DRUKUJ

 

"Jak z bandyty stałem się Piorunem" - R

Publikacja:

 13-11-29

Autor:

 deszczowewieczory
"Jak z bandyty stałem się Piorunem"

Rozdział 2
"Zapach fiołków i tytoniu"



Kiedy ostatni raz widziałem Anne musieliśmy wyrżnąć niemal pół miasteczka by ją ratować, bo oszukiwała w kartach. Któż jednak nie pomógłby tak ślicznej damie w tarapatach? Nie miałem w zwyczaju (jako samotny i wolny wędrowiec) przywiązywać się do ludzi bardziej niż było to konieczne, dla niej jednak rozbiłem trzy flaszki najlepszej whisky o łby ludzi jej nieprzychylnych, co od początku zaskoczyło mojego współtowarzysza.

Przybyliśmy do miasteczka Silent Wind pod osłoną nocy, kiedy słychać już było tylko zalotną serenadę świerszczy, które zapewne podobnie jak ja chciały zdobyć swoją ukochaną. Bezszelestnie zakradłem się do posterunku starego wyjadacza, który bezprawnie nazywał siebie szeryfem. Wolnym krokiem zbliżałem się do wejścia dźwięcząc cicho zakurzonymi ostrogami.
- Nie próbowałbym tego - obracając w ręce rewolwer szepnąłem do szeryfa, który właśnie sięgał po niedźwiedziówkę wiszącą na ścianie.
- To nierozsądne przyjeżdżać do miasteczka w którym każdy człowiek którego znasz jest twoim wrogiem - odpowiedział, wyjmując z szuflady dwie szklanice i stawiając je na stole.
Usiadłem naprzeciw tego starego człowieka, który wydał mi się jeszcze bardziej przerażony moją osobą niż ostatnim razem.
- To dziwne szeryfie, że w miasteczku aż roi się od bandytów a twoje cele świecą pustkami.
- Nie mieszaj się w te spawy, lepiej odjedź nim wzejdzie słońce, tak będzie lepiej dla Ciebie i całego miasta.
Nalał mi całą szklankę whisky a ja wypiłem ją jednym haustem. Wstałem, a wychodząc spojrzałem na niego raz jeszcze.
- Wysprzątaj celę, bo rano odwiedzi ją wielu gości.

Już świtało kiedy stanąłem przed wejściem do saloonu wyczekując aż Bill Hits raczy wyjść uprzednio opróżniając cały bar z trunków. Nie było ani jednej żywej duszy, zapaliłem cygaro i czekałem... W końcu wyszedł, i tradycyjnie przed 12:00 rozpoczęliśmy pojedynek, warunki były proste - jeśli wygram, uwolni Anne, jeśli zaś polegnę, cóż... tego nie było w ogóle w planach. Kiedy on rozgrzewał brudne paluchy wymachując nimi nad kaburą, ja wsłuchiwałem się w ogromny zegar. Dłuższa wskazówka z wolna dążyła do południa, a nim zdążyła osiągnąć swój szczyt Bill już leżał martwy a ja zdmuchnąłem dym z końcówki rewolweru.

Siedziała w małym szarym pokoiku przywiązana do solidnego krzesła wpatrzona w okno jak dziecko, które jest zbyt małe by dosięgnąć do parapetu i zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Dmuchała przy tym na kosmyk kasztanowych włosów który opadał jej na usta. Podszedłem więc cicho i odgarnąłem go. Mogłem znów od niepamiętnych czasów zatonąć w jej pięknych niebieskich oczach, które za każdym razem zdawały się mówić "Eeejj, i tak sama bym się z tego wygrzebała". Anne nabrała powietrza, i już miała coś powiedzieć, ale zamiast tego dotknąłem ustami jej warg, bo tylko na tyle pozwoliły mi okoliczności. Przecinałem po kolei wszystkie beznamiętnie zaciśnięte liny zaczynając od tych krępujących jej delikatne dłonie, o palcach zdających się tak lekkimi że kołysały się jak kłosy zbóż wraz z naprawdę leciutkim wiatrem. Palce te chwilę po oswobodzeniu nadal kołysały się z lekka w oczekiwaniu na mocniejszy podmuch, który pomoże im się przemieścić. Gdy w końcu jeden taki zawiał objęły moją szyję. Bałem się że cała odleci z wiatrem kiedy odcinałem ostatnie więzy przytwierdzające jej nogi do krzesła. Jej stopy były na tyle drobne i piękne, że zdawały się nigdy nie dotykać ziemi, ani jednego śladu po tym, że kiedykolwiek służyły do chodzenia. Kiedy już ją oswobodziłem, wstała i wtuliła się we mnie, jej włosy zawsze miały zapach fiołków, znów mogłem go poczuć. Zdawało mi się, że jest delikatna i lekka jak źdźbło trawy targane przez wiatr na preriach, jej długa suknia unosiła się otulana przez ten właśnie wiatr, przybył tu z trawiastych równin i wlatywał przez okno, uchodząc przez dziurkę od klucza świszcząc przy tym cicho. Ja przeciwnie, stałem pewnie na dębowej podłodze i nawet kurz nie chciał odfrunąć z mych spodni. Po kieszeniach miałem mnóstwo naboi, a przy pasie rewolwer i nóż z rączką z jeleniego rogu. Moje włosy spoczywały na zwieszonym z tyłu kapeluszu i nie miały bynajmniej zapachu fiołków, to był raczej zapach tytoniu i dymu z ogniska. Wieczorem miasteczko znów stało się najcichszym w okolicy, wszystko wyglądało prawie tak samo, jak przed naszym przyjazdem - szeryf polerował swoją gwiazdę patrząc na nas gardzącym spojrzeniem, a banda Billa świętowała właśnie wybór nowego szefa.

Jechaliśmy wolno wzdłuż piaszczystych równin, Anne szeptała mi do ucha o wszystkim co przeżyła. Wspomniała o tym, jak wygrała w karty piękną karą klacz i rewolwer jakiegoś tam znanego gościa, a następnego dnia przegrała to w innym kasynie. Szczerze mówiąc, nie miało dla mnie znaczenia co mówiła, skupiałem się na tym niesamowitym uczuciu ciepłego oddechu na moim uchu, który był czymś wyjątkowo przyjemnym. I mimo że byłem teraz bardzo szczęśliwy, to wiedziałem że ona i tak wkrótce ucieknie jak zawsze; miała to w swojej naturze. Zresztą ja też zawsze marzyłem, żeby być zwyczajnym rancherem, hodować bydło i wracać wieczorami na kolację do żony, która krząta się w kuchni, a potem opowiadać dzieciom różne historyjki nim zasną. Zamiast tego to ja sam stałem się bohaterem tych opowiadań i jak każdy bohater musiałem znów jechać na niebezpieczną przygodę.
- Kogo masz zamiar oswobodzić z uwięzi tym razem? hm, wybawco? - przerwała moje rozważania Anne.
Wyjąłem z kieszeni pognieciony kawałek papieru i podałem jej.
- Dock McCrooney skazany na karę śmierci za liczne rozboje, zabójstwa, kradzieże, napady i kontrakty z diabłem - przeczytała głośno.

Data:

 lipiec 2012

Podpis:

 Tobiasz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76032

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl