DRUKUJ

 

Ciemne lata rozdział pierwszy

Publikacja:

 16-04-09

Autor:

 monisia981
Szła białą drogą, modląc się o spokój, który nie był jej dany. W oddali stał on. Ubrany, tak jak zawsze w przetarte jeansy, czarną bluzę z kapturem i okulary. Przed oczami miała swój dom wraz z rodziną. Szczęśliwa rodziną. Byli tam jej uśmiechnięci rodzice i siostra. W ogródku jak co tydzień organizowali piknik na, który zapraszali sąsiadów z całej okolicy. Obraz zniknął, a pozostała tylko czarna plama, która minute później przedstawiała płaczącą siostrę, płonący dom i jej rozpacz.

Alice zbudziła się zlana potem. Rozejrzała się dookoła. Wokół znajdowały się drewniane meble, łóżko, stolik, na którym stał telewizor. Meble wykonane z drewna były niedoszlifowane, ale miały swój urok. Nerwowo obróciła głowę w lewą stronę. Jej uwagę przykuła biała ściana, na której pozostał ślad po małym obrazie. Spojrzała na swoje nogi. Dotknęła ręce, nogi, brzuch, jakby to miało jej dać znać, że nadal żyje, nadal tu jest.

-Och, to był tylko zły sen. Koszmar. To nie zdarzyło się naprawdę.-szepnęła sama do siebie, gdy przypomniała sobie sytuacje z wczorajszego wieczoru, po jej policzkach spłynęły pojedyncze krople łez.-Ja tego tak nie zostawię-kontynuowała, ocierając łzy lewą ręką, która minute później zmieniła się w pieść. Zerknęła jeszcze raz na pusta ścianę. Po czym założyła hotelowe kapcie, odsłoniła rolety, pozwalając słońcu oświetlać biały, niczym szpitalna sala pokój. Wzięła prysznic, ubrała się w wczorajszy biały t-shirt, przetarte ciemne jeansy, po czym zeszła na dół,wychodząc z hotelu. W przejściu zderzyła się z wysokim mężczyzną. Był on średniego wzrostu, łysy, o ciemnozielonych oczach, kryjących w sobie tajemnice. Całe jego ciało pokryte było tatuażami.

-Przepraszam. Pani, to Alice Moore ? -spytał ochrypniętym głosem mężczyzna. Starał się być miły. Na próżno.

-Tak, w czym mogę pomóc ?-odpowiedziała niepewnie, odszeptując swoje ubrania z kurzu.

-Jestem z komendy głównej nr 22. Zajmuję się sprawą spalonego domu, który należał do pani i pańskiej rodzinny. Moglibyśmy porozmawiać? Przejdźmy w ustronniejsze miejsce. Za dużo tu świadków. Policjant wraz z brunetką udali się do pokoju hotelowego poszkodowanej. Dziewczyna szła, prowadząc mężczyznę niezbyt pewnie. On nie wzbudził w niej zaufania, a wręcz przeciwnie. Coś jej nie pasowało w tym człowieku, jednak nie wiedziała co .

-Gdzie pani była, gdy zaczął się pożar mieszkania?-wyciągnął notes, czekając na odpowiedź dziewczyny. -Byłam w domu w swoim pokoju-odparła spokojnie, zastanawiając się nad każdym wypowiedzianym słowem. -Nikogo z panią nie było? Nikogo pani nie widziała?-spytał, zapisując każde wypowiedziane przez dziewczynę słowo.

-Byłam z...byłam sama. I nikogo nie widziałam. -skłamała. Bo co innego miała powiedzieć?

"Hej. To ja dziewczyna, której spłonął dom w pożarze, który prawdopodobnie podpalił mój były chłopak egoista?"

Tak, to naprawdę brzmi niedorzecznie.

-Jest pani pewna?- spytał, odrywając wzrok od kartki, świdrując dziewczynę niepewnym spojrzeniem-Jeśli ktoś tam był, niech pani powie, to naprawdę ułatwi sprawę!-dodał, a z każdym wypowiedzianym słowem można było usłyszeć naciski ze strony mężczyzny.

-Niech pan już idzie-powiedziała stanowczo

-ale..-zaczął mówić, ale brunetka, nie dała mu nawet dokończyć zdania

-Wie pan już wszystko. Więcej nie wiem, niech pan już idzie-mówiła coraz odważniej,mimo tego, że się bała. Nie mogła tego okazać. Nie po tym wszystkim, co przeszła.

-No dobrze, rozumiem. Ale mogę spytać o jedną rzecz. Ostatnią i już mnie nie ma.- nagle jego wyraz twarzy zmienił się na obojętny. Nie można było nic wyczytać. Wyglądało, to przerażająco. Człowiek, który minutę temu rozmawiałaś, nagle sprawiał wrażenie kogoś innego. Przypominał potwora.

-Ostatnie, a potem się pan wynosi-odparła szybko, starając się nie wybuchnąć, jej nerwy były słabe, a pożar tylko, to potwierdził.

-Dziewczyna. Madison Moore to pańska siostra, prawda? -spytał, czekając na reakcje brązowookiej -Niech pan stąd wyjdzie. Już !-dziewczyna krzyknęła, otwierając mu przed nosem drzwi, jednak ten nie dawał za wygraną. Zablokował je stopą.

-To twoja siostra, prawda? Mówię, o dziewczynie, która uciekła z domu. Dwudziestego czwartego Grudnia zeszłego roku. -obniżył ton głosu, ale mówił dalej, trafiając w czuły punkt dziewczyny. Do tej pory jej nie odnaleziono. Nie było jej, wtedy w domu, prawda? Może miała coś wspólnego z pożarem, co ?

-Nie odnaleziono jej, więc jak mogła być? Ją porwano. Nie uciekła, porwano ją i niech pan nie bedzie bezczelny i wyjdzie stąd, póki jeszcze może-krzyknęła w otwartych drzwiach. Wszystkie spojrzenia gości hotelu skupili się właśnie na tej dwójce.

-Niech pan wyjdzie, bo zadzwonię po ochronę-powiedziała ciszej, a on wyszedł bez słowa. Brunetka spojrzała jeszcze raz na gości, którzy zdziwieni całą sytuacją spojrzeli na dziewczynę. Zdenerwowana cała sytuacją, wyszła, zamykając za sobą drzwi, skierowała się w stronę recepcji, przy, której stała wysoka blondynka z kręconymi włosami, ubrana w hotelowy uniform. -Witam. W czym mogę pomóc?-spytała, darząc dziewczynę ciepłym spojrzeniem.

-Ja przyszłam w sprawię mojego pokoju. Jest on wynajęty na kartę mojego przyjaciela, którą z kolei dostał od innego przyjaciela. Mogłabym się dowiedzieć, kto jest właścicielem karty ?-odparła cicho, starając się, przekonać kobietę, aby ta jej pomogła.

-Przykro mi, ale to nie... -Wiem, że to wbrew regulaminowi hotelu, ale to naprawdę bardzo dla mnie ważne. Zrobił mi niespodziankę, a ja próbuje mu się odwdzięczyć. Niech pani mi zaufa. To zostanie między nami, dobrze?-szepnęła, przyglądając się dziewczynie i obracając kartę w dłoniach.

-To naprawdę nie możliwe. Stracę prace, jeśli ktoś się o tym dowie.-szepnęła cicho, upewniając się, że nikt ich nie słyszy.

-Dobrze panno...-spojrzała na plakiety, którą dziewczyna nosiła na uniformie-Panno Amando. Dzisiaj mam urodziny i to był prezent Chciałabym się odwdzięczyć tej osobie,rozumie pani?

-Przykro mi nic nie mogę zrobić. To wbrew przepisom-powiedziała stanowczo, wracając do papierkowej roboty. Zdeterminowana dziewczyna wróciła do swojego pokoju, zabrała swoje dokumenty. Gotowa zamierzała wyjść z pokoju i odmeldować się, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła je, a w nich stała ta sama kobieta, z którą rozmawiała pięć minut temu w recepcji. -Wie pani, że mogę, za to stracić pracę ?-powiedziała cicho, wchodząc do pokoju

-Nie szepnę ani słowa obiecuje-odparła zadowolona, chowając kartę do kieszeni.

-Dobrze. -kobieta westchnęła, wyjmując z kieszeni pognieciony, biały papierek, po czym prze ilustrowała go wzrokiem.-Karta należy do niejakiego Matta Leto, ale zapisana jest na pańskie nazwisko jako osoba, która może jej używać.

-Matta Leto?-powtórzyła zdziwiona

-Tak jest tu napisane-powiedziała, kierując się w stronę wyjścia, gdy Alice znowu ją zatrzymała

-Dziękuję. Za pomoc. Dzisiaj mija dzień zakwaterowania, więc opuszczam pokój. -wykorzystała nieuwagę pracownicy, schowała kartkę papieru do kieszeni, po czym opuściła hotel i ruszyła przed siebie. Gdy ta zauważyła, że zniknął dokument, było już za późno. Wszytko szło pięknie. Panna Moore ruszyła przed siebie, przyglądając się kartce, gdy wpadła na jego. Jego brązowe oczy, poznałaby wszędzie. To był dopiero początek kłopotów...

Data:

 9.04.2016

Podpis:

 Fanka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79429

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl