DRUKUJ

 

Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.II

Publikacja:

 15-07-23

Autor:

 FMDudzinski
Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.I: http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78458

----------------------------------------------------------------------------


Powietrze było rześkie po wczorajszej burzy, już nie padało, lecz niebo nadal skrywały ciemne chmury. Rzędami stały połamane pnie drzew, nie przetrwały starcia z wichurą.
Dłoń Wiven zacisnęła się zgarniając przy okazji część leśnej ściółki. Dziewczyna była oszołomiona. Pamiętała wczorajsze wydarzenia jak przez mgłę, nadal była słaba po utracie krwi. Spojrzała na swoją nogę. Od cholewki buta, aż po sam opatrunek pokrywał ją wielki popękany skrzep krwi. Przeraziła się, oparła głowę o pęknięty pień drzewa. Próbowała oczyścić myśli. Nic z tego, te uderzały ją z każdej strony. Zaklęła – pomogło jej to na chwilę.
- Teraz spokojnie Wiven, spokojnie mała – szeptała by się uspokoić.
Udało jej się ogarnąć natłok myśli.
- Co teraz? Co teraz Wiven? Spokojnie po kolei – wzięła głęboki wdech.
O ile wcześniej była w tragicznej sytuacji to teraz było dużo gorzej. Aż brakowało jej słów na określenie swojej pozycji. Musiała teraz przemyśleć wszystko dokładnie, co dalej przecież nie mogła tu zostać. Teraz dopiero zauważyła... gdy spała padało, a więc sen choć częściowo się spełnił. Może to i dobrze deszcz oczyścił jej obdarty bok, który ucierpiał podczas całego wypadku.

Wiven spróbowała wstać łapiąc palcami za szczelinę w pękniętym pniu podciągnęła się trzymając cały czas drzewa. Była w stanie utrzymać się na zdrowej nodze, lecz nie mogła iść bez pomocy drugiej. Musiała znaleźć cokolwiek co mogłoby jej posłużyć za prowizoryczne podparcie. Czekało ją jeszcze zejście ze wzgórza.

***

Odkąd się obudziła minęło już sporo czasu. Nadal wiał silny wiatr i przegonił chmury, które jeszcze rano ostały się po burzy. Wiven szła, a właściwie kuśtykała podpierając się suchym dębowym kijem, który wydawał się wystarczająco mocny aby posłużyć jej w wędrówce przez kilka dni. Spojrzała na drugi brzeg rzeki. Rozciągała się tam łąka czerwona od polnych maków, tuż za nią był gęsty las. Rosły tu te same drzewa co w okolicy jej rodzinnego grodu, jednak było w nic coś odmiennego, obcego. Ten fakt zaczął jej zaprzątać głowę. Przestała przyglądać się tamtej stronie rzeki i zaczęła patrzeć pod nogi, gdyż ziemia pod nimi robiła się coraz bardziej błotnista i kij, którym się wspomagała zapadał się coraz głębiej.

Wiven odkąd się obudziła nie zdejmowała prowizorycznego opatrunku ze swojej nogi, sądząc, że tak będzie lepiej. Na pewno gdy uda jej się odnaleźć jakąkolwiek osadę, znajdzie się ktoś kto opatrzy jej ranę. Znów przypomniała sobie obcość lasu po drugiej stronie rzeki. Zaczynała się domyślać dlaczego wzbudzał w niej to uczucie. To już nie były jej rodzinne strony, a rzeka wzdłuż której szła nie była tą rzeką płynącą przez jej rodzinny gród, a raczej tą bezimienną przepływającą w pobliżu osady założonej przez jej stryja. Mimo to nadal nie mogła mieć pewności, że idzie w dobrym kierunku, choć nawet jeśli nie to dojdzie do Komarzyc, a tam na pewno otrzyma pomoc.
Rana znacznie ją spowalniała, teraz nie była w stanie pokonać nawet połowy tej drogi, którą w zwykłych okolicznościach dałaby radę. W okolicach opatrunku noga była mocno opuchnięta, dlatego większość ciężaru swojego ciała musiała opierać na znalezionym kiju.

Zdrowa noga paliła niemiłosiernie. Bywały momenty w których wolała znieść ból płynący z rannego kolana niż stanąć na wymęczonej stopie. Co nuż patrzyła to w niebo to w ziemię. Starała się robić wszystko, byle nie myśleć o zmęczeniu. Jej czarne jak węgiel włosy nie były już jak wcześniej – teraz powlekał je popielatoszary trud drogi. Nie tylko na nich odbiły się jednak trudy podróży. Oczy. Wielkie i zielone … Nie biło z nich już to dawne, bystre spojrzenie. Teraz były przymrużone, opuchnięte. Jej wzrok błagał o pomoc. Tak szła wzdłuż bezimiennej rzeki.

Co chwilę wybierała sobie nowy cel, do którego miała dotrzeć zanim zatrzyma się i da odpocząć strudzonym stopom.
- No już Wivenka, na szczyt tego wzniesienia. Na szczycie odpoczniesz… to jeszcze nie szczyt… teraz z górki – mamrotała nie była już nawet wstanie poprawnie wypowiadać słów. Nie wytrzymał z impetem zwaliła się na zarośnięte ostem, pokrzywami i odrobiną wiosennego miłka; niewielkim wzniesieniu. Zakręciło jej się w głowie, jednak po chwili ogarnęła cały mętlik. Pić… „Głupia” – pomyślała, coś w tym jednak było, gdyż rzeka płynęła półtora sążnia pod nią u stóp zarośniętego wzniesienia. Powoli zsunęła się do koryta rzeki. Kilkoma wielkimi łykami ugasiła pragnienie.
Podparła się rękoma splatając za plecami palce obu dłoni. Zaczęła rozglądać się po okolicy. Teraz już nie traktowała jej jako wroga, mało tego widziała w niej coś na swój sposób pięknego. Dziewczynie szybko poprawił się humor. Zaczęła zrywać liście szczawiu, w tej chwili może i nie była głodna, ale kto wie kiedy znów będzie okazja. Przeżuwała lekko kwaskowe, zielone liści. Część z nich umieściła w skórzanej torbie, którą nadal miała przy sobie. Spojrzała na wypaloną na jednej ze ścianek swargę. Symbol wieczności, odradzania się i życia, wieczny cykl natury. Osiem ramion z ostrzem skierowanym w prawą stronę. Niektórzy też mawiali, że znak nieśmiertelnego ducha i szczęścia.
- Jakiego szczęścia? – zakrzyknęła z wyrzutem – Może i szczęścia, ale nie dla mnie… nie tu i na pewno nie teraz.
Rzuciła torbę pod rosnącą nieopodal leszczynę. Ze łzami w oczach znów spojrzała na wartko płynącą rzekę. Znienawidziła ją, zapomniała, że tylko ona może jej pomóc. Nienawidziła też wzgórza pod którym leżała, nienawidziła tego obcego lasu po drugiej stronie znienawidzonej rzeki i poprzedzającej go polany. Z rozmachem rzuciła się w gęstą trawę. Ranę w kolanie przeszył ostry, niespodziewany ból. Wiven poczuła się jeszcze gorzej. Dlaczego nie przewidziała i tego, teraz była zła też i na siebie. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. Poderwała z ziemi swój dębowy kij. Podeszła do leżącej pod leszczyną torby. Złapała za skórzany pas i cisnęła nią jeszcze dalej niż wcześniej. Łzy płynęły jej po policzkach. Chciała też połamać kij na którym się opierała… zrezygnowała. Zadarła głowę do góry patrząc w niebo. Jedno krótkie spojrzenie wydało się jej jakoby wiecznością. Czuła jak ze złości wali jej serce, jak pulsują jej wszystkie tętnice. Czuła płynącą krew w żyłach, lecz chmury na niebie wydawały się ospałe, powolne… spowodowały swojego rodzaju otumanienie w jej głowie. Oddech dziewczyny powoli zaczął się uspokajać. Opuściła z powrotem głowę, wpatrując się w odległy już nie znienawidzony obcy las. Napad złości minął, musiała na nowo pozbierać myśli. Z trudem jej się to udało, mimo to nie chciała pozostawać w tym miejscu. Wstała i weszła na niewielką górkę, która wcześniej znajdowała się za jej plecami. Wzniesienie liczyło sobie około trzy sążnie wysokości. Chciała się rozejrzeć po okolicy, liczyła, że akurat z wysokości zauważy coś co może jej pomóc. Nie myliła się. Przy najbliższym zakolu rzeki znajdowało się małe ziemne urwisko, stworzone przez samą rzekę, podmywającą grunt pod pomniejszym pagórkiem. Mogło posłużyć za schronienie na najbliższą noc i pozwolić na dłuższy wypoczynek. Słońce górowało jeszcze na niebie i do zmierzchu upłynie jeszcze wiele czasu, który mogła poświęcić na dalszą drogę. Jednak nie chciała ryzykować powtórki z wydarzenia, gdy zraniła nogę, schodząc ze szczytu wzgórza, na które weszła tylko z powodu braku schronienia. Do tego mając dużo więcej czasu niż potrzebowała uda jej się lepiej przygotować do dalszej drogi i będzie miała czas na przyjrzenie się zranionej nodze.

***

Wiven dorzuciła większą gałąź do ognia. Ilość opału, jaką uzbierała w wolnym czasie pozwalała jej podtrzymać całkiem pokaźnych rozmiarów ogień przez całą noc. Do tego udało jej się znaleźć wyrzuconego przez rzekę na brzeg pstrąga, którego dziewczyna już wcześniej przygotowała i zjadła. Taka ryba była całkiem miłą odmianą od jedzenia głównie liści i łodyg co niektórych mniej lub bardziej jadalnych roślin. Ostatnią mięsną potrawa jaką miała okazje zjeść był słabo przypieczony, znaleziony zając. Powoli zaczynało się ściemniać. Po drugiej stronie rzeki widziała dwie przemykające wzdłuż polany dzikie kuny. Nigdy nie miała okazji przyjrzeć się tym zwierzętom bliżej, a wiedziała że są ludzie, którzy te zwierzęta udomowili i trzymają je w swoich chatach. Wiven stawała się senna, czuła, że tej nocy w końcu się wyśpi. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach przekwitającej wody. Pozwoliła sobie zamknąć oczy i zasnąć.

***

Czarnowłosa dziewczyna zalała jeszcze tlące się ognisko.
- Czas w drogę Wiven – zakrzyknęła, jakby dodając sobie motywacji.
Podpierając się na dębowy kiju, wstała, przerzuciła skórzaną torbę z wypaloną nań swargą. Nie pozostało nic jak nadal iść wraz z nurtem bezimiennej rzeki. Dzień zapowiadała się nad wyraz dobrze. Było ciepło choć słońce zakrywały chmury, dzięki czemu nie było gorąco, do tego zawiewał lekki, chłodny wiatr, zapewniając znakomite warunki do marszu. Wiven była wypoczęta i najedzona, byłoby idealnie, gdyby nie, bolące kolano. Lniany opatrunek zbyt mocno ściskał teraz opuchniętą ranę. Dziewczyna próbowała już wcześniej poluzować przekrwiony materiał, lecz to tylko powodowało ból i ponowne krwawienie.

Idąc pokonała kolejne zakole rzeki i stanęła jak wryta. Po jej drugiej stronie rozciągało się wyrąbisko drzewa. Oceniła je na około pięć morg, choć nie zdziwiłaby się gdyby miało ono i większą powierzchnię. Wyrąb tak wielki nie mógł się obyć bez obozowiska i to całkiem pokaźnego. Wiven stojącej dość daleko od niego udało się naliczyć blisko tuzina szałasów, do tego prawie pół mendla pozostawionych tu wozów, pewnie drugie tyle znajdowało się tam dokąd zrąbane drzewo było przewożone. Przy samym obozowisku leżała wielka hałda kory. Znaczyło, że prócz wyrębu to drzewo także było wstępnie przygotowywane w tym miejscu do dalszego sezonowania. Okorowanie tu zrąbanych pni pozwalało choć odrobinę zmniejszyć ich wagę, a do tego przyśpieszało proces schnięcia drewna, jednocześnie zapobiegając jego pękaniu. Tak przygotowane bale oddawało wilgoć całą swoją powierzchnią, a nie tylko miejscami w których zostały przerąbane, a te właśnie były ich słabym punktem. To właśnie od tych miejsc drewno zaczynało pękać, gdy schło zbyt szybko. Odpowiednie sezonowanie drzewa było połową sukcesu, jeśli chodziło o jego późniejszą trwałość. Od pokaźnego obozowiska wiodła droga, naznaczona śladami kół ciężkich wozów z drewnem. Ta przecinała środek osamotnionego, brzozowego matecznika. Młode brzózki rosły tu może od około pięciu, ewentualnie co dorodniejsze egzemplarze siedmiu lat. Zostały wycięte tylko te, które rosły w miejscu, gdzie teraz przebiega droga.
W tym momencie Wiven pożałowała, że nie jest po tamtej stronie rzeki, kto wie co przydatnego mogłaby znaleźć w obozie tamtejszych drwali, do tego sama perspektywa dalszego marszu ubitą przez wozy drogą wydawała się o wiele lepsza, niż przedzieranie się nadal przez wysoką trawę, pokrzywy i krzaki. Najbardziej zastanawiało ją co się znajduje za brzozowym matecznikiem. Wątpiła, aby to była osada jej stryja, była zbyt mała, aby zużyć tyle drewna, także wnioskując szła do Komarzyc. Całą drogę miała nadzieję, że dojdzie do Osiedlic, jednak perspektywa trafienia w ogóle między ludzi wydawała się wystarczająco zadawalająca.

Dziewczynie nie pozostało nic innego, jak nadal iść wzdłuż koryta rzeki, aż natrafi na jakiś most. Być może droga wiodąca z obozu w którymś momencie przetnie się z bezimienną rzeką, wtedy znacznie szybciej pokona odległość dzielącą ją od warownego grodu Komarzyc. Wiven coraz trudniej było przedzierać się przez zarośla lecz myśl, że morze być już całkiem niedaleko Komarzyc motywowała ją do dalszego marszu. Kto wie może jeszcze dziś będzie dane jej zjeść porządny posiłek i wyspać się w miękkiej pierzynie. Droga po drugiej stronie rzeki nie wydawała się ani trochę przybliżać do koryta wody. Wiven trochę zgłodniała, więc postanowiła zrobić chwilę postoju, aby zjeść zapasy z torby i napoić się z rzeki. Wydeptała niewielki okrąg w trawie, tak aby bez przeszkód usiąść i mieć wokół siebie wystarczająco miejsca, by czuć się w miarę swobodnie.

Dziewczyna kończyła właśnie swój posiłek złożony głównie z liści szczawiu, które wczoraj zebrała. Cały czas wpatrywała się w horyzont, gdzie droga nikła wraz z nim, zdawało jej się, że tam, gdzie horyzont łączy się z drogą coś jest. Może to upragniony gród Komarzyce, a może kilka rosnących tam drzew. Mimo to Wiven nadal wpatrywała się w ten jeden punkt, jakby licząc, że dzięki temu będzie w stanie wypatrzeć cokolwiek na tą odległość. Wydawało jej się jakby widziała jakiś ruch, ale to mogły być tylko drzewa poruszane przez wiatr. Nie minęło wiele czasu, gdy okazało się, że punkt w który tak się wpatrywała porusza się wzdłuż drogi. Przeszedł ją dreszcz. Pomoc! Oni na pewno udzielą mi pomocy- pomyślała. Zerwała się, nie zważając na ból w kolanie i jak najszybciej chcąc się z nimi zrównać szła, co chwila podpierając się swoim dębowym kijem.

***

- Zatrzymać się – zakrzyknął brodaty mężczyzna idący na czele grupy – Żegota! Co to tam się za rzeką szamoce?
Do brodatego podbiegł człowiek o dość charakterystycznej twarzy miłośnika różnego rodzaju trunków alkoholowych. Ten na chwilę zatrzymał się i skierował swój wzrok na postać za rzeką.
- Panie majster to będzie bogunka, albo wiła jaka – zaczął pośpiesznie z wyjaśnieniami Żegota.
-A ty Lasota co o tym myślisz, co ona tam się drze – tym razem brodacz zwrócił się do człowieka idącego tuż za nim.
-Wiesz Izbor, że ja człek ostrożny jestem, jeśli ta moczymorda rzeczywiście ma racje - zielonooki przełkną zalegającą mu w gardle flegmę. – To demonica na zgubę naszą woła, wykorzysta a ciała w rzece stopi.
- Dobrze prawi, nie ma leźć tam na zgubę nas wszystkich – zakrzyknął ktoś z jednego z wozów.
Żegota pomachał w kierunku szastającej się i krzyczącej wiły, bądź bogunki, sam nie wiedział i dumny z siebie, ze to właśnie on przechytrzył złego demona i uratował siebie i kompanów wsiadł na jeden z wozów.

***

Wiven stała na brzegu krzycząc z całych sił do jadących w kierunku obozu drwali. Po chwili machania i zdzierających gardło krzyków zauważyła, że pochód zatrzymał się, a wśród idących tam ludzi zapanował gwar. Zauważyli mnie – pomyślała dziewczyna, nie zaprzestając wołania o pomoc. Trudno było jej cokolwiek dostrzec z tej odległości, mimo to była w stanie odróżnić od siebie krzątających się ludzi. Nagle się uspokoili. Jeden z nich odmachał dziewczynie i od razu wskoczył na jeden z wozów, po chwili te ruszyły w dalszą drogę nie bacząc więcej na machająca przy brzegu dziewczynę. Wiven poczuła, jak krew odpływa jej z nóg i tułowia, uderzając do głowy; przez chwilę jeszcze stała i patrzyła na odjeżdżające wozy z siedzącymi nań ludźmi. Nadal nie do końca docierało do niej co się właśnie stało, że została jak to sama zresztą później trafnie określiła – kompletnie olana, przez drwali. Napawała ją złość.
- Jak można być tak głupim –zapytała sama siebie, rozdrażniona zachowaniem obcych.
Dziewczyna ze złością uderzyła swoim dębowym kijem w rosnącą obok już dość sędziwą wierzbę, o dziwo kij wytrzymał tą próbę. Wiven ponownie odwróciła się w stronę oddalających się wozów z nadzieją, że może kogoś po nią wyślą, jednak nie zapowiadało się, aby coś takiego miało mieć miejsce. Nadal była zła, ale nie pozostawało jej nic, prócz dalszej drogi. Teraz wiedziała, że najbliższy gród musi znajdować się naprawdę niedaleko, a właściwie szacowała, że natknie się na niego za nie więcej niż sześć, może siedem staj. W końcu drewna do wsi też nie mogli sprowadzać ze zbyt daleka, zwłaszcza że po stronie rzeki na której się znajdowała drzew nie brakowało, wystarczył porządny most i drewno można by sprowadzać ze znacznie bliższego miejsca.

W rzece pląsała się ławica pstrągów, Wiven przez chwilę wpatrywała się jak ryby bez celu płynęły pod prąd, następnie na chwilę zamierały w bezruchu, a woda powoli ściągała je do tego samego miejsca, jednak te zaraz powtarzały poprzednią czynność. Pozwoliła sobie na tą chwilę przerwy, gdyż teraz musiała wejść w gęsty las, który cały czas miała po lewej. Nie mogła dalej iść wzdłuż rzeki, bo właśnie w tym miejscu ta wylewała tworząc rozległe moczary. Dziewczyna przedarła się przez kilka pomniejszych krzaków, aby wejść między drzewa. Aura tego miejsca malowała się wręcz magicznie. Wysokie sosny, jakich nie widuje się zbyt często, zdawały się tworzyć wyizolowany świat zamknięty między nimi. Niemal łyse pnie iglaków, były mocno od siebie oddalone tworząc dużą ilość miejsca, czego dziewczyna nie mogła się spodziewać, bo las z zewnątrz wyglądał na strasznie gęsty. Mimo to było ciemno, tylko gdzieniegdzie przebijały się przez gęste korony drzew położone wysoko, wysoko nad głową Wiven pojedyncze promienie słońca. Całą ściółkę tworzyło tu tylko i wyłącznie opadnięte igliwo, nie rosły tu nawet najmniejsze jeżyny, pokrzywy, trawy czy osty, najczęściej pokrywające ziemie w okolicy. Rozlewisko rzeki, które dziewczyna wcześniej widziała tutaj zamieniało się w średnich rozmiarów jeziorko o czarnym zabarwieniu wody. Wiven podpierając się swoim dębowym kijem przeszła po wzniesieniu okalającym cały zbiornik.

Chcąc dostrzec jak najwięcej, zatrzymała się w najwyższym punkcie. Teraz korony sosen rosnących pod wzniesieniem znajdowały się niewiele nad jej głową, dzięki czemu rozciągała się przed nią cała panorama okolicy. Kawałek od rzeki wiodła znana już jej droga do wyrąbiska, teraz niemal obydwie się zbiegały. Po prawej widniały znane jej już krajobrazy, które mogła oglądać wcześniej w trakcie swojej doli, teraz miała na nie jednak inne spojrzenie. Lecz mimo wszystko bardziej interesowało ją skąd szli drwale, których widziała. Lekko obróciła się na lewo cały czas śledząc tak niedostępny jej szlak. Ten wędrował po mniejszych i większych pagórkach, to znów opadał, to znów się podnosił na zielonych grzbietach. Te zielone niezagospodarowane nigdy ludzkimi dłońmi połacie powoli zamieniały się w ogrodzone pastwiska dla koni i bydła. Dalej pastwiska przechodziły w uprawne pola, podzielone na nieregularne części zapewne według rodów, każde dookoła obłożone kamiennym murkiem. Całą powierzchnię uprawną Wiven oceniła na blisko pół łana, może trochę więcej, ale na pewno nie więcej niż dwadzieścia morg. Między murkami biegły wydeptane przez miejscowych ścieżki. Wydawało jej się, że na jednym z najbardziej oddalonym z pól ktoś pracuje, jednak do żniw było jeszcze daleko, bardzo daleko. Możliwe że wybiera buławinkę – pomyślała Wiven. Jej wzrok uciekał jednak jeszcze bardziej w lewo do drewnianej palisady, a właściwie tego co palisady skrywała a konkretnie pokaźnych rozmiarów wioski, może nie aż tak dużej jak rodzima Nitra, ale liczącej sobie z mendel drewnianych domostw pokrytych strzechą z żytniej słomy. Do każdego domostwa Wiven była w stanie przypisać co najmniej jedną zagrodę wraz ze sporym obejściem i podwórkiem. Zdziwiła ją tu jednak jedna rzecz, rzeka która miała wpadać do Dunajca płynęła dalej nawet nie myśląc o tym, aby zostać jednym z dopływów wielkiej rzeki. Znaczy to nie były Komarzyce, może jednak trafiła do Osiedlic, a może szła w ogóle wzdłuż innej rzeki i znajduje się całkowicie gdzie indziej. Był tylko jeden sposób aby się przekonać.

Data:

 Lipiec 2015

Podpis:

 F.M.Dudziński

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78474

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl