DRUKUJ

 

Państwo Florek - Rozdział II - Szkoła

Publikacja:

 17-10-23

Autor:

 Kemilk
Sprawa karaluchów znacznie uszczupliła czas, jakim Państwo Florek dysponowali w dniach obligujących ich do pracy, a ich syna do chodzenia do szkoły. Dlatego też otrząsnąwszy się po porannym rozgardiaszu, niemal w biegu zjedli śniadanie i dwadzieścia po siódmej byli gotowi do wyjścia. Krzysztof wraz z Tomkiem skierowali się do Forda, natomiast Janina wsiadła do mocno już wysłużonego Golfa. Piętnaście minut przed pierwszą lekcją Tomek znalazł się na terenie szkoły, gdzie czekali na niego najlepsi koledzy: Franek i Jaś. Widząc ich, wyciągnął z tornistra słoik z karaluchami i pochwalił się gromadką insektów.
- Zobaczcie, co przyniosłem na przyrodę. Sześć pięknych karaluchów.
Pierwszy odezwał się Jasiu.
- No, a po co te karaluchy?
Zdziwiony Tomek popatrzył na kolegę.
- No przecież dzisiaj jest lekcja o owadach. Każdy miał jakiegoś przynieść, ja przyniosłem karaluchy.
Franek klepnął się w czoło, co było jego naturalnym odruchem, gdy o czymś zapomniał. Słynął też z tego, iż dla niego nie było spraw trudnych. Wyciągnął z tornistra butelkę z wodą i wylał ją na ziemię.
- Tomek daj mi jednego karalucha. Masz sześć, to i tak będziesz miał za dużo.
Dla Tomka nie stanowiło to problemu, a wręcz ucieszył się, że może jakoś pomóc. Wyciągnął słoik z insektami, odkręcił nakrętkę, przechylił słoik i po chwili jednego miał w ręce. Sprawnie wrzucił go do butelki i sprawa była załatwiona. Widząc jednak proszące spojrzenie Jasia, powiedział do niego.
- Jasio wylej wodę, to też ci dam.
Jasio pochodził z rodziny, w której podstawowe motto brzmiało: „nic nie może się zmarnować”, dlatego też wylanie wody z butelki, nie wchodziło w grę. Po chwili namysłu wyciągnął butelkę i wypił całą jej zawartość. Beknął i wyciągnął ją przed siebie.
- To daj mi tego karalucha. Nie chcę dostać bani.
Jako że czas nieubłaganie przesuwał się w kierunku godziny ósmej, chłopaki pobiegli do szkoły i minutę przed czasem, siedzieli w swoich ławkach. Lekcja rozpoczęła się punktualnie wejściem Pani Iwony Zacnej. Część z uczniów podkochiwała się w niej, co raczej nie powinno dziwić, gdyż była naprawdę piękną kobietą. Miała długie, kręcone blond włosy, niebieskie duże oczy oraz figurę, która niejednego faceta doprowadzała do obłędu. Co ważne miała niezły gust i umiała podkreślić swoje atuty. Dzisiaj ubrana była w zieloną sukienkę, która odsłaniała to, co miało być odsłonięte, a zasłaniała to, co zakryte powinno być. Była nauczycielką z powołania, niestety niepokoiła ją ta klasa, niby w szóstej B, byli sami grzeczni uczniowie, niby nikt z nauczycieli na tę klasę nie narzekał, jednak zajęcia nie kleiły się. Lekcja o owadach miała tą niezbyt dobrą passę przełamać. Iwona uważała, że każda lekcja może być interesująca. Dzisiaj uczniowie mieli przynieść dowolnego owada i przyglądając się nim, mieli omawiać szczegóły w zakresie ich budowy, zachowania oraz innych charakterystycznych cech. Teraz zaś rozpoczęła zajęcia.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry, pani profesor – grzecznie odpowiedziały dzieci.
- Na dzisiejszej lekcji będziemy się przyglądać owadom. Każdy z was miał jakiegoś przynieść i tutaj mam niespodziankę…, - Zawiesiła głos. - każdy, kto przyniósł owada, który będzie jedyny w klasie, dostanie szóstkę.
W przedostatniej ławce rękę do góry wyciągnął Jasiu. Ucieszyło to panią, gdyż uczeń ten rzadko przejawiał jakąkolwiek aktywność, a tutaj taka niespodzianka.
- Co chciałeś powiedzieć Jasiu.
- Proszę pani, mogę iść do ubikacji?
- Idź Jasiu, jak musisz.
Jasiu, niemal wybiegł z klasy, gdyż wypita woda dawała o sobie znać.
- Czy ktoś chce jeszcze iść za potrzebą? – zapytała nauczycielka. – Jeżeli nie, to zaczynamy lekcję. Czy ktoś przyniósł biedronkę?
W klasie zapanowała cisza.
- Dobrze, a kto z was ma motyla?
Również i teraz nikt się nie odezwał.
- To może jakaś mucha..., komar..., pszczoła..., stonka..., może osa?
W klasie w dalszym ciągu panowała cisza, może z wyłączeniem delikatnego skrzypienia podłogi, co było wynikiem powrotu Jasia do ławki.
- Cóż dzieci, królestwo owadów, jak same widzicie, jest bardzo duże. To może pochwalcie się, co przynieśliście. Może ty Daniel?
- Proszę pani, mam karalucha.
- To wspaniale, przejdź się po klasie i pokaż swoim kolegom i koleżankom karalucha.
Daniel dumnie kroczył po klasie i pokazywał swojego owada. Po pięciominutowym obchodzie wrócił do ławki. Nauczycielka uciszyła się, jednak dzieci miały jakieś owady. Postanowiła po kolei wywoływać inne dzieci.
- Zosia, a ty, jakiego masz owada?
- Proszę pani, ja też mam karalucha.
- Dobrze, a może Monika.
- Ja też mam karalucha, proszę pani.
- A ty Tomek?
- Mam cztery karaluchy proszę pani.
Nauczycielka z niepokojem rozglądała się po klasie. Znowu nie wyszło tak, jak powinno. Czy te dzieci są takie złośliwe, czy to jest tylko pech?
- A czy ktoś ma jakiegoś innego owada?
Ponownie tego dnia rękę do góry podniósł Jasiu.
- Jakiego owada masz?
- Też mam karalucha, ale czy mogę iść do ubikacji, bo znowu mi się chce?
- Idź Jasiu, skoro musisz.- westchnęła nauczycielka.
Jasiek ponownie wyszedł za potrzebą, a pani z niepokojem przyglądała się uczniom. Dzieci siedziały ze spuszczonymi głowami i nie odzywały się. W końcu wstał Czesiek, zajmujący ostatnią ławkę.
- Proszę pani, ja mam innego owada, a nawet dwa.
- To jakie masz owady?
- Proszę pani, do słoika włożyłem wesz, których kilka mam we włosach. Czy przejść się po klasie i pokazać innym dzieciom?
Zszokowana nauczycielka patrzyła na Cześka.
- Nie Czesiek, nie musisz. A jakiego masz drugiego owada?
- Proszę pani, ja go nawet nie musiałem przynosić. To pająk, on jest za kaloryferem. Czy wszyscy mają podejść do niego, czy go złapać do słoika i pokazać innym?
- Dzieci podejdźcie do kaloryfera i zobaczcie, jak wygląda pająk. A ty Czesiek, po lekcji idź do higienistki?
- Proszę pani, a dostanę dwie szóstki.
Podłamana nauczycielka usiadła na krześle, otworzyła dziennik i wpisała Cześkowi szóstkę.
- Wpisałam ci jedną szóstkę, gdyż pająk nie jest owadem. Teraz możecie już iść na przerwę.
- Proszę pani, nie było jeszcze dzwonka na przerwę – odezwał się Staś.
Właśnie w tym momencie zadzwonił dzwonek.
- Teraz już jest. Idzie proszę na przerwę.
Nauczycielka zmęczona lekcją siedziała przy biurku. Wystarczyła jedna lekcja, by jej optymizm stopniał niemal do zera, a czekało ją jeszcze pięć kolejnych.

Data:

 01.2017

Podpis:

 Józef Kemilk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80762

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl