DRUKUJ

 

Show musi trwać!

Publikacja:

 16-07-09

Autor:

 Pestka11k
Pamiętam, że kilka lat temu moje życie zapowiadało się zupełnie inaczej, skończyłam liceum, lecz studia nie mieściły się w zakresie moich zainteresowań, za to chciałam jak najszybciej iść do pracy, jakiejkolwiek, byleby mieć wreszcie własne pieniądze i wydawać je bez opamiętania na żarcie, ciuchy i ewentualnie kosmetyki.

Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, bo przecież tak wygodnie było siedzieć w domu, niczym się nie przejmować, ładować w siebie jedzenie podtykane prawie pod nos czy pstrykać pilotem od telewizora i co z tego, że rodzice chcieli twojego dobra i zachęcali cię do szukania pracy, wyjścia do ludzi, dorosłości, no i rachunki takie wysokie, bo przecież całymi dniami siedzisz przy komputerze nie robiąc w dodatku niczego konkretnego!

W rezultacie siada psychika, ile można się złościć, kłócić, wymigiwać od obowiązków, dyskutować, że to nie dla mnie, do tego się nie nadaje, tamto wymaga doświadczenia, czy ja wam zawadzam, o co wam chodzi, dajcie mi wreszcie spokój, cały czas szukam, nie moja wina, że nikt nie odpowiada, widocznie jestem beznadziejna i wiedzą to nawet ci, którzy mnie nie znają!

Aż w końcu człowiek ma tak wszystkiego dosyć, że myśli tylko, co by tu zrobić, żeby się ciebie nie czepiali, może jak się rozchoruje, to dadzą mi na jakiś czas spokój, chora nie mogę pracować, dobrze by było posiedzieć tak jeszcze ze dwa tygodnie i mieć wszystko w głębokim poważaniu, bo przecież tak fajnie się siedzi w domku, zero obowiązków, zero zmartwień i tylko książeczki, muzyczka, spacerki, jedzono, spanko i generalnie czego więcej można chcieć od życia.

No i niespodzianka, spuchł mi palec, boli ramię, trzeba by jechać do lekarza i zapytać, skąd się to wzięło, nic mnie nie ugryzło, nie uderzyłam się, a tu paluch gruby jak kiełbasa, smarowałam, masowałam, lecz po kilku tygodniach dalej to samo, a nawet gorzej, bo spuchł mi kolejny palec, no nie, teraz to już przesada, co to wszystko ma znaczyć, nie mogę ich zgiąć, są sztywne i bolące, wracam do lekarza, a tam jakieś badania, oczekiwanie na wyniki i już wiadomo wszystko, a zarazem nic, bo czeka jeszcze wizyta u reumatologa.

Boże, co się ze mną dzieję, depresja, wszystko mnie boli, nie mogę wyprostować rąk, nóg, palce jak balony, sztywne, sine, co za ból, dlaczego, dlaczego to tak strasznie boli, nie mogę się ruszać, cała jestem jednym wielkim bólem, boję się spać, rano będę cała sztywna, obolała, mama musi mnie myć, czesać, ubierać, rozbierać, chcę do łazienki, nogi nie chcą mnie nosić, jak ja wstanę, zaciskam zęby i się udaje, po dwóch krokach opadam z jękiem na krzesło, łzy wielkie jak grochy lecą mi z oczu, ile można płakać, tak rozpaczliwie, trzęsę się cała, łzy kapią po nosie, szyi, chwytam chusteczkę i to wystarczy, żebym znowu zaczęła wyć, co za ból, zaraz umrę, to nie do wytrzymania, nie mogę chodzić, spać, podnieść szklanki, podrapać się, nic nie mogę, jest coraz gorzej i gorzej, a ja nie wiem dlaczego, ratunku!

Kolejna wizyta i rozpacz, nie mogę ruszać palcami, podnieść rąk, wyprostować kolan, szuram stopami po podłodze, nogi jak z ołowiu, i ten ból, ten wiecznie towarzyszący ból, dlaczego, skąd to się wzięło, co to jest, niech mi doktor pomoże, mam dość łez, jestem zmęczona, tak strasznie zmęczona, nie mam jeszcze dwudziestu lat, a tu taki koszmar, co to jest, no co to takiego, że nie mogę normalnie funkcjonować, zjeść bez bólu, podrapać się, siedzieć, chodzić, stać, leżeć, płakać, kiwnąć palcem bez bólu?

I jest, diagnoza, reumatoidalne zapalenie stawów, ale co to, czemu ja, mam dopiero dwadzieścia lat, jak to nie ma żadnego wytłumaczenia, tak po prostu sobie zachorowałam, a może to kara za moje lenistwo, tak bezmyślnie zażyczyłam sobie zachorować i Bóg postanowił mnie ukarać, ale czemu tak okrutnie, to przecież na całe życie, prowadzi do kalectwa, deformacji, jestem za młoda, chcę pracować, ruszać się, biegać, a tu takie ograniczenia, i co teraz ze mną będzie, wyląduje na wózku, nikt mnie nie będzie chciał, będę sama i umrę sama, zamknę się w skorupie i będę tak trwać, dopóki kostucha nie wyciągnie ku mnie swoich macek i już tylko to zakończy ten niekończący się nurt bólu i udręki?

Ależ nie, miałam szczęście, dobry lekarz, dobre leczenie i już po ponad poł roku piekielnych męczarni jestem na nogach, chodzę, nic nie boli, ćwiczę na wuefie, kończę szkołę, zajmuję się dzieciaczkami, jest fajnie, wesoło, i nie ma bólu, tylko w sercu jakoś tak pusto i samotnie, bronię się przed tym, jestem ponad to, ale ile można, taka pustka atakuje podstępnie, wyniszcza, szarpie i szarpie, aż w końcu nie można jej dłużej znieść, trzeba temu zapobiec, szukać, szukać, szukać ratunku i tej zagubionej cząstki duszy, ona gdzieś tam jest, czeka i czeka, tylko gdzie, nie wiem, znajdę ją, znajdę? czy będę trwać w takim zawieszeniu, od łez do otępienia, poprzez krzyk rozpaczy ku fałszywym uśmieszkom i przekomarzaniom?

Grunt to cierpliwość, tak, jasne, mam jej aż nadto, ale czy to wystarczy, czasem mam wrażenie, że nie bardzo, aczkolwiek staram się, aby nie zwariować, nie naciskać, wszystko co najlepsze przychodzi z czasem, ale to tak cholernie męczące czekać i czekać, no ale cóż, trzeba, więc czekam, pracuję, poznaję ludzi, cieszę się życiem, chociaż gdzieś tam w sercu tkwi ziarno zwątpienia i ta podstępna żmija, rzs, która tylko czeka aby wychynąć z ukrycia, lecz póki co jest spokojnie, wręcz bajecznie luksusowo, robię co chce, haruję jak wół i to jest cudowne, nie mogłam wymarzyć sobie nic piękniejszego, tak łatwo zapomnieć o bólu.

Z czasem przyszła i miłość, znikła pustka, lecz ja nie o tym, to ważne, lecz chwilowo szczęście to przebija widmo choroby, stopniowy powrót na stare ścieżki, czyja to wina, czy to ja, czy nie ja zawiniłam, czy to życie postanowiło ze mnie zadrwić, wykończyć, zniszczyć, wystawić na próbę, bo jeśli tak, to przetrwałam ją, niestety przypłaciłam to kolejnymi miesiącami bólu, depresji, płaczu, bezsilności, samobójczych myśli i niekończącego się cierpienia, bo gdy już zdawało się, że wszystko mija, zaraz znów kolano, bark, stopa, żuchwa, coś puchło, bolało, nic nie było dobrze, aż w końcu spieprzyło mi badania, białkomocz, leukopenia, anemia, co to, jak to, niewydolność, ja? tylko nie to, za jakie grzechy, czemu, czemu, czemu, miałam już być zdrowa, a tu jeszcze toczeń rumieniowaty, szpitale, zespół nakładania, co za gówno mi tu sprzedajecie, mój organizm to nie magazyn, nie życzę sobie więcej brei w moim organizmie, mam dosyć, kurewsko dosyć!

Lecz i to przełknęłam, bo ja to oczywiście ja i nie mogło być inaczej, muszę z tym żyć, ze świadomością, że najgorsze dopiero przede mną, bo teraz jest w miarę ok i tylko leki, łykanie, trucie organizmu, lekkie jedzenie i inne gówno, które zgotował mi los, bo przecież musiał mi zgotować, akurat mnie, to tylko dowodzi, że jestem silna, muszę być, ktoś słaby już dawno by ze sobą skończył, ale to nie ja, ja się będę męczyć, ryczeć, kląć, upadać, skowyczeć, łamać, ale będę się też podnosić, iść z podniesioną głową, dawać świadectwo, tak jak inni mnie podobni, że z tym gównem da się żyć, że da się z nim walczyć, zwyciężać, deptać, wyśmiewać i pokonywać i że to nie musi być sensem życia!

Show must go on!

Data:

 9 lipca 2016

Podpis:

 Katarzyna B.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79729

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl