DRUKUJ

 

Powitanie

Publikacja:

 16-01-07

Autor:

 MarkusHeraldson
(Valentis)

Powietrze tego poranka zachwycało niesamowitą rześkością, zaśmiecone plaże były jednym z wielu dowodów na przejście tej nocy jednej z typowych dla wyspy burz. Mimo, iż słońce już świeciło nie ogrzewało jak powinno, czego powodem był zimny wschodni wiatr, który rozbijał wściekle fale na czarnych skałach.
Bazaltowe mury miasta oddalały się coraz dalej i dalej, a wielki orszak powitalny przemierzał coraz biedniejsze slumsy namokłych ziemianek, chat, leciwo skleconych baraków, ogółem prowizorycznych budowli, które plebs nazywał domami. Szczególnie tu widać jakie zniszczenia poczyniła nocna ulewa. Deszcz i chłód zazwyczaj ogranicza smród, niestety nadmiar wody wypchnął fekalia z dołów, utopił bydło i trzodę, rozprowadzając nieczystości oraz rozdęte truchła zwierząt dosłownie wszędzie, do domów, na ulicę, do studni i życiodajnej rzeki Rathy.
Fetor był nie do wytrzymania, Wielki Rajca Świętego Miasta Rathgrad, Valentis Valten młodzieniec o ciemnej typowo południowej cerze i włosach, spadkobierca wielkiej fortuny, zarządca jednej czwartej floty handlowej Rathgradu, trzymał nasączoną w olejek pomarańczowy jedwabną chustkę non stop przy nosie, dla niego straszny smród był nie o wytrzymania, ciągle walczył z podchodzącą pod przełyk treścią żołądka. Valentis był jednym z dwunastu wielkich rajców tego miasta, ale najmłodszym i najlepiej prezentującym się przedstawicielem tej grupy, dlatego właśnie on został wysłany w towarzystwie 40 ciężkozbrojnych halabardzistów, chorążego, tłumacza i jego zaufanego przyjaciela/brata Wergiliusza na powitanie kłopotliwego władcy północy.
Nordowie już od roku nękali okręty floty handlowej Rathgradu, wracały tylko wieści o statkach i towarach. Nawet gdy do cenniejszych ładunków dołączano wielkie dromony, nie zniechęcało to ludzi północy od grabieży, drakkary lepiej sprawdzały się jako statki wojenne rozbijając obstawę w drzazgi. Nordowie wcześniej nie napadali tak daleko na południe, nigdy nie spotykano ich smukłych okrętów na Morzu południowym, w obrębie którego pływały galery z Efezjii. Północ rosła w siłę i śmiałość, splądrowali i spalili już nie jedno miasto, bądź nawet państwo. Cechowała ich, nieuchwytność niesamowita mobilność na lądzie i morzu. Jednego dnia na wybrzeże przypływała wataha okrętów, szturmowali, niszczyli, grabili. A gdy nadchodziła odsiecz błyskawicznie znikali. Raz napadli cały kraj, stanęli do otwartej bitwy którą wygrali, los jaki spotkał pokonanych i wziętych do niewoli mroził krew w żyłach, niejednemu małemu państwu, które nie posiadało tak silnej armii by odeprzeć najazd.
Właśnie z takim echem, pewnego razu nad Efeziańskie wybrzeże nadciągnął samotny zwiadowczy okręt północnej floty. Rada miejska niezwłocznie wysłała poselstwo na statek, które po czasie wróciło na pobliską plażę, bez kosztownej biżuterii i głów. Oczywiście jak przystało na światłych i rozsądnych rajców, a przede wszystkim logicznie dedukujących ludzi potrafiących dopasowywać do siebie pewne fakty, włodarze Rathgradu uznali dekapitacje ich posłów za rychłe wypowiedzenie wojny. Ale nawet oni nie mogli sobie zdać sprawy z nieobliczalnej Nordyckiej natury, bo gdy do portu wpłynął obwieszony okrągłymi tarczami drakkar z ponoć synem władcy Północy niejakiego Regnara zwanego Łupieżcą, wyczuwali, że oficjalnie przybył by oficjalnie potwierdzić poprzednią wiadomość.
Kazali przyprowadzić go przed swoje oblicze, jednak zamiast gróźb padła propozycja
- Mój, Pan Ojciec, Regnar drugi tego imienia z rodu Mastahe, Pan całej Północy zebrał flotę i zmierza na południe na wyprawę łupieżczą, przeciwko morskim miastom handlowym, lecz mnie nie wysyła tu bym ogłosił iż przybędzie tu do Rathgradu walczyć mieczem, lecz by skłonić was do negocjacji w sprawie waszej dalszej egzystencji- ogłosił dodając zaraz potem, nim tłumacz skończył swoją robotę- jako zakładników żąda pierworodnego każdego z was, będą oni zabezpieczeniem jego życia podczas negocjacji.
Po krótkim monologu barbarzyńskiego dziedzica, dwunastu wspaniałych zaczęło cicho między sobą radzić. W końcu po czasie odezwał się senior.
- Drogi…?- Mergerdzie- szybko sprostował zarośnięty na złoto Nord.- Chciałbym zadać Ci tylko dwa pytania. Pierwsze brzmi…- tu staruszek zrobił przerwę, niby na podarowanie tłumaczowi czasu a tak naprawdę na swój własny odpoczynek- Co nam grozi, za odrzucenie tej oferty dialogu?... Drugie, skąd mamy wiedzieć że to nie spisek i nasi synowie pierworodni nie zginą podobnie jak nasze ostatnie poselstwo?
Mergerd nie wyglądał na zmartwionego czy stremowanego, odpowiedział chłodno.
- Gdy odmówicie, to zginiecie a wasze ciała wyrzucimy do morza, miasto zgrabimy po czym spalimy, kobiety zgwałcimy, co silniejszych z ocalałych po bitwie zamienimy na niewolników być może ich sprzedamy, najpiękniejsze dziewczęta weźmiemy z sobą i uczynimy je pospolitymi kurwami oczywiście jeśli przeżyją podróż podczas której weźmie je kilkakrotnie cała załoga, naszczamy i nasramy na wasze świątynie oraz bogów, małych chłopców wykastrujemy by wasz naród zanikł na wieki. Tak… to zrobimy w razie odmowy. A jako wasze zabezpieczenie mogę być ja, mój Pan Ojciec zawsze dotrzymuje danego słowa, nie obawiam się więc o własne życie, gdyż wasi synowie będą całkowicie bezpieczni, nawet gdy dyplomacja zawiedzie i wybuchnie wojna.
Nim padły ostatnie słowa tłumacza, senior czerwony z złości rzucił.
- To jest groźba! Jak śmiesz, grozić nam!...- młody barbarzyńca przerwał starcowi
- A twe pierwsze pytanie to obelga! Przyjmujesz zaproszenie do rozmów?... Tak czy nie? Nord począł się irytować, zagęścił ruchy szczególnie wokół głowicy miecza.
- Jak mamy przyjąć zaproszenie do rozmów jeśli sugerujesz że mamy nóż na gardle i są one tylko wyrazem niczym nie określonej łaski? Kaprysem?- odrzekł ponownie starzec.
- To nie kaprys, ani nie jest to sugestia. Czyli nie przyjmujecie naszej oferty?...
-PRZYJMUJEMY !- Wykrzyknął tym razem Solis Deremis najbogatszy i najpotężniejszy z rajców, wzbudzając oburzenie pośród pozostałych współrządzących, po czym zaczął mówić dając jednocześnie znak tłumaczowi by akurat jego wypowiedzi nie tłumaczył
- Moi drodzy, młody Książe może wykazał się nieumiejętnością, w dyplomacji, ale czy za urażenie naszej dumy musi płacić nasz święty naród? A przedewszystkim nasze interesy? Zobaczmy co ma nam do zaoferowania ich władca!
Znów rozgorzała gorąca dyskusja, morze słów w pośród którego stał ubrany w skórzane nie zdobione, lecz dobrze dopasowane ubranie, postawny młody Nord, o długich od dawna nie mytych jak reszta ciała blond włosach. Po prostu tak sobie tam sterczał nie rozumiejąc ani jednego słowa wykrzyczanego przez kłócących się włodarzy w aksamitnych togach i zdobnych długich szatach. Dopiero po wielu minutach kłótni, powolnego dochodzenia do spokoju ponownie głos zabrał najstarszy z wielkich rajców Rathgradu
- Zgadzamy się na stawiane warunki- przesączył wbrew swojej woli przez zaciśnięte usta- Nasi pierworodni stawią się w porcie, jutro o świcie.
Mergerd przybrał groźny wyraz twarzy kontynuując targ
- Stawią się do późnego południa, radzę nie próbować podstępu, ćwierć dnia przed zmierzchem wypływamy, albo z wszystkimi i bez mnie, lub bez żadnego i ze mną na pokładzie.- Po tych słowach odszedł do swej łodzi.
Przypominając sobie to zdarzenie Valentis parsknął śmiechem. Tacy prostacy mieli by ich pokonać?! On na miejscu reszty rady wyrzuciłby zuchwałego księcia przez okno do wozu z łajnem i odesłał z powrotem do tatusia, który by przybył tu z swą wielką armią, by rozbić ją o mury wielkiego Rathgradu a flotę straciłby, po pierwszym starciu morskim z flagowymi wojennymi galerami Wielkiej Floty miejskiej. Może w konflikcie ucierpieli by prostaczkowie, ale co z tego! Ich życie jest bezwartościowe, po za tym szybko się rozmnażają, ci nordowie są pewnie jeszcze większymi barbarzyńcami.
Przerwał na chwilę swoje rozmyślenia, widok jaki ukazał się jego oczom w tym momencie zawsze cieszył jego wrażliwą na piękno duszę.
Poruszali się traktem wśród morza pól, ciągnącego się aż do dalekiego osłoniętego wzgórzami wschodniego brzegu oceanu, na zachód prąc daleko, daleko aż do gór rzemieślniczych, na północy zatrzymując się dopiero na odległych na zmianę porośniętych łąkami i lasami wzgórzach i wielkich górach całkowicie zielonych od bujnej roślinności z dwóch stref klimatycznych. Kierowali się właśnie tam ku podnóżom pasma najwyższych szczytów, w ciasną dolinkę między wzgórzami a dolinami, bo właśnie tam szedł dalej główny trakt, na którego końcu, w okolicach Beliodinii mieli spotkać wielkiego Regnara.
Ogółem podróż ciągła się w ciszy; halabardzistom ani chorążemu, lub tłumaczowi nie wolno było się odezwać bez pozwolenia, w obecności takich dostojników jak bracia Valten, ogółem ich obstawa spowalniała marsz, przecież cała delegacja dosiadała pięknych klaczy, jednak obecność czterdziestu halabard dodawała prestiżu i poczucia bezpieczeństwa. Dwójka przyjaciół też nie miała chyba nastroju do rozmów, oboje byli pogrążeni w dziwnym zakłopotaniu, niewiadomo czy chodziło o misję Valentisa czy o poprzednią wspólną noc, co by to nie było i tak podróżowali w milczeniu wsłuchując się w brzęk szczątkowych zbroi halabardzistów i typowych odgłosów przyrody. W końcu Wergiliusz zagaił
- Byłeś wczoraj w świątyni?
Valentis spokojnie spojrzał się na brata, obcowanie z kapłankami było najlepszą rozrywką Wergiliusza, który nie potrafił sobie wyobrazić że jego żonatemu bratu może wystarczać jedna kobieta.
– Rytuał obmycia jest zarezerwowany dla tych którym grozi śmierć, od zaspokajania twoich potrzeb ciała nie są kobiety. Nie hańb piękna, pamiętaj kapłanki to córki Bogiń jak i reszta kobiet.- odrzekł Wielki Rajca.
- Jest przecież zagrożenie życia! Pertraktowanie z barbarzyńcami jest niebezpieczne, nie zapominaj co uczynili naszym posłom. Po za tym Valentis pamiętaj co mówił Mergerd, oni nie wyznają tego co my. Za zaspokajanie się z innym mężczyzną może spotkać kogoś śmierć, oni nie traktują kobiet jako bogiń, z którymi zrobienie tego jest skomplikowanym rytuałem, jak chcą to biorą przyjemność, nie przejmując się Boginiami!- Odparł wzburzony Wergiliusz, na co jego bart się oburzył.
- Bo są niewierni! Nie widzą w kobietach piękna tylko chęć zaspokojenia swoich rządz! Jedziemy ich przywitać a potem z nimi pertraktować! Nie, się z nimi bratać… Bracie.- przerwał na chwilę badając reakcję po czym dodał- Trzeba znaleźć ci żonę, bo w końcu przesadzisz kiedyś z oczyszczeniem i zetną cię za to na agorze.
-Mergerd stwierdził że nasze zwyczaje są chore!...- Valentis jadąc tuż obok brata uderzył go po twarzy rękawicą
- Mergerd jest nordem! Nie uznaje naszej wiary w trzy hetery! Jeśli tak bardzo kochasz ich kulturę, ich zasady to się do nich przyłącz zobaczymy ile wytrzymasz na morzach północy.
- Bracie, nie podważam zasadności naszych obrządków, chodzi mi tylko o poluźnienie naszych obyczajów, przecież najbardziej nas ciągnie do kobiet.- rzekł spokojnie Wergiliusz nie dając się sprowokować pouczeniom brata, który z trudem zachowując spokój dodał
- I jacy są? Co ten twój nordycki Książe zrobił z chłopcem od uciech?... No? Co zrobił? Roztrzaskał mu czaszkę o ścianę tak okrutnie że biedak był nie do poznania, tylko za to że wszedł mu do łoża. Czy o taką moralność ci chodzi? Taką jaką przedstawia się w obliczu barbarzyńcy który obcuje tylko z kobietami? Dobrze że ten niejaki Regnar zabierze już swojego syna bo za dużo z nim czasu spędzałeś. Osobiście mam nadzieję że zażyjemy sakramentu oczyszczenia razem, niedługo.
- Liczysz na wojnę Valentis?
- Tak liczę na wojnę, nie podoba mi się ich zachowanie, przed bitwą z chęcią oddam się w ręce kapłanki, a tak pozostaje mi żona na święta i chłopcy portowi na co dzień.- krótko odrzekł rajca – Deremis chce z nimi się układać, chodzą słuchy że już korespondencyjnie kontaktował się z Regnarem. Widywano gołębie wylatujące z jego rezydencji lecące na północne wody.
- Chce nas sprzedać?!- krzyknął oburzony Wergiliusz- Czemu jeszcze żyje, za zdradę przecież jest tylko jedna kara!
- Nic nie możemy mu na razie udowodnić. Na podstawie poszlak i plotek nie można nawet wypowiedzieć na niego sądu to przecież Solis Deremis, najpotężniejszy z rajców.
- Ale nie jedyny
- Lecz wpływowy. To wystarcza by miał swego rodzaju immunitet. Nawet wiem o co może chodzić. Wiesz że ludzie z północy spotykają coraz silniejszy opór w swych podbojach?
- No możliwe.
- Po prostu szukają alternatyw w zarobku, oraz ziem do wyżywienia ich narodu, gdyż usłyszałem również, iż co jakiś czas nękają ich klęski nieurodzaju, .
- Czyli, sugerujesz że chcą z nami robić interesy i na tym zyskać a jeśli stanie się im to nieopłacalne to nas podbiją?- zapytał się będąc pewnym młodszy brat, na co Valentis cicho zachichotał
- Drogi bracie, jesteś za głupi na to. Mówię że chcą nas od siebie uzależnić. Dlatego chcę doprowadzić do wojny, nie mogę doprowadzić by nasz kraj, a przedewszystkim ja stał się czyimś wasalem, parę osób z rady jest za mną, szczególnie- tu ściszył głos i zbliżył się do Wergiliusza- senior Wielkiej rady.
- Zamierzasz już działać na wstępie? Bracie to obłęd! – odparł młodszy z Valtenów, powoli zdający sobie sprawę, że uczestniczy w chorej sytuacji, taka polityka nie przypominała mu tej o której opowiadał mu ojciec. Starszy brat znów się zaśmiał i odrzekł
- Mały Wergi, nie powitanie odbędzie się znakomicie, jednak dopiero przy stole pokażemy pazurki, na ciebie też liczę. Każda nawet lekko niekorzystna propozycja musi być przez nas bojkotowana, nie martw się nie tylko my jesteśmy zdania że klękanie przed barbarzyńcami nie jest godne Efeziańczyka. No! Teoretycznie jeśli nasz wielki Regnar przybywa tu z prawdziwą propozycją to niech będzie, ale szczerzę w to wątpię.
Uśmiechnął się jeszcze szyderczo i pogonił lekko konia wybijając się przed szyk, prawie tratując paru nieuważnych halabardzistów. Czerwono purpurowa szata wielkiego rajcy majestatycznie powiewała podkreślając potęgę jej właściciela, dodając do tego otoczenie zbliżających się gór oraz wielkiej rozległej doliny, osobista duma Valentisa rosła nadając mu sił do realizacji sobie postawionych celów. Nie będzie brudas pluł mu w twarz, nie potrafił doczekać się walki zbrojnej, gdy zakuty w połyskujący pancerz ruszy, na swej wiernej klaczy do boju prowadząc wycieczkę za mury, powalając coraz to kolejnych cuchnących Nordów, już lekko czuł smak ludzkiej krwi na języku, mięśnie naprężały się jakoby do boju, przygotowane na zadawanie mocnych śmiertelnych ciosów a w umyśle znikały obrazy przyrody, przed oczyma uwidaczniał się mu obraz bitwy, płomieni buchających od płąnących kul miotanych przez miejskie katapulty, straszny świat podniecającej rzezi dostarczającej olbrzymiej dawki adrenaliny, słyszał prawie rozpaczliwe wrzaski konających oraz przerażające wręcz potworne okrzyki zadających śmierć wojowników.
Tak to miał być jego triumf, Wielkiego Rajcy Miejskiego Valentisa Valenta, przecież nikt nie mógł zagrozić Wspaniałemu miastu Rathgrad, płaszczenie przed barbarzyńcami nie należało do natury światłych ludzi czarnego miasta, wielbiących każdy przejaw piękna, to oni przecie byli wspaniale rozwiniętą cywilizacją ludzie z północy należeli do największych ignorantów, nie myjących się obdartych kretynów wymachujących prymitywnymi toporkami i przydługimi mieczami. Kogo oni przecie pokonali? Niewiele mniej zacofane krainy kontynentu? Cóż to? przecież Efeziańczyków pokonano tylko raz, kiedy musieli uciekać z swego pradawnego miasta właśnie tu, ale jak się ma wielka armia cesarska do hordy jasnowłosych brudasów? Trzeba bronić tej ostatniej ostoi starego ładu nie dotkniętej upadkiem pradawnych mocarstw i ich kultur, podczas wielkiej migracji ludów, przybyłych za dalekiego zagórza, już setki lat temu.
Z swoistego transu wyrwał nieoczekiwanie Valentisa jego brat, okazało się iż zajeżdża konia, ciągle przyspieszając oraz zostawiając swą obstawę daleko z tyłu. Przystanęli więc na chwilkę dając odpocząć zdyszanym klaczą, jak i pozwolić dogonić się halabardzistom, a gdy to nastało ruszyli w dalszą drogę coraz wyżej położona trasą, nabierającą coraz więcej wiraży. Dalsze rozmowy nie przybierały tak poważnych tematów, podróżujący arystokraci cieszyli się, rześkim coraz cieplejszym porankiem, w takiej beztroskiej atmosferze dało się zapomnieć o wszystkich dolegliwościach dnia codziennego, trzeba przyznać że nawet zdyscyplinowani zazwyczaj żołnierze pozwolili sobie na luzy w szyku oraz utratę jednolitego kroku. Odkąd szlak skrył się w cieniu Gór Wielkich, stracili słońce, lecz majestatyczny widok na dolinę pełną wzgórz a dalej na horyzoncie kolejne góry skąpane w delikatnych rannych promieniach rekompensował tą lekką utratę ciepła.
Valentis ponownie zanurzył się w myślach na temat swej wielkiej misji, oczywistych interesów i sposobów na rozwiązanie spraw swoich przeciwników w radzie, gdy daleko przed sobą ujrzał sporą gromadę ludzi, wytężając wzrok dostrzegając i wybijające się nad nich konie. Szok jaki wtedy przeżył zatrzymał cały tok myślowy.
Przeklął i dodał cicho
- Nordowie.
Zaskoczenie było nie małe mieli przecież przybyć o zachodzie słońca tak przekazał wielki senior rady do którego dotarły gołębie, z wiadomościami. Może to nie oni? Niemożliwe!, co by tak spora grupa ludzi robiła o tej porze na tym trakcie! To szubrawcy, na pewno nie dotrzymali słowa.
Dał znak chorążemu, wielki sztandar Rathgradu czarna galera na czerwonym tle załopotała majestatycznie krótka komenda oficera, przywróciła halabardy do równego kroku, kolejna po chwili zmodulowała go do kroku bojowego, który przy tych czterdziestu wydawał się groźny a co dopiero przy całej armii- „może przynajmniej tym pozerstwem przypomnimy tym gnidom z kim mają tak naprawdę do czynienia”- Krótko przeszło przez myśl Valentisowi, Wergiliusz wyglądał na spiętego może ciut podekscytowanego, tłumacz wbił wzrok jakby patrzenie na przybliżającą się gromadę ludzi powodowało przypływ nowych nordyckich słów i zwrotów, ale może po prostu przyglądał się jako jedyny inteligentny z obecnych czy to naprawdę są ci oczekiwani goście, gdyż to on pierwszy spostrzegł
- Panie! To nie są Ludzie Północy, to zwykli wiejscy prostaczkowie przed czymś uciekają Wergiliusz już chciał skarcić go za zuchwalstwo i głupotę, lecz bardzo szybko sam spostrzegł i w myślach przyznał tłumaczowi rację, po czym rzekł
- Mam nadzieję że nie uciekają przed naszymi gośćmi- uśmiechnął się głupio- Może nasz gaduła coś źle przetłumaczył Mergerda i po prostu mamy wojnę
Valentis przywrócił szybko mu powagę, groźnym wzrokiem, i odpowiedział
- Miejmy nadzieję że to zwyczajnie jakiś pochód wieśniaków. Po za tym za wcześnie, mieli przybyć późnym wieczorem.- Chciał uwierzyć że to jakiś pochód, to na pewno była ucieczka i to pewne, że przed dzikusami z północy.
Przecież tam na miejscu miał przekupić Presta, jednego z niezdecydowanych członków rady, jak postępować z nordami. Tam miała odbyć się wieczerza powitalna, gdzie miał symulować uległość, by ośmielić do nietaktownych żądań stronę przeciwną.
Gdy wieśniacy wreszcie stanęli naprzeciw halabard, przepytano ich dokładnie, okazało się, że uciekają przed grupą wielkich, uzbrojonych dzikich ludzi, którzy wylądowali w trzy łodzie w okolicach Bellionidi(Benderhauze) i kierują się na południe w stronę czarnego miasta. Zrelacjonowali także że widziano wśród nich Wielkiego Rajce Rathgradu Elliena Presto, zapytani o liczbę i szkody jakie wyrządzili, odpowiedział najodważniejszy z przestraszonego motłochu, uniżonym głosem,
- Panie, z centuria, trochę nie pełna. Nie wiemy czy ktoś z ich winy ucierpiał, ale nawet bramy Bellionidi zostały zamknięte gdy ujrzeli ich.
Wergiliusz pokiwał głową i rzekł do brata
- Rada Bellionidi została poinformowana o naszych gościach, czemu zamknęli bramy?
- A gdybyś ty ujrzał setkę zaciężnych dzikusów co byś uczynił?- odpowiedział retorycznie Valentis, chichocząc pod nosem. Sytuacja nie wyglądała tak źle, nordowie z pewnością chcieli ich zaskoczyć, ale swoim przybyciem i liczbą wystraszyli mieszczan, teraz wystarczy spotkać ich na szlaku, no o ile nie są takimi idiotami że idą traktem nadmorskim, ale nie na pewno, zmierzają prosto na nich przecież jest z nimi Presto. Młody Valten uspokoił się przynajmniej na moment, dopiero później zaczęły do niego docierać wątpliwości i obawy. Setka to duża obstawa nawet jak na wielkiego władcę, potrzebował więcej zbrojnych, bezpieczeństwo przedewszystkim, skinął na brata lekko by się przybliżył
- Jak tylko przekroczymy bramy Rathgradu zwołasz dodatkową obstawę.
-Dobrze, ale to będą prawie cali nasi zbrojni, może lepiej powołać prostaczków?
- Nie.- zdecydowanie zabronił Wielki Rajca- To dopiero na wojnę, muszą być zawodowi żołnierze, tylko hetery wiedzą co możemy się po nich spodziewać, prostaczkowie są za słabi na obstawę.
Wergiulusz wyglądał na niezbyt zachwyconego tym pomysłem
- Rozumiem że mam od razu dołączyć do ciebie z nowymi. Valentis, czy to nie będzie się zbyt rzucać w oczy?- zadał pytanie oczywiste, na co Valentis nadal śmiertelnie poważny rzekł
- Tak dołącz niezwłocznie, ale pamiętaj w wielkiej komnacie tylko ty jesteś moją jedyną obroną.
Byli już daleko za uciekającymi wieśniakami, którzy mimo zapewnień nie wierzyli w nawet tymczasowy brak złych zamiarów z strony przybyszów z północy, co nawet wychodziło im puls gdyż nie korkowali coraz to węższego traktu.
Spokój podróży nie trwał długo, po około godzinie a było to zaraz po górowaniu słońca, do ich uszu doszło ciche basowe mruczenie, jakby z gór odzywały się grobowymi głosami zjawy poległych tu podróżników, ale to nie były duchy, pomruk powoli przeistaczał się w smutną przewlekłą pieśń nadal słyszaną z oddali co nadawało specyficznego mrocznego efektu, przyprawiającego o gęsią skórkę.
Valentis rzucił krótko do dowódcy halabardzistów- Zróbcie hałas trzeba ich jakoś przywitać.
I stała się jego wola, padł rozkaz, Efeziańscy żołnierze ponownie przeszli do kroku bojowego, niosąc równy bitewny rytm w odpowiedzi grobowej pieśni.
Wreszcie ich ujrzeli, gdy powoli niczym wąż wyłonili się i zaczęli oplatać południowe zbocze Wielkiej Mir. Początkowo oświetleni przez wysoko usytuowane słońce, lekko pobłyskiwali zbrojami i jasnymi blond czuprynami, co było specyficznym zjawiskiem dla śniadych i ciemnowłosych Efezjan. Pobrzmiewały z ich strony jakieś dziwne okrzyki, prawie zwierzęce- ochrypłe, niby nie ludzkie, a jednak. Zadziwiało też to że prawie nie było widać pomiędzy nimi koni a te które były zdawały się zaprzeczać naturze swoimi rozmiarami i krępością. Przybliżając zaczęto dostrzegać szczegóły, w postaci szczątkowych napierśników zbrój na torsach, kolczug i resztek futer wśród chyba możniejszych i prostych lnianych tkanin u biedniejszych, ale co łączyło wszystkich to bród, długi zarost, jasne włosy i totalne zmęczenie ciepłem.
Gdy dzieliło ich niecałe trzydzieści metrów, obie kolumny zatrzymały się, a w powietrzu pozostały tylko pojedyncze szmery i dominowały odgłosy natury. Valentis przyglądał się uważnie chorągwią, na jednej widniał czerwony gad z skrzydłami na białym tle- to pewnie ten smok z herbu władcy o którym mówił tyle Mergerd. Na innej widniał wielki szary psi łeb z rozwartym pyskiem i obnażonymi zębiskami wśród zielonego otoczenia dalej dwie o wiele prostsze i bardziej schematyczne czerwone chorągwie. Pierwsza z białym niedźwiedziem, druga z prawdopodobnie wroną, bądź krukiem. Wielki Rajca prócz herbów nieprzyjaciela powiewających na lekkim wietrze, zainteresował się potencjalnym hersztem tej watahy, ale żaden mu na takiego nie wyglądał, nawet zawężając poszukiwania do postaci na koniach, które wyglądały może trochę bardziej dostojnie niż piechurzy.
- Jest ich mniej niż centuria, około osiemdziesięciu- cicho zwrócił uwagę Wergiulusz, co Valentis przyjął bez szczególnych emocji, odpowiadając zupełnie nie na temat, nawet nie spoglądając na młodszego brata- Trzeba wreszcie dzikusów przywitać, niech przeklęta będzie kurtuazja- rzekł z goryczą dając znak ręką oficerowi by dał im przejechać, co ten niezwłocznie uczynił rzucając komendę, na którą las ostrzy i haków rozstąpił się, pozwalając ruszyć Wielkiemu Rajcy i jego bratu. Na ich gest z strony przeciwnej niemrawo wystąpiło trzech jeźdźców. Pierwszy najpotężniejszej postury popędził konia jakby do ataku, zatrzymując zwierze gwałtownie bokiem przed Rathgradzkimi dygnitarzami. Porywczy jeździec był najpotężniejszym z ludzi jakich widział Valentis, i na szerokość i na wysokość. Odziany w niekompletną bogato zdobioną emaliowaną zbroję prężył olbrzymie muskuły trzymając równie olbrzymiego jak on szarego ogiera w ryzach. Valentisowi w oczy rzuciła się złota korona przytwierdzona do łańcucha który służył nordowi za swego rodzaju pas. Przybysz rzucił krótko parę wyrazów w niesamowicie twardym i gardłowym języku, zadającym gwałt efeziańskim uszom, niestety słowa te nie były skierowane w stronę tubylców tylko do pozostałej dwójki powoli doganiającej olbrzyma, odpowiedź brzmiała jakoby upomnienie, lub uspokojenie z strony siwego brodacza o pociągłej twarzy, odzianego również w zbroję tylko w tym przypadku kompletną i pozbawioną ozdób.
Valentis szybko uznał że to pewnie ów olbrzym jest tym wielkim Regnarem, na połyskującej koronie rozpoznał znaki alfabetu z starego kontynentu, wieszczące iż jej właścicielem jest król Henryk Rotomir władający Istratem, choć raczej od odwiedzin tego mocarza jakieś pięć wiosen temu, w dość brutalny sposób przestał nim być. Jasnowłosy goryl nie bardzo przypominał z opisu Mergerda ,jego ojca, ale jaki ma sens noszenie takiego trofeum przez kogoś innego?
Więc gdy dołączyli jego współtowarzysze, Valentis spokojnie i pewnie począł przemawiać w akompaniamencie tłumacza do osoby którą uważał za władcę Nordów.
- Witaj Panie! Na naszej pięknej Efezjańskiej ziemi. Przed tobą kłaniam się nisko ja Wielki Rajca Wspaniałego Rathgradu Valentis z rodu Valten syn Ektargiona, bohatera, wybitnego polityka, oraz mój młodszy o pięć wiosen brat Wergiliusz, no i oczywiście moja gwardia przyboczna…- Dalszy monolog urwała trzecia postać, mężczyzny około czterdziestki o kędzierzawych kasztanowych włosach, odzianego w granatowy len. Wypowiedź była pełna oburzenia, skierowana do siwego starca. Poliglota szybko wytłumaczył że Valentis pomylił osobistości, zwracając się do niejakiego lorda Jorga Bearhoffa z herbu białego niedźwiedzia, który w tym momencie gromko się śmiał uradowany uznaniem go za monarchę, ucichł dopiero gdy przemówił spokojnym i dźwięcznym głosem starzec
– To ja, jestem Regnar.- uśmiechnął się szczerze i ciepło- Pomyłki się zdarzają nie mam, ci tego za złe Valentisie, choć pytam cię, jak mogłeś uznać takiego tłuka jak Jorg za pana nordów, obecny tu Heiml Hart o wiele lepiej pasuje.
Mimo pomyłki Wielki Regnar nie wydawał się być urażony, bo z jakież to racji miano go rozpoznawać gdziekolwiek gdzie się pojawi. Wyglądał na człowieka rozważnego i statecznego, dość małomównego, będącego skrajnym przeciwieństwem swojego wielkiego podchorążego, ale widać w nim było głęboko schowany chłód, jakby lodowe wnętrze ujawniające się od czasu do czasu w mowie czy geście.
Bearhoff nie tracąc humoru zwrócił się do Wergiliusza speszonego całą sytuacja jeszcze bardziej niż chcący powiedzieć coś starszy brat.
- A du wilgenere wilgerster sah mern?
Tłumacz pobladł, trójka nordów zaśmiała się, a bracia wymienili się niepewnymi spojrzeniami. Młodzieniec przełożył na efeziański docinkę Jorga znaczącą dokładnie –„ a ty dziewko wstydzisz się mnie?”. Wergiliusz znany w rathgradzkiej socjecie z porywczości i tym razem nie zmienił zachowania, wyciągnął gładkim, szybkim ruchem krótki miecz, a już w następnej sekundzie w powietrze wzbił się ryk konającego konia który w sam środek łba został trafiony lekkim toporem, rzuconym przez Jorga z taką siłą iż całe ostrze w rżnęło się w czaszkę zwierzęcia. Regnar spokojnym głosem zrugał Bearhoffa, Wergiulusz przygnieciony zdychającą klaczą krzyczał z bólu. Halabardziści drgnęli, czekając tylko na rozkaz do ataku, wystawili ostrza na przed siebie. Valentis pełen oburzenia wykrzyczał
- To hańba! To mój rodzony brat! Jakim prawem podnosi się na niego oręż?!
Odpowiedział mu Heiml
- Takim jakim on podniósł miecz na Jorga, widzę że tu nie znacie się na żartach, choć przyznaję tego psa którego dosiadał trochę szkoda.
Lord Jorg zeskoczył z swego olbrzymiego ogiera i pomógł Wergiliuszowi, zepchnąć z siebie już martwego konia, ten wyglądający przy nim jak dziecko wciąż oszołomiony rozwojem wypadków, szarpał się myśląc może że nord chce mu zrobić dalszą krzywdę, najważniejsze że skończyło się tylko na potłuczeniach. Regnar międzyczasie odrzekł również Valentisowi dalej oskarżającemu jego podchorążego o agresję.
- Gdyby Bearhoff chciał to by trafił w twego zniewieściałego brata, na nas nie podnosi się broni bezpodstawnie, oko za oko, prawda? On machał mieczykiem, Jorg rzucił toporem, Wielki Rajco Valentisie, chyba sam uznasz że spoglądając na incydent, pod tym względem nie doszło do zhańbienia nikogo? Żarty to żarty, nie bierze się ich do siebie, niech to pierwsze zderzenie naszych odrębnych kultur nie będzie przyczyną sporu, to zbyt błahy powód by zniweczył narady, które mogą przynieść tak lukratywne skutki dla obu naszych narodów.
Starszy z Valtenów spojrzał na brata stojącego już spokojnie przed wielkim Jorgiem Bearhoffem, dyszącego wściekle. Teraz ta sytuacja wydała się mu bez sensu, z trudem sam w myślach przyznał rację Regnarowi
- Niech będzie Panie, będziemy musieli się jeszcze wiele nauczyć o swych obyczajach.- rzekł, próbując zmienić wyraz twarzy na bardziej przyjazny.
- Przede wszystkim wyrozumiałości. Więc prowadź Valentisie Valtenie z Rathgradu! Chcę już ujrzeć to miasto o którym tyle już się nasłuchałem od moich jeńców- odpowiedział nordycki władca podjeżdżając bliżej młodego rajcy, który na to rzekł
- To ruszajmy, daleka droga przed nami. – Co uczynili bezzwłocznie, ruszając w stronę miasta, po wdrapaniu się na podstawionego przez ludzi z północy wielkiego wierzchowca, Wergiliusza.
Dotarli do bram miasta niewiele przed zachodem słońca, które w zimę zachodziło tu o wiele wcześniej. Podróż minęła bez dalszych incydentów. Valentis podróżując u boku Regnara nawet go w swoim sensie polubił. Oczywiście do ogółu ludzi z północy nie zmienił zdania, i do sprawy wojny, lecz akurat władca wydał mu się bardzo wartościową osobą. Podczas długich rozmów dowiedział się wielu ciekawych rzeczy na temat tajemniczego Imperium Północy na którego temat tak naprawdę nic nie wiedział, oraz o powodzie wcześniejszego przybycia, chodziło tylko o błąd językowy, a dokładnie o zwrot „o mirgen zag” czyli na poranny czas, co zostało błędnie przetłumaczone jako „o miogen zag” na wieczorny czas. Znalazł się też Ellien Presto, który z swoimi dwoma jeźdźcami obstawy przemieszczał się na samym tyle kolumny, trochę to dziwiło patrząc, iż Ellien też był Wielkim Rajcom.
Przekroczenie murów miasta odbyło się spokojnie nikt przecież nie był tak naprawdę gotowy na przyjęcie gości z północy. Podróż przez piękną główną aleję, prowadzącą aż do starego fortu, otoczoną monumentalną kolumnadą, luksusowymi willami po obu stronach, oszołomiła i zapędziła w tępy podziw barbarzyńców.
Czarno białe kolory miasta przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca zdawały się być idealnie stworzone do tej pory dnia, polerowane marmury i wapienie przybrały kolor jasnego różu tonącego w czarnej otchłani bazaltu. Regnar zapytał się całkowicie szczerze i bezpośrednio dumnego z reakcji nordów Valentisa
- Jest tu dużo czarnego bazaltu, przy waszym słońcu miasto musi się okropnie nagrzewać. Jak sobie z tym radzicie?
- Okiełznaliśmy rzekę, każdy szerszy mór jest wyciosany z czarnego kamienia i w każdym jest poprowadzona ołowiana rura, czasem o małej średnicy czasem o wielkiej, na przykład w murach jest poprowadzony główny nurt, rozchodzący się po pomniejszych zabudowaniach, w końcowym obiegu kończąc w prywatnych bądź miejskich łaźniach czy szaletach jako ściek wylewany do morza za portem.
Mastahe nadal oglądając z podziwem otaczające go miasto, odrzekł tylko- Tu trzeba wam przyznać iż nas wyprzedziliście Valentisie Valten.- ton jakim to powiedział nie był już przepełniony zachwytem, stracił swą przyjazną barwę, przejawił się wewnętrzny lód przepełniający tego człowieka.
Na agorze przed Starym Fortem, wieńczącym tak półwysep Rathgradu jak i sam Rathgrad, stali już wszyscy pozostali Wielcy Rajcy Świętego Miasta Rathgrad, już z daleka wybijała się tłusta sylwetka Solisa Deremisa rozpościerającego ręce, bezczelnie stojącego przed szeregiem a nawet przed seniorem rady. Valentis postanowił go upokorzyć i zignorować ten gest pozdrawiając według starego zwyczaju najstarszego i przewodniczącego radzie.
- Światły Seniorze przyprowadzam ci, i reszcie Wielkiej Rady na pertraktacje Regnara drugiego tego imienia Mastahe Władcę całej północy i mórz tych rejonów, prowadzącego najpotężniejszą flotę okrętów i armię wojowników jaką udało się zebrać w dziejach tego świata! Regnara zwanego Łupieżcą…- Tu przełknął ślinę, szybko przemyślał - I Detronizatorem!
Po ostatnim tytule starzec jak i reszta rady lekko drgnęli, zmieszali się sami w sobie, ale odpowiedzieli jednogłośnie i godnie
- Witaj w świętym Rathgradzie, niech hetery obdarzą cię pomyślnością podczas pobytu w naszych murach.
Na to tradycyjne efezjańaskie powitanie Regnar krzyknął do ludzi północy- A wi zer o deg!?
W odpowiedzi otrzymując ryk siedemdziesięciu męskich gardeł, stukot mieczy i toporów uderzanych o tarcze bądź jeśli któryś miał to pancerze. Mastahe zeskoczył z konia obnażył z pochwy swój miecz półtoraręczny, dla rathgradczyków monstrualny, spokojnie dodając.
- I ja was pozdrawiam, Panowie na Rathgradzie.- Po czym schował ostrze i ruszył ku seniorowi, lecz zamiast klęknąć na kolano by ucałować pierścień ten, stanął przed nim jak równy z równym, mimo iż przewodniczący rady z wieku był mu ojcem.
.- Prowadź na ucztę, z polityką czekać nie przystoi a z poczęstunkiem tym bardziej, a mym pozostałym ludziom zapewnij strawę i tymczasowe lokum- rzekł Regnar przywołując sobie najbliższych gestem ręki, na co starzec po czasie potrzebnym na pracę tłumacza odrzekł
- To niech tak będzie. Rajcy prowadźmy gości na ucztę, Solisie! Byłbyś tak wspaniałomyślny i kazał wskazać miejsce pobytu świcie naszego gościa?
Deremis ukłonił się lekko na znak, zgody i oddalił się do swych pachołków by wydać należyte rozkazy. Reszta ruszyła w stronę Starego Fortu wielkiej czarno-białej twierdzy jak całe miasto, górującej nad horyzontem, wzniesionej na samym szczycie bazaltowej góry.
Za Reganrem poszło trzech towarzyszy; wielki Jorg Bearhoff, niepokojąco spokojny i wyglądający na nieobliczalnego Heiml Hart spod chorągwi wściekłego psa, oraz idący jako ostatni z nordów może pozostawiony w niełasce niejaki Rollo Blitz będący znaku czarnego kruka, odziany najdostojniej, w czarne futro narzucone na goły tułów i świetnie skrojone lniane spodnie, lecz prawdziwe wrażenie robił miecz na jego plecach, olbrzymi dwuręczny, starannie wyczyszczony o złotej gałce wieńczonej sporym bursztynem.
Valentis już wcześniej zwrócił uwagę na tego człowieka, domniemywał że jest jakimś ważnym wojownikiem, ale na kogoś w postaci dziedzicznego pana o znaczącym nazwisku mu nie wyglądał. Dopiero po usłyszeniu nazwiska skojarzył że to opisywany przez Mergerda drugi człowiek na północy, zwany lewym ramieniem detronizatora (prawym był Jorg, a wściekłym psem oczywiście Hart), obecność całej nordyckiej władzy i to jeszcze pokroju wielkich, krwawych wojowników, mogła być kłopotliwa.
Wielka komnata, centrum obrad i obrony jak i fortu tak i całego miasta, nie była tak imponująca jak można by się spodziewać, lecz coś w niej było takiego co nadawało jej pewną magię miejsca, kolumny kanciaste, sklepienie płaskie, prosty świetlik nad samym centrum. Gdy stał tam Mergerd właściwie to tylko ta wyrwa w dachu oświetlała go, pozostawiając rajców w półmroku, w strefie sacrum. Oczywiście teraz wisiał olbrzymi zapalony żyrandol wypełniony płonącą oliwą, oraz wesoło tańczyły języki ognia z pochodni, przystawionych do filarów. Gościom pokazano honorowe miejsca w środku długości pięćdziesięcio metrowego stołu, naprzeciw wielkiej czwórki najbardziej wpływowych rajców i ich towarzystwa. Nordów usadzono zaraz przy sobie, a pomiędzy resztą mężczyzn pozostawiono puste miejsca, zastawione nawet godniej niż te zajęte.
Valentis z bratem zajęli miejsca, naprzeciwko nich siedział kruczy lord spoglądając na niego ponurym pełnym nienawiści wzrokiem, a po swej prawicy raczył towarzystwem, jeszcze Seniora Rady. Gdy wszyscy usadowili się wygodnie, młodzi chłopcy poczęli wnosić jadło. Długi stół zapełnił się pełną gamą mięs, ryb, owoców morza, oraz słodkich owoców, kielichy napełniły się zacnym czerwonym winem. Już na tym etapie pojawiły się, katastroficzne braki manier nordyckich przybyszy, Bearhoff początkowo sprawdzał czy postawiony przed nim talerz naprawdę ma coś na sobie złota, lecz gdy uznał że jest tylko pomalowany tego koloru farbą cisnął zastawą za siebie rozbijając o pobliską kolumnę. Widząc to siedzący po jego prawej Heiml roztrzaskał swój okutą w żelazo pięścią. Rathgradczycy spoglądali na nich w przerażeniu, oni na to tylko się śmiali, nawet spokojny Regnar i ponury Blitz.
- Co za prymitywy!- zwrócił uwagę do brata Wergiliusz, po incydencie z koniem mniej chętny do północnych łachmytów.
- Powiadaj lepiej, co z dodatkową obstawą.- zignorował uwagę Valentis.
- Wysłałem kapitana, cała reszta ludzi północy zajmuje plac korzenny, posiłki właśnie obstawiają drogi wyjścia z niego, nie mają szans przedrzeć na nasze obrady.
- Nie zapominaj, że ta żmija Deremis też ma zbrojnych, i kaperów.
Wergiulusz z ciszył głos, jeszcze bardziej
- Nie zapominaj, że nasz największy przyjaciel, ma jeszcze więcej ludzi w mieście.- wyszeptał spoglądając na Wielkiego Seniora, który to widząc uśmiechnął się przyjaźnie i podniósł kielich, na co braci odpowiedzieli tym samym. Valentis wstał i odszedł od stołu, zwracając się do Wergiliusza.
- Nawiązując do sojuszników, czas znaleźć tego padalca Elliena.
Solis Deremis może miał najwięcej statków i najwięcej złota w skarbcu, jednak przeważającą ilość, ziem, a to przekłada się na realną siłę zbrojną posiadał Wielki Senior Rady, dzierżył on pod swoimi powykrzywianymi palcami ponad połowę gruntów uprawnych i portów rybackich Efezji, niestety miał bardzo szczątkowy udział w flocie handlowej co czyniło go drugim najważniejszym rajcom. Trzecim był oczywiście Valentis, pan najbardziej zdyscyplinowanych legionów i najnowocześniejszej części okrętów handlowych stanowiących jedną czwartą wszystkich, posiadający również duże połacie pól, no i czwartą osobistością był oczywiście znany z przekupności Ellien Presto, wypełniający swoimi dobrami prawie resztę wpływów na Efezji, a uściślając to ćwierć gruntów i ćwierć floty naznaczona była jego Rodem. Reszta Wielkiej Rady stanowiły co bogatsze owce, beczące jak im się każe.
Ellien Presto, odziany jak wypadało jago stanowi w purpurę, obwieszony złotem i platyną łysiejący rozpustnik w średnim wieku, krzątał się po komnacie, niby bez celu, lecz gdy ujrzał tylko Valentisa od razu ruszył żwawo w jego kierunku.
- Valentisie Valtenie! Tyle czasu mnie omijałeś, ty niegodziwcze,- zaśmiał się gromko Presto- A przywitać się, nie przybyłeś!
Valentis wymusił uśmiech, miał nadzieję szczery i odrzekł.
- To witaj Ellienie Presto, jak Cię przywitali przybysze z północy?- uściskali się, wymienili delikatnymi pocałunkami w policzek.
-Fatalnie, muszę przyznać, wylądowali nieopodal mojej willi, skierowali się do Bellionidii, nie spostrzegając mojej pysznej rezydencji na wzgórzu. Komedią niczym w amfiteatrze była chwila gdy nie chcieli ich wpuścić do miasta. Dzwony poczęły dzwonić jakby było ich z trzy legiony! Ha, ha, ha! Wieśniacy z pobliskiej wsi uciekli, widząc tych nieokrzesanych barbarzyńców. Gdy do nich wyjechałem z moimi zaufanymi ludźmi, przywitali mnie godnie, mam przynajmniej taką nadzieję, bo nic nie rozumiałem! Ha, ha, ha! Dopiero znalazł się jeden z tej gromady, nie ma go tutaj, co potrafił z trzy słowa po istracku, niestety nie rozumiał bardziej wytwornych słów, kazali pokazać sobie drogę do Rathgradu, więc wskazałem, i mnie zostawili z tyłu i wlokłem się sam samotny z dwoma jeźdźcami-żołnierzami, ludźmi nie spostrzegający tak, piękna życia jak ja, czy ty. Przypominających tych cuchnących nordów, a w odniesieniu do nich, to wydają się niebezpieczni, czy wojna z nimi będzie opłacalna?- Zachichotał zniewieściale, Valentis wyciągnął złotą monetę z sakwy i mu podał.
- Skarbiec Deremisa, jest pełen, a flota spora, jako zdrajcy nie zostanie mu wiele z jego dóbr.
- A jeśli nam wszystkim mało co zostanie, po wojnie? – spoważniał już Presto
- Wierzysz w to?- zapytał Valten- Ci barbarzyńcy nie widzieli w życiu takich murów, czy halabard, jeśli potrafią liczyć to szybko obliczą że im się to nie opłaca.
-Zapominasz o innych miastach, Bellionidii przynosi mi duże zyski, przestanie jeśli jego mieszkańcy stracą głowy z powodu naszej sprawy.
-A kopa złota zrekompensuje ci ich stratę?
- I o dwie dromony Deremisa więcej niż tobie, nie możesz nam tu za bardzo urosnąć w siłę, mój drogi.
- Niech będzie- zgodził się młodszy- Ale, pamiętaj nie wariuj za bardzo, nasi pierworodni są w ich rękach.
- Spokojnie Mergerd nie wsiadł jeszcze na żaden okręt, jest w naszej mocy.- Uspokoił go Ellien nie tracąc szyderczego uśmieszku.
Po rozmowie oboje zajeli swoje miejsca Valentis obok seniora, Presto obok Solisa od razu wplątując się w żywą rozmowę. Nikt dotąd nie ruszył ani jednego kęsa, pachnącego jadła czekano na żony zgromadzonych aż zaszczycą swym boskim pięknem obecnych tu mężów, a czwórka zgłodniałych nordów, przestała dziwić się eleganckiej zastawie i nie mówiąc wiele zaczęli głośno dobierać się do pieczonego jagnięcia z jabłkami, postawionego centralnie przed Regnarem. Pieczone zwierze jeszcze nie dawno w całości, rozpadło się pod wpływem umięśnionych rąk północnych dzikusów.
Senior jak dotąd pobłażliwy w stosunku do zachowania gości, teraz głośno zwrócił im uwagę
- Czy wielcy panowie mogli, by poczekać na przybycie naszych ukochanych małżonek?
Regnar zatrzymał się w pół kęsa, oddalił lekko mięsiwo od ust, po czym upuścił kawał z łoskotem na talerz.
– Zaprawdę jesteście dziwną kulturą, jeśli wasze kobiety nie potrafią wejść równo z wami.- rzekł unosząc wysoko brodę, wbijając wzrok swoich smutnych błękitnych oczu w czepiającego się starca. Valentis uznał z dobroci serca wybawić seniora z impasu.
- Uznajemy piękne kobiety za ziemskie córki naszych bogiń, trzech Heter, dlatego otaczamy je szczególną czcią, panie…
Moją boginią jest tylko ta co się dobrze wije pod mną!- rzucił niepoprawnie Jorg,- ale i wtedy zaczyna równo ze mną spożywanie posiłku i nie tylko ha, ha, ha!
Słowa Bearhoffa po przetłumaczeniu wywołały ogólne oburzenie na sali.
-Nur nei aus zustarmen Jorg! Wilgenes Naturlaineghert spraihnien o dah blitzgerbegen-Bear- Na salę wkroczył Mergerd, typowo dla niego bawiąc się sztyletem w dłoniach, na jego słowa Bearhoff zaśmiał się znów gromko.
Valentis przyciągnął za szmaty tłumacza.
- Czemu do licha nie tłumaczysz!? Chcesz dostać razy biczem? Co rzekł Mergerd?- zrugał biedaka Valten.
- Wybacz panie, Książe Mergerd uraził w żartobliwy sposób lorda Jorga iż w łożu zaspokaja się szybciej niż niewiasta, a kobiety zawsze zwały go szybkim niedźwiedziem.
- Niedźwiedziem?- dopytał się Rajca- chyba słabo potrafisz ten dialekt
- To gra słów panie, nazwisko Bearhoff to inaczej podobny niedźwiedziowi w wolnym tłumaczeniu.
Valentis odesłał, go ruchem ręki, a w tym czasie młody Masthe zdążył przywitać się z większością towarzystwa, poklepując również po przyjacielsku obu Valtenów, na końcu siadając obok Blitza, tnącego wzrokiem towarzystwo.
Atmosfera, gęstniała jak co każdą ucztę z początku, zwyczaj czekania nadawał przybywającym kobietom, pozycję uprzywilejowaną, jako lepsze więcej warte niż czekający niczym psy mężczyźni.
Bo cóż może być piękniejszego niż młoda niewiasta, jest ona przecie boskim dziełem, a boginiami są przecież trzy Hetery będące właśnie płci pięknej, co stawiało je niejako na piedestale przed zachłannymi i nieczystymi mężczyznami. Ogółem kobieta jako doskonalsza istota w kulturze Efezjan nie parała się niczym innym prócz trzech rzeczy, dbania o swą urodę, reprodukcji, oraz oddawania czci Heterom. Ewenementem były brzydkie dziewki zazwyczaj znikające tajemniczo w wieku zakwitania, oczywiście nie wszystkie, ale te pozostawione przy życiu do końca swych dni pozostawały odrzucone przez rodzinę i społeczeństwo. Starsze jak na przykład żona seniora, zakrywały skromnie twarze na najróżniejsze sposoby, rezygnując równocześnie z ekstrawaganckich strojów, na rzecz prostych i zakrywających całe ciało sukien, oczywiście pięknie zdobionych.
Wreszcie na Sali pojawiły się żony, pierw te najpiękniejsze, o niesamowicie wysublimowanej urodzie. Wkroczyły dostojnym krokiem, pasma najlżejszych materiałów w jakie się oblekły wydawały się być wręcz przeźroczyste pozwalając podziwiać urodę ich ciał, co poniektóre jak na przykład żona Valentisa Valtena, Nimeria, odsłaniały wręcz prawą pierś, był to bowiem atrybut pięknych matek.
Kolejne kobiety wchodzące do wielkiej komnaty jakby bez, tego splendoru, pozostawione w cieniu, wślizgiwały się na miejsca obok swych mężów. Nimeria zajmując swoje u prawego boku męża specjalnie zatrzymała się krok przed swym małżonkiem, który chwilę wcześniej wstał. Valentis padł na oba kolana ucałował jej stopy z jednej dostając dość mocno w nos, nie by złamać oczywiście, lecz dostatecznie by dotkliwie zabolało, znaczyło to tyle, by podniósł głowę, na której Nimeria zacisnęła dłoń podnosząc go za włosy do pionu, ten wstał pokornie nie patrząc się jej w oczy odsunął krzesło by siadła, co uczyniwszy, zasunął.
Taki rytuał powitania na uczcie dotyczył wszystkich pięknych kobiet, takich jak ona, długowłosych, smukłych lecz nadal mocno o kobiecych w kształcie, biuście nie małym i nie sporym, twarzy delikatnej ukoronowanej dużymi oczyma i zmysłowymi ustami. Valentis nim sam sobie nałożył obsłużył żonę, która bez słowa lekkimi skinięciami palca wskazywała mu potrawy, które miała ochotę spożyć, omijając przy tym z oczywistych powodów porozrywane jagnię.
Nordowie przypatrywali się temu wszystkiemu podśmiewając się lekko, wytykając i gapiąc nieustannie na odsłonięte piersi młodych matek, szczególnie Rollo wbił wzrok na odłonięty atut żony rajcy Valtena. Nimieria spostrzegłszy to odezwała się doń.
- Panie!- Tu tłumacz pokornie zaczął tłumaczyć słowa córki bogini.- Nie widziałeś jeszcze nigdy kobiecej piersi?
Blitz wykrzywił szkaradnie usta w coś co prawdopodobnie uważał za uśmieszek i odrzekł.
- Widziałem, u swej żony, u wielu dziewek które rżnąłem wbrew ich woli na wojnach, czasem je odcinałem, dla zabawy gdy ich właścicielka przestawała mi ją dawać, z kurw nie korzystam to nie oglądam, jestem wiernym mężem.- Mówił to cicho że nikt z pobocznych nie słyszał, tłumacz też starał się o jak najwyższą dyskrecje w przekładzie, bojąc się, by nie dostać za te bluźnierstwa batów, lub innej równie dotkliwej kary. Nimeria za to zamarła, jej mąż próbował jakoś interweniować, lecz go powstrzymała gestem reki.
- A kim ty?! Jesteś… panie, by tak postępować z kobietami?- zadała pytanie, drżącym z żalu, strachu, bądź obu uczuć jakie w niej wzbudził swą wypowiedzią ten mężczyzna, on przestał się już uśmiechać, odpowiedział chłodnym basowym głosem
- A kim one były? Córkami i żonami mężów, którzy nie potrafili ich przed nami obronić, którzy uważali nas za nic, czyli były jeszcze gorsze niż niczym. Zadowala Cię pani, bogini czy jak cię mam tam tytułować?
- Kobietami? Takimi jak wszystkie inne?
- Nie.
Tą odpowiedzą Rollo, zakończył rozmowę, wypił jednym długim haustem całe wino z kielicha wznosząc go by został ponownie napełniony.
Uczta trwała dalej, i dalej, jedzono pito czasem nawet niektóre kobiety pozwoliły by je porwano do tańca, dziwnego, dla nordów, przypominającego bardziej swego rodzaju kokieterie, niewiasty oczywiście. Z tańcem związana była mała sprzeczka między trochę już podpitym Haimlem Hartem a jednym z starszych synów, oczywiście nie pierworodnym, rajcy Balbiniego, pierwszy chciał poprosić młodą żonę drugiego o taniec ten niezadowolony uległ nordowi, choć bardziej swojemu ojcu, który to kierował się pozycją Haimla. Oczywiście północny lord nie potrafił tańczyć tak by ograniczyć dotyk do minimum, wziął ją wręcz za prawy pośladek, poprawiając szybko na pas i wziął w obroty. Popisując się przy tym niezmiernie, niestety nie zbyt długo. Mąż świeżo upieczonej żony, oburzony śmiałością obcokrajowca rzucił się na niego, co było złym pomysłem, skończył znokautowany na posadce, nie zadając żadnego ciosu. Sprawa rozeszła się po kościach, Heiml przeprosił w szczególności dziewczynę, młodziaka wyniesiono, a ojciec udawał że się nic nie stało. Prócz tego małego incydentu, nie doszło do większych nieporozumień, do czasu pytania zadanego przez Regnara Mastahe.
- Jestem ciekaw waszego zachwytu kobietami. Czemu tak jest?
Senior człowiek pobożny, starej daty, starych zwyczajów, odrzekł spokojnie, nie nerwowo.
- Wielki Regnarze, bardzo mnie cieszy to zainteresowanie naszą kulturą. Ogółem ów zachwyt nie jest spowodowany, samą osobą kobiet, bardziej ważniejsze jest ich piękno. Zapytam cię, czy widziałeś kiedyś coś piękniejszego na świecie, niż pozbawiona odzienia młoda, i pociągająca zmysły niewiasta?
Pytanie chyba nie sprawiło problemu nordyckiemu władcy, choć odpowiedź i tak była oczywista, i innej by nie urazić seniora nie mógł rzucić, więc brzmiała ona- Nie.
Starzec, za tym kontynuował lekcję
- No właśnie a my Efezjanie czcimy właśnie piękno, jest ono dla nas boską cząstką Regnarze. Bo to właśnie trzy najpiękniejsze Hetery, Kaja, Merra i Telia, chcąc dać światu cud, jakiego jeszcze nie zaznał stworzyły na swój obraz i podobieństwo nimfę Terrę, z kwiatów, krystalicznych wód górskich potoków, pięknych kamieni, wina, oraz owczego mleka, nadały jej życie, pocałunkami. Niestety według ich miary czasu okazało się że ich dziecię się starzeje, traci swe piękno wręcz jest śmiertelne, gdy je rozszarpały dzikie zwierzęta. Nie ustępowały jednak w swoich zamiarach, dlatego postanowiły dać swej nowej nimfie Gajli dwie rzeczy, płodność i istotę do obrony, o wiele mniej delikatną, brzydszą, nieokrzesaną, całkowicie mniej idealną. Jednym słowem mężczyznę, by bronił, zapewniał jej warunki do przetrwania, oraz przedłużał ich ród.
Senior rady skończył, mówić dysząc ciężko, świszczącym oddechem, gdy znikąd odezwał się w stronę Regnara, Blitz- Hegle was gergarden?
Ten jakby przyzwolił na coś, po czym Rollo zadał drugie pytanie tym razem kierując je do seniora
- Panie, mówisz tylko chyba o pięknych kobietach, a o tych brzydkich, na które nawet niedorozwinięci i kalecy nie chcą spojrzeć?
Wielka komnata zapadła powoli w ciszy, powtarzane pytanie przechodziło w szept, na końcu uciszając nawet przygrywających muzyków. Został trafiony temat tabu Efezjan.
Starzec sposępniał,- To co robimy to już nasza sprawa…
- Mówiąc pokrótce-Przerwał z szczerym uśmiechem Presto-, nie mają za lekkiego życia, o ile w ogóle, je mają i ty kruczy kolego wyglądasz mi na takiego co najlepiej powinien załapać moją aluzje.
Huk rozniósł się po komnacie, Bearhoff uderzył pięścią w stół, tak mocno iż wino znajdujące się w większości kielichów chlapnęło o blat, te blisko miejsca uderzenia, przewróciły się, wylewając całkowicie zawartość. Valentis mimo zmarnowanego trunku i zbrukanych szat, nie tracił humoru, bowiem Ellien rozpoczął swój skoczny taniec po kruchym lodzie.
Jorg spokojnym tonem rzekł
- A co jeśli, nie zrozumiał?
Presto rozpoczął swą wypowiedź, lecz temu zaś urwał cichy jak do tond, w kontaktach z nordami Solis.
- Panowie, spokojnie! Widzę że różnice kulturowe, są dość wielkie, jaśnie panie- skinął z przesłodzonym uśmiechem grubasa do Regnara- Pozwól, bym zwrócił się do twoich lordów.
Mastahe wpatrując się swym martwym wzrokiem w Deremisa, machnął dłonią na przywolenie.
- Jorgu, a przedewszystkim ty lordzie Blitzu, wybaczcie Ellienowi jego małą arogancję, dla nas jest ona w rozmowie, tolerowana ba więc pożądana, jest jakby zaproszeniem do słownej rywalizacji, po za tym, poruszacie bardzo delikatne tematy, dowiedzieliście się już co chcieliście, błagam was uszanujcie to że niektórzy byli dotknięci nieurodziwymi córkami, i woleli by o tym nie rozprawiać.
- Ellienie- począł starzec- okaż więcej szacunku, naszym gościom.
Ten odrzekł
- Przepraszam panie. Rzekłem tylko prawdę, której życzył sobie lord Blitz.
- Spokój!- krzyknął senior.- koniec tematu.
Valentis wychylił w tym czasie rękę po wino, obserwował spokojnie rozmowę, próbując przybrać neutralny wyraz twarzy. Pociągnął mały łyk, przełknął. To nowe wino wydało mu się ciut lepsze od poprzedniego, o innym posmaku, tamte typowo stołowe, rozwodnione, te nie, wręcz intensywne, o lekkim posmaku malin, wspaniałym bukiecie. Może był już trochę podpity, wtedy coraz to kolejne napoje lepiej smakują. Tak był podpity, ciepło uderzyło, mu w twarz, pewnie się zaczerwienił, jak leśna poziomka. Zauważył to chyba i ten Rollo Blitz, gdyż teraz to w niego wbił swój okropny wzrok, nie tylko on, ten cały Regnar i senior wielkiej rady też spostrzegli, czasem złapał ich na spoglądaniu jednym okiem na niego, a rozmawiali już o zupełnie czym innym; o różnicy w tytułach towarzyszy Regnara, nie byli to lordowie, tylko coś tam… PIERDOŁY!
Duchota zaczęła przeszkadzać mu w oddychaniu. Ten nikczemnik, spasły wieprz Deremis lekko wychylając, się za stołu uniósł kielich na znak toastu w jego stronę, Valentis odwzajemnił gest i pociągnął spory łyk wina. Trzeba było działać bo za niedługo nie będzie w stanie, zaświszczał oddechem. Czyżby się przeziębił? Duchota jakby się pogłębiła, pewnie ma gorączkę stąd te ciepło i dlatego, też szybko się upił.
Więc przygotowawszy się do zabrania zdania, w typowo pijacki sposób, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokoło, uciszając bezgłośnie rozmowy, Wielki Rajca Świętego Miasta Rathgrad, Valentis syn Ektargiona, Valten rzekł
- Wielki Regnarze! Drugi tego imienia Mastahe, zwany Detronizatorem i Łupieżcą, z jaką to ofertą dyplomatyczną przybywasz do nas, do świętego miasta Rathrad, na pięknej wyspie Efezja?
Regnar zniesmaczony, począł mówić, ale w te słowa Valentis nie mógł się już wsłuchiwać, trudności w oddychaniu stały się zbyt uporczywe. Nimeria i Wergiliusz zaczęli spoglądać na niego zaniepokojeni, lecz nadal nie świadomi. Mimo woli mózg Valentisa skupiał myśli na zagrażających dusznościach niż na tym co mówił Pan Nordów, a mówił coś o unii personalnej, siebie widział jako króla Rathgradu i całej Efezjii, o wojnie, o wsparciu… Hańba!
Oddech stawał się coraz trudniejszy mięśnie gardła kurczyły się mimowolnie na tchawicy, napił się, jeszcze więcej wina. Nimeria dotknęła jego ramienia spytała się czy wszystko dobrze, on odtrącił ją. Pętla się zacisnęła, organizm dusił sam siebie, twarz mu poczerwieniała zupełnie, oczy wyszły z orbit, nie potrafił wziąć oddechu nawet najmniejszego, zaczął się szarpać, czuł że umiera, dłonie gwałtownie ruszyły do ataku na zaciśnięte gardło, paznokcie drapały bezmyślnie w furii. Puścił mu zwieracz, fekalia się wylały, spadł z krzesła szamocząc się, coraz spokojniej, aż nagle przestał, ostatnie drgawki pośmiertne, mózg umarł.
Na całej Wielkiej Komnacie wybuchło zamieszanie, kobiety wrzeszczały, Nimeria wykrzykiwała pod niebiosa, łkając i zawodząc, klęcząc nad swym mężem, a w jego gównie stał Wergiliusz otępiały, wpatrywał się w zamordowanego brata. Nordowie i reszta przerwała konwersację, próbowali udawać zszokowanych, pozostali Wielcy Rajcowie i ich towarzystwo-owce beczały z przerażenia i niedowierzania, oto jeden z najpotężniejszych leżał martwy.
W tę, ktoś nie wiadomo kto, krzyknął- Zdrajca!
Szybko do Elliena Presto podbiegło trzech zbrojnych, dwaj go przytrzymali, trzeci poderżnął gardło, stojąc od tyłu nawet nie widział twarzy swej ofiary, krew trysła pulsującym strumieniem. Byli to żołnierze służący pod rozkazami seniora.
Regnar spoglądał tylko na wszystko, bez cienia emocji, jakby na coś czekał, pozostali podobnie, mówili, lub wykrzykiwali jakieś mało znaczące słowa, o zdradzie, Elliena Presto iż to on zabił Valentisa jako wroga.
Wergiliusz, cofnął się o krok, zaczął biec, cała wieczerza okazała się pułapką, nikt go nie gonił, bo, po co, jak, do Komnaty wbiegli nordyccy wojownicy chwytając go w biegu i przyprowadzając przed oblicze, nie swojego władcy tylko seniora rady.
Starzec spokojnie rzekł.
- Czasem trzeba iść na ustępstwa, ulec przeważającej sile, mam nadzieję że pojąłeś tą lekcję, Wielki Rajco Wergiliuszu. Twój brat tego nie rozumiał.

Data:

 09.2012

Podpis:

 Markus Heraldson

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79074

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl