycznym płaczem. Uśmiechnięta buźka momentalnie została wykrzywiona przez grymas żalu, poczerwieniała i napuchła od łez. Można było odnieść wrażenie, że przeżywa nieopisany dramat. Klapnęła demonstracyjnie na fotelu znajdującym się dokładnie naprzeciw interesującego ją człowieka. Przyglądała mu się w najlepsze dalej, pochlipując już bardziej pokazowo niż szczerze.

- Tata, pan konduktol idzie - poinformował ojca chłopczyk, który skorzystał z ogólnego zamieszania. Odsunął lekko drzwi do przedziału i wyjrzał na korytarz.

W tej chwili mężczyzna pod oknem stężał. Choć miał pełną świadomość, że podróżuje bez biletu, i że może być za to ukarany, to jednak poczuł się zagrożony tak, jakby otoczyło go stado wilków. Paradoks. Miał pieniądze, te nie były problemem. Nie chciał jednak zostawiać śladów swojej ucieczki. Pani z kasy wydająca resztę mogłaby stać się potencjalnym źródłem informacji o jego celu podróży. Poza tym musiałby taki cel w ogóle sobie wyznaczyć. A on wiedział jedno: jeśli chce zgubić pogoń, nie może niczego planować i musi działać w pełni spontanicznie, choć oczywiście nie zawsze i nie za wszelką cenę. Instynkt tropionej zwierzyny. Istnieje w każdym z nas, głęboko zakodowany i nie dający się stłamsić ani prawom ewolucji, ani niemądrym nauczycielkom.

Rozwiązanie powinno narodzić się samo. I narodziło się.

Ojciec dzieci przekierował uwagę na swoją prawą stronę, bo tam właśnie operował jego synek. Dziewczynka, nieruchoma wciąż jak mały posążek, cały czas gapiła się na swojego sąsiada z przeciwka. Wtedy nagle wstał i zapytał lekko drżącym z emocji głosem:

- Czy będzie wam przeszkadzać, jeśli otworzę okno?

Ojciec, zajęty klarowaniem dziecku tego, że nie powinno wychodzić z przedziału bez pozwolenia, coś tylko mruknął, że nie, właściwie to nie. Choć trochę mu przeszkadzało, bo na zewnątrz niby świeciło słońce, ale był już koniec września i nawet w południe potrafiło być chłodnawo. Coś jednak podpowiadało mu, żeby zbytnio się z tym facetem spod okna nie wikłać w dyskusję. Może tylko je uchyli, wpuści nieco powietrza i zaraz zamknie? Wyglądał naprawdę dziwnie.

Tymczasem człowiek ten opuścił okno na sam dół. Do wnętrza przedziału wtargnęło więcej niż rześkie polne powietrze wraz z towarzyszeniem huku kół pociągu. Ten zresztą chwilę wcześniej bardzo zwolnił i właściwie teraz bardziej snuł się niż jechał. Gdzieś spoza drzew rosnących wzdłuż torowiska dobiegło donośne i głębokie bicie kościelnego dzwonu.

Dziewczynka nadal wpatrywała się w niego jak zaczarowana.

Najpierw dał krok na siedzisko fotela, potem następny na blacik podokienny. Sprawnie przełożył nogę przez otwór w oknie. Nie był dużym mężczyzną, więc zmieścił się bez problemu. Ojciec patrzył na to z niedowierzaniem. Jakby zobaczył lądowanie kosmitów.

- Panie, oszalałeś pan? Złaź pan stamtąd. Nie widzi pan, że dzieci patrzą?! - nakazał surowym głosem.

Maja uznała, że to najlepszy moment na jeszcze jedno pytanie:

- Jak pan ma na imię?

Ojciec nie zdążył nawet zareagować na kolejne jego zdaniem niegrzeczne zachowanie swojej córki. Ten dziwny facet, którego spotkali przypadkiem w przedziale pociągu relacji Warszawa - Rzeszów, wisząc połową ciała już poza wagonem i szykując się do skoku, uśmiechnął się nagle, całkiem sympatycznie i naturalnie. Odpowiedział dziewczynce: "Borys".

Potem zniknął. Pozostało po nim tylko niemal zupełnie bezchmurne niebo i migające rudawe konary drzew. Pociąg ponownie zaczął nabierać prędkości.

- Proszę pana, a torba? - te słowa dziewczynka o imieniu Maja właściwie wyszeptała bardziej do samej siebie.

---

Nic właściwie mu się nie stało, co trochę go zdziwiło. Mężczyzna, który przedstawił się swoim współpasażerom jako Borys, wylądował bardzo szczęśliwie. Nie dość, że udało mu się odskoczyć daleko od ściany wagonu i spadł już tam, gdzie zaczynał się dywan gęstej i dzikiej trawy, to wyjątkowo akurat w tym miejscu nasyp kolejowy porośnięty był dzikimi krzakami. Przyjęły na siebie pierwszy impet i dalszy proces turlania stanowił już w zasadzie dziecinną igraszkę. Trochę się poobcierał, głównie na dłoniach i tyle. W głowie huczało mu bardziej od buzującej adrenaliny niż z powodu tego karkołomnego bądź co bądź upadku.

Usiadł, otrzepał spodnie i sweter, obmacał dłońmi głowę. Chyba cała, stwierdził. Nawet się nie skaleczył. Przez chwilę odczuł coś w rodzaju dumy, że on, człowiek od lat kiszący się w różnych biurach i kierowniczych gabinetach, zachował się teraz jak jakiś komandos. Radość trwała jednak krótko. Przeszyła go straszliwa myśl, która na jedną straszną sekundę całkowicie go złamała.

Torba. Jego niebieska plastikowa torba. A właściwie jej zawartość. Została w pociągu.
Zszarpane nerwy znów wzięły górę nad rozsądkiem i chłodną kalkulacją. Walnął się mocno w głowę otwartymi dłońmi. Za karę. Raz, drugi, trzeci. Zamknął oczy.

Wstał jednak, poprawił sweter, przeczesał włosy. Trzeba wziąć się w garść. Wokół niego rozpościerało się istne bezludzie, a jedynym świadectwem istnienia cywilizacji był nasyp kolejowy i tory biegnące w niewiadome. Dalej tylko ni to pole, ni to łąka, ziemia niczyja. Dopiero gdzieś daleko, na horyzoncie, majaczyła grubsza linia. Chyba jakiś las. Pozostały mu więc dwie opcje. Albo próbować przemierzyć ten bezkresny areał, brnąc w piachu i zielskach, albo też ruszyć ledwie widoczną, wydeptaną pewnie tu ze sto lat temu, piaszczystą ścieżynką biegnącą wzdłuż nasypu.

Nie lubił się zbytnio przemęczać, wolał wybrać rozwiązanie prostsze i praktyczniejsze, zwłaszcza gdy było obarczone niemal takim samym ryzykiem jak to trudniejsze. Doświadczenie z biznesu, z negocjacji z różnymi grubymi rybami. Nigdy go nie zawiodło. A więc ścieżka.

Westchnął ciężko i postawił pierwszy krok ku nieznanemu. Ostatecznie nie uszedł nawet kilometra. Życie po raz kolejny utwierdziło go w przekonaniu, że należy się trzymać swoich instynktownych wyborów. Uśmiechnął się sam do siebie.

Jakieś kilkanaście metrów przed nim torowisko z wolna zamieniało się w mały, zaniedbany wiadukcik kolejowy. Teren po bokach nasypu kończył się ostrymi skarpami, a w dole, pod wiaduktem, biegła jakaś marna szosa. Nie to było jednak najważniejsze. Na jednym z wystających z konstrukcji wiaduktu pordzewiałych słupków, mających pewnie jakieś techniczne uzasadnienie, wesoło kołysała się jego plastikowa niebieska torba. Wśród tej rdzy i szarości otoczenia wyglądała jak przybysz z innej galaktyki. Pozostało tylko jakoś wdrapać się na wiadukt, nie dać się przejechać przez jakiś zabłąkany pociąg, przedostać się do tego słupka i sprawa załatwiona.

Ostatnie pytanie brzmiało. Kto z nich? Ojciec? Wątpił w to. Wydawał się być człowiekiem niechętnie angażującym się w cokolwiek, co nie dotyczyło jego samego i jego rodziny. Pozostawała ta mała. Jak miała na imię? Maja.

Operacja odzyskania niebieskiej plastikowej torby okazała się łatwiejsza niż się wydawało. Wychylił się nie tak znowu bardzo za balustradę wiaduktu i już miał w rękach to, co było w tej chwili jedyną rękojmią bezpieczeństwa.

Zszedł wolnym krokiem z wiaduktu. Słońce rozpoczęło powolną wędrówkę w dół, w stronę leśnego horyzontu. Powiał chłodny, wczesnojesienny wiatr.

Borys ostrożnie wyjął z torby jej zawartość. Było to pudło po butach. Otworzył je i odrzucił za siebie. Sekundę wcześniej wydobył z niego ciemno grafitowy pistolet o kanciastych kształtach. Sprawnym ruchem sprawdził zawartość magazynka. Potem wsunął broń za pasek spodni.
Odetchnął głęboko i ruszył dalej przed siebie.

Data:

 2018

Podpis:

 Doktor U-boot

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81029

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl