DRUKUJ

 

Nauka wymaga poświęceń, cz. 1

Publikacja:

 14-01-14

Autor:

 Fraszkka
Nauka wymaga poświęceń



- Wyłaź stamtąd! - Młody, dwudziestoparoletni mężczyzna leżał plackiem na brzuchu, zaglądając pod łóżko – Jak mam napisać ten esej, skoro nie chcesz współpracować?

Wyciągnął dłoń, z której wystrzelił snop różnokolorowych iskier. Jednak przycupnięty pod łóżkiem królik wykonał zręczny unik i zaklęcie unieruchamiające trafiło w nogę regału, który przechylił się, sypiąc papierami, naczyniami i wszelkimi innymi rzeczami, które kładł tam lokator, kiedy nie mógł znaleźć na nie miejsca wśród bałaganu panującego w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu.

- Nie mam zamiaru – pisnęło zwierzątko, tym razem zza kopczyka brudnych ubrań – być przedmiotem eksperymentów. Daj mi spokój!

- Jesteś moim jedynym obiektem badań – powiedział student, dźwignąwszy się z podłogi.- A muszę przeprowadzić szczegółową analizę zaklęcia zmieniającego płeć. Bez ciebie nie napiszę pracy semestralnej! - Powoli zaczął się przysuwać w stronę materiałowego pagórka. - Nigdy nie chciałeś byś śliczną samicą królika?

Gryzoń przemknął pod szafę, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.

- Mowy nie ma! Wystarczy, że mówię i myślę jak człowiek. – Wzdrygnął się. - Przez to, że grzebałeś mi w mózgu, marchewka już nigdy nie będzie smakować tak samo.

- Daj spokój, futrzak. Znamy się nie od dziś – westchnął mężczyzna, żałując, że nie opanował należycie zaklęcia unieruchamiającego i zastanawiając się, co zrobić. Przestrzeń między podłogą a szafą była niewielka i trudno było wyłuskać stamtąd oporne zwierzę.

- Też tak myślałem. I co? Za te wszystkie lata, kiedy pozwalałem się głaskać i brać na ręce mam teraz być przedmiotem kolejnych chorych badań? Człowieku, dostałeś mnie na dziesiąte urodziny! Byłeś naprawdę miłym dzieciakiem.

- O, widzisz? Gdyby nie ja, nie żyłbyś od co najmniej kilku lat. A tak? Nie mów, że nie jesteś zadowolony z zaklęcia długowieczności.

- Nie jestem. Miałbym przynajmniej spokój. A teraz nie wiem ile jeszcze czasu będę się z tobą męczył. Co ty sobie myślisz, Fulmar? Że skoro jestem zwierzątkiem domowym, to od razu można zrobić ze mną wszystko?

- Wiesz, nie bez powodu ukuto nazwę „królik doświadczalny”. Nadajesz się, bez dwóch zdań. A teraz chodź na ręce, Skoczek. Nauka wymaga poświęceń.

- Dzięki za uznanie, ale nie. Wolę być sobą.

- Ty mała łajzo! Oddam cię do schroniska!

- Proszę bardzo. Przynajmniej nie będą tam przeprowadzać na mnie chorych eksperymentów. Mogłeś zostawić mnie w domu!

- Stwierdziłem, że miło będzie mieć koło siebie znajomą twarz. A raczej pysk. A co do schroniska to wiesz, różne rzeczy opowiadają. - Mężczyzna uśmiechnął się wrednie. Wykonał kilka ruchów palcami i szafa uniosła się lekko. Pozbawiony osłony futrzak wyprysnął na środek pokoju w nadziei schowania się za jakimkolwiek innym meblem.

Wtedy Fulmar rozprostował palce i strzelił zaklęciem. Ale królik był zwinniejszy. Skoczył do góry, wykręcając ciało a zaklęcie trafiło posadzkę i zrykoszetowało w studenta.

Gdy minęło pierwsze oszołomienie, Fulmar odważył się podnieść dłonie do oczu.

- Hmmm... Koniecznie trzeba zanotować, że to zaklęcie działa bez modyfikacji na różne gatunki. Przynajmniej w obrębie tej samej gromady. Trzeba będzie jeszcze przeprowadzić badania ma innych organizmach.

Podszedł do lustra wiszącego w jego pokoju. Zaciekawiony i rozbawiony królik podążył za nim.

- Zmieniłem się w swoją dokładną żeńską wersję – nawet pryszcz na nosie jest w tym samym miejscu – stwierdził, siląc się na spokój. - Pozostał zarost no i nic nie mogę zrobić z głosem. Zaklęcie należy więc dawkować w ilości zależnej od wielkości obiektu. No cóż, Skoczek - zwrócił się do zwierzaka – dzięki twej krnąbrności, a może mimo niej, poczyniłem istotne postępy. Brakuje mi tylko jednej, istotnej w tej chwili rzeczy.

- Mianowicie?

- Nie wiem, jak na powrót stać się mężczyzną.

- Całe szczęście, że dzięki ewolucji jestem zwinny – stwierdził królik. - Inaczej pewnie byłbym panienką do końca życia, bo gdybyś to mnie zaczarował, chyba nie kwapiłbyś się tak szybko do odczarowania. A teraz masz to, na co zasłużyłeś.

- Idę do profesora Drzemlika, akurat będzie miał dyżur. Tylko najpierw się ogolę. - odparł Fulmar, sięgając po brzytwę.

Z ubraniem sprawa była bardziej skomplikowana. Jedynym, co jako kobieta mógł nosić bez gorszenia innych męskim strojem, była czarna laboratoryjna szata, którą miał na sobie. Chociaż teraz leżała na nim fatalnie, nie przejął się tym. Ostatecznie studenci nie ubierali się zbyt wymyślnie a czerń była lubiana przez czarodziejów jako kolor na którym plamy po nieuważnym obchodzeniu się z eliksirami zazwyczaj nie rzucają się w oczy.

Słońce ogrzewało brukowane ulice miasta, na których tętniło życie. Powozy mknęły to w jedną to w drugą stronę, przekupnie zachwalali swoje towary a eleganckie damy w długich sukniach i z Na północy nie można było liczyć na tak piękne przedwiośnie, tam śnieg ciągle jeszcze pokrywał ziemię puszystą, białą warstwą. Między innymi dlatego postanowił opuścić rodzinne strony. Z powodu zimna i kompletnej nieudolności w interesach chłopak zdecydował, że lepiej będzie podjąć studia a zawiadywanie przedsiębiorstwem handlującym skórami zostawić młodszemu bratu. Wybór kierunku też był prosty – magia wydawała mu się fascynująca. Poza tym jako czarodziej miałby bardzo szerokie możliwości wyboru kariery: czy to naukowej czy politycznej lub wreszcie wojskowej.

Po kwadransie był na uczelni. Mógł wejść bez przeszkód, wśród studentów trafiały się kobiety, choć nie było ich wiele. Zapukał do odpowiednich drzwi, a gdy dobiegło zza nich przyzwolenie na wejście, nacisnął klamkę i przestąpił próg.

Gdy znalazł się w środku, siedzący za biurkiem siwowłosy profesor podniósł głowę znad matematycznych łamigłówek, które rozwiązywał, siedząc samotnie na dyżurze i spojrzał na niego zza okularów.

- Witam. Zdaje się, że pomyliła pani pokoje. O ile sobie przypominam, na liście moich studentów nie ma żadnej kobiety.

- Mam dysonans poznawczy, panie profesorze – odezwał się Fulmar normalnym głosem. – Gdy patrzę w lustro widzę kobietę, choć jestem mężczyzną.

Drzemlik pokręcił głową.

- Ech, wy studenci. Nic aby eksperymenty. Żeby jeszcze jakieś przemyślane, ale nie – najlepiej od razu rzucić najbardziej skomplikowane zaklęcie. - Podszedł do wielkiej, dębowej szafy i wyciągnął z niej fiolkę różnokolorowego proszku. - Zmieszaj z ciepłą wodą i wypij – nakazał, podając mu ją. - To najprostsza metoda powrócenia do stanu sprzed rzucenia zaklęcia.

Gdy Fulmar wyszedł na ulicę, napotkał zgoła niespodziewana przeszkodę: na drodze przewrócił się powóz, blokując przejazd i ściągając gapiów. Chcąc jak najszybciej wrócić do mieszkania, bez konieczności przepychania się przez zbiegowisko, Fulmar odbił w najbliższy zaułek. Często korzystał z takich skrótów, gdyż student odziany jedynie w prostą, czarną szatę nie był łakomym kąskiem dla rzezimieszków. Z pieniędzmi się nie obnosił, zresztą niewiele miał przy sobie, bo fundusze, regularnie przesyłane przez troskliwych rodziców, kończyły się błyskawicznie. Tak więc nie obawiał się wędrowania zacienionymi zaułkami o wątpliwej reputacji. Tyle że chwilowo był kobietą, a kobieta, nawet niemająca pieniędzy, ciągle pozostaje interesującym celem.

Uświadomił to sobie, gdy wychynął przed nim, mocno się zataczając, jakiś osobnik i zażądał objawienia przed sobą fulmarowych wdzięków. Fulmara zdjął strach, bowiem nieprzyjaciel był wysoki i dobrze zbudowany, choć chwiał się na nogach a twarz miał całą czerwoną. Mimo tego nie wyglądał na kogoś z pospólstwa.Mimo tego nie wyglądał na kogoś z pospólstwa. Odzież, choć pobrudzoną i w nieładzie, nosił dobrego gatunku, buty miał solidne i dobrze wykonane, a na łańcuszku przy kieszeni marynarki wisiały resztki monokla.

Zadziałał instynkt. Student bez namysłu uderzył natręta pięścią w nos. Cios nie był silny, bo też Fulmar krzepy nie miał, ale pijany jegomość był w takim stanie, że powaliłoby go byle pchnięcie. Uderzenie Fulmara tylko przyspieszyło nieuchronny kontakt z podłożem.

Fulmar stał nad rozciągniętym na bruku przeciwnikiem. Nie za bardzo wiedział co robić – dotąd zawsze unikał bójek. Po chwili stwierdził, że lepiej będzie sobie pójść. Pijaczek leżał w niezbyt często odwiedzanym zaułku, toteż niebezpieczeństwo, że ktoś poderżnie mu gardło nim wytrzeźwieje było niewielkie.

Zanim odszedł, pochylił się jeszcze i podniósł z ziemi zegarek z dewizką, który wypadł tamtemu. Postanowił zatrzymać go jako zadośćuczynienie za doznaną krzywdę – tak to sobie przynajmniej wytłumaczył, by zagłuszyć głos sumienia.

Widocznie jakiś mieszczanin, który za często zagląda do kieliszka, pomyślał, oddalając się. Kto wie, co przeżywa jego rodzina? No nic, w każdym razie dostał nauczkę, choćby i na krótko. Przyjrzał się zdobytemu trofeum. Zegarek był srebrny, ale bez ozdób. Żadnych misternych wzorów czy grawerunku z imieniem i nazwiskiem właściciela – solidna robota dla kogoś lubiącego prostotę. Dla Fulmara tym lepiej, trudniej będzie zidentyfikować przedmiot i rzucić oskarżenie na studenta. Znowu jednak poczuł się nieswojo, uświadomiwszy sobie, że w zasadzie popełnił kradzież. Ale i tym razem doszedł do wniosku, że to on tu miał być ofiarą i to jego poczucie godności ucierpiało.

Po cichu przekradł się po schodach do mieszkania. O ile wyjście nie stanowiło problemu – ostatecznie młodych mężczyzn odwiedzały czasem kobiety – o tyle wejście wymagało większej ostrożności. Lepiej było unikać pytań o nieznajomą kobietę, wchodzącą do jednego z mieszkań na ostatnim piętrze, która nigdy już stamtąd nie wyszła. Gdyby trafił się jakiś bardziej gorliwy policjant, nawet wytłumaczenie się umiejętnością rzucania zaklęć niewiele pomogłoby w uwolnieniu się od zarzutu morderstwa. W takich sprawach nikomu nie pobłażano.

Znalazłszy się w środku, położył zegarek na nocnym stoliku i udał się do kuchni, podgrzać wodę. W tym czasie, ze stojącej na podłodze, otwartej klatki wyszedł Skoczek i, zaintrygowany zwisającym łańcuszkiem, obwąchał go.

Do pokoju wszedł Fulmar, w normalnej postaci.

- Skąd to masz? - zapytał królik, strzygąc łaciatymi uszami.

- Kolega mi dał, na przechowanie – skłamał student. Mimo wszystko głupio było mu przyznać się do zaistniałego incydentu.

- Śmierdzi zastarzałym potem i alkoholem. Ciekawych masz znajomych – zauważył z przekąsem Skoczek.

- Nie twoja sprawa – odciął się Fulmar.

- Kłamiesz. Poznaję po twoim zachowaniu i zapachu. Spaczyłeś mnie doszczętnie, ale wrażliwe, zwierzęce zmysły zachowałem.

- Zabrałem jednemu pijakowi, bo co? - skapitulował mężczyzna.

- A ty wiesz, że to jest kradzież? - zapytał groźnie królik. Głos miał jednak, jak to króliki, piskliwy i nie zabrzmiało to tak jak powinno.

- Nie kradzież. Ja niemal zostałem ofiarą napaści. A tak, mogę zegarek sprzedać i mieć pieniądze na utrzymanie.

- Mało ci pieniędzy? Co miesiąc dostajesz.

- A myślisz, że to wystarczy? Prawie wszystko, co przysyłają mi rodzice, idzie na czynsz, zostaje trochę na jedzenie, które i tak przygotowuję własnoręcznie, bo w gospodach jest drogo. A za ten zegarek będę mógł kupić kilka podręczników. Nauka wymaga poświęceń...

- Już to mówiłeś – wtrącił zrezygnowany Skoczek.

- ... i sporych nakładów finansowych. A w ogóle, to skąd u gryzonia tak wysoko rozwinięte poczucie etyki, co? Rozumiem, czary czarami, ale magiczna manipulacja umysłem...

- A skąd mam wiedzieć, to ty rzucałeś to zaklęcie! Powinieneś znać jego skutki.

Mężczyzna machnął ręką.

- Nieważne. I tak nie mam zamiaru się tobą przejmować.

Królik stanął słupka i zamachał łapkami - gest, który u ludzi oznacza wzruszenie ramion.

- W porządku, twoja sprawa. Tylko żebyś potem nie wylewał przede mną swoich żali.

- O to się nie martw - prychnął Fulmar i zaczął przygotowywać się do wyjścia na popołudniowe zajęcia. Natomiast ostatnie słowo w dyskusji musiało należeć do królika:

- I jeszcze jedno: nakarm mnie.

Data:

 2013/2014

Podpis:

 Fraszkka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76282

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl