DRUKUJ

 

Bestia cz. 5

Publikacja:

 17-12-01

Autor:

 Yourofsky
- Tylko tyle wiem. Nie zabijaj - drżącym głosem w strugach łez, klęcząc przed stołem skomlał duchowny.
- Kiedy już uwolnisz się z więzów i wezwiesz pomoc, nie próbuj mnie szukać. Nie znajdziesz mnie.
- Nie mam zamiaru, już nigdy w życiu cię spotkać - wykrztusił z siebie duchowny, po czym spojrzał na swoja odciętą dłoń, leżącą na podłodze w kałuży krwi i znów zaczął histerycznie płakać.
Wtedy, ponownie jego usta zostały zalepione taśmą izolacyjną.
- Tacy jak ty wyglądają żałośnie jak ryczą. Ostrzegałem, że wszystko z ciebie wyduszę. Postąpiłeś słusznie, inaczej zabrał bym twoją odciętą część ze sobą. Ty dałeś mi informacje, w zamian ja zostawiam ci łapę, dzięki czemu będą mogli ci ją przyszyć. - powiedział mężczyzna, po czym zgasił światło w salonie i zniknął w ciemnościach.

***

Burza gwałtownie przybrała na sile. We wszystkich domach wzdłuż ulicy paliły się świece w oknach. W jednym z domów, przy oknie wychodzącym na główną ulice miasteczka, stała cała rodzina . Matka z ojcem obejmowali dzieci, stojące przed nimi. Wszystkie światła w pomieszczeniu, w którym stali były pogaszone. Z niepokojem patrzyli w kierunku ulicy.
Dwa stare bezlistne dęby, stojące tuż przed bramą wejściową na ich posesję, kołysały swoimi groźnie wyglądającymi gałęziami. Nawet podczas jasnego dnia, czuli się nieswojo przechodząc obok tych starych dębów. Teraz, podczas tej dziwnej burzy, budziły one u rodziny znacznie większy, niepokój i strach. Co chwile mrok rozjaśniały błyskawice a odgłosy grzmotów były inne, niż przy normalnej burzy, Jakby zwiastowały niepoznane jeszcze zło z innego świata.
Podczas jednego z błysków rodzina zobaczyła, że przed bramą do ich domu, między dwoma starymi dębami stoi dziwnie wyglądająca postać. Domownikom włosy się zjeżyły a po ich karkach i plecach, przeszedł zimny nieprzyjemny dreszcz. Rodzice mocniej objęli dzieci. Po chwili, tuż nad ich domem, usłyszeli przerażający grzmot a natychmiast potem błysk. Podczas tego rozbłysku, rodzina z przerażeniem zobaczyła, że miedzy dębami stoją dwie postacie a nie tak jak wcześniej, jedna. Szok był tym silniejszy, że postacie nie stały już przed, zamkniętą bramą, ale na terenie ich posesji.

Powoli z cichym skrzypieniem, uchyliły się drzwi do pokoju, w którym znajdowała się przerażona rodzina. Ojciec usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, odwrócił się i dostrzegł w ciemnościach przygarbiona postać. Krzyknął z przerażenia. Wszyscy zbledli ze strachu. Cofnęli się jeszcze bliżej, do okna opierając się o parapet. Ojciec spojrzał krótko przez okno i ujrzał że postacie są teraz tuż pod domem i spoglądają w górę, na rodzinę stojącą przy oknie.

Dziwna postać zaczęła się zbliżać do przerażonej, nie mogącej się ruszyć ze strachu ściśniętej razem, grupki domowników. W świetle błyskawic, widać ją było przez chwile dokładniej. Zbliżała się do nich, bardzo stara kobieta z upiornie bladą twarzą, całą pokrytą zmarszczkami. Spod podartych szat, przedzierało stare wychudzone, pomarszczone ciało. W jej oczach było widać pustkę i zdawały się martwe. Szaty sięgały mniej więcej do kolan kobiety, jednak nie było widać poniżej jej nóg. Zjawa wolno sunęła w kierunku rodziny. Matka zasłoniła oczy dzieciom trzęsącymi z przerażenia dłońmi, po czym sama zamknęła oczy i zaczęła się modlić, szybko wypowiadając słowa modlitwy, przez drżące wargi, które zalewały łzy. Gdy zjawa była już blisko wyciągnęła rękę, w której trzymała gromnice, w kierunku bladego ze strachu ojca rodziny.
- Zapalcie tą świecę i postawcie w oknie tak, żeby było ją widać ze dworu a tej nocy nic wam się nie stanie - powiedziała zjawa, po czym odeszła i zniknęła za drzwiami.

***

Lekarz w białym fartuchu szedł korytarzem. Po obu stronach korytarza w równych odległościach były białe drzwi. Wszedł, przez jedne drzwi do sali. Sala była obszerna i jasna. Łóżka szpitalne ułożone były w dwóch rzędach, jeden rząd był pod oknami a drugi pod ścianą, naprzeciwko okien. Na wszystkich czterech ścianach, wysoko nad łóżkami, wisiały czerwone podłużne, pionowe flagi na których widniał czarny, równoramienny krzyż o załamanych ramionach, na okrągłym, białym tle.
Lekarz miał około trzydziestu lat. Był bardzo przystojny. Piastował stanowisko ordynatora. Chodził wzdłuż łóżek i uważnie przypatrywał się ciężarnym kobietą, leżącym na szpitalnych łóżkach. Przyglądał się również bliźniakom, w różnym wieku, od niemowlaka po kilkuletnie dzieci. Przechodził tez, obok łóżek z karłami i ludźmi ułomnymi. Podszedł do jednej kobiety z zaawansowaną ciążą i zapytał jak się czuje. Kobieta odpowiedziała, że czuje się dobrze i spytała co będzie dalej z nią i z jej jeszcze nie narodzonym dzieckiem.
- Najpierw urodzisz a potem zobaczymy - odpowiedział uprzejmym tonem lekarz. Po czym poszedł dalej.
Zatrzymał się ponownie obok łóżka kobiety, która dopiero co, urodziła i karmiła dwójkę bliźniaków. Lekarz zawołał pielęgniarkę.
- Proszę mocno zabandażować jej piersi, tak żeby nie mogła karmić - również uprzejmym tonem powiedział lekarz.
Szedł dalej między łóżkami. Tym razem kazał, dwóm podwładnym lekarzom iść razem z nim. Zatrzymywali się na krótko, przy kolejnych łóżkach, podczas tych krótkich postojów lekarz wydawał komendy:
- Te bliźniaki i te obok zabrać – powiedział spokojnym głosem, do swoich podwładnych.
- Ta już urodziła - powiedział jeden z nich, wskazując ręką łóżko stojące pod oknem.
- Jak się czujesz? - zapytał ordynator - Proszę rozpocząć podawanie jej zastrzyków.
Podwładni przekazali polecenie pielęgniarkom. Po chwili jedna z pielęgniarek, wstrzykiwała już do żyły kobiety lek. Na fiolce, z której pielęgniarka zaciągnęła lek, widniał napis "TYFUS".
- Teraz przejdźmy do pokoju ze zoperowanymi bliźniakami. Jestem ciekaw czy przeszczepy się przyjęły - powiedział i wraz z dwoma lekarzami wyszli z sali.
Na korytarzu zapytał podwładnych, ile dni wytrzymały noworodki i kilkuletnie dzieci bez jedzenia. Odpowiedzi padały różne.
Gdy weszli do jednej z dziecięcych sal, nagle uświadomił sobie, że jest sam a sala z dziećmi, zaczęła zamieniać się w sale... pełną piasku.

Po chwili ordynator stał, na środku pustyni. Dookoła jak wzrokiem sięgnąć, nie było nic widać poza piachem. Stał sam w swoim białym fartuchu, pośrodku ogromnej pustyni. Po kolejnej chwili, zerwał się słaby wiatr a w oddali zobaczył ogromne, bardzo wysokie tornado. Bez wątpienia zbliżało się w jego kierunku. Im tornado było bliżej, tym wiatr wiał coraz mocniej. Tak jakby tornado i pustynna burza rozpętały się jednocześnie. Gdy tornado było już blisko, wiatr wiał z ogromną siłą, tak że lekarz z trudem utrzymywał równowagę. Dookoła zaczynało się rozpętywać piekło.

Szalejący wiatr zagłuszał myśli.
Nagle, słaniając się na nogach, spojrzał w górę i ku swemu przerażeniu, zobaczył, że nad jego głową, unosi się ogromny, czerwony smok. Smok patrzył się swoimi przerażającymi ślepiami w dół, na człowieka w białym kitlu, poszarpanym przez wiatr i piach, jednocześnie ze straszną siłą bijąc powietrze swoimi potężnymi skrzydłami. Siła podmuchu, wywołana przez skrzydła smoka była tak potworna, że wręcz przygniatała lekarza do piachu. Jego nogi i plecy nie wytrzymały potwornego podmuchu skrzydeł bestii. Runął na piasek, głęboko zakopując się w niego kolanami. Teraz wyglądał żałośnie. Wokół burza piaskowa, osiągnęła już swoje apogeum. Piasek z ogromną siłą uderzał w jego ciało, rozdzierając prawie doszczętnie lekarski fartuch. Skulony i przerażony spojrzał w górę na smoka, który nagle wydał z siebie przerażający ryk.
Ryk, tak głośny, że prawie zagłuszał świst pustynnej burzy i tornada, które było już bardzo blisko. Nic na tym świecie, nie było tak straszne i budzące grozę, jak ten długi i potworny dźwięk, który wydawał z siebie smok. Lekarz nie mógł wytrzymać siły i potęgi tego ryku. Czuł jakby w jego głowę wbijano tysiące gwoździ. Zakrył mocno uszy dłońmi i zamknął oczy, mocno ściskając powieki.
Po jakimś czasie ryk ustał. Otworzył oczy z trudem, przez wlatujący do nich piasek. Spojrzał jeszcze raz na smoka, który dalej unosił się nad nim a za smokiem szalało olbrzymie tornado. Spojrzał w ślepia smoka, które wbite były w jego oczy. Dostrzegł że smok odchyla głowę ku górze, po czym szybko wyrzuca ją w dół, ziejąc ogniem w jego kierunku. Ogromny ból, który poczuł lekarz powalił go na plecy, zaczął się wić i krzyczeć z potwornego bólu. Całe jego ciało pokryły płomienie.


Pułkownik nagle wybudził się z przerażającego koszmaru. Był cały zlany potem. Ciągle jeszcze widział smoka, przez płomienie, jednak szybko uświadomił sobie, że jest w swoim domu, w swoim łóżku. Bezpieczny. W jego pokoju było ciemno. Słychać było, jak ulewny deszcz uderza w szybę okna. Pułkownik zapalił lampkę nocną, żeby uspokoić nerwy po przerażającym koszmarze.

Gdy zapalił światło, znów poczuł się jak we śnie. Zaczął panicznie oddychać, szybko siadając na łóżku, opierając się z całej siły plecami o wezgłowie łóżka. To co zobaczył, spowodowało u niego paniczny strach przez, który nawet nie mógł krzyknąć po pomoc. Mógł tylko panicznie oddychać, prawie tracąc zmysły z przerażenia.
Nad jego łóżkiem stał wysoki mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce i wojskowej czapce. Miał trupio bladą twarz a jego oczy wydawały się nie znać litości, jednak bił z nich dziwny smutek. Były nie z tego świata. Trzymał w dłoni długi błyszczący nóż. Zdejmując z głowy czapkę, powoli podszedł do do opartego o łóżko, przerażonego, trzęsącego się ze strachu pułkownika.

Data:

 2017.12.01

Podpis:

 Yourofsky

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80822

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl