DRUKUJ

 

2 + 1 = jeden lub dwa, zależnie od sytuacji

Publikacja:

 17-10-22

Autor:

 Sylwiana
I.

- Wienia! Nie pijesz?! – zakrzyknął, zdziwiony kompan.
- Wienia! Co z tobą? – zapytał drugi.
- Wienia… - nie zdążył dopytać trzeci.
- Ano nie mogę. Nie chcę. Koniec z pijaństwem i rozpustą – odparł zdecydowanie młody mężczyzna. Na oko wyglądał poważnie, wyniszczony wieloletnimi libacjami, nie mógł mieć jednak więcej niż trzydzieści kilka lat.
- Wienia! Dlaczego? – wszyscy trzej zakrzyknęli jednocześnie.
- Mam dziecko – wyjaśnił spokojnie Wienia. – Odkąd je mam, nie piję.
- Jaka szlachetna decyzja – lizusowali żmijowatym syczeniem kumple. – Ale jednego kielonka nie odmówisz chyba starym druhom?
- Nie! Koniec i basta! – odrzekł stanowczo.
- A właściwie to skąd masz dziecko? Przecież nie masz żadnej baby. Nigdy nie miałeś…chyba.

Wienia machnął na nich ręką, jakby opędzał się od gryzących much. Miał dość tych pytań, jednak znał ich długie lata, z czasem polubił nawet nawyki i przywary.

- Ano, taka trochę dziwna historia. Tak się jakoś zaczęło jesienią, po śmierci matuli…

Wienia przerwał. Zamyślił się, podrapał po głowie, po jajcach.

- Mów Wienia. Mów – prosili towarzysze dawnych pijatyk.
- Ano, pochowałem matkę i pojechałem nad Bajkał, do Listwianki. Pijany byłem w sztok, nie wstydziłem się płakać. Ulżyłem sobie, użalałem nad smutnym losem. W knajpie siedziała obok taka jedna. Żaneta jej było na imię. Opowiedziałem jej wszystko. Że zostałem na świecie sam jak palec. Że nie mam nikogo. I jak umrę, to nikt nawet nie zapłacze na moim pogrzebie. Nikt nie zapali świecy na samotnym grobie. Słuchała mnie w milczeniu, była dobrą słuchaczką. Coś tam sączyła, ale głównie słuchała. Mnie. Rozumiecie? Mnie, żałosnego zapłakanego Wieni.
- I co było dalej? Opowiadaj! – nalegali na zwierzenia kumple.
- Ano, potem poszliśmy do niej. Było ciemno, wietrzenie. Liście fruwały w powietrzu, wiatr targał włosy i waciak. I jakoś tak z tego pocieszania znaleźliśmy się w łóżku. Nie była specjalnie ładna, ale na pewno miała dobre serce. Rano, gdy się obudziłem czekała na mnie z kubkiem gorącej kawy. I dobrym słowem. Wiecie co mi powiedziała? Nie wiecie, bo niby skąd. Żaneta wzięła mnie za rękę i powiedziała: „Wieniczka, ty jesteś dobry chłop, szkoda, żebyś zmarniał dla świata w tym pijaństwie i osamotnieniu”. Otumaniony, na kacu, słuchałem, nie przerywając, a ona kontynuowała. „Urodzę ci dziecko. Ty mi je zrobisz, jak Bóg przykazał, po bożemu, a ja ci je zostawię w prezencie. Będziesz miał dla kogo żyć. A ja sobie zniknę”. Z początku sam zamysł mnie pijakowi wydawał się absurdalny, ale potem, z czasem mi podpasował. Pomyślałem sobie: "Trochę ruchania, dobra baba, dobre geny i zostanę ojcem, bez żadnych zobowiązań". Zgodziłem się na taki układ.

Wienia spojrzał na swoich przyjaciół. Nie spuszczali z niego wzroku, nawet kieliszki z wódką stały nietknięte. Wrócił więc, do swojej opowieści.

- Tak więc co tydzień, w każdy piątek jeździłem do niej, z Irkucka do Listwianki. Zostawałem do soboty. Czasem wracałem w niedzielę, do roboty w fabryce. Mówiła do mnie Wieniczka. Tak ciepło i czule. Szybko zaciążyła. Taki to ze mnie buchaj, wiecie przecież. Brzuch jej rósł w zastraszającym tempie. Zbrzydła, zresztą i wcześniej niespecjalnie mi się podobała. Inny typ urody, była skądś tam, z Polszy chyba. Doskonale mówiła w naszym języku. Ale chyba odszedłem od tematu. Przestaliśmy się ruchać. Ona nie nalegała, ja nie chciałem. Byłem z nią dla dziecka, mojego potomka.
- To czemu wcześniej nic nam nie wspominałeś? – dopytywali zawiedzeni koledzy. – Taki tajemniczy nigdy nie byłeś.
- Gdy zbliżał się termin rozwiązania wziąłem urlop i pojechałem nad Bajkał na dłużej. Wezwaliśmy akuszerkę. Fiodor urodził się nocą. Był taki malutki. Popłakałem się ze szczęścia, trzymając go na rękach. Przyglądałem się mu, jak spokojnie ssie jej wielkie piersi. Prawie nie płakał, taki był grzeczniutki. Tylko jadł i spał. Gdy chłopczyk miał pół roku, Żaneta wyjechała, tak jak zapowiedziała wcześniej. Zabrałem Fiodorka do Irkucka. Musiałem na gwałt szukać baby, do pomocy. Żaden facet przecież nie wychowa samotnie małego dziecka. I baba się znalazła. Taka zdewociała brzydula spod kościoła, ma teraz przynajmniej zajęcie i cel w życiu. A mnie jest łatwiej. Mogę pracować. I nie wypiłem ani grama wódki odkąd Fiodorek jest ze mną. Obiecałem mu to. Mały skubaniec, wiecie jaki rozumny? Tylko za mną wodzi tymi swoimi błękitnymi oczami, po matce ma takie.

Wienia skończył swoją długą opowieść, uśmiechnięty od ucha do ucha. I dumny wielce z wyjawionej tajemnicy.
- No, Wienia… To gratulacje!
- Jesteś teraz ojcem.
- Masz syna. Gratulacje.

Koledzy jeden przez drugiego winszowali Wieni zmiany jego statusu społecznego. Nie pytali o Żanetę. Spełniła dobry uczynek, nie oczekując niczego w zamian. Nie mówiąc wiele o sobie.

- No, a gdyby mały chciał kiedyś poznać matkę? – zagaił któryś z aktywnie już pijących towarzyszy. – Co zrobisz? Wiesz gdzie jej szukać?
- Nie wiem. Nie znam adresu, ani nawet jej nazwiska. Tak chciała, żeby zostało. Pewnie ma jakieś swoje powody.


II.

Gdzieś na obrzeżach Warszawy, w małej kawalerce płakała kobieta. Żaneta. Była mocno wzruszona. Po powrocie z Rosji na nowo zadomawiała się w małym mieszkaniu. Przeglądała właśnie skrzyknę e-mailową, do której nie zaglądała przez długi czas (nad Bajkałem nie miała dostępu Internetu) i znalazła e-mail od Alojzego. Tytuł e-maila był krótki: „film”, a treścią był jedynie link, na który machinalnie kliknęła.

Nie ruszając się i prawie nie oddychając, obejrzała krótki, siedemnastominutowy film Piotra Łazarkiewicza pt.: „Dom na Rozdrożu”. Łzy zaczęły płynąć już po kilku minutach projekcji. Film pokazywał miejsce jej bliskie, które przestało istnieć, a kiedyś znaczyło wiele. Miała z nim związanych dużo wspomnień, planów i marzeń, które jak to w życiu stały się niespełnioną przeszłością. Krótkometrażowy film pokazywał życie w dawnym schronisku górskim Ludwigsbaude na Rozdrożu Izerskim, które później przekształcono w prewentorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Film był czarno-biały, ozdobiony tylko smutną fortepianową muzyką. Jakby sam sobą przepowiadał agonię miejsca, rozpad i zniszczenie, któremu dopomógł bezwzględny czas i zaniedbanie ze strony ludzi.

Żaneta obejrzała film kilka razy. Przestała płakać. Potem spontanicznie chwyciła za telefon i wybrała numer, którego nie używała przez długi czas.

- Słucham… – odezwał się męski głos. – Słucham.

Żaneta milczała, samotna łza spłynęła po policzku.
- Wiem, że to ty. Żaneta, powiedz coś – mówił wzruszony głos po drugiej stronie.
- Dziękuję… - powiedziała tylko. – Bardzo ci dziękuję Alojzy. Wiesz ile to miejsce dla mnie znaczy.
- Wiem. Szukałem go specjalnie dla ciebie…

Żaneta milczała. Nie wiedziała, co powiedzieć. Powtórzyła więc raz jeszcze:
- Dziękuję.
- Gdzie byłaś? Dzwoniłem do ciebie tyle razy. Natalka i Aruś często pytają o mamę.

Żaneta ciężko westchnęła, zanim odezwała się ponownie.
- Musiałam sobie wszystko przemyśleć, poukładać w głowie. Wiemy oboje, że separacja była konieczna. Nie mogliśmy dłużej tak żyć, razem, ale obok siebie… Jak dwoje obcych ludzi.
- Gdzie byłaś? - zapytał ponownie Alojzy.
- Byłam daleko… - szybko zmieniła temat. - Chciałabym zobaczyć dzieci. Mogę?
- Dobrze. Powiem im, że mama przyjedzie.
- Będę musiała znaleźć sobie pracę. Muszę przecież z czegoś żyć.
- Wiesz, że możesz zawsze…
- Nie chcę tak. Zawsze byłam samodzielna i nie zrezygnuję z własnej niezależności.
- Kiedy chcesz przyjechać?
- Może być jutro?
- Dobrze. Przygotuję dzieci. Powiem, że mama wróciła i chce je zobaczyć. To będzie dla nich szok. Nie wiem jak ciebie przyjmą, po tym jak odeszłaś i długo nie dawałaś znaku życia.
- Domyślam się.


*****

Nazajutrz Żaneta stawiła się w wysokim wieżowcu na Ursynowie. Zadzwoniła do drzwi, a po chwili oczom jej ukazała się cała trójka - Alojzy i otaczające go dzieci. Dziesięcioletnia Natalka obejmowała tatę za udo, chowając się za nim. Pięcioletni Aruś stał z przodu i nieśmiało się uśmiechał.

- Dzień dobry, dzieci – powiedziała niepewnie. – Alojzy…
- Wejdź, czekamy na ciebie – powitał ją ciepło.

Żaneta z trudem panowała nad emocjami, nad łzami wzruszenia, które cisnęły się do oczu. Pocałowała główki dzieci i przeszła do pokoju gościnnego. Była przecież gościem, nie domownikiem.

- Przywiozłam dla was zabawki – Usiadła na kanapie, wyciągając spore pakunki. – Niedźwiadek dla Arusia, Matrioszka dla Natalki.

Aruś od razu przytulił swojego misia i spontanicznie wtulił się w mamę. Wyrósł. Był taki maleńki, gdy odchodziła dwa lata temu. Natalka stała z daleka, spoglądała na nią chłodno swoimi czarnymi jak węgielki oczyma. Patrzyła z wyrzutem.
Żaneta szukała wzrokiem pomocy u Alojzego. Zrozumiał bez słów.

- Natalko, podziękuj mamie za prezent – zalecił córce.

Natalka podeszła i odebrała Matrioszkę. Wszakże pozwoliła się pocałować, ale odchodząc ostentacyjnie wytarła dłonią pocałunek. Żanecie było przykro, wiedziała jednak, że zasłużyła sobie na takie traktowanie. Córka, jak mówił mąż, strasznie przeżyła ich rozstanie. Zamknęła się w sobie. Była starsza, więcej rozumiała.

Dzieci zostały w pokoju, bawiąc się nowymi zabawkami, natomiast Żaneta poszła z Alojzym do kuchni.
- Przygotuję herbatę – zaproponowała.
- Usiądź sobie – powiedział łagodnie. – Ja się wszystkim zajmę.

Żaneta milczała.
- Pewnie nie powiesz gdzie byłaś, ani co robiłaś. Nie oczekuję tego, szanuję twoją potrzebę samotności i czasu na przemyślenia.
- Dużo myślałam… O nas, o dzieciach.
- I co postanowiłaś?
- Często zastanawiałam się nad słowami: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To ważna przysięga.

Teraz z kolei milczał Alojzy, czekał co ma do powiedzenia.
- Czy myślisz, że możliwe jest jeszcze wszystko naprawić? Czy nie jest za późno?
- Nigdy nie jest za późno na zmiany, jeśli zamiar jest szczery, a potrzeba płynie prosto z serca – odpowiedział cicho, ledwo słyszalnie.
- Może zbłądziłam po drodze, ale nigdy tak naprawdę nie złamałam przysięgi małżeńskiej.
- Wierzę ci, ty zawsze mówisz prawdę. Czasem tak bolesną jak przebicie szydłem szyi, ale zawsze prawdziwą.
- Czy myślisz, że mogłabym zamieszkać tutaj, z wami?
- Bardzo bym tego pragnął. Aruś będzie przeszczęśliwy, ale Natalka… Sama widziałaś.
- Tak, widziałam.
- Musicie dać sobie czas. Przygotować na twój powrót, stałą obecność tutaj.
- Dobrze. Będę przyjeżdżać kilka razy w tygodniu, a potem zobaczymy jak się sprawy potoczą.

Alojzy wyszedł z kuchni, by zawołać dzieci na kolację. Żaneta powoli piła herbatę, która w międzyczasie zdążyła wystygnąć. Tego co zrobiła na Syberii, nie uważała za zdradę. Był to tylko dobry uczynek spełniony dla biednej, zbłąkanej duszy. Przecież go nie kochała. Nie uważała tego za niewierność. Zawsze chciała naprawiać świat. Była idealistką, pełną marzeń, które jak małe ogniska tliły się w jej głowie. Gdy jedno zgasło, za chwilę pojawiało się następne. I, gdy coś było nie tak uciekała, nie radziła sobie z akceptacją rzeczywistości, która w jej oczach była albo biała albo czarna. Nie istniały szarości i jej liczne odcienie. Mogło być albo bardzo dobrze, albo zupełnie źle. Inne możliwości nie istniały. Siedząc teraz sama, zastanawiała się, czy separacja i jej ucieczka uleczy ich małżeństwo. Czy na tyle wydoroślała, że zaakceptuje szarość. Wiedziała, że to nieuniknione, że z czasem znów się pojawi, jak dżuma opanowująca całe miasta w średniowieczu.

Jej rozmyślania przerwały wbiegające dzieci. Radosny szczebiot Arusia i naburmuszona mina Natalki. Za nimi wszedł Alojzy. Zauważyła, że doskonale radził sobie w roli gospodarza domu, jako ojciec i z konieczności matka, w jednym. Dzieci słuchały go, wpatrzone weń jak w obrazek. Do niej podchodziły z rezerwą, jak do gościa, szczególnie córka.

„Dużo czasu potrzeba, aby wszystko było tak jak dawniej” – pomyślała, obserwując uważnie całą trójkę, czasem tylko wtrącając się do rozmowy.
- No, dzieci. Teraz szybciutko do mycia i do łóżek – powiedział Alojzy.
- To ja już pójdę – Żaneta podniosła się.
- Nie musisz.
- Ale powinnam.
- Dzieci – zarządził na komendę, jak w wojsku. – Pożegnajcie się z mamą.

Aluś przypadł do mamy z dziecięcą ufnością, dał się pocałować i przytulić. Natalka chłodno powiedziała: „Do widzenia”, nadstawiając do pocałowania policzek.

- Cieszę się, że wróciłaś… - powiedział Alozjy w korytarzu.
- Ja też – odrzekła wzruszona.

Gdy schodziła po schodach, tysiące myśli kotłowało się w jej głowie. „Jak teraz będzie? Co z Natalką? Czy Alojzy…?”


*****

Noc sama przyniosła rozwiązanie. Żaneta nie spała, siedziała w kuchni i słuchała nocnej audycji w Trójce. Nocą można posłuchać ciekawych rozmów, pięknej muzyki, nie ma reklam.
Nagle zadzwonił telefon. Głośny dźwięk wyrwał ją z zamyślenia.

- Halo? – odebrała, czując że nie będą to dobre nowiny.
- To ja.
- Wiem. Co się stało?
- Jadę z Arusiem do szpitala! Podejrzenie wyrostka robaczkowego. Przyjedziesz do Natalki? Zostanie sama w domu.
- Przyjadę – I nagle przypomniała sobie o czymś. – Te same klucze?
- Tak. To my jedziemy.

Żaneta przez chwilę słyszała jęczenie cierpiącego chłopca, a potem dźwięk odkładanej słuchawki. I głuchy sygnał w telefonie. Szybko zamówiła taksówkę, wygrzebała klucze z koszyczka w barku i w pięć minut była gotowa.

- Dokąd jedziemy? – spytał uprzejmie taksówkarz.
- Na Ursynów - odparła krótko.
- Czy coś się stało? Wygląda pani na przerażoną albo bardzo zmęczoną.

Nie odzywała się. Nie chciała rozmawiać z obcym mężczyzną o swoich prywatnych sprawach. Była raczej skryta i tajemnicza. Poza tym wszyscy taksówkarze są straszliwymi gadułami i zapewne plotkarzami. Chciała jak najszybciej dojechać na miejsce, póki dziewczynka się nie obudzi. „A może już nie śpi i płacze w samotności, w pustym i ciemnym mieszkaniu?” – pomyślała.

- Czy może pan jechać trochę szybciej? – poprosiła.
- Spokojnie. Zdążymy – odpowiedział rzeczowo.

Zauważyła jednak, że przyspieszył i wkrótce dotarli na miejsce. Z bijącym sercem otwierała drzwi, w mieszkaniu panowała jednak spokój i cisza. Delikatnie uchyliła drzwi pokoju dziewczynki, usłyszała równy oddech. Natalka spała.

Położyła się w pokoju gościnnym na kanapie i przykryta kocem wkrótce zasnęła. To było kiedyś jej ulubione miejsce do popołudniowych drzemek, a później, po urodzeniu dzieci, tutaj czekała na powrót Alojzego.

Obudził ją głośny płacz, to Natalka wstała i szukała taty.

- Gdzie jest tata? – spytała, stając obok niej.
- Pojechali z Arusiem do szpitala.
- Ja chcę do taty – dziewczynka znowu zaczęła płakać. – Do taty…
- Tata musi zostać przy twoim braciszku. Możliwe, że długo, jeśli okaże się, że ma zapalenie wyrostka robaczkowego.
- Ja chcę do taty… - chlipała dziewczynka.

Żaneta słyszała, że córka wróciła do swojego pokoju i płakała tam nakryta kołdrą. Płacz był wyciszony, ale żywiołowy. Chciała do niej iść, pogłaskać po głowie, przytulić, ale wiedziała, że teraz nie szans na pojednanie. Mała odepchnęłaby jej rękę, wciąż chciała rozmawiać tylko z tatą.

Jakby ściągnęła go myślami, bo jej telefon zawibrował. Odebrała.

- Jak Aruś? – spytała zaniepokojona.
- Robią mu badania. Możliwe, że był to fałszywy alarm, ale niech go dokładnie przebadają. Strasznie w nocy płakał.
- Natalka też płacze.
- Daj mi ją – poprosił.

Żaneta poszła do pokoju dziewczynki i odchyliła kołdrę, dziewczynka wciąż płakała.
- Tata, do ciebie – podała jej telefon.
Dziewczynka odebrała telefon i spojrzała na nią zapłakanymi oczami.
- Wyjdź stąd! – powiedziała z wrogością.

Żaneta wyszła, było jej przykro, że tak kiedyś czuła i kochająca córeczka nagle stała się obca. Odpychała ją, nie chciała jej przy sobie. Poszła do kuchni przygotować śniadanie. Omlety były ulubionym daniem Natalki. Zapach potrawy roznosił się po całym domu. Po chwili zjawiła się dziewczynka. Była taka chudziutka z czarnej piżamce z białymi reniferami. Włosy zaplecione w długi warkocz zwisały na plecach.

- Jestem głodna – oznajmiła.
- Usmażyłam omleta. Wiem, że lubisz.
- Tata robi lepsze omlety.
- Może jednak spróbujesz? – zachęcała Żaneta.

Dziewczynka niby to grzebiąc w talerzu, jak niejadek, szybko zjadła całego omleta i wstała, nie mówiąc nawet słowa „Dziękuję”.

- I tak wolę omlety taty – oznajmiła z wyższością i wyszła z kuchni.

Na szczęście była sobota, nie musiały się donikąd śpieszyć. Żaneta zajęła się przygotowaniem obiadu, a Natalka czytała książkę w swoim pokoju. Było to, jak mówił Alojzy, jej ulubione zajęcie. Potrafiła przeczytać wielostronicową książkę w dwa dni.

Zadzwonił Alojzy z informacją, że mały musi zostać na obserwacji w szpitalu. Czasem wyrostek daje o sobie znać dobę po pierwszych bólach, gdy schodzi na dół z okolic pępka na właściwe miejsce po prawej stronie podbrzusza.

Alojzy przyjechał do domu zdrzemnąć się trochę przed powtórną wizytą w szpitalu. Nie chciał zostawiać Arusia samego w takim miejscu na noc. Natalka rzuciła się na tatę jeszcze w progu. Żanecie zrobiło się smutno, coś ścisnęło ją za serce. Czy kiedyś runie mur, który miedzy nimi wyrósł? – myślała.

- No już dobrze. Starczy tych pieszczot – żartował Alojzy.
- Tatuś, tatuś – powtarzała wciąż Natalka.
- Ja się teraz zdrzemnę, a wy dziewczyny możecie iść na spacer.
- Nie chcę na spacer. Chcę zostać z tobą – powtarzała dziewczynka.
- A może? – Żaneta wpadła na genialny pomysł. - Może pojedziemy do zoo?
- Bardzo dobry pomysł – podchwycił mężczyzna. – Natalka! Już! Szykuj się. Spacer dobrze ci zrobi, nie tylko książki i książki.
- No dobrze… - odrzekła dziewczynka, z niechęcią patrząc na mamę, jednak już nie tak jawną jak wcześniej.


*****

Dzień był piękny, ciepły i słoneczny, typowa złota polska jesień. Po kilku godzinach wróciły zmęczone, ale bardzo zadowolone z udanej wyprawy. Była to wycieczka przez całe miasto do ogrodu zoologicznego, przejazd mostem nad Wisłą i powrót metrem.

Dom pachniał rosołem. Żaneta przezornie zostawiła go na wolnym ogniu, a mąż wychodząc miał tylko wyłączyć gaz.

- Jestem głodna – oznajmiła Natalka.
- Zaraz zjesz pyszny rosołek, tylko ugotuję makaron.

Dziewczynka siedziała w kuchni razem z mamą, niecierpliwie oczekując obiadu. Wcześniej zjedzone przekąski w ogrodzie zoologicznym dawno już stały się wspomnieniem.

- Kiedy będzie obiad? – pytała raz po raz córka.
- Już odcedzam kluski. Jeszcze chwilę.

Gdy tylko postawiła talerz z aromatyczną zupą na stole, dziewczynka od razu zabrała się do wiosłowania. Bulion znikał szybko, makaron jeszcze szybciej. Żaneta cieszyła się, że apetyt córce dopisuje. Sama też była głodna jak wilk.

- Dokładkę? – spytała.
- Nie, dziękuję.
- A może mięso gotowane? Zjesz udko?
- Nie, dziękuję – powtórzyła dziewczynka.

Żaneta zaczęła sprzątać ze stołu, a Natalka patrzyła na nią.

- Mamo, mogę cię uczesać?
Żaneta była mile zaskoczona, ale nie dała tego po sobie poznać, tylko z uśmiechem wyraziła zgodę.
- Bo ja tak lubię bawić się we fryzjera – wyjaśniła Natalka. - Aruś ma krótkie włosy, a tata prawie ich nie ma.
- Dobrze – radośnie odpowiedziała mama. – Pobawmy się.
- Wezmę tylko przybory fryzjerskie i zaraz wracam – oznajmiła córka energicznie. – A ty idź do pokoju.

Żaneta usiadła na kanapie, a dziewczynka na oparciu, tuż za nią. Powoli rozczesywała włosy, co sprawiało rozkosz czesanej. Zamknęła oczy i całkowicie oddała się przyjemnym doznaniom. Dziewczynka też nic nie mówiła, cała była w swoim żywiole, tylko czasem strofowała mamę: „Nie ruszaj się”.

Czesanie musiało trwać bardzo długo, bo Żanetę opanowała straszliwa senność. A może spowodowała ją niespodziewana bliskość z córką? Może znikanie wcześniejszych stresów? Teraz marzyła tylko o tym, aby przechylić się do pozycji leżącej, nakryć kocem i błogo zasnąć.

- Gotowe! – oznajmiła mała fryzjereczka. – Przejrzyj się.

Żaneta wzięła lusterko z rąk córki i uśmiechnęła się. Miała na głowie kilkadziesiąt małych kucyków, każdy opasany w dwóch miejscach gumkami, u nasady i w połowie długości. Wyglądała zabawnie, prawie jak Pippi Langstrump.

- Jak ci się podoba? – dopytywała Natalka.
- Bardzo mi się podoba – odpowiedziała radośnie. – Jesteś zdolną fryzjerką.
- Mamo… - zaczęła nieśmiało córeczka.
- Słucham – spytała sennie Żaneta.
- A, już nic – przerwała skrytą, niewypowiedzianą myśl córka.

Żaneta domyśliła się, o co dziewczynka chce spytać. „Na wszystko przyjdzie czas, powolutku...” – pomyślała. – „Najważniejsze, że pierwsze lody zostały przełamane”. Pocałowała córkę w czoło i oznajmiła błogo:
- Ja teraz się zdrzemnę – i położyła się pod kocem.
- A ja poczytam książkę – powiedziała Natalka, wychodząc i cichutko zamykając drzwi.


Nazajutrz wczesnym rankiem do domu wrócili Alojzy z Arusiem. Chłopczyk był zdrowy, na szczęście lekarze i wszelkie możliwe badania wykluczyły zapalenie wyrostka robaczkowego. Jak tylko zobaczył mamę, szczęśliwy rzucił się jej w ramiona.

- Mamusiu, mamusiu…
- Syneczku, wróciłeś. Tak się martwiłam o ciebie.
- Tata mówi, że jestem już zdrowy.
- Bardzo się cieszę.
- Mamusiu… - zaczął chłopczyk niepewnie. - Zostaniesz?

Żaneta spojrzała na męża, który uśmiechnął się zapraszająco. Potem na Natalkę stojącą w drzwiach swojego pokoju.

- Nie wiem, chyba możemy spróbować.

Natalka powoli podeszła do mamy, stając za jej plecami.

- Mamo, zrobisz mi omleta? Jestem głodna.
- Kto jeszcze jest głodny? – spytała wzruszona tym gestem Żaneta.
- Ja – powiedział Aruś.
- I ja – dodał wesoło Alojzy.
- A nie jesteś za duży na omleta? – skarciła go żartobliwie. – Nie starczy mi patelni dla wszystkich.
- Poczekamy, zresztą można zrobić losowanie.

Całą rodziną udali się do kuchni i zasiedli przy stole, a Żaneta zabrała się za przygotowywanie śniadania. A potem… została na Ursynowie.


III.

Z czasem wszystko wróciło do porządku dziennego. Starali się, by szarość nie wkroczyła w ich życie. Były niespodzianki, wspólne wyjścia. Dzieci były na tyle duże, że mogły czasem zostać same. Zresztą istniały genialne instytucje babci lub niani, z których nie omieszkali korzystać. Było lepiej niż przed separacją.

Żaneta szukała wymarzonej pracy, nie czuła presji czasowej, ani finansowej. Odkąd wróciła Alojzy poświęcił się jakiemuś nowemu projektowi, który znacznie podniósł poziom ich miesięcznych dochodów, a finalnie miała być jeszcze wypłacona wysoka premia.

Zawsze jednak istnieją dwie strony medalu. Alojzy wracał coraz później, tak zmęczony, że nie miał na nic siły. Nawet w domu siedział przy komputerze i prawie w każdą sobotę, czasem niedzielę. Tajemniczy Projekt „Kostaryka” pochłaniał go coraz bardziej. Stał się nerwowy, małomówny, miał przekrwione ze zmęczenia oczy. Źle sypiał. W efekcie ucierpiało na tym ich życie seksualne. Nie kochali się od miesięcy. Żaneta zaczęła podejrzewać, że mąż ma kochankę. Wracał bardzo późno. Często bywał w delegacjach, nie zdradzając dokąd jedzie. Rozmawiając przez telefon zamykał drzwi. Często pisał coś w telefonie, a gdy nagle się zbliżała, włączał wygaszacz ekranu.

Oddalali się od siebie coraz bardziej. To co udało im się odbudować, szybko się rozpadało. Dzieci także zauważyły zmianę. Całkowicie przeszły na stronę mamy. Teraz ojciec stał się w domu intruzem, kimś obcym.

Któregoś dnia Alojzy wrócił z pracy bardzo wcześnie. Trzasnął drzwiami i zamknął się w swoim gabinecie. Natalka była w szkole, Aruś w przedszkolu. Zaskoczona Żaneta zajrzała do pokoju męża.

- Coś się stało?
- Rzuciłem ten cholerny projekt!!! – wykrzyknął.

Żaneta milczała, czekała co powie więcej. Nie wiedziała go jeszcze tak zdenerwowanym.
- Mam dość! Jestem przemęczony, a ten sukin… - ugryzł się w język. – On jest ciągle niezadowolony i wymyśla powody, żeby nie wypłacać mi pełnej premii.

Po wybuchu uspokoił się trochę, potem mówił już normalnie.
- Jestem zmęczony. Pieniądze nie są warte tego, co mogę stracić… Ciebie, rodzinę. Będę mniej zarabiał, ale będzie tak jak dawniej. Postaram się o to, jednak będziesz musiała znaleźć sobie pracę.
- Nie znalazłam jeszcze tej wymarzonej, idealnej dla mnie. Wciąż szukam.
- Czasem trzeba pójść na ustępstwa. Zrezygnować z czegoś, aby coś dostać w zamian – mówił mądrze Alojzy. – Każdy ma swoją Kostarykę…
- Każdy ma swoją Kostarykę… – powtórzyła za nim jak echo Żaneta. – A wiesz co?
- Nie wiem, dopóki mi nie powiesz – przyciągnął ją i posadził sobie na kolanach.
- Dostałam ofertę pracy w Instytucie Kultury Rosyjskiej. Płaca jest niska, dlatego nadal szukam czegoś lepszego.
- Uważam, że to bardzo dobra i stabilna praca. Żadna korporacja, będziesz wcześniej kończyć. Może nawet kiedyś pojedziesz do Rosji.

Żaneta nie wspomniała nigdy o swoim długim pobycie na Syberii, nie opowiadała żadnych szczegółów z życia podczas separacji.

- Liczę na to. Zawsze o tym marzyłam. Nie będziesz miał nic przeciwko?
- Pewnie, że nie. Jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Marzę, aby zobaczyć jezioro Bajkał, Matuszkę Rosiję…
- A wiesz o czym ja marzę? – spytał, gryząc ją w ucho.
- Chyba wiem… - odparła z uśmiechem.

Data:

 15-17 października 2017

Podpis:

 Sylwiana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80760

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl