DRUKUJ

 

Ten dom

Publikacja:

 18-07-02

Autor:

 DoktorUboot
Felek dosłownie wiercił mi dziurę w brzuchu. Przekonywał, że jeśli nie zaliczymy tego ostatniego domu, to będziemy zwykłymi frajerami.

– Musimy tam iść – gadał tak przy każdej możliwej okazji. - Po prostu musimy.

Nie pamiętam już dlaczego nie spodobał mi się ten pomysł. Może chodziło o te różne dziwne opowieści, jakich można było się nasłuchać o "tym domu"? Powtarzam – nie pamiętam. Na pewno nie chodziło o strach. Wtedy niczego się nie baliśmy. Byliśmy tak zwanymi dziećmi wojny. Dzieci wojny zwykle niewielu rzeczy przeraża, bo to co mogło ich przerazić, już dawno widziały.

Ależ ten Felek się wtedy uparł. Nie dawał sobie wytłumaczyć, że tam, w tej rozpadającej się ruinie niczego fajnego się nie znajdzie. A włazić tam dla zwykłej satysfakcji? No dobrze, to rzeczywiście był jakiś argument.

– W porządku, Felek – rzuciłem w końcu, trochę dla świętego spokoju, żeby już tylko przestał mnie zadręczać.

---

Długo czekaliśmy w krzakach, aż zrobi się dostatecznie ciemno. Właściwie do dziś nie wiem, po co się tak chowaliśmy – opuszczony dom, do którego mieliśmy zamiar się wkraść, stał na końcu świata, czyli nie wiele więcej niż kilometr za rogatkami naszego miasteczka. Nikt nie mógł nas tak naprawdę nakryć. Sąsiednie domy znajdowały się w sporej odległości, na dodatek przesłaniały je drzewa i gęste zarośla. Jeśli ktoś z miejscowych nie miał wyraźnej potrzeby, to i tak starał się nie kręcić w pobliżu tego zrujnowanego drewnianego domu z walącym się dachem. Jak już wspominałem, krążyły na jego temat niezbyt zachęcające opowieści, więc tym bardziej wieczorami nikt się tu nie śmiał zapuścić. Nikt oprócz nas, rzecz jasna.

Na wszelki wypadek jednak zachowaliśmy wszystkie możliwe środki ostrożności. Siedzieliśmy z Felkiem w tych krzaczorach tak długo, aż chałupa oddalona od naszej pozycji o trzydzieści metrów, zaczęła z wolna roztapiać się w nadchodzącym zmroku. Tak się jakoś działo, że im robiło się ciemniej, tym nasza odwaga malała, natomiast sam dom nabierał coraz bardziej groźnego wyrazu. Był zdecydowanie większy niż wszystkie inne w tej okolicy, miał sporą werandę i dwa grube murowane kominy. Nawet teraz, gdy niemal z dnia na dzień zamieniał się w ruderę, nie ulegało wątpliwości, że kiedyś musiał robić duże wrażenie.

Przed wojną mieszkała tu pewna, bogata jak na nasze miejscowe warunki, rodzina. Wczesną wiosną w trzydziestym dziewiątym doszło do potwornego morderstwa. Jakaś banda napadła w środku dnia na jedzących obiad domowników - ojca, matkę i córkę - i bezlitośnie rozstrzelała ich przy stole. Cel napadu był oczywiście rabunkowy, plotki o zgromadzonych przez właściciela domu bogactwach krążyły w tamtych czasach z ust do ust. Kogoś musiały w końcu skusić i zachęcić do działania. Wokół tej sprawy narosło mnóstwo mniej lub bardziej strasznych legend. Sprawców oczywiście nie złapano. Ludzie plotkowali, że przedwojenna policja w czasie oględzin wykryła tam też ślady zabójstwa osoby spoza tej nieszczęsnej rodziny, której ciała nigdy nie odnaleziono. Potem, gdy już okupacja stała się codziennością, tragedia tego domu utonęła w potoku innych, o wiele bardziej straszliwych tragedii. Zresztą przez czas trwania wojny ludność tutaj znacząco się wymieniła. Na miejsce tych, którzy zginęli lub stąd uciekli, przybyli inni i siłą rzeczy najmniej interesowały ich historie ruin, tym bardziej, że przecież, czego jak czego, ale akurat zdemolowanych i rozgrabionych chałup nigdzie nie brakowało.

Pomimo całej tej okropnej przeszłości był to jednak ostatni opuszczony dom w okolicy naszego małego miasteczka, którego z Felkiem nie obejrzeliśmy od wewnątrz. Wchodziła więc w grę kwestia naszych ambicji – naszych, czyli należących do dwóch niewyżytych, czternastoletnich gnojków, które całe dnie korzystały na swoistym zawieszeniu przeobrażającej się rzeczywistości, jeszcze nie pokojowej, ale już też i nie wojennej. Szkoły i tak jeszcze u nas nie działały pełnym trybem. Mieliśmy dużo czasu dla siebie. Ganialiśmy od rana do wieczora po lasach i ruinach z dziecinną nadzieją na odnalezienie wspaniałego skarbu, oczywiście wyimaginowanego w naszych przepastnych wyobraźniach. W ostateczności zadowalaliśmy się byle drobiazgiem, na przykład niewybuchem albo niemieckim bagnetem.

Nie byliśmy jednak aż tak całkiem głupi i naiwni, jak może się wydawać - nie spodziewaliśmy się po tym domu żadnej wielkiej rewelacji. Chcieliśmy go mieć z głowy, przynajmniej ja tak do tego podchodziłem. A Felek? Wtedy wydawało mi się, że to jego jedyna motywacja, to przecież on nalegał na tę wyprawę.

---

Tylko z pozoru sprawa przedstawiała się trudno. Niby od strony pociętej koleinami szutrowej drogi drzwi i okna były pozabijane deskami, na tyłach domu również, a całość tej bryły jawić się mogła jako niedostępna. My jednak wcześniej zrobiliśmy odpowiednie rozeznanie. W jednym z narożników, w rozłażącej się konstrukcji ścian, utworzyła się całkiem spora dziura pomiędzy belkami. Obaj byliśmy dosyć drobni, więc uznaliśmy w czasie oględzin, że spokojnie się przez to ucho igielne przeciśniemy.

Wreszcie nastała całkowita ciemność. Schowany za słabymi chmurami księżyc dawał akurat tyle światła, ile nam było potrzeba. Wyskoczyliśmy z krzaków, przebiegliśmy drogę i błyskawicznie zaszliśmy dom od tyłu. Nie potrzebowaliśmy włączać latarek, zostawiliśmy je sobie na potem. Widzieliśmy w ciemnościach jak koty.

W całkowitym milczeniu rozpoczęliśmy akcję. Felek, jako nieco większy ode mnie, ruszył pierwszy. Ze sprawnością pająka wpełzł w dziurę między belkami.

– Dawaj – szepnął już ze środka – przejdziesz bez problemu.

Podążyłem za kolegą.

W środku śmierdziało stęchlizną, gnijącym drewnem i czymś jeszcze, czymś nierozpoznawalnym – w opuszczonych, poranionych wojną domach zwykle właśnie tak śmierdziało.

Wiejskie chałupy składały się najczęściej z dwóch przechodnich izb z prowadzącą na podwórze sienią. Tutaj rzecz przedstawiała się nieco inaczej. Kilka dużych izb, spory przedpokój, oddzielna kuchnia z kaflowym paleniskiem. Właściwie z jego resztkami, bo zostało ono metodycznie, kafel po kaflu, rozebrane przez nieznajomych zaradnych ludzi. Niewykluczone, że służy gdzieś do dziś. Wszystko to, co przedstawiało jakąkolwiek realną wartość, już dawno zostało stamtąd wyniesione. Większość pomieszczeń wyczyszczono do gołych ścian. Większość, ale nie wszystkie. Ku naszemu zaskoczeniu największy pokój, pełniący chyba niegdyś funkcję bardzo reprezentacyjnej jadalni, został najmniej zdewastowany i rozkradziony. Właściwie gdyby tam solidnie posprzątać, to dałoby się tam od biedy dalej żyć.

Ostały się w nim zdemolowane, lecz wciąż trzymające się jako tako kupy meble: krzesła i solidny stół z blatem w kształcie elipsy. Leżała na nim resztka sparciałego koronkowego obrusa. Przy przeciwległej do wejścia ścianie ziała czarną czeluścią zdemolowana wielka trzydrzwiowa szafa z rozbitym lustrem w środkowych drzwiach. Skrzydła wisiały smętnie na resztkach zawiasów. Pozostała również komoda z powybijanymi drzwiczkami. Stało na niej kilka oprawionych w ramki zdjęć. Wszystko oblepiała warstewka pyłu zmieszanego z brudem.

Wyciągnąłem z mojego harcerskiego plecaka małą elektryczną latareczkę, którą dostałem niegdyś od dziadka Edmunda. Bateryjka starczała na bardzo krótko, więc mieliśmy niewiele czasu. Oświetliłem nią po kolei wszystkie ściany i wszystkie pozostawione graty. Zaraz potem skierowałem żółtawą plamę światła na pozostawione zdjęcia. Były tak pożółkłe i wyblakłe, że nie dało się rozpoznać, kto na nich został uwieczniony. Poza tym nic więcej. Wszędzie tylko całe firany pajęczyn zwisających girlandami z odsłoniętej przez popękany tynk na suficie trzcinowej siatki.

– Dobra, Felek, zwijamy się – zarządziłem. – Nic tu po nas. Chałupa zaliczona.
– Poczekaj – zaoponował Feluś z zaskakującą jak na niego stanowczością w głosie. - Jeszcze się rozejrzę. Trzeba przeszukać tę szafę.
– Przecież tam nic nie ma, głupku – zaprotestowałem ze złością, bo przecież gołym okiem wspomaganym latarką widać było dokładnie wyczyszczone przez kogoś wnętrze.

Felek jakby zupełnie mnie nie słuchał. Odchylił na całą szerokość wszystkie z trojga drzwi i dokładnie przejrzał całe wnętrze swoją latarką.

– Tu coś jest! – krzyknął.
– Cicho! – nakazałem i natychmiast doskoczyłem do niego.
– Co to? – zapytał szeptem, ale raczej skierował to pytanie do samego siebie.
– Nie wiem – odparłem – ale zaraz się przekonamy.

Kazałem Felkowi trzymać latarkę i sięgnąłem po leżące na samym dnie szafy filcowe zawiniątko. Było całkiem spore, posiadało obiecujący ciężar. Przeniosłem je ostrożnie do stołu, położyłem na jego pokrytym grubą warstwą blacie. Nie bez trudu wreszcie udało mi się odwinąć najgrubsze warstwy filcu. Coś w środku pakunku ostrzegawczo zabrzęczało. Przez moją nieudolność jego zawartość wysypała się z przeraźliwym jękiem na podłogę. Obaj nieźle się przestraszyliśmy. Gdy oddechy nam się wyrównały, nakazałem Felkowi oświetlić podłogę. Leżała na niej sterta ozdobnych sztućców. Noże, widelce, łyżki. Kucnęliśmy nad znaleziskiem. Wziąłem w dłoń jeden z noży, mrugnął do nas odbitym światłem latarki. Nie trzeba było być żadnym ekspertem od drogocennych przedmiotów – już sama waga nożyka mówiła swoje. Jeśli jednak ktoś miałby mieć jakieś wątpliwości, to zapewne rozwiać je musiał sposób ich wykonania – rękojeści wszystkich sztućców zostały bardzo bogato ozdobione w połyskujące złotem esy-floresy. Bez dwóch zdań cały ten zestaw musiał mieć jakąś wartość. Najprawdopodobniej dużą wartość.

Felek wyłączył latarkę.

– I co z tym robimy? – zapytałem cicho. – Zostawiamy czy bierzemy?

– Głupiś? Bierzemy! – prychnął Felek.

Mnie jednak nagle ogarnęły potworne wątpliwości. Z jednej strony znaleźliśmy te sztućce i zgodnie z niepisanym powojennym prawem był to nasz łup. Gdzieś jednak wewnątrz duszy nie miałem przekonania, czy aby na pewno powinniśmy sobie przywłaszczyć AKURAT te sztućce. Było to bardzo dziwne, przydarzyło mi się coś takiego pierwszy raz, właśnie wtedy. Wcześniej obce mi były podobne skrupuły. Wcześniej zawsze po prostu brałem, co wpadało w dłonie.

Zamilkliśmy. Jak sądzę, Felek wyczuł tę moją rezerwę.

– Zróbmy tak – zawyrokował w końcu – weźmiemy te bibeloty i pokażę je mojemu ojcu. On oceni, co to jest, zna się na takich sprawach, powie nam też, co dalej z tym zrobić. Przecież jak je tu zostawimy, to za tydzień może ktoś inny tu wleźć i po prostu sobie to wszystko zabrać.

Kiwnąłem głową w ramach akceptacji tego pomysłu. W gruncie rzeczy również nie byłem jednak do niego przesadnie przekonany. Ojca Felka znałem tylko ze szczątkowych opowieści mojego kumpla oraz krążących na jego temat niestworzonych historii, i nie wydawał mi się być osobą godną zaufania w takiej akurat sprawie. Owszem, handlował różnymi rupieciami mniej lub bardziej wartościowymi (któż wtedy się tym nie zajmował), był w gruncie rzeczy jednym z bardziej znanych handlarzy w okolicy. Ciągnęła się za nim fatalna reputacja. Niby nic nie ryzykowaliśmy w tym przypadku, tak czy siak, zawładnęły mną jakieś bardzo niedobre przeczucia. Nic jednak mądrzejszego niż rozwiązanie podsunięte przez Felka nie przychodziło mi do głowy. Wygrała blada nadzieja, że może rzeczywiście zrobimy dobry interes. Ojciec Felka wypłaci nam za to znalezisko jakieś pieniądze, a ja je oddam matce - taki rozwój wypadków wydał mi się od biedy możliwy.

– No dobra – poddałem się w końcu – weź to, Feluś, i pokaż ojcu. Niech się stary martwi.

Felek błyskawicznie zapakował sztućce z powrotem w filcowy pakunek i schował go do plecaka.

---

Minęło kilka dni, nim Felek odważył się pochwalić się ojcu naszym odkryciem. Stary Raczyński był bowiem osobą, którego reakcje nie zawsze dawało się przewidzieć, za to potencjalne konsekwencje, jakie mogłyby spaść na barki Felka, powstrzymywały go dosyć skutecznie przed przyznaniem się ojcu, że zdarza mu się czasami w nocy zaglądać do zrujnowanych, opuszczonych chałup i szukać tam rozmaitych przedmiotów.

W końcu jednak pragmatyzm przezwyciężył obawy. Felek opowiedział staremu Raczyńskiemu wszystko o naszej wyprawie od a do z. Z tego co później mi relacjonował, ojciec zobaczywszy te wszystkie sztućce, całkowicie zbagatelizował nieznane mu dotąd hobby swojego syna i jego najlepszego kolegi. Zrobił zagadkową minę, od razu zabrał Felkowi zawiniątko i kazał mu się więcej nie interesować tym tematem. Felek nie miał najmniejszego zamiaru nie respektować tego nakazu. Wkrótce jednak porwały nas inne sprawy, działo się wówczas bardzo dużo i o całej tej sprawie zapomnieliśmy, wydawało się, na dobre.

---

Kilka dni po naszej eskapadzie do opuszczonego domu nawiedził mnie straszny sen, który jeszcze potem kilkukrotnie wracał.

Biała sala - ostro zalana słońcem, tak mocno, że nie sposób było wyłowić z niej jakiegokolwiek kształtu. Po pewnym czasie wyłonił się z tej bieli duży stół, przekryty śnieżnobiałym koronkowym obrusem.

– Zbyszek, obiad! – dobiegł do mnie skądś kobiecy, ciepły głos, ale nie był to na pewno głos mojej mamy.

Znalazłem się przy stole. Przede mną stał duży porcelanowy talerz, obok niego leżały połyskujące słonecznymi promieniami sztućce, bardzo podobne do tych, które znaleźliśmy w opuszczonym domu, tyle że w śnie wydawały się jeszcze bardziej drogocenne. Sięgnąłem po łyżkę. Wtedy ktoś cicho krzyknął dziecięcym głosikiem. Gdzieś u góry coś zgrzytnęło. Cały ten biały obrus, mój talerz i moją dłoń trzymającą łyżkę, pokryły małe drobne, intensywnie czerwone kropelki.

Krew. To musiała być krew, bo i co innego?

Potem zapadła ciemność. Ja wciąż siedziałem przy tym samym stole. Nic nie widziałem w tym mroku, lecz wyczułem, że nie jestem sam. Jacyś ludzie siedzieli obok mnie na krzesłach. Nic nie mówili, w ogóle chyba się nie poruszali, nie słychać było nawet ich oddechów. Strasznie chciało mi się jeść, jakbym nie brał nic do ust przez kilka dni. Zapachniało obiadem. Wymacałem przed sobą łyżkę. Przełknąłem. Zupa wydawała się nie mieć żadnego smaku. Poza tym zupa powinna być gorąca, a ta była po prostu letnia, co bardzo mnie rozczarowało.

Wtedy zrobiło się wokół mnie na tyle jasno, że mogłem zajrzeć do talerza. Zupa była gęsta, o intensywnie bordowym kolorze. Zebrało mi się na wymioty. W panice trzepnąłem ręką w talerz, by go strącić ze stołu. Wokół mnie rozległ się głośny śmiech. To moi współbiesiadnicy. Wszyscy wyglądali jak wyłowione z wody rozkładające się trupy. Widziałem takie zwłoki – rok wcześniej nasz kolega ze szkoły utopił się w stawie zwanym gliniankami. Wyciągnęli go strażacy. Był zielonkawy, napuchnięty, twarz nie dawała się rozpoznać, jego powieki wyglądały jak napompowane żaby.

Śmiali się ze mnie, aż trzęsły się na nich fałdy otłuszczonej, oślizgłej skóry.

---

Cztery lata później


W naszym ciągle jeszcze bardzo wyniszczonym wojną i umęczonym miasteczku życie toczyło się siermiężnie, biednie i mozolnie. Ja na szczęście miałem swoją kochaną mamę, która choć musiała wziąć na barki samotne wychowywanie mnie i starszej o dwa lata siostry Marty, dawała nam poczucie względnego bezpieczeństwa i ciepła. Nie potrafię sobie przypomnieć, żeby mama na coś kiedykolwiek się skarżyła, a jeśli – tak zapewne być musiało – przychodziły do niej chwili słabości, to zapewne rozprawiała się z nimi poza naszym wzrokiem. Dla nas była zawsze silna. Nie tak wcale rzadko wesoła, często za to zła na mnie za jakieś moje właściwie to niegroźne wybryki. Starałem się jak mogłem nie dokładać jej zmartwień.

W niedużym dwupokojowym mieszkanku, upchniętym na pierwszym piętrze starej kamienicy, stojącej niemal w samym centrum miasta, nie mieszkaliśmy sami. Towarzyszyła nam babcia Frania, dziadek Edmund oraz Hela. Ośmioletnia dziewczynka znalazła się w naszym mieście nie wiadomo tak naprawdę skąd. Od zakończenia wojny upłynęło ledwie kilka lat, nikogo wówczas jeszcze nie dziwiło samotne dziecko, błąkające się po ulicach. Helenkę znalazł dziadek Edmund – siedziała w piwnicy, tuż pod drzwiami do naszej komórki. Tam właśnie zamierzała spędzić kolejną samotną zimową noc. Potrafiła tyle tylko powiedzieć, że nie ma mamusi i tatusia, i upierała się, że przyjechała sama, z Warszawy, bo ktoś jej obiecał, że właśnie tutaj czeka na nią jakaś jej ciocia. Dziadek zabrał dziewczynkę do domu. Dostała jeść i zaraz zasnęła z uśmiechem na ustach. Mama i dziadkowie zgłosili sprawę gdzie trzeba w nadziei, że jednak uda się znaleźć jej rodzinę, kogokolwiek. Mijały dni, tygodnie, a Hela wciąż była u nas. I już została.

Było to dziecko bardzo spokojne i zgodne. W dodatku Helenka rwała się do pomocy mamie, chociaż z tej pomocy najczęściej przybywało tylko dodatkowej roboty. Ja sam miałem już siedemnaście lat, uczyłem się nie bez przeszkód w miejscowym liceum. Ponieważ szkoła ta działała z powodu różnych trudności nieregularnie, tak więc wciąż miałem sporo czasu dla siebie. Zabijałem go nieustanną grą w szmaciankę oraz – jak za dawnych lat – krążeniem po okolicy z moim kumplem Feliksem, na którego wciąż mówiono Felek lub Feluś.

Pewnego ciepłego majowego wieczora wracałem z Felkiem z jakiejś eskapady. Było już bardzo późno, ale Felek nie zwracał na to uwagi – jego ojciec, nazywany potocznie w okolicy starym Raczyńskim, który wychowywał Felka samotnie, nie wymagał od niego, by wracał do domu o określonej porze. Stary Raczyński miał wiele innych ważniejszych spraw na głowie - był znanym w okolicy handlarzem, i to głównie zaprzątało jego umysł. Coś kupić? Sprzedać? Wymienić? Każdy wiedział, że stary Raczyński pomoże, a i za bardzo nie zedrze skóry. Jedyną ofiarą tej sytuacji stał się Felek, którego podstawowymi potrzebami nie miał kto się przejąć. Zaproponowałem więc kumplowi, żeby do mnie zajrzał. Ja miałem ochrzan od matki pewny jak w banku, ale też i wiedziałem, że kiedy już się przestanie złościć, to ukroi chleba i posmaruje go dżemem. A Felek raczej nie mógł mieć nawet cienia nadziei na to, że w domu zastanie jakąkolwiek żywność. Nie oznajmiał tego wprost, ale dawało się to wychwycić choćby po jego wiecznym i wilczym apetycie.

Gdy już dotarliśmy do naszej kamienicy, weszliśmy w ciemną bramę prowadzącą na podwórze.

Z przeciwka wyłoniła się grupka ludzi. Szli hałaśliwie, głośno tupiąc buciorami. Wszyscy jak jeden mąż poubierani w ciuchy z demobilu. To byli Gomulaki, czyli dwaj bracia Gomulińscy wraz ze swoimi koleżkami. Największe łajzy w okolicy, mówiąc wprost zwyczajni przestępcy sycący się nieszczęściem ludzkim i przyssani do tego nieszczęścia jak pijawki. O ich wyczynach, wśród których były i te najgorsze, krążyły w okolicy legendy.

Przesunęliśmy się z Felusiem do samej ściany, licząc na to, że nie zwrócą na nas uwagi. Cała ta grupka rzeczywiście przeszła obok nas obojętnie. Tylko jeden z nich obmierzył nas niedobrym spojrzeniem. Odłączył się nieco od swoich kamratów i szedł prosto na nas. Mimo półmroku i tak dobrze mu się przyjrzałem. Był starszy ode mnie jakieś osiem, dziesięć lat. Ogolona na krótko głowa. Dzikie oczy. Zawiesił na mnie wzrok na ułamek sekundy, zrobił dziwną, nieokreśloną minę, po czym bez słowa nas wyminął i dołączył do kumpli, którzy zdążyli już wyjść z bramy na ulicę i toczyli tam jakąś hałaśliwą dyskusję.

– Ciekawe u kogo Gomulaki mogli być? – zaciekawił się Felek, wypuściwszy przedtem z płuc nadmiar powietrza.

– Nie wiem – odpadłem markotnie. Byłem pełen złych przeczuć.

Ten chłopak, który nas wyminął, wydał mi się znajomy.

---


Otworzyła nam moja siostra Marta.


– Artur wrócił – rzuciła beznamiętnie i wpuściła nas do środka. Z kuchni wyjrzała mama. Po jej minie poznałem, że jest z czegoś niezadowolona. Dało się wyczuć, że tym razem, to chyba nie moje spóźnienie było tego powodem.

– Artur – powtórzyła Marta – czyli nasz brat.

Nasz ojciec, zanim poznał mamę, toczył dość burzliwe życie, przynajmniej tak opowiadała nam babcia. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na ojca, zaczynała na niego wyrzekać. Jednym z owoców tego burzliwego życia był właśnie Artur, którego jeszcze przed poznaniem naszej mamy, spłodził z jakąś panią, i który jak tylko trochę podrósł, zaczął sprawiać wszystkim masę problemów. To znikał, to znów się pojawiał. Nie uczył się, a przynajmniej nie w szkole, raczej na ulicy. Podobno siedział w więzieniu za coś bardzo złego, ale babcia nie chciała powiedzieć za co dokładnie. Widziałem go wcześniej kilka razy w dzieciństwie (stąd cień wspomnienia na jego widok). Potem, wzorem ojca, w końcu przepadł gdzieś bez wieści. Jeszcze przed wojną. Miałem wtedy osiem albo dziewięć lat, czas już coraz bardziej zamazywał wspomnienie o nim.

Teraz Artur wrócił. Marta w czasie rozmowy o nim uśmiechała się niepewnie. Szybko ucięła jego temat i wróciła do kuchni. Felek jakoś szybko zapomniał o głodzie, pożegnał się i poleciał do domu.

– On przyszedł z Gomulakami – podkreśliłem w miarę obojętnym tonem, żując chleb z marmoladą. Nikt na to nic mi nie odpowiedział.

Nie wiadomo skąd pojawiła się w kuchni mała Hela. Oparła się o stół i zapytała z uśmiechem:

– Kiedy znów wujek do nas przyjdzie?

Mama pogłaskała ją po głowie.

---

Przez następny tydzień słuch o Arturze zaginął. Ja, szczerze mówiąc, szybko o nim zapomniałem. Dni wypełniała mi szkoła i bieganie z Felkiem po okolicy w poszukiwaniu fantów na sprzedaż.

Któregoś jednak dnia znów się pojawił. Grzecznie zapukał, przywitał się jak należy. Czuć było od niego wódę na kilometr. Chciał żeby dać mu jeść. Zjadł cały talerz kartoflanki i polazł. Mama dała mu parę groszy z portmonetki. Wziął je, nie mówiąc słowa dziękuję – potraktował chyba ten dar jako coś oczywistego.

Znów minęło kilka dni. Byłem akurat sam w mieszkaniu. Artur złożył nam kolejną wizytę, jak zwykle po alkoholu. Nie był pijany, ale na pewno miał trochę w czubie. Rozsiadł się przy stole w kuchni. Był wysoki i silny. Miał na sobie szarawy mundur polowy niewiadomego pochodzenia, ale tak w tamtych czasach nosili się wszyscy w jego wieku. Początkowo przez długi czas milczał.


– Ty, młody – odezwał się w końcu – widziałeś coś takiego?


I wyjął zza pazuchy kurtki wielki nóż o nieprawdopodobnie błyszczącym ostrzu. Dał mi go obejrzeć. Był naprawdę duży, jego waga była taka jaka trzeba, ani za duża, ani za mała. Rękojeść z kości słoniowej – tak zapewniał Artur. Takim czymś można by zaszlachtować świniaka, a człowieka z pewnością. By zademonstrować mi jego ostrość, przysunął do siebie talerz z leżącym na nim bochenkiem chleba. Ledwie dotknął jego grzbietu i już bochenek został idealnie przekrojony, choć wydawać się mogło, że właściwie nie użył do tego żadnej siły. Spodobał mu się ten mój zachwyt. Popytał trochę o różne pierdoły, w końcu spoważniał.


– Znasz starego Raczyńskiego? Podobno z nim można zrobić interes, co? - zapytał przypatrując mi się uważnie.

– No, ba – odparłem zadowolony, że mogę czymś się pochwalić – to przecież ojciec Felka, mojego kumpla.

– Zaprowadzisz mnie do niego?


Po wielu latach od tamtych czasów nadal zastanawiam się, dlaczego tak łatwo poddałem się tego dnia woli Artura. Wiedziałem dobrze, co z niego za ananas, i że lepiej się z nim nie wdawać w konszachty. Tak to już jednak jest z nastolatkami, którym przecież w tamtym czasie byłem. Najpierw się robi, potem myśli. Poza tym imponował mi. Tym strojem, tym nożem, i tą pewnością siebie. Nie miałem ojca. Każdy mężczyzna potrzebuje jakiegoś wzorca męskiego. Z braku laku mógł być i taki. Wtedy raczej rzadko miało się to, czego najbardziej się chciało. Nie można było wybrzydzać.

Poszliśmy więc do Felka, a właściwie do jego ojca.

Dopiero w drodze, gdy posłusznie szedłem za sunącym pewnym krokiem Arturem, na widok którego ludzie przechodzili na drugą stronę jezdni, naszły mnie niewielkie wątpliwości. Nigdy tak naprawdę nie byłem w domu u Felka. To znaczy wielokrotnie byłem pod jego krzywym, starym płotem, do samego domu nigdy jednak mnie kumpel nie wpuścił. Mówił, że ojciec nie lubi wizyt. Starego Raczyńskiego też w zasadzie widziałem ledwie kilka razy w życiu. Za to wiele nasłuchałem się o tym, jaki to z niego złoty człowiek interesu. Szybko wszystkie te dylematy od siebie odepchnąłem. Miałem przeczucie, że Artur sobie poradzi.


– To na pewno tutaj? - wyraził słuszne zdziwienie Artur.


No cóż, niejeden by się zdziwił. Raczyński, naczelny handlarz naszego miasta, mieszka daleko za rogatkami, tam gdzie zaczynają się najbiedniejsze chałupy, często sklecone z byle czego? Tak też wyglądał „dom” Raczyńskiego i Felka. Była to w zasadzie raczej buda, obita drewnianymi płytami i papą. Od strony drogi miała tylko jedno maleńkie okienko, tak brudne, że można było w zasadzie uznać brak jego istnienia za fakt. Drzwi z kolei wyglądały na karykaturalnie solidne, jakby przeniesione z jakiegoś bogatego domu, pomalowane niedbale brązową farbą olejną. Widać było na nich cięte rany, zadane najpewniej przez siekierę. Reszty wrażenia nędzy dopełniało podwórko, porośnięte trawą i zawalone różnymi rupieciami.

Staliśmy chwilę w milczeniu. Artur wyjął papierosy.

– Palisz, młody?

Odpowiedziałem, że palę – co było oczywiście kłamstwem – ale akurat nie mam ochoty. On sam przypalił sobie efektowną metalową zapalniczką i wypuścił wielki kłąb śmierdzącego dymu.

Od Felka wiedziałem jaki jest sposób na koślawą furtkę wejściową na ich podwórko. Obaj mieliśmy szczupłe, długie i patykowate ręce, więc tylko my dwaj mogliśmy tego dokonać. Trzeba było włożyć łapę przez tę jedną konkretną szczelinę między dechami, przytulić się do skrzydła furtki i, dokonując różnych wygibasów, dosięgnąć do skobla. I tym razem udało mi się to znakomicie.


– Idź tam i wywołaj tego Raczyńskiego, chcę się z nim na coś umówić. - Artur nakazał sucho.

Nie bez ostrożności wkroczyłem na obce terytorium. Szedłem powoli w kierunku brązowych drzwi, zastanawiając się, jakie mogą być tego konsekwencje. Zapukałem cicho. Błyskawicznie ktoś odsunął zamek. To Felek, który wyskoczył ze środka jak oparzony i momentalnie zamknął za sobą drzwi nie dając mi najmniejszej szansy na zajrzenie do wnętrza ich przybytku.

– Co się stało, Zbyszek?

Był wyraźnie zdenerwowany tym moim najściem. Lękliwie zerkał na stojącego za płotem Artura, który akurat odwrócony podziwiał najbliższą okolicę, czyli porozrzucane bez ładu i składu biedne domki, otoczone zazwyczaj równie nędznymi ogrodzeniami. Pomiędzy nimi wiły się piaszczyste drogi. To była praktycznie wieś. Zapytałem Felka, czy jest jego ojciec. Odparł, że nie ma, że jak zwykle pracuje od rana do wieczora, to znaczy robi interesy. Powiedziałem mu o Arturze, że to mój przyszywany starszy brat.

– On ma jakiś interes do twojego starego.

– Wszystko ojcu przekażę – zapewniał mnie Felek – i wpadnę wieczorem dać odpowiedź, to oni się już dalej będą dogadywać, gdzie i kiedy.

Nie sposób było nie wyczuć, że Felek chciał się jak najszybciej pożegnać. Oczywiście o zaproszeniu do środka nie było mowy.

---

Felek rzeczywiście przyszedł wieczorem. Gdy matka powiedziała mi że czeka, wyleciałem na schody, jakby mnie diabeł gonił. Byłem strasznie ciekaw, jaka jest odpowiedź starego Raczyńskiego, ale na to musiałem chwilę poczekać.


– Gomulaki zabite! – relacjonował mi rozgorączkowany. – Ktoś ich zadźgał we śnie. Cała Akacjowa zamknięta, pełno tam milicji i wojskowych. – Wiedziałeś, że Gomulaki byli wojskowymi, dałbyś wiarę? Dowiedziałem się tego od takiego mojego koleżki, Witka. Wituś miał farta, bo wzięli go na przesłuchanie. Kręcił się pod domem Gomulaków, akurat jak przyjechała milicja i go zwinęli. No i zabrali go do jakiegoś mieszkania w kamienicy, w której mieszkały Gomulaki. Ludzi wszystkich wywiali z mieszkań na okoliczność badania tego morderstwa. A Witek, jak to Witek, sprytna bestia, tak się zakręcił, że przypadkowo podsłuchał jak gadało ze sobą dwóch tajniaków.

Emocje udzieliły się i mnie. Chociaż nie wiedzieć dlaczego przypomniał mi się Artur w towarzystwie właśnie Gomulaków. Przypomniał mi się też jego nóż.


– No i co te tajniaki mówiły?

– Że Gomulakom ktoś poderżnął gardła, i że znaleziono ich w łóżkach. Mówili też, że będzie z tego gruba afera, bo oba Gomulaki mieli papiery w UB.

– Jak to „mieli papiery”.

– Baranie – złościł się Felek – to znaczy, że wiesz, no...

Ściszył głos.

– Pracowali dla UB. Agenci, kapujesz?

W ogóle mnie to nie zainteresowało, że Gomulaki mieli jakieś papiery w jakimś UB. Myślałem tylko i wyłącznie o Arturze i o jego nożu, który mi z taką dumą pokazywał.

– Aha, ojciec Gomulaków też zarżnięty – dodał już spokojniej Feluś, jakby to już był tylko nieważny detal w jego relacji.

– A co z twoim ojcem? - zapytałem beznamiętnie, chyba będąc jednak w pewnym szoku po tych nowinach – umówi się z Arturem?

– Tak, ma przyjść w niedzielę do „Uroczej”, o jedenastej.

„Urocza” to była jedyna kawiarnia w naszym miasteczku. Miejsce spotkań wszystkich ludzi interesu w okolicy. Nie miałem jednak okazji przekazać Arturowi daty i miejsca spotkania z Raczyńskim, ponieważ mój przyszywany braciszek znów zniknął. Minęło kilka następnych takich samych dni.


---


Pewnej nocy obudził mnie dziwny odgłos. Reszta domowników nawet nie zareagowała. Spałem w jednym pokoju z dziadkiem i Helą. Dziadek Edmund chrapał donośnie, do czego wszyscy już dawno się przyzwyczaili. Zamknąłem oczy, uznawszy że coś mi się przesłyszało. Jednak znów coś cichutko zabrzęczało. Jakby maleńki kamyk rzucony w szybę. Wstałem ostrożnie, żeby nikogo nie obudzić i podszedłem do okna. Na pogrążonej w ciemności ulicy ktoś stał i palił papierosa. To był Artur. Ubrałem się po cichu.

Był sam.

– Słyszałeś o Gomulakach? - zagadnąłem niepewnie patrząc mu odważnie w oczy. Uśmiechnął się zjadliwie.

– To ty?
– A ty co się tak o nich zamartwiasz? - spoważniał nagle. - To były komuchy, ubecja. Żal ci ich?
– Nie, no tak się tylko pytam. - uciąłem sprawę. Wszystko to, co chciałem wiedzieć, już wiedziałem.

Rzucił wypalonego w połowie papierosa na wilgotną ulicę – tej nocy padała delikatna mżawka – i zza pazuchy wyjął wojskową manierkę.

– Masz, pij.

Doskonale wiedziałem, co jest w manierce. To niesłychane, ale ja będąc już prawie dorosły, dorastając w tamtych czasach, gdzie alkohol lał się strumieniami i wódkę piły nawet dziesięcioletnie łepki, nie miałem dotąd jej w ustach. Moi koledzy też nie pili. Ja nie chciałem tego robić ze względu na mamę. Wiedziałem, jak bardzo nie lubi pijaków, a ja nie byłbym w stanie zrobić jej takiej przykrości. Przyszedł jednak czas i na alkohol. Odkręciłem korek i bez zastanowienia przechyliłem manierkę do góry. Do krtani wlał mi się śmierdzący bimber. Przed oczami stanęły świeczki. Artur nie wyśmiał mnie, tylko zabrał mi manierkę z rąk.

– Dobra, dobra, wystarczy.

Wszystko się zmieniło. Poczułem dziwną miękkość w nogach, w środku coś paliło mnie żywym ogniem. Rzeczywistość nabrała nowych barw, kanty złagodziły się, myśli pobiegły szybciej. Nigdy później już nie czułem się tak po alkoholu.

– Chodź, idziemy.
– Gdzie? - tym razem już miałem odwagę, by zapytać.
– Do Felka, a właściwie do jego ojca.
– Chcesz go zabić. – głos mi się zrobił dziwny, jękliwy. To nie było pytanie, a raczej stwierdzenie.
– Głupi jesteś? A po co? – wesoło odparł Artur. – Zapytam go tylko o coś. On ma coś, co bardzo mnie interesuje, ale nie chce mi tego sprzedać. Za żadną cenę. Uparty. Może go jednak przekonam.
– A ja tam po co?
– No jak to? A kto mi otworzy furtkę?

Szliśmy przez ciemne uliczki, Deszcz robił się coraz mocniejszy. Poza miastem zaczęło też nieprzyjemnie wiać. Wcisnąłem ręce w kieszenie i schylając nisko głowę, starałem się zbytnio nie drżeć z zimna. Artur szedł kilka metrów przede mną. Wyglądał na kogoś, kto właśnie spaceruje sobie w ciepły letni dzień po parku.

Chałupa Raczyńskiego widoczna była zza płotu tylko dzięki bladej framudze swojego okienka. Rozpadało się na dobre. Otworzyłem furtkę znanym mi sposobem. Weszliśmy na podwórko. Artur bez żadnych ceregieli zastukał mocno w drzwi. Gdzieś w oddali rozszczekały się psy. Załomotał jeszcze kilka razy. Po kilku minutach w okienku zamajaczyło wątłe światło lampy naftowej. Nikt jednak nie otwierał. Artur wtedy położył dłoń na klamce, przymknął lekko oczy i nacisnął ją. Poddała się bez żadnych oporów. Drzwi otwarły się z przejmującym jękiem. W tej samej chwili paląca się wewnątrz lampa zgasła.


Padł za to głośny strzał z broni. Zerwały się w powietrze jakieś przestraszone ptaszyska. Miałem wrażenie, że straciłem słuch, ale też i miałem poczucie niezwykłego farta. Stanąłem bowiem nie za Arturem, a obok niego. Ktoś ze środka strzelił prosto w otwarte drzwi. Prosto w Artura. Ten jednak nawet się nie zachwiał. Nie wykonał też żadnego gestu lub grymasu, jaki powinien wykonać człowiek trafiony kulą. Ze zdumieniem patrzyłem na to, jak spokojnie przekroczył próg domu Raczyńskiego, stanął za nim i równie spokojnie rzucił w ciemną izbę.

– Felek! Jesteś tam? Chodź tu na chwilę.

Bum. Znowu wystrzał z broni. Przywarłem plecami do ściany domu, tuż obok drzwi wejściowych. Psy ujadały już na całego. Nikt jednak nie nadchodził. To była pustawa okolica, a ludzie często słyszeli tu różne strzelaniny po nocach i woleli zbytnio nimi się nie interesować. Posterunek milicji był jakieś cztery kilometry stąd. Zresztą i milicja niechętnie zapuszczała się nocą w takie okolice. W lasach siedziało dużo ludzi z bronią, mogących wcale nie mieć dobrych zamiarów wobec ludowej władzy. Ktoś więc strzelał w nocy. No dobrze, strzelał, i co właściwie nam do tego?

– Chodź tutaj, Zbyszek! – nakazał ze środka Artur. I nie wiedzieć dlaczego uznałem wtedy, że bezpieczniej będę czuł się w domku niż przed nim. Odważnie ruszyłem do drzwi.

W domku wciąż panowała ciemność. Artur stał tuż za drzwiami. Wewnątrz nie było praktycznie nic widać. Dało się jednak bardziej wyczuć niż zobaczyć czyjąś obecność. Głucha cisza, przerywana jedynie cichym chlipaniem.

– Felek, jesteś tam? - nie wytrzymałem. Nie było żadnej odpowiedzi. Artur położył mi rękę na ramieniu i lekko popchnął.

Mój koci wzrok już przyzwyczaił się do mroku. Byłem bardzo zaskoczony tym, co tam zastałem. Mimo, że dom Raczyńskiego z zewnątrz prezentował się niezwykle biednie, w środku urządzony był bardzo godnie. Solidna drewniana podłoga. Porządne meble. Pod sufitem kryształowy żyrandol, jakby żywcem przeniesiony z ekskluzywnej willi. Była tam tylko jedna, spora izba. Pod ścianą z prawej strony stały dwa łóżka przykryte białą, sztywną pościelą. Na jednym z nich siedział skulony Felek z głową wciśniętą między kolana. To on tak chlipał. Po przeciwległej stronie drzwi wejściowych, na samym krańcu izby, stał duży, obity skórą fotel. Siedział w nim stary Raczyński. Wyglądał jakby drzemał. Podszedłem do Felka i położyłem mu dłoń na ramieniu.

– Cześć, Feluś – zagadnąłem jak gdyby nigdy nic. - Chodź, idziemy stąd. Nie bój się.

Felek nawet nie podniósł głowy.

– Zostaw mnie – pociągnął nosem. - Zostaw. Idź stąd lepiej. Po co nam to było?
– Co? - odparłem – co ty gadasz?
– Po co nam to było – powtórzył drżącym głosem. – Ta chałupa, wtedy, ta jedna, jedyna, której nie przeszukaliśmy...
– Chicho bądź gnoju! - zawołał nagle Raczyński ze swojego fotela. Spojrzałem na niego i gdybym nie znajdował się w tym specyficznym stanie, który całkowicie mną zawładnął, jego widok powinien zmrozić mnie do kości.

Wyglądał niczym prawdziwy trup. Był dosłownie siny na twarzy, napuchnięty. Jedna powiekę miał opadłą, a drugie, otwarte oko było zalane krwią. Zawsze był bardzo szczupły i żylasty, natomiast wtedy przypominał po prostu kościotrupa. Wysokie czoło kończące się zaczesanymi do tyłu rzadkimi włosami połyskiwało jakby było obnażoną czaszką.

– Zbyszek! – usłyszałem nakazujący ton Artura. – Weź od niego to, co trzyma w rękach.

Nie zauważyłem tego wcześniej – Raczyński ściskał w łapach dobrze znane mi płócienne zawiniątko. Podszedłem powoli. Przypatrywał mi się tym swoim krwawym okiem, lecz jego twarz wyglądała zupełnie martwo. Siedział w fotelu sztywno, bez ruchu. Na podłodze obok niego leżał czarny pistolet. Kościste wyschnięte palce zastygły na trzymanym na kolanach worku.

– No dalej – powiedział niecierpliwie Artur – zabierz mu to, to nie jego.

Niczym automat wypełniłem polecenie. Sięgnąłem po worek tak, aby nie dotknąć dłoni Raczyńskiego. Te jednak, jak tylko pociągnąłem pakunek do siebie, po prostu się rozleciały i z głuchym stukotem poleciały na podłogę. Został z kikutami, które zwiesiły się swobodnie. Czerwone oko jednak wciąż na mnie patrzyło – nie było to spojrzenie przyjazne. Było w nim tyle zła, ile tylko można sobie wyobrazić.

– Zabiję was... - wychrypiały żółte usta Raczyńskiego.

Trzymając zawiniątko w dłoniach cofałem się wolno w stronę drzwi. Im bliżej byłem Artura, tym odczuwałem coraz większy chłód. Noc nie była ciepła, ale od mego przyszywanego braciszka wiało niesamowitym, realnym zimnem, jakby wprost z piwnicznych drzwi. Wyszliśmy z domu na podwórze. Przyjrzałem się Arturowi. Był strasznie blady, jego skóra na twarzy nabrzmiała niezdrowo. W kurtce miał dwie dziury po kulach, ale brak było jakichkolwiek oznak postrzału. Krwi, rany, czegokolwiek.

– Idziemy – wystękał – mamy bardzo mało czasu. – Pokaż to.

Odwinąłem pakunek – w środku były te same sztućce, które znaleźliśmy z Felkiem cztery lata wcześniej.

---

Zaczęła się prawdziwa nawałnica. Deszcz lał się strumieniami, wiatr szarpał drzewami niczym szmacianymi lalkami. Nie wiedziałem, gdzie właściwie idę poprzez tę nieprzeniknioną ciemność. Prowadził Artur, ja szedłem za nim, właściwie to starałem się iść i nie dać się przewrócić wiatrowi. Trwało to bardzo długo, w pewnej chwili straciłem zupełnie poczucie czasu. Wreszcie poznałem znajome miejsce. Byliśmy pod tym samym domem, w którym znaleźliśmy sztućce. Tak samo jak wtedy pogrążony był w odmętach nocy, tyle że teraz chłostały go jeszcze strugi deszczu. Kołysał się w rytm uderzeń wichury. Aż dziw, że to wytrzymywał i ostatecznie nie zawalił się na naszych oczach.

Najdziwniejsze było to, że w oknach tego domu-grobowca tliło się żółtawe światło.

Podeszliśmy pod drzwi. Artur z coraz silniejszym grymasem bólu na sinej wciąż twarzy zaczął zdejmować deski, którymi zabito wejście. Robił to z łatwością – gwoździe wychodziły ze ścian bez żadnego oporu. Stałem bok Artura, i przyglądałem się jego robocie, trzymając przed sobą płócienny pakunek. Gdy deski były już zdjęte od góry do dołu, zapukał do drzwi. Zanim zdążyłem zastanowić się nad sensem tego czynu, drzwi powoli się otworzyły. Stanęła w nich Helenka. Nasza Helenka. Ubrana w odświętną sukienkę, z zaplecionymi dwoma cieniutkimi warkoczykami. Jak zwykle spokojnie usposobiona, z bardzo żywym i rezolutnym spojrzeniem. Sień rozjaśniało żółte światło świec, których jednak nigdzie nie mogłem dostrzec.

– Jesteście nareszcie – uśmiechnęła się Hela i wpuściła nas do środka.

W chałupie sporo się zmieniło, ale trudno właściwie byłoby określić charakter tej zmiany. Niby wciąż jej wnętrze wypełniały głównie pajęczyny i smród, ale jakimś cudem główna izba nabrała domowego charakteru. Na środku stał ten sam stół przekryty wypłowiałą serwetą, zrujnowane krzesła stały przy nim po dwóch stronach. Tylko drzwi do szafy zostały naprawione, ktoś wstawił nawet na powrót lustro. Mała Hela podeszła do stołu i niczym mała gospodyni poprawiła na nim serwetę.

– Wszystko gotowe. – oznajmiła z radością i usiadła na jednym z krzeseł.
– Dawaj ten worek – sucho rozkazał Artur, a ja szybko spełniłem jego wolę. Wyglądał bardzo, bardzo źle, jak człowiek toczony straszną chorobą i dosłownie wiszący nad grobem. Pod oczami miał już ciemne obrzęki, intensywnie drżały mu ręce.

Położył zawiniątko na stole. Rozwinął je z pietyzmem, pomimo kłopotów z zapanowaniem nad dłońmi.

– Helena, pomóż mi, proszę – prośbę tę skierował do Heli, z zaskakującą jak na niego łagodnością.

Hela doskoczyła do niego i zaczęła odbierać kolejne sztućce. Potem zabrała się za układanie ich przy każdym kolejnym miejscu na stole. Kładła je w tylko sobie dobrze znanej konfiguracji wokół niewidocznych talerzy, tak jakby za chwilę miało tu dojść do wykwintnego przyjęcia.


– Ty właź do szafy. – wysyczał w moim kierunku Artur, trzymając dłoń przy miejscu, w którym został postrzelony. Chwiał się na nogach, ciężko oddychał.
– Co? – zapytałem głupio.

Nie otrzymałem odpowiedzi, po sekundzie ręka Artura złapała mnie za kurtkę i z ogromną siłą wepchnęła do tej starej szafy, tej samej, w której znaleźliśmy te cholerne łyżki. Coś strasznie zaskrzypiało, przejmująco. Brzmiało to jak jęk konającego zwierzęcia.

---

Szybko znalazłem pęknięcie w drzwiach szafy, przytknąłem do niego ostrożnie oko. Artur ciężko zasiadł przy stole, podniósł drżącymi dłońmi widelec i nóż. Zaczął stukać nimi o siebie. Opuścił głowę z zamkniętymi oczami, mamrocząc coś pod nosem. Wyglądało to jak jakaś chora modlitwa. Wtedy zaczęło dziać się coś jeszcze bardzo dziwnego niż wszystko, co spotkało mnie tego przerażającego dnia.

Wnętrze izby zaczęło się przemieniać. Choć działo się to na moich oczach, miałem wrażenie, że owa zmiana w ogóle nie miała miejsca, że tak właśnie tu jest i zawsze było. Najpierw w okna uderzył ostry słoneczny blask przepędzając precz ciemność, izba dosłownie drżała od cytrynowego światła. Ściany i sufit zasklepiły się tynkiem pomalowanym na niemal idealną biel. Pojawiły się obrazy, szafki, komody. Na oknach zawisły czyściutkie firanki i zasłony. Stół, przekryty sztywnym nakrochmalonym białym obrusem, stał na kolorowym, tureckim dywanie: tam gdzie się kończył, zaczynały się błyszczące, polakierowane deski parkietu.

Helena nadal wciąż tam była, siedziała przy stole z podpartą na dłoniach głową i machała wesoło nogami. Artur gdzieś zniknął. Ze wszystkich sił starałem się nawet nie drgnąć.

Otworzyły się drzwi.

– No, kochanie, zaraz będzie obiad, głodna jesteś? – rozległ się ciepły kobiecy głos. Jego właścicielka, szczupła zadbana blondynka w kolorowej sukience, podeszła do Heli i czule pogłaskała ją po głowie. Ta, z uśmiechem na buzi, przytaknęła głową.
– Kiedy wróci tatuś?
– Już zaraz powinien być - blondynka zerknęła na wiszący na ścianie wielki zegar w obudowie z ciemnego drewna. - Pewnie będzie głodny jak wilk, zupa jest już gotowa.

Dosłownie w tej samej chwili w drzwiach stanął wysoki, postawny mężczyzna w ciemnej marynarce i takich też spodniach, w ręku trzymał skórzaną teczkę. Najpierw pocałował w głowę Helenkę, potem, już w policzek, kobietę niosącą parującą wazę.

– Marian, idź umyj ręce i chodź na obiad. - nakazała kobieta, mężczyzna bez słowa sprzeciwu zniknął gdzieś, zapewne by wykonać polecenie żony.

Wkrótce cała rodzina zasiadła przy stole. Mężczyzna nim sięgnął po łyżkę, dwukrotnie się przeżegnał.

Nie minęła minuta, gdy drzwi do izby otworzyły się ponownie. Rodzina przy stole zastygła w bezruchu, zawiesiwszy zaskoczone spojrzenia na niespodziewanych gościach. Ja też z trudem zapanowałem nad sobą na ich widok. Jako pierwszy wszedł do środka ojciec Felka, Raczyński. Wyglądał dużo młodziej, miał dosyć bujne ciemne włosy gładko zaczesane do tyłu i zdrową cerę. W ręku trzymał opuszczony w dół rewolwer. Tuż za nim wkroczył Artur, wyglądał jak nastolatek, ubrany w szarą marynarkę ze zdecydowanie za krótkimi rękawami. On dla odmiany dzierżył w dłoni nóż, chyba dokładnie taki sam, jak ten, który pokazywał mi w naszej kuchni. Na końcu wpakowali się do izby Gomulakowie, bracia i ich ojciec, też jakby odmłodzeni lub przeniesieni w czasie, ale z tradycyjnie złymi minami na swoich topornych pyskach.

Mężczyzna przy stole widząc to wszystko, w końcu otrząsnął się i wstał z miejsca. Był blady, ale nie czuć było po nim strachu.

– Co to jest? Co to za włażenie do...

Padł strzał. Raczyński nie dał mu szansy dokończyć. Mężczyzna trafiony kulą w samo czoło, na kilka sekund zastygł, potem runął bezwładnie na turecki dywan. Kobieta, wciąż siedząca przy stole, wbiła w Raczyńskiego błagalne spojrzenie, ale nic ono nie pomogło. Znów rozległ się suchy grzmot, kobieta zdążyła jeszcze przed śmiercią zerknąć na swoją córkę i odchyliła się do tyłu na oparciu. Zapadła dziwna cisza. Helenka nie patrzyła na to wszystko, wbiła wzrok w talerz, lecz był to już wzrok osoby dorosłej i bardzo doświadczonej.

– Dobra, starczy, dzieciaka zostaw - mruknął zniecierpliwiony Artur.

Bum! Kolejny strzał zrzucił Helenkę z krzesła jak szmaciana lalkę.

– Młody, rozkazuj sobie u swojej starej, dobra? - odparł zimnym głosem Raczyński.
– Po co, kurwa, powiedz mi, po chuj to zrobiłeś, się pytam? - nie ustępował Artur. Stał w miejscu, wbity niczym kołek. Raczyński, tak jakby w ogóle nie słysząc słów Artura, zaczął krążyć wokół stołu i zbierać sztućce, bardzo starannie i z wyraźnym zadowoleniem przyglądając się każdemu po kolei.

– Wiedziałem, że pan Mochna ma w swoim domku ciekawe rzeczy, mówiłem wam - Gomulaki na te słowa Raczyńskiego pokiwali zgodnie głowami, przybierając nieudolnie miny znawców. - Pogrzebiemy jeszcze tu i tam, i znajdziemy pewnie jeszcze ciekawsze rzeczy.

– Zostaw, kurwa, te łyżki! Zabiłeś dziecko i zbierasz łyżki?! - krzyknął nagle Artur. Raczyński przerwał oględziny, popatrzył na Artura niczym na coś wyjątkowo wstrętnego i mrugnął na Gomulaków. Dwaj bracia błyskawicznie dopadli do swojej ofiary, starszy Gomulak, który znany był z tego, że giął w rekach stalowe pręty niczym słomki, objął od tyłu Artura swoimi potężnymi ramionami, młodszy przytrzymał go za nogi. Trzask i głowa chłopaka odwinęła się w bok. Gomulaki puścili go jak na komendę, Artur padł tuż obok zastrzelonego mężczyzny.

– Wynieście go stąd - zaordynował Raczyński i wrócił do kompletowania sztućców.

---

Słońce ponownie ustąpiło ciemności. Wszystko wróciło do poprzedniego stanu.

– Dobra, możesz wyjść.

Wyszedłem z szafy. Artur wyglądał jeszcze gorzej niż przed tym przedziwnym seansem z przeszłości. Miałem wrażenie, że zaraz rozpadnie się na kawałki, skóra na twarzy nabrzmiała mu potwornie, wydawało się, że jego głowa za chwilę eksploduje niczym foliowy worek z krwią. Z ust ciekła mu jakaś wydzielina, chyba mieszanina krwi i śliny. Zaczęły mu też wypadać włosy, paznokcie sczerniały, po prostu się rozsypywał. Umierał.

Wydawało mi się, że Helenki nie było w izbie, nagle pojawiła się obok mnie niczym duch. Nie było w niej już tej dziecięcej rezolutności, którą wokół siebie roztaczała, zastąpiła ją coś w rodzaju kobiecej, dorosłej pogodności. Bez słowa wzięła mnie za rękę, nic nie mówiła, ale oczywiste było, że chciała bym poszedł za nią.

Szliśmy długo przez ciemny, pogrążony w nocnym śnie las, wśród potoków ulewy, ale deszcz nic nam nie mógł zrobić, nie dotykał nas. Nic nie mówiliśmy, ja się nie odzywałem. Czułem, że nie powinienem. Helenka prowadziła mnie za rękę, to ja bardziej wtedy byłem jak dziecko.

Deszcz ustał, za to podniosła się gęsta mgła. Nadchodził już świt, niebo nad lasem poszarzało i z minuty na minutę nabierało coraz bardziej błękitnego odcienia. Cała ta wędrówka z Helenką przypominała sen, z trudem dający się uchronić przed zapomnieniem. W końcu i mgła się nieco rozrzedziła, odsłaniając wilgotne od rosy trawy i drzewa. Przyszło też i opamiętanie - w ogóle nie zauważyłem, że szliśmy w kierunku starego cmentarza, położonego spory kawałek za rogatkami miasta. Zabytkowa żelazna brama była otwarta, a przynajmniej nie stawiła żadnego oporu Helence. Przeszliśmy przez długą główną aleję wśród zaniedbanych, dawno nieodwiedzanych przez nikogo nagrobków. Poranne słońce z trudem przebijało się przez gęste korony drzew zamykających się nad nekropolią intensywnie zielonym sklepieniem.

Skręciliśmy w jakąś boczną alejkę, minęliśmy kilkanaście biednych mogiłek z pordzewiałymi krzyżami i nieczytelnymi tabliczkami. Helenka przystanęła przy jednej z nich, wyjątkowo zapuszczonej i mocno porosłej zielskiem. Przekrzywiony krzyż był tak pordzewiały, że prześwitywały w nim dziury. Tabliczki informującej o zmarłym nie było w ogóle.

– Tu została pochowana moja mamusia i mój tatuś - powiedziała Helenka poważnym głosem, ale wcale nie dramatycznym. - I ja też, oczywiście - dodała z filuternym uśmiechem. W tej samej chwili jej drobna postać zaczęła jakby nabierać przezroczystości, potem przeszła w mglistą biel i rozbłysła delikatnym światłem.

– Wracam już do siebie, Zbyszek - usłyszałem te słowa, jakby już nie wypowiedziane, a raczej będące częścią szumu wiatru, który chwilę wcześniej zerwał się i zakołysał koronami drzew.

---

Jakimś cudem, za sprawą tajemniczej siły,znów znalazłem się przed TYM domem. Kucałem w krzakach rosnących za drogą, obok mnie w takiej samej pozycji czaił się Felek. Ledwo go widziałem w ciemności. Księżyc wysunął się zza chmur. Feluś bez słowa przeskoczył przez drogę, ruszyłem za nim. Tak jak wtedy, tamtego wieczora, przeszliśmy przez dziurę w ścianie.

W dużym pokoju ze stołem wszystko wyglądało identycznie, jak wtedy, gdy się tu wkradliśmy. Rozwalona szafa, zrujnowane krzesła, pajęczyny, smród. Wszystko się zgadzało. Poza jednym bardzo znaczącym szczegółem.

Przy stole siedziało kilka osób. Bracia Gomulaki, stary Gomulak, stary Raczyński, Artur. I mój ojciec.

Felek szybko do nich dołączył. Pozostało tylko jedno wolne krzesło. Na stole stała duża lampa naftowa, jej światło oświetlało twarze siedzących przy stole. Nie był to przyjemny widok. Wyglądali jak wyciągnięte wprost z grobów trupy. Mieli sine i częściowo już rozłożone twarze. Ich włosy wydawały się być sztywne, przekryte były delikatną warstewką jakiegoś jasnego pyłu.

– Siadaj tu z nami – nakazał zimnym głosem mój ojciec. Ledwie go pamiętałem. Zostawił nas, gdy byłem gówniarzem. Ten głos jednak trudno było zapomnieć. Nigdy się do mnie nie uśmiechnął, nigdy nie pobawił się ze mną choćby przez kilka minut. Zwykle, jeśli już się odzywał do mnie, to tylko właśnie w ten sposób. W trybie rozkazującym.

– Tylko ty nam możesz pomóc – odezwał się stary Raczyński patrząc tępo przed siebie, jego mięsiste wargi były obrzmiałe, jakby pocięte przez osy. Z prawej strony zwisał mu kikut ręki.
– Ja? - zapytałem. - A niby to jak ja wam mogę pomóc.

Raczyński się zaśmiał, pozostali też parsknęli śmiechem. Wszyscy oprócz Artura. On wpatrywał się we mnie jakoś tak poważnie oczami o całkowicie czarnych gałkach.

– Jeśli do nas nie dołączysz, to wtedy będziemy skończeni, czeka na nas coś gorszego niż piekło. - w głosie Raczyńskiego dawało się wyczuć rosnące zniecierpliwienie. Ty też będziesz skończony. Ona ci nie daruje. Ty też tu się włamałeś, i nieważne, że namówił cię do tego Felek, prawda?

Felek przytaknął głową z ironicznym uśmiechem. Wyglądał dziwnie, jego twarz nabrała dorosłego charakteru.

– Ale dałeś się wkręcić frajerze - zarechotał Felek.
– Cicho, duraku – obsobaczył go Raczyński. – Nakazałem Felkowi wciągnąć cię w ten dom. Sam nie mogłem tu przyjść po to, co mogło mnie uratować. A uratować mnie przed zemstą tych bestii mogło tylko zabranie tych kurewskich sztućców i spalenie ich w ogniu rozpalonym z ludzkich ciał. Miałem wszystko starannie zaplanowane. Dowiedziałem się co i jak od ludzi znających się na rzeczy. Taka jest ta tradycja, mój drogi. Wszystko mogło być dobrze. Ale spóźniłem się, ta mała – Helenka – była szybsza. Jak tylko wyjęliście ten pakunek z szafy, już to wyczuła. Wróciła. Stamtąd. Udała zaginioną dziewczynkę, żebyście ją przygarnęli. Chciała mieć wszystko na oku. Na prawą rękę wybrała sobie tego idiotę, Artura.

Artur słysząc to, uśmiechnął się ironicznie, jakby usłyszał żenujący żart.

– To właśnie ten idiota – kontynuował Raczyński – wszystko popsuł. Zaczęło się od tych jego wyrzutów sumienia. Spodobał się Helence, bo sprzeciwił się jej zabiciu, choć przecież należał do bandy, która napadła na jej rodziców. Wybrała go sobie na realizatora jej zemsty na nas. Był tak samo jak ona nieżywy i tak samo jak ona nie wzbudzał wielkich podejrzeń, gdy pojawił się w okolicy. Na jej rozkaz. No i pozałatwiali nas po kolei. Najpierw Gomulaków, potem mnie, Felek jest następny na liście, choć przecież gnojek tylko spełnił moje zalecenie, nic więcej nie zrobił. Ale wcześniej jeszcze Arturek ukatrupił twojego ojczulka.
– Dlaczego? - spytałem beznamiętnie.
– Bo to on wszystko wymyślił i zaplanował. Pracował kiedyś razem z ojcem Helenki, był pracownikiem w zakładach, gdzie jej stary był księgowym. Stąd wiedział, że ma sporo kasy w domu i różne drogie fanty. Wciągnął w to swojego synalka Artura, a nas skaperował i opłacił. Tak było? - tu zwrócił się do mojego ojca, który luźno oparty o oparcie krzesła sprawiał wrażenie nieprzytomnego, miał zamknięte sine powieki. Zdołał jednak pokiwać twierdząco głową.
– Zemsta, zemsta, mój drogi – Raczyński ponownie skierował wzrok na mnie. Podniósł jeden z noży leżących przed nim, ten należał oczywiście do tej znanej mi kolekcji. - Nie przyjrzałem im się wtedy zbyt dobrze, wy zresztą też nie. Wiesz, Zbyszek, co one mają wytłoczone na rękojeściach?
– Nie - odparłem szczerze.
– No więc jeśli ułoży się te wszystkie sztućce obok siebie w konkretnym układzie, to wtedy utworzy się odpowiedni napis. To klątwa, a właściwie ostrzeżenie, bardzo ważna informacja. Każda sztuka ma na rękojeści jedną literę, widać to dopiero, gdy dobrze się przyjrzysz, ale i tak trudno się zorientować. Mieliśmy pecha, po prostu pecha, Zbyszek. Ten dom to ich cholerna świątynia, a to dlatego, że tędy można przechodzić ze świata umarłych do żywych. Nie wiem, czy rodzice Helenki o tym wiedzieli, wydaje się że nie. Te sztućce to relikwia, ale i zarazem ochrona przed niepożądanymi gośćmi. Naruszyliśmy bardzo wrażliwą strunę. Ja, Gomulaki, Artur, twój stary, Felek. I ty też, też, Zbyszek. Zabrałem te sztućce do siebie, chciałem je gdzieś opylić, ale nikt nie chciał ich kupić. Któregoś dnia nachlałem się zdrowo i poszedłem spać. Coś mnie w nocy dopadło. Wtedy myślałem, że to wszystko mi się przyśniło. To coś kazało mi leźć po nocy do tamtej chałupy i odłożyć sztućce do szafy. Rozwaliłem dechy w jednym z okien i wlazłem tam, pociąłem sobie całe ręce. Ale odniosłem, tak jak mi zostało nakazane. Rano obudziłem się ze strasznym kacem, jak mówię: myślałem, że to był zwykły pijacki koszmar, ale nie, tak nie było tym razem. Zawiniątko zniknęło z mojej skrytki, a więc wszystko musiało wydarzyć się naprawdę. Wtedy dano mi szansę – dopiero dziś w pełni zdaję sobie z tego sprawę. Ja jednak nasłałem Felka, żeby tam polazł, najlepiej nie sam, i przyniósł te szpargały ze sobą. Na mój gust są z najczystszego złota. No i wtedy oni się wkurzyli, nie mieliśmy szans. - zaśmiał się chrapliwie.
– No dobrze – odparłem – ale mój ojciec powiedział, że mogę wam jakoś pomóc.
– Tak jest – potwierdził Raczyński – jeśli z nami usiądziesz przy stole, to będziemy tu tak sobie siedzieć po wsze czasy i pilnować tego domu i tych sztućców. Dla nich to bardzo ważne, bo takich aktywnych przejść jest bardzo mało na świecie. Coraz mniej. Nie będzie to życie lekkie, ale jakieś będzie – lepsze niż trafienie tam do nich. Ale potrzebny jesteś ty i Felek, najmniej winni w tym całym ambarasie – tak nam przekazała Helenka. Nic ci nie mogę nakazać, my już jesteśmy całkowicie w ich władaniu. Nawet nie możemy wstać, czy mocniej ruszyć ręką. Możemy tylko mówić i patrzeć.
– A dlaczego miałoby mi zależeć na tym? - spytałem rzeczowo. - A idźcie wy wszyscy do tego diabła, czy gdzie tam was zabiorą. Jednego Artura byłoby mi z was żal, ale nie poświęcę dla takich zbójów swojego życia, dziękuję bardzo.

Raczyński zaniósł się tym samym chrapliwym, strasznym śmiechem.

- Ty mały idioto – ryknął – nie rozumiesz, że jeśli tego nie zrobisz, to ta Helenka wróci i zabierze się za ciebie i za twoją rodzinę??!!

I teraz ktoś może słusznie zapytać: dlaczego w trakcie tych wszystkich opisanych tu wydarzeń, ja zachowywałem się tak spokojnie, a tak przynajmniej może wynikać z mojej relacji. Rzeczywiście, można odnieść takie wrażenie, że ja widząc te wszystkie dziwne i straszne rzeczy ani nie panikowałem, ani nie krzyczałem, ani też nie uciekałem gdzie pieprz rośnie zamiast po prostu w najlepszym razie zemdleć ze strachu, w najgorszym zejść na zawał. Niestety, nie mam na to żadnej sensownej odpowiedzi. W istocie – ani przez chwilę nie czułem strachu, przerażenia. Przyjmowałem dziejące się na moich oczach okropieństwa, których na dodatek nie da się racjonalnie wyjaśnić, z absolutnym spokojem, wręcz z obojętnością. Dziś, po wielu latach od tamtych historii, na samą myśl, o tym co mnie wówczas spotkało, jeżą mi się resztki włosów na głowie. Ale wtedy nie było we mnie cienia niepokoju. Nie wiem dlaczego tak było i nie umiem tego wyjaśnić.

Tak samo, jak nie umiem wyjaśnić, skąd w mojej nastoletniej głowie pojawił się nagle pomysł na zakończenie całej tej draki. Tam, w tej izbie, przy tym stole z zasiadającymi przy nim pół-ludźmi, pół-trupami. Wiedziony jakimś tajemniczym instynktem podszedłem do samego blatu stołu. Wszyscy siedzący patrzyli na mnie swoimi czarnymi oczyma w oczekiwaniu na moją decyzję. Usiądzie z nami, czy nie usiądzie? Tylko to ich chyba wtedy zajmowało. A ja zrobiłem coś zupełnie innego. Wyciągnąłem rękę i ku ich przerażeniu powolnym ruchem przewróciłem stojącą na blacie lampę naftową. Nafta od razu zajęła się ogniem. Przelała się po blacie i jako pierwszemu spłynęła na kolana siedzącemu najbliżej, czyli mojemu ojcu. Jego stęchłe ubranie od razu zajęło się ogniem. Oni nie wydali z siebie słowa. Nie krzyczeli, ani nie złorzeczyli mi. Nie śpiesząc się opuściłem dom przez dziurę w ścianie. Dopiero na zewnątrz coś kazało mi stamtąd uciekać ile sił. Obejrzałem się tylko raz i uspokojony widokiem coraz bardziej rozprzestrzeniającego się pożaru pobiegłem gdzieś przed siebie. Raczyński przecież wspomniał jeszcze o tym, że moc sztućców da się zniszczyć przez spalenie ich razem z żywymi ludźmi. To była jedyna szansa. Tak. Udało się. Kosztem Felka, niestety. Tylko on przecież był żywy.

Kiedy wróciłem do domu, mama strasznie ucieszyła się, że wróciłem cały i zdrowy. Nawet nie była zła za zniszczone ubranie. Co ciekawe jednak zastałem tam naszą Helenkę. Wyglądała tak samo, jak widziałem ją przed nocną wizytą Artura. Uśmiechała się i zachowywała jak najzwyklejsze dziecko. Potem rosła i rosła, aż dorosła, i poznała swojego przyszłego męża, a jeszcze później kupili działkę na której stały zgliszcza spalonego domu. Tak, tak, tego samego domu. Odbudowali go i żyją tam do dzisiaj.

Data:

 2018

Podpis:

 Doktor U-boot

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81013

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl