DRUKUJ

 

Depresja Rewolwerowca-Trzy opowieści jednej histor

Publikacja:

 13-12-31

Autor:

 aligator578
Trzy opowieści jednej historii (część1)

Arnold Fischer siedział w swoim namiocie i po raz setny czytał pewien bardzo interesujący raport młodego żołnierza, niejakiego Denisa Johnsona. Cały czas uważnie wczytywał się w każde słowo tego pisma i analizował je po kolei. To co właśnie trzymał w ręku, mówiło o tym w jak ciężkiej sytuacji się znalazł. Kątem oka spostrzegł że ktoś po cichu wszedł do środka. Był to doświadczony w boju kapral Michael Hargrove, który od wielu lat służył w 4 konnej kompanii im. Kazimierza Pułaskiego. Razem z Arnoldem spotkali się na początku wojny secesyjnej podczas jednej z bitem. W tedy właśnie Fischer uratował mu życie, przez co zostali bardzo dobrymi przyjaciółmi mimo dziesięcioletniej różnicy wieku. Kapral na którego większość ludzi mówiło żyrafa ze względu na bardzo wysoki wzrost(liczył prawie dwa metry) posiadał orli wzrok a także doskonały refleks dzięki czemu był świetnym sprzymierzeńcem w czasie jakichkolwiek walk. Jego najważniejszą cechą była jednak dyskrecja za pomocą której zyskał sobie zaufanie dowódty oddziału. - Jakieś wieści o naszym celu?- zapytał Arnold. - Właśnie wjechał na teren pustyni. Za jakąś godzinę powinien przejeżdżać obok obozu. - Rozstawiłeś ludzi tak jak kazałem? -Tak. Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Fischer gestem dłoni pozwolił usiąść mu na przeciwko. -Trzymaj- podał mu pismo- Przeczytaj to sobie bardzo uważnie a potem powiedz mi o tym jakie masz zdanie na ten temat. Hargrove zmarszczył brwi i zaczął czytać.
Raport z dnia 14.07.1871r.
O godzinie 1.00 rozpocząłem nocny obchód obozu kompanii. Zgłaszam że stan żołnierskich namiotów jest na najwyższym poziomie. Powoli kończą się zapasy w naszej spiżarni, przez co zalecam by jak najszybciej wysłać konwój do pobliskiego miasta po prowiant. Po dokładnym sprawdzeniu stajni, stwierdzam że wszystkie konie, o łącznej liczbie 152 są wymyte, wypoczęte i zdrowe. Prowizoryczny budynek, w którym mieszkają owe zwierzęta, trzeba jak już wspomniałem w moim poprzednim piśmie przebudować ponieważ jest duże prawdopodobieństwo zawalenia się dachu. Posiadam wielkie zastrzeżenia co do dwójki żołnierzy codziennie sprawujących nocną wartę całego obozu. Podchodząc do drewnianych belek, wbitych pionowo w ziemie, ustawionych wokół naszej placówki, usłyszałem przez przypadek rozmowę strażników. Zdaję sobie sprawę że takich rzeczy nie pisze się w oficjalnych pismach, ale myślę że to co teraz napiszę może być bardzo ważne dla całej kompanii. Żołnierz numer1 - Trzeba się go pozbyć dopóki mamy taką możliwość. Żołnierz numer2- Musimy czekać na rozkaz od centrali. Wiesz przecież co się dzieje z tymi, którzy zlekceważą szefostwo. Żołnierz numer1- Nie mieliśmy od nich żadnych wieści od jakiś czterech miesięcy, a czas całkowitego rozwiązania dochodzi wielkimi krokami. Żołnierz numer2- A więc co proponujesz? Żołnierz numer1- Za parę dni przyczaimy się na Austriaka. Szybko i po cichu go zlikwidujemy, a potem wrócimy do Kolorado. Na tym skończyła się ta rozmowa. Obawiam się że mówiąc Austriak, mają na myśli pana pułkownika. Proszę o to by jak najszybciej przekazał mi pan rozkazy dotyczące tej sprawy.
Żołnierz numer1 to Robert Mallory a drugi to Brendan Jackson.

Raport sporządzony przez Denisa Johnsona
Gdy skończył na jego twarzy pojawiły się liczne zmarszczki. Spojrzał na przyjaciela który właśnie zapalał cygaro. - Rozmawiałeś już z nim?- Jeszcze nie miałem okazji. Ty się tym zajmij. Szczegółowo go wypytaj. - A co z pozostałą dwójką? - Pogadam z nimi w odpowiednim momencie. Niech ktoś przygotuje mi konia. Zaraz wyruszam. Hargrove wstał, zasalutował i szybko wyszedł na dwór. Pułkownik wziął pismo i schował je do kieszeni płaszcza. Założył na głowę kapelusz, i minutę później jechał już kłusem przez góry pustyni. Odkąd tylko pamiętał jazda konno pozwalała mu uporządkować myśli, których w tym momencie miał nadmiar. Po jakimś czasie był już na miejscu. Góra czerwonego żuka była jedną z najmniejszych wśród wzgórz pustynnych. Posiadała jednak najwięcej krzewów dzięki czemu stanowiło idealne miejsce do ukrycia się. Arnold położył się wśród krzewów i wyciągnął z torby długą, złotą lunetę. Przyłożył ją do oka i zaczął obserwować. Wiedział że już za piętnaście minut cel przejedzie przez to wielkie pustkowie. Teraz pozostawało tylko czekać.

Samuel Goldberg właśnie kończył opróżniać szóstą już szklankę tequili kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Dwa stoliki dalej wywiązała się właśnie bójka między dwoma mężczyznami. Zaczęli się okładać pięściami, w całym pomieszczeniu ludzie zaczęli dopingować to jednego, to drugiego. Barman powoli, ze spokojną, pokerową twarzą wziął w ręce strzelbę. Stary, brodaty Zachary już dwadzieścia lat prowadził ten lokal. Tyle razy był już świadkiem bójek, zabójstw a nawet gwałtów w tym miejscu, że nic go nie ruszało. Sam nigdy nie uczestniczył w żadnej walce. Zawsze wolał trzymać się z dala od jakichkolwiek problemów przez co wyrobił sobie opinię nieudacznika. Nikt w całym Springfield nie szanował go. Nawet dzieciaki na widok jego niezbyt pięknej twarzy wykrzywiały usta. Po części była to wina zawodu jakim się zajmował. Przyjechał do tego miejsca od razu po zakończeniu studiów w Yale. Otworzył zakład dentystyczny. Początkowo nikt nie chciał tam przychodzić ponieważ tutejsza ludność, dotąd nie widziała na oczy prawdziwego dentysty. Dopiero po roku działalności ludzie przekonali się co do jego działalności. Mimo iż robił wszystko by ratować ich spróchniałe uzębienie, to i tak każdy nim gardził. Nauczył się lekceważyć wszystkie obelgi które płynęły w jego stronę, ponieważ wiedział że są to nie okrzesani ludzie. Nie minęły nawet trzy minuty a już dwójka bijących się leżało na ziemi przed barem. Wszyscy wrócili na swoje miejsca a Zachary schował strzelbę za ladę. - Jeszcze jeden zapytał. - Nie, dzięki. Na dzisiaj mi wystarczy- odpowiedział jednocześnie podając mu dziesięć dolarów. Na dworze panował lekki chłodek, w sam raz dla mocno podpitego człowieka. Zaczął powoli iść w stronę swojego dość dużego domu, zbudowanego w południowej części tego dość zacofanego miasta. Ludzie w tym miejscu o tej porze chodzili tylko do trzech miejsc. Do burdelu ``Rudy John``, salonu Zacharego i kościoła. Już dawno dentysta wybrał to drugie. Był zbyt nieśmiały by odwiedzać domy publiczne, a przez to że jest Żydem nie miał wstępu do chrześcijańskiej świątyni. Przechodząc obok, jakże pełnego o tak późnej porze, burdelu zauważył jak ze środka z wielkim impetem, przez okno wypada jakiś mężczyzna. Samuel stanął jak wryty. Człowiek ten zaczął powoli wstawać gdy nagle przez drzwi wyszedł kolejny mężczyzna. Szybko podbiegł do wstającego i uderzył go pięścią w skroń. Przez uszy Goldberga przeleciał okropny syk, po którym poleciał salwa krzyku. Zauważył że atakujący wcale nie miał dość, i zamiast pójść w swoją stronę usiadł na swojej ofiarze, chwycił w ręce jego włosy i zaczął uderzać jego głową o ziemię. W górę i w dół, w górę i w dół. Od tego wszystkiego dentyście zachciało się wymiotować. Już miał odejść z tamtego miejsca kiedy to kobiety z burdelu zaczęły wołać do niego o pomoc. W tym momencie coś w nim pękło. Jakaś dziwna bariera która kazała mu zawsze uciekać. Przełamał się i zamiast spokojnie wrócić do pustego domu, chwiejnym krokiem podszedł do bijących się. - Zostaw go- zawołał trochę głośniej niż chciał. Oprawco go nie usłyszał dla tego spróbował po raz kolejny, koleiny i kolejny aż w końcu odważył się na to by go popchnąć. Nawet nie zdołał go przewrócić, ale za to bijący w końcu go zauważył. - Odejdź od niego- powiedział już dużo cichszym głosem. Bariera znowu wróciła. Zobaczył oczy tego człowieka które w blasku księżyca miały odcień strasznie jasnego szmaragdu, co nadawało mu straszliwego oblicza. Wstał z uśmiechem na twarzy i odpowiedział zachrypłym głosem- A ty niby kim do cholery jasnej jesteś że mi rozkazujesz? - Nikomu nie wolno tak traktować ludzi. - To nie jest człowiek. To nie jest nic nie warte ścierwo które nigdy nie powinno postawić nawet stopy na ziemi. Błyskawicznie doskoczył do Żyda i zadał dwa ciosy w brzuch. Pijak zgiął się w pół i padł na ziemię. Zwymiotował przy tym jego buty. - Kurwa- wrzasnął. Podniósł nogę by go kopnąć gdy padły strzały. W tedy dentysta stracił przytomność.

Edward nie spał od jakiś dobrych trzech dni i szczerze miał już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Z Kansas City przejechał łącznie przez około dziesięć miast. W praktycznie każdym z nich ktoś usiłował go zabić. Po drodze, niefortunnie był zmuszony do zabrania towarzysza na gapę, który nie dość że nie umiał strzelać z pistoletu to do tego przez złamaną nogę, trzeba było go przywiązywać do konia. Na nieszczęście anglika liczba ścigających go ludzi z dnia na dzień zwiększała się. Na początku goniła goniły go tylko oddziały wojska, potem z niewiadomego mu powodu dołączyli się najemnicy liczący prawie trzydziestu ludzi. Gdy dojechał w końcu do Meksyku, okazało się że i tam ma wrogów w postaci ludzi pustyni. Wydawało się że nad nim zawisło jakieś straszne fatum które za wszelką cenę chce z nim skończyć. Mimo to Edward Philips się nie poddawał. Przez wiele lat wychowywał się na ulicach Londynu dzięki czemu potrafił przetrwać w ekstremalnych warunkach. Powoli jednak tracił siły, żywność już prawie nie posiadał a do tego ten nieznośny dentysta cały czas płacze co doprowadza go do utraty zmysłów. Dwunastego dnia podróży zgubił na chwilę pościg. Postanowił to wykorzystać i zatrzymał się na noc na pustyni by zregenerować siły. Przywiązał konia do kaktusa, rozpalił małe ognisko i po składającym się z czerstwego chleba i kilku łyków wody, opierając się o dużych rozmiarów głaz spróbował zasnąć. Okazało się to jednak być strasznie trudnym zadaniem z powodu ciągłego płaczu i narzekania uciążliwego doktora. -Czemu? Czemu musiałeś mnie z stamtąd zabierać? Co ja ci zrobiłem?- wykrzykiwał z zapłakaną twarzą Samuel. Początkowo anglik próbował go ignorować, wkładał sobie nawet kamyki do uszu żeby nie słuchać jego gadania ale w końcu nie wytrzymał. Wstał i podszedł do mazgaja. - Uratowałem ci życie więc się ciesz i zamknij jadaczkę. Z samego rana wyruszamy w dalszą drogę więc jeśli nie chcesz żebym cię tu zostawił daj mi się przespać. Te słowa widocznie podziałały i do rana nie odzywał się w ogóle. Na drugi dzień po trzech godzinach jazdy znowu dało się zauważyć jak ich tropem podążają najemnicy i reszta ``łowców``. Szesastnego dnia znaleźli małą chatę postawioną po środku pustkowia. Była opuszczona, ale w środku Edward znalazł trochę jedzenia. Uznał że to najlepsze miejsce gdzie mogą się chwilowo skryć. Wiedział że to tylko kwestia czasu, a będzie musiał zmierzyć się z najemnikami. Z tego miejsca jednak łatwiej mu będzie odparowywać ich ataki. Osiemnastego dnia tak jak się spodziewał przybyła banda licząca siedmioro uzbrojonych ludzi. Byli to zwiadowcy. Otoczyli cały dom i zaczęli strzelać. Anglik zdawał sobie doskonale sprawę z tego jak głupie jest to zagranie. Leżał na ziemi i tylko czekał. Wkurzający Żyd oczywiście ryczał i wrzeszczał ale w ty momencie nie przeszkadzało mu to. Przeturlał się do jednego z trzech otworów na okna i na sekundę pokazał w niej swoją głowę. Wszyscy skierowali swoje pistolety w tamtą stronę. Edward to wykorzystał i dalej się czołgając znalazł się pod następnym otworem. Wyciągnął broń i szybko zaczął strzelać. Dzięki perfekcyjnemu wyszkoleniu wszystkie sześć naboi trafiły. Sześciu pospadało z koni a siódmy ruszył kłusem w drugą stronę. Samuel oczywiście stracił przytomność. Po godzinie obydwoje jechali powoli w dalszą drogę. Byli coraz bliżej Chihuahua. Tam nic by im już nie zagroziło. Edward chciał w tym mieście zostawić dentystę który mógłby ruszyć z stamtąd w drogę powrotną do Springfield. Dwudziestego dnia wszystkie plany ściganego legły w gruzach. Słońce świeciło swym pełnym blaskiem. Żar gorąca sprawiał że Edward i Żyd odczuwali ból głów. Koń także powoli, ze zmęczenia zwalniał. Nagle usłyszeli tętent kopyt. Anglik spojrzał w tył i zobaczył coś co strasznie go przeraziło. Nie wiadomo skąd pojawili się wojskowi na koniach. Wydawało się że jest ich całe mnóstwo. Philips kopnął ostrogami boki konia, który przyzwyczajony już do tego gestu ruszył kłusem przed siebie. Po pięciu minutach padł strzał. Koń zrobił fikołka w powietrzu a wraz nim dwójka mężczyzn. Zwierzę przygniotło oby dwóch. Nie mieli szans na ucieczkę. Gdy wojsko dojechało do nich Samuel wydawał się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi mimo bólu w złamanej nodze. - Nareszcie przedstawiciel prawa. Jak ja się cieszę. Co za szczęście że... Twarz Goldberga splamiła krew. Ktoś zaczął się śmiać. Edward dopiero po trzech sekundach spostrzegł że czaszkę konia przedziurawiła kula. Samuel zaczął krzyczeć. Trzech z nich zeskoczyło z koni i z ciągnęło z nich zwierzę. Ci sami zakuli ich w kajdanki i usadowiło na rumakach. Chwilę potem byli już w drodze do obozu 4 konnej kompanii im. Kazimierza Pułaskiego.

Data:

 2013-12-31

Podpis:

 Łukasz Saczuk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76210

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl