DRUKUJ

 

Spóźnione walentynki

Publikacja:

 18-02-22

Autor:

 Sylwiana
Bilety na koncert dawno już były wyprzedane. Dzień Świętego Walentego był tego oczywistym powodem, a już zupełnie najoczywistszym Tonne Estas – słynny na cały świat trubadur. Olena kupiła bilety na wiele miesięcy przed koncertem, jeszcze w starym roku, chcąc sprawić mężowi i sobie walentynkowy prezent.

Uwielbiała go, nie męża oczywiście, z którym każdy dzień był zagadką bez rozwiązania. Nie wiadomo było co myśli, jak się zachowa. Był nieprzewidywalny, jak obcy, przybysz z innej planety, którego niektórych zachowań w ogóle nie rozumiała. Mimo, że od dawna go nie kochała, przysięgała jednak przed ołtarzem i głęboko gdzieś tliła się w niej nadzieja, że to co było kiedyś może jeszcze powrócić. Ożyć, jak usychające drzewo, którego korzenie nagle zasili deszczem obfita ulewa.

Miał to być pierwszy koncert gitarzysty w Rydze, w ogóle na Łotwie. Olena bardzo czekała na ten dzień. Od lat słuchała samorodnego wirtuoza, wpatrując się w jego wizerunek. Choć nie był Cyganem, do złudzenia urodą przypominał męskich, smagłych, smutnych grajków ciągnących się w tyle za taborami. Jak zahipnotyzowana patrzyła w jego zamyślone oczy i długie ciemne rozpuszczone włosy. Gdy grał w zapamiętaniu, po twarzy przepływała pełna paleta wielobarwnych uczuć. Szczęście, smutek, zaduma, nadzieja, mistycyzm…

Wieczorem, w przededniu koncertu słuchała na youtube kawałków Tonnego i czekała aż grzane piwo będzie gotowe. Czuła, że coś ją łapie, jakieś choróbsko igra z nią i nie chce odejść. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz. Wcisnęła całą pomarańczę, dodała łyżkę miodu i szczyptę przypraw. Gdy w garnku zawrzało, nalała sobie trochę do kubka i wróciła do pokoju słuchać muzyki. Jak zwykle zapomniała o bożym świecie i, gdy się ocknęła poszła do kuchni po drugą porcję uzdrawiającego napoju. Garnek stał pusty, a nawet nie tyle stał, co leżał do góry dnem w zlewie. Wściekła się! Jedynym sprawcą mógł był Dmitrij, jej własny obcy pod wspólnym dachem.

- Dlaczego wylałeś moje piwo?! – spytała ostro.
- Myślałem, że to jakieś pomyje. Pływały w nich farfocle.
- Czemu nie spytałeś?! To było moje piwo, przygotowywałam je starannie. Miałam na nie ogromną ochotę!

Dmitrij tylko się śmiał, a Olena zaczynała coraz bardziej krzyczeć, więc wkrótce nerwowy nastrój udzielił się również jemu.

- Ty pijaczko!
- Co? Ja pijaczka? Jesteś bezczelny! – Ucięła ze złością. – A kto pije piwo codziennie, nawet bez dnia przerwy?
- To weź sobie moje piwo i daj już spokój - odpowiedział, bagatelizując sprawę.
- Wsadź sobie w dupę swoje piwo! Odechciało mi się. I nie idziesz ze mną na koncert. Wolę być sama, niż ciągnąć drzewo do lasu.
- I tak nie miałem ochoty iść.
- No widzisz. I sprawa sama się rozwiązała – powiedziała to spokojnie, ale ręce nadal jej drżały z emocji.

Weszła do kuchni, odgięła zawleczkę i ze złośliwą satysfakcją wylała piwo Dmitrija do zlewu, a potem już spokojniejsza powróciła do słuchania koncertu Tonnego. Był piękny, przystojny, męski, nie to co jej łysiejący mikrus, który zdążył obrosnąć w tłuszczyk przez kilka lat wspólnego pożycia. Nim była bezbrzeżnie rozczarowana.

Z zachwytem wpatrywała się w zamknięte oczy i skupienie malujące się na szczupłej twarzy okolonej długimi błyszczącymi włosami. Grał akurat „Kubańską Rapsodię” – jej ulubiony utwór. Mogłaby słuchać z zamkniętymi oczami, tak jak on gdy grał, a jednak chciała, musiała patrzeć na ten piękny okaz mężczyzny, na jego uduchowioną, wręcz mistyczną twarz. Był jej skrytym marzeniem od lat.


***

Zima była śnieżna, na szczęście siarczyste mrozy znad Rosji odeszły już, pozostawiając zbite bryły śniego-lodu na skwerach i trawnikach Rygi. Długie sople zwisające z dachów ktoś regularnie odłamywał, a oblodzone chodniki posypywał piaskiem. Wszystko to w dniu Św. Walentego umknęło uwadze Oleny. Spieszyła się do pracy, nie mogła się spóźnić, miała trudne zadanie do wykonania, a chciała wyjść dwie godziny wcześniej. Z najważniejszego z ważnych powodów.

Z zegarkiem w ręku wykonywała żmudne czynności, zrezygnowała nawet z przerwy obiadowej i głodna, acz zadowolona z wyników swojej pracy punktualnie o piętnastej opuściła biurowiec. Strój na koncert i wszelkie dodatki od dawna już czekały przygotowane w szafie i szufladach etażerki. Jeszcze tylko obiad, krótka drzemka i mogła szykować się na wielką uroczystość.

Dmitrij nie wrócił jeszcze z pracy. I dobrze! Po wczorajszej kłótni wcale nie chciało jej się silić na bycie miłą, ani udawać, że nic się nie stało, gdyby niespodzianie przyszło mu do głowy ją przepraszać. Wypoczęta zaczęła szykować się na koncert i mając dużą rezerwę czasową opuściła puste mieszkanie. Po drodze do klubu Palladium wstąpiła jeszcze na małą czarną i już była gotowa. Mogła iść.

Na kolumnach reklamowych wszędzie widziała plakaty Tonnego Estasa. Uśmiechał się do niej zachęcająco, a ona reagowała podobnie, jakby przyjmując zaproszenie. Humor miała wyśmienity, była pełna oczekiwania na to, co miało się wydarzyć. W szatni zostawiła ciepłe, długie palto i powoli przeszła na salę, by zając miejsce. Wykupiła jedno z droższych, w trzecim rzędzie, aby móc z bliska przyglądać się feerii min i mimice rodzącej się na twarzy grajka. Uwielbiała na niego patrzeć, gdy grał. Robił to dla siebie, skupiony jak wieszcz, który chce przekazać mądrość całemu światu. Spokój, radość i szczęście płynące z jego serca i duszy. Był niezwykły.

W ciemnozielonej, aksamitnej sukni i z kasztanowymi włosami wyglądała jak Scarlet O’Hara w najlepszej z filmowych adaptacji „Przeminęło z wiatrem”. Emanowała energią i seksapilem, zupełnie nieświadoma swoich wdzięków. Najważniejszy jednak był on – Tonne Estas, na którego pojawienie się oczekiwała z mocno bijącym sercem.

Sala zapełniła się i trwała w ciszy, w ciemności. Tylko na małe kółeczko sceny padało światło, na puste krzesło, czekające na gitarzystę. I wreszcie wszedł, powoli, dostojnie pozdrawiając z uśmiechem nagle ożywioną publiczność. Przywitał się po angielsku, zagaił rozmowę, a potem usiadł i popłynęła muzyka ze strun smeranych delikatnie, a potem szarpanych silniej smukłymi palcami. Rozpuszczone włosy najpierw założone za uszy, wymsknęły się i wirowały w tańcu wokół głowy artysty. Całe jego ciało wibrowało od emocji wywołanych muzyką i grą, którą tworzył jak magik, z zamkniętymi oczami. Melodia płynęła z duszy i przez palce kreowała nastrój, w którym pogrążyła się widownia. Olena wpatrywała się w ukochany obiekt nawet nie mrużąc oczu. Czasem jakaś łza spłynęła po policzku, wywołana falą wspomnień i niespełnionych marzeń. Czasem uśmiech, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wykwitał na jej drobnej twarzyczce. Stała się muzyką, jednością z Tonnem. Czuła go, czuła piękno i czystość jego wnętrza. Czasem zalewała ją gorąca fala emocji, podobnie jak jego, gdy gwałtownie szarpał struny i suwał po nich wszystkimi palcami drugiej ręki. Machał głową w zapamiętaniu, znikając w plątaninie włosów. A potem zastygał w bezruchu, uspokajał się i muzyka brzmiała już inaczej, ciszej, łagodniej, jakby płynąc z innego świata. Po spełnieniu, upojeniu i pełnym uszczęśliwieniu. Wtedy się uśmiechał, do siebie, a ona do niego. I tak trwali każde w swoim mikroświecie. Bo szczęście, jak pisał Milton budzi się przez umysł. „Umysł jest dla siebie siedzibą, może sam w sobie przemienić piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło”. Każdy sam tworzy własne niebo, jeśli tylko potrafi lub piekło, jeśli nie posiada takiego daru.

Koncert trwał półtorej godziny. Był magią, mistyką, zawiódł ją do innego świata, z którego nie chciała jeszcze wracać. Szybko podjęła decyzję, aby pojechać na noc do mamy. Nad morze, do Jurmały. Nie chciała spotykać Dmitrija, nie chciała zbyt szybko spaść z nieba na ziemię. Wysłała mu tylko sms, że nie wraca na noc. U mamy samotnie mieszkającej w małym nadmorskim miasteczku zawsze była mile widzianym gościem. O każdej porze dnia i nocy.

Taksówką pojechała na dworzec kolejowy, kupiła bilet i siedząc w poczekalni delektowała się odtwarzaniem obrazów z minionego wieczoru, na zawsze zapamiętanych w sercu. To był piękny koncert, uczta dla zmysłów.

W pociągu, z głową przyklejoną do szyby patrzyła na mijane krajobrazy. Śnieżnobiałe, na przemian melancholijne i radosne, jak echa muzyki, która wciąż w niej grała. Godzinna podróż minęła niepostrzeżenie. Dobrze, że Jurmała była ostatnią stacją, inaczej niezawodnie przejechałaby ją. Gdyby nie konduktor, długo siedziałaby w pustym przedziale. To on przywrócił ją do rzeczywistości, przywołał ze świata marzeń. Na peronie czekała już mama.

- Córeczko – powitała ją ze szczerą radością płynącą prosto z serca.
- Mamusiu, jestem – i padły sobie w objęcia.

Jakby nie widziały się sto lat, a przecież bywała u mamy często. Słowa były tutaj zbędne i jakiekolwiek tłumaczenia późnego przyjazdu. Spacerkiem przez śpiące miasto wróciły do domu. Tam czekał na nią pokój na poddaszu, od panieńskich czasów nic w nim nie było zmieniane. Zawsze był jak stary, dobry przyjaciel. Powiernik dziewczęcych sekretów i nocnych płaczów, znów witał swoją lokatorkę, która dla niego była nadal małą dziewczynką. Jakby nie wydoroślała, nie uciekła do wielkiego miasta, do rozpędzonego świata. Jakby nic się nie zmieniło.


***

Olena spała jak suseł, snem mocnym i nieprzerwanym, nawet gdy zapach pysznego śniadania zaczął wsuwać się delikatnie jak mgiełka przez szparę w drzwiach do jej pokoju. Olena, gdyby mogła, przesypiałaby całe dnie. Noce były jej domeną, jej czasem.

W końcu otworzyła oczy. Dźwięk subtelnego pukania nie pozwolił jej na dalsze lenistwo. To pewnie mama zapraszała na swoją słynną jajecznicę z pomidorami, która o każdej porze roku smakowała wyśmienicie. Szybko narzuciła na siebie szlafrok i w ciepłych bamboszach zeszła do kuchni. Aromat świeżo zaparzonej kawy unosił się już w powietrzu.

- Dzień dobry, mamusiu – powitała rodzicielkę pocałunkiem w policzek.
- Dzień dobry, sóweczko – tak uroczo zwykła nazywać mama swojego śpiocha.

Olena przetarła oczy i usiadła przy stole. Przed nią po chwili pojawił się talerz z parującą jajecznicą. Uwodził zapachem, mamił kolorami, jednak Olena nie mogłaby przełknąć nawet ziarenka zielonego groszku bez uprzedniego kubka mocnej kawy. To był jej rytuał, odkąd zadzierzgnęła nić przyjaźni z tym napojem w czasach studenckich.

Wstała, nalała do kubka mocnej czarnej kawy, bez cukru oraz mleka i chyłkiem, ciągle stojąc wypiła całą zawartość. Dopiero wtedy mogła zacząć jeść.

- Nie pytam, co cię tak nagle do mnie sprowadza – zaczęła mama z uśmiechem – ale cieszę się, że jesteś.
- Ja też się cieszę, że tutaj jestem.
- Wiem, córciu.

Nie zwierzały się sobie nigdy z osobistych porażek, czy sukcesów. Z porzuconych lub utopionych w głębokim oceanie marzeń, ale zawsze była między nimi silna nić empatii i zrozumienia. Nie musiały wiele mówić, aby odgadnąć stan uczuć drugiej strony i w mig niosły pomoc, skuteczną jak najlepsze lekarstwo. Rzadko kiedy taka bliskość ma miejsce. Rzadko kiedy trwa przez całe życie.

- Czy plaża wygląda tak uroczo, jak zawsze zimą po sporych opadach śniegu?
- Oczywiście. A nawet jeszcze piękniej, bo właśnie zaczął sypać śnieg. Spójrz.

Olena podeszła do okna i stanęła obok mamy. Rzeczywiście. Malowniczo wyglądał dzisiaj świat, gdy śnieg dostojnie, nie spiesząc się sfruwał z nieba wielkimi płatami.

- Zatem przebiorę się i pójdę na długi spacer.
- Ubierz się ciepło, nad morzem strasznie wieje.
- Wiem, wiem, kochana – Olena objęła mamę. - Zawsze mi to powtarzasz, jakbym była nadal małą dziewczynką.
- Dopóki będę żyć, dla mnie zawsze będziesz moją małą dziewczynką.
- Mamo…
- A, co? Sóweczko…

Obie wzruszyły się, stojąc w uścisku i nieporadnie kryjąc łzy i pochlipywanie.

- Pójdę już.
- Dobrze.


W pogodnym usposobieniu, ubrana jak na wyprawę arktyczną Olena dziarsko maszerowała w kierunku plaży. Czuła się szczęśliwa, jak skowronek na wiosnę. Jakby napełniona jakimś magicznym pyłkiem, rozświetlającym jej twarz. Cieszyła się do całego świata, do każdego płatka śniegu, który moczył jej rozgrzane lico. Wyglądała dziewczęco i uroczo, na przemian idąc i biegnąc po opustoszałej plaży. Nagle, poprzez śnieżycę ujrzała czarny punkt. Zbliżał się do niej szybko z oddali. Zaczęła dostrzegać już zarysy wysokiej i szczupłej sylwetki, ubranej w długi czarny płaszcz i kapelusz tej samej barwy naciśnięty głęboko na uszy. To był mężczyzna. Przypominał jej kogoś, tylko jeszcze nie mogła sobie uzmysłowić kogo. Czuła się podekscytowana i zaintrygowana. Kim mógł być nieznajomy – znajomy ktoś idący ku niej po pustej plaży. Nagle poczuła oblewająca ją falę gorąca i mocniejsze bicie serca. Emocje sięgnęły zenitu. To był on – Tonne Estas. „Co on mógł robić tutaj, sam, w takim miejscu?” – pomyślała.

Stanęła jak oniemiała, czekając aż się do niej zbliży. Wpatrywała się w niego z niemym uwielbieniem, do chwili aż pojawił się obok niej.

- Piękny pan wczoraj dał koncert – zagaiła.

Mężczyzna zdziwiony przystanął, nie spodziewał się spotkać nikogo w taki dzień na plaży. Przyszedł tutaj szukać zadumy, przestrzeni dla swoich rozbieganych twórczych myśli, pożywki dla nowych melodii. Spokoju.

- Dziękuję – Odpowiedział skromnie. – Była tam pani?
- Tak, nie mogłam nie być. Słucham pana od lat. I uwielbiam…
- Cieszę się.

Patrzyli na siebie w milczeniu. Jego długie, zaśnieżone, wystające spod kapelusza włosy rozwiewał wiatr. Zmarznięte ręce schował do kieszeni. Dla odmiany ona nerwowo poruszała swoimi, odzianymi w ciepłe wełniane rękawiczki. Zielonymi jak jej oczy, od których on nie mógł oderwać wzroku. Kasztanowe włosy skryła pod kapturem, ale niesfornie same wyfruwały na wolność, jak ptaki. Nie zdawała sobie nawet sprawy, jak ślicznie wyglądała. Zupełnie niewinnie, a zachwycająco.

Nie było mew, ani szumu fal. Morze skute lodem na kilka metrów od brzegu, milczało tak jak oni. Zaciekawione przysłuchiwało się, jak dalej potoczy się rozmowa tych dwojga. Wysoki las rosnący wzdłuż plaży szumiał dostojnie, jak Dewajtis w dąbrowie. Płatki śniegu unosiły się w powietrzu i jak maleńkie pyłki szczęścia osiadały na ich twarzach. Uśmiechy pojawiały się w kącikach ust, oczy szukały wzajemnie, a gdy się spotkały uciekały zawstydzone.

- Dokąd pani teraz idzie? – spytał, przerywając ciszę.
- Tam gdzie pan? – odpowiedziała pytająco.
- To chodźmy. Tam idę – wskazał punkt, daleko przed nimi.
- Mam wszystkie pana płyty. Znam na pamięć każdy pana gest, gdy oddaje się pan muzyce.

Tonne czasem zerkał na Olenę, torując drogę przez zamarznięte wodne nierówności, a jej buzia się nie zamykała. Ze szczęścia szczebiotała jak ptak. Jakby musiała wypowiedzieć komuś wszystkie swoje myśli zgromadzone przez lata. Mimo iż milczał czuła, że ją rozumie. Że bezbłędnie odgaduje jej ukryte pragnienia i marzenia, których nigdy nie udało się zrealizować.

- To był pierwszy pana koncert, na którym byłam – wyznała w końcu, milknąc speszona jego długotrwałym milczeniem.
- Tonne. Mów mi Tonne – powiedział z uśmiechem.
- Olena – przedstawiła się równie radośnie.
- Może wkrótce będziesz miała okazję być na kolejnym. Jeśli tylko zechcesz.

Odpowiedzią był zniewalający uśmiech, który rozpromienił całą jej twarz.

Tonne wsadził rękę za pazuchę, szukając czegoś w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wydobył plik małych wizytówek, z których jedną jej podarował. Był na niej wydrukowany adres miejsca oraz termin i godzina koncertu. Olena przez chwilę przypatrywała się krótkiej treści, która wyrażała sobą więcej niż najdłuższa powieść świata.

- Dziękuję – odrzekła promieniejąc jeszcze bardziej, o ile to było w ogóle możliwe.

Po chwili znów wędrowali plażą, nie idąc, a jakby unosząc się w powietrzu. Było im tak lekko, dobrze razem. Nie musieli nic mówić, gesty i spojrzenia mówiły same za siebie. Podpowiadały co szepczą stęsknione serca i dusze gdzieś głęboko, daleko gdzieś.


***

Po sytym maminym obiedzie Olena wsiadła do pociągu i wróciła do domu. Do Rygi. Wiedziała już, gdzie spędzi najbliższy weekend. Tonne zaprosił ją na dodatkowy koncert w Wilnie. Miała być gościem specjalnym.

Data:

 16-18 luty 2018

Podpis:

 Sylwiana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80913

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl