DRUKUJ

 

Słodkie gimnazjum

Publikacja:

 15-05-02

Autor:

 dzik
Zaczęło się całkiem niewinnie, przysiadłem się do Eli, bo nie miałem ze sobą książki, a nauczycielka wyraźnie stwierdziła, że „co najmniej jedna na ławkę”. Nikt nie zwrócił większej uwagi, pomijając może samą Elę. Jaka była? Cicha dziewczyna, średni wygląd, średnie oceny, starannie nie wyróżniająca się przeciętna uczennica gimnazjum. Gdy zapytałem czy mogę przy niej usiąść, oczywiście już siedząc, przytaknęła wyglądając na zrezygnowaną. Prawdopodobnie przygotowywała się mentalnie na durne docinki innych uczniów. Możliwe, że po lekcji usłyszy coś podobnego do „zmiękły ci nogi jak koło ciebie siadł, co?”. Jakoś tak głupio mi się zrobiło gdy o tym pomyślałem, chciałem zagadać, nie znalazłem słów, zaczęła się matematyka. Nauczycielka kazała wykonywać zadania, po czym przestała się interesować. Ja spojrzałem na zadania, po czym również przestałem się interesować. Równania liniowe, ile można wałkować to samo? Zamiast chociażby otworzyć zeszyt i udawać, że coś robię, zacząłem przyglądać się temu co robiła dziewczyna obok. Odczytywała coś z wykresu funkcji y=0.5x+2 i zapisywała w zeszycie, nuda. Pomyliła się. Powiedzieć jej?
- Dla dziesięciu powinno być siedem nie osiem - rzuciłem od niechcenia.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, sprawdziła, poprawiła.
- Dzięki - szepnęła.
Po tym jak poprawiłem ją jeszcze kilka razy zapytała skąd znam poprawne odpowiedzi ledwie spoglądając na zadania. Wytłumaczyłem pojęcie zmiennej kierunkowej. O dziwo zrozumiała i zaczęła robić mniej błędów. Nawet nie zauważyłem rozbrzmiewającego dzwonka. Do końca przerwy nie wstałem nawet z krzesła. Ela dokonała przezbrojenia, zestaw przeciwko matematyce zastąpił ten na język polski. Nie potrzebowałem już cudzej książki, ale i tak zostałem. Lekcja ciągnęła się jak flaki z olejem, od czasu do czasu zapisywałem słowa nauczycielki, używając coraz bardziej ozdobnych liter.
- Ładne pismo - napłynęło z mojej prawej.
Obejrzałem się na Elę ze zdziwieniem, nie spodziewałem się, że będziemy prowadzić dziś jeszcze jakąś konwersację. Po rzuceniu cichego „staram się”, okazało się, że moje przewidywania się sprawdzają - zakończyliśmy rozmowę. Niedługo później skończyły się również lekcje. Wracając do domu ze zdumieniem odkryłem, że rozmyślam o nowej koleżance. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Właściwie to czemu nie. Miło byłoby wreszcie znaleźć kogoś z kim można by normalnie porozmawiać, a Ela wyglądała na inteligentną. W każdym razie wystarczająco, żeby starać się nie zwracać na siebie uwagi, co już dobrze wróżyło.
*
Następnego dnia rano od razu usiadłem tam gdzie wczoraj. Ela zrobiła wielkie oczy, na moje powitanie bąknęła niewyraźne „cześć”. Najwidoczniej nie spodziewała się gościć mnie po raz wtóry.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Gość w dom, Bóg w dom - zażartowała. Uśmiechnąłem się, mam nadzieję, że zachęcająco.
Kolejne lekcje mijały, a ja z zafascynowaniem przyglądałem się jak strony zeszytów Eli zapełniają się równiutkimi liniami bezsensownych notatek.
- Podziwiam Cię. Jakim cudem znajdujesz w sobie energię do spisywania tego wszystkiego? - zapytałem gdy przepisała rozwiązanie któregoś już z kolei zadania z łączenia oporów.
- To ja Cię podziwiam. Przecież nawet nie słuchałeś tego co pani mówiła - nawiązała do rozwiązanego przeze mnie przy tablicy problemu.
- Reszta słuchała i jakoś im nie pomogło. Te zadania nie są trudne, to ta babka wszystko komplikuje swoimi dziwnymi tłumaczeniami - wskazałem na nauczycielkę próbującą właśnie, całkowicie bezskutecznie, porównywać opory elektryczne do zwężeń w rurach. - Mówi tak, jakby wszyscy instynktownie wiedzieli jak rozkładają się ciśnienia w rurach. Wątpię żeby ona wiedziała.
- A ty wiesz? - zapytała zdziwiona.
- Nie mam pojęcia, ale to tylko dowodzi głupoty takiego tłumaczenia. Opory są proste.
- Dla mnie nie - mruknęła w odpowiedzi, bardziej jednak do siebie niż do mnie.
- Jak chcesz, to zostań po lekcjach w bibliotece, wytłumaczę Ci - zaproponowałem.
- Co? Serio? - zdziwiła się.
- No jasne. To aż tak dziwne?
- Nie no, po prostu... Nie wyglądasz na kogoś komu zależy - zastanowiła się - na czymkolwiek.
Musiałem mieć poważnie zdziwioną minę, bo zaczęła tłumaczyć dalej.
- No przecież za każdym razem jak ktoś chciał żebyś mu wytłumaczył zadanie to go olewałeś.
Zaśmiałem się.
- Oni chcieli, żebym zrobił to za nich. Nie interesowało ich...
Chyba zacząłem mówić zbyt głośno bo nauczycielka odwróciła się w moją stronę i rzuciła typowym tekstem nauczyciela „Marek, jak chcesz poderwać Elę to zaproś ją na lody, a nie przeszkadzasz jej w nauce”. Klasa zaśmiała się, Ela spaliła buraka, a ja zastygłem w zdziwieniu. Jak to się stało, że tak bardzo wciągnąłem się w rozmowę, że zapomniałem o tym gdzie jestem? Chwila na moją ciętą ripostę minęła bezpowrotnie, więc wzruszyłem tylko lekko ramionami uśmiechając się krzywo. Nie odezwaliśmy się już do końca lekcji.
Po lekcjach podszedłem do Eli z zamiarem wspólnego udania się do szkolnej świątyni wiedzy, ale do głowy wpadł mi lepszy pomysł.
- To jak, idziemy na te lody?
- Jasne - prosta i szybka odpowiedź, ani śladu oczekiwanego zdziwienia.
Po chwili zrozumiałem jednak swój błąd. Ela zwyczajnie uznała lody za żart i ruszyła w stronę czytelni.
- Czekaj! Ja na serio z tymi lodami. Milion stopni Celsjusza to zdecydowanie za gorąco na bibliotekę - uściśliłem swoją wypowiedź.
- No ale - zawahała się. - Niby gdzie na te lody? - zapytała w końcu, nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji.
- Gdziekolwiek - wzruszyłem ramionami. - W piekarni sprzedają na gałki. No chodź.
Ruszyłem w stronę wyjścia.
- No... No dobra - wykrztusiła i niepewnie ruszyła za mną.
Piekarnia pełniła jednocześnie rolę sklepu i kawiarni. Zajęliśmy stolik w rogu. Kupiłem lody, gałka waniliowych, druga z bakaliami, dwa razy. Ela wybierała, mnie nawet spasowało. Widać było, że dziewczyna czuje się nieswojo, mnie też jakoś tak zabrakło nagle pewności siebie. Na szczęście mieliśmy gotowy temat do rozmowy. Można by się spierać czy omawianie oporów elektrycznych jest pożądanym sposobem zacieśniania znajomości. U nas zadziałało.
Po dwóch godzinach, ciastku i drugiej porcji lodów notatki zamieniły się w origami, a konwersacja przybrała tory znacznie naturalniejsze dla młodzieży w drugiej klasie gimnazjum. Nie było to piwo, papierosy ani seks - tematy, sądząc z rozmów słyszanych na korytarzach szkoły, typowe dla naszego wieku, ale może i dobrze. Miło spotkać kogoś kto ma zainteresowania. Jakiekolwiek własne zainteresowania, a nie małpowanie ludzi, z mało, lub jeszcze mniej adekwatnych powodów, sławnych. Co ciekawe nie powiedzieliśmy wtedy o sobie nic naprawdę ważnego, obydwoje nauczeni, że zwierzanie się nie prowadzi zwykle do niczego dobrego. Podświadomie badaliśmy się nawzajem, sprawdzaliśmy o czym możemy powiedzieć, a co wywoła niesmak. Rozmowę przerwał nam telefon od matki Eli, która martwiła się, że córka długo nie wraca. Po wyjściu koleżanki posiedziałem jeszcze chwilę, kupiłem chleb i ruszyłem do mieszkania zastawiając się jak to możliwe, że tyle czasu zeszło nam na niezobowiązującą rozmowę.

Data:

 02-05-2015

Podpis:

 Dzik

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78208

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl