DRUKUJ

 

"Milczenie Anioła " I (Fragment)

Publikacja:

 13-03-14

Autor:

 nielegalnaxautorka
Był tam, jak zawsze przystojny. Jego oczy jak zawsze takie niebieskie - jak wody oceanu. Jego zapach roznosił się , mieszając z naturalnym zapachem powietrza-uwielbiam ten zapach. Przemierzaliśmy drogę z zawrotną prędkością i gdybym wiedziała, że to nasza ostatnia jazda razem, jak wariatka cieszyłabym się tą adrenaliną. Gdzieś tam w głębi czułam ku czemu zmierzamy. Co jest celem tej podróży, jak nazywać się będzie przystanek końcowy. Co może mi powiedzieć? Jak to zabrzmi? Co poczuję? Na te wszystkie pytania miałam uzyskać odpowiedź niebawem. Już dawno wyczuwałam ten dzień w powietrzu jak nadchodzącą burzę. Na niebie świeciło słońce, ale w głowie czułam jak umysł pokrywają mi ciemne chmury - niebawem miał spaść deszcz. Moje serce biło szybko, bo już było świadome co je czeka. Od jakiegoś czasu zaczęłam się zastanawiać jak ten dzień będzie wyglądać? Jak zachowam się po jego słowach, co powiem , co pomyślę, jak będę to przeżywała lub czy będę w ogóle przeżywała? Nie spojrzał na mnie ani razu. Wzrokiem przeszywał rozciągającą się przed nami drogę w milczeniu. Jego wyraz twarzy był obojętny. Nie takiego chciałam cię zapamiętać-pomyślałam. Chciałam by się uśmiechał, by ozdobił swój wyraz twarzy tym pięknym, dziecięcym uśmiechem , który tak lubiłam. Zaczął zwalniać . Zjechaliśmy na parking, niedaleko wielkiej hali sportowej. To tu się spotykaliśmy na początku. Tu wszystko się zaczęło. Najwyraźniej tu miało się też skończyć. Przekręcił kluczyk w stacyjce. Dźwięk silnika zamilkł. Oparł głowę o zagłówek fotela kierowcy, jego ciało było spięte. Na moment wziął wdech po czym powoli wypuścił powietrze. Wciąż na mnie nie spojrzał. Sama pokusiłam się o ten ruch i obróciłam głowę w jego stronę. Widziałam, że jakiś ciężar leży mu na sercu. Wreszcie odważyłam się coś powiedzieć:
-Chciałeś o czymś porozmawiać. - na te słowa obrócił się w moją stronę. Przez dłuższą chwilę mi się przyglądając. Wzrokiem mierzył każdy centymetr mojej osoby. Spojrzeniem nadal zadawałam pytania.
-Sam nie wiem jak zacząć. Ja po prostu.... - przerwał. Wiedziałam, że nie chce mnie zranić, ale ciągnąc to jeszcze dłużej, zdawał się właśnie to robić i był tego świadomy.
- ...ty po prostu masz kogoś - dokończyłam za niego,sama zaskoczona jaka odwaga właśnie mnie ogarnęła. Z jaką łatwością przeszły mi te słowa przez gardło, nie wiem do tej pory. Wiem tylko tyle, że któreś z nas musiało to powiedzieć i skoro nie był to on, to musiałam być to ja. Spojrzał na mnie z wymalowanym zaskoczeniem na twarzy. Drgnąłe i lekko pochylił się do przodu tak, że teraz czołem dotykał kierownicy.
-Skąd to wiesz? - co za pytanie. No tak, skąd mógł wiedzieć, że ich widziałam? Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na sms-y, nie odpisywał na maile więc do niego poszłam i wtedy ich zobaczyłam. Już wiedziałam jaki jest skutek, ale nie wiedziałam co było powodem. I nie wiem, czy na szczęście, czy na nieszczęście stałam w tak dalekiej odległości, że nie zauważyli mnie oboje. Bardziej on, bo ona pewnie nawet nie była świadoma, że był ze mną. Właśnie - był. Jak to dziwnie teraz brzmi.
- Widziałam was - wydusiłam z siebie w końcu. Jakby to miało jakieś znaczenie, i nie było to nic wielkiego, nic co by mogło boleć, w jakikolwiek sposób zadać mi ból. Spojrzał na mnie przepraszająco. Spuścił wzrok w dół. Uczyniłam to samo i na moment przymknęłam powieki walcząc z powoli zbierającymi się w nich łzami. Nie mogłam okazać słabości. Nie mogłam mu pokazać, jak mnie to boli. Musiałam być silna.
Musiałam zostawić sobie te emocje na chwile samotności, do poduszki, w którą wyleję strumień słonych kropel.
- Przepraszam. Nie chciałem cię zranić - wiem, że tak było, ale gdyby nie chciał tego,to czy tak na prawdę postąpiłby w taki sposób? Nie! Rozstałby się ze mną zanim ich związek nabrałby tempa, a nie kiedy już z nią był będąc jednocześnie ze mną.
-Jasne. W takim razie pójdę sobie - powiedziałam łapiąc za chromowaną klamkę od drzwi jego auta, z zamiarem wydostania się z niego. Gwałtownie złapał mnie za rękę.
-Poczekaj. Odwiozę cię - zaproponował. Przez chwilę zastanawiałam się czy tego chcę. Nie, nie chciałam tego. Chciałam stamtąd uciec, odetchnąć powietrzem, którym on nie oddychał. Znaleźć przestrzeń, której nie będe musiała z nim dzielić.Nie chciałam w tej chwili spędzać z nim ani minuty dłużej.
-Dzięki za chęci, ale mam stąd 10 minut do domu. Dam sobie radę. Po za tym wolę się teraz przejść na pieszo. - powiedziałam i otworzyłam drzwi. Zanim je zamknęłam musiałam jeszcze coś mu powiedzieć.
-Możesz coś dla mnie zrobić?
-Zależy o co chodzi - nie był pewien chyba do końca po jakim gruncie stąpa.
-Nie obiecuj jej nic. Nie obiecuj, że nigdy byś jej nie zdradził, tak jak...tak jak obiecywałeś to mi. - Przytaknął tylko.Tak po prostu, jakby to była jakaś błachostka. Ruszyłam w stronę domu mimo, że tak na prawdę nie chciałam tam iść. Dlatego zboczyłam z kursu i powędrowałam przed siebie. Nie ważne było gdzie. Po prostu chciałam być sama. Chciałam odetchnąć, przemyśleć sobie wszystko, oswoić się z sytuacją, powalczyć przez chwilę z własnymi myślami, uspokoić dzikie bicie mojego serca. Chciałam wymazać go z pamięci, ale czy tak łatwo wymazać półtora roku związku?Zdałam sobie sprawe, że podzieliłam z nim tyle chwil i rzeczy, że teraz moje życie będzie wypełnione lukami. Bałam się tego.Cholernie się tego bałam.

Betonowy chodnik, który teraz przemierzałam wydawał się jedynym bezproblemowym gruntem po jakim stąpałam przez ostatnich parę miesięcy. Płaski, zwyczajny, spokojny i niczym nie wyróżniający się. Jedyny dźwięk , który mi przy tym towarzyszył to delikatny powiew wiatru oraz dźwięk stawianych przeze mnie kroków. Gdzie tak na prawdę zmierzałam? Sama nie wiem. Póki co nie widziałam w tej części miasta żywej duszy. Nikt nie spacerował chodnikami, nikt nie bawił się na huśtawkach, które były niedaleko bloku gdzieś na środku placu zabaw. Nikt nie szedł do sklepu, żaden samochód nie jechał, żaden menel nie stał pod sklepem. Ani jednej żywej duszy w pobliżu. Znałam tą okolice i dziwne było dla mnie to, że tak pusto tu było. Dziwne, ponieważ słynie ona jako najbardziej hałaśliwa, najbardziej pijacka, jedna z tych, gdzie najwięcej razy przyjeżdża policja, okoliczne sklepy są najczęściej okradane, a napady na ludzi to raczej tutaj standard po nocach. Bloki odrapane z tynku w kolorze bladej brzoskwini. Na klatkach jakieś znaki, malunki - dzieła tutejszych graficiarzy ,tudzież zwykłych wandali. Okna wyglądały szaro, firany za nimi podobnie. Wszystko było tu takie stare i chyba już od dawana mieszkańcy darowali sobie doprowadzanie tego miejsca do kultury. Zdezelowane ławki z powyrywanymi deskami były umieszczone gdzieś na obrzeżach niewielkiego placu zabaw. Na nim znajdowała się niezgrabnie skoszona trawa, piaskownica z niedużą ilością piasku wewnątrz i tak na prawdę parę zniszczonych sprzętów do zabawy dla dzieci jak huśtawki, czy też drewniany ford , do którego wchodziło się po drabince. Przemierzałam to pustkowie i gdy dotarłam do końca tej ulicy, na skrzyżowaniu dróg widziałam tłum ludzi, karetkę oraz radiowóz policyjny. Ot odpowiedź na to, gdzie znajdowały się wszystkie żule, dzieci, matki, mężowie, córki i synowie.

Podeszłam zaciekawiona, w końcu to leży w naturze każdego człowieka. Przedzierając się przez tłum słyszałam szepty ludzi, szlochy kobiet, płacz brzmiący jak wycie gdzieś w środku zbiegowiska. Byłam coraz bliżej centrum całej sprawy i gdy udało mi się przedrzeć w miejsce, gdzie zdarzenie było najbardziej widoczne. Zobaczyłam jak młoda kobieta, szczupła brunetka ubrana w szary dres, której twarz okalało nieco kosmyków włosów, leży zakrwawiona na ziemi. Zamknięte oczy, ręce i nogi powyginane w różne strony. Wszystko wyglądało tak, jakby została potrącona przez samochód , gdyby nie fakt, że krew strumieniem płynęła jej z szyi. Mało tego krwawiąca rana wyglądała jak by była rozerwana przez jakieś dzikie zwierze. Obok niej rozpaczała najprawdopodobniej jej matka. Drobna kobietka pochylona była nad brunetką, z twarzą schowaną w dłoniach, wydając z siebie głośne jęki rozpaczy oraz pochlipywanie. Wciąż pytała "Dlaczego? Dlaczego ona?". Syrena radiowozu świeciła kręcąc się wokół , policjanci skrzętnie przesłuchiwali świadków i spisywali dane oraz zeznania. Lekarze z ambulansu sprawdzali jej stan i robili wszystko by zatamować krwawienie, ale wydawało się już za późno na jaki kolwiek ratunek. Nagle stało się coś dziwnego. Krew sączyła się niczym z kielicha z tej delikatnej istoty i płynęła jakby żyła własnym życiem. Omijała ludzi, zmierzała w jakimś kierunku , co wywołało przerażenie na twarzach ludzi tu stojących. Strumień krwi powoli płynął, dążył gdzieś, miał swój cel i trafił prosto pod moje nogi. Nasączył mi podeszwy trampek i jakby się zatrzymał. Z przerażeniem wpatrywałam się w czerwoną ciecz pod moimi nogami. Jak wryta stałam i nie wiedziałam co się dzieje. Wszyscy popatrzyli na mnie jakbym była co najmniej wybrykiem natury lub posłańcem diabła. Na ich spojrzeniach wymalowane było zdziwienie, strach, obawa, a u niektórych nawet wyczytałam słowo "Winna temu co stało się tutaj leżącej i krwawiącej kobiecie". Ledwo zdążyłam uspokoić bijące w oszalałym tępię serce, a już powróciło do tego dzikiego tempa. Oddech przyspieszył, a ja czułam się osaczona spojrzeniami ludzi wokół. Odepchnęłam dwie osoby z brzegu i pobiegłam, wręcz uciekłam stamtąd przerażona. Uznałam, że już czas wrócić do domu, że najlepiej jeśli znajdę się we własnym łóżku, w moim własnym pokoju i położę się spać. Tak też zrobiłam.

Gdy znalazłam się pod blokiem zobaczyłam ambulans. Tutaj był to standardowy wdok. Zastanawiałam się, do kogo mógł przybyć. Postanowiłam odłożyć to zagadnienie na później. Nigdy nie słynęłam specjalnie ze wściubiana nosa w nieswoje sprawy. Po za tym wieść niebawem dotrze pewnie i do naszego domu. Ruszyłam w stronę klatki, by po pokonaniu raptem pięciu schodków znaleźć się w progu mojego miejsca zamieszkania. Z wejścia oznajmiłam, że jestem już w domu. Lecz zanim zdążyłam dobrze zdjąć buty usłyszanym parę nieznajomych głosów. Kobiece i męskie, wśród nich ledwie słyszalny i zrozpaczony głos mojego wujka.
-Czy to pańska córka?- powiedziała kobieta prawie,szeptem
-Tak, zaraz jej wszystko... - przerwał wujek. Jakby bał się wymówić resztę zdania. Wyszedł mi naprzeciw. Popatrzyłam na niego. Miał zaczerwienione oczy, wilgotne od łez. Wargi drżały mu gdy zmuszał się do wypowiedzenia choćby jednego krótkiego słowa.
-Wujku co się stało?-zapytałam zaniepokojona. Podeszłam do niego i gdy tylko wyszłam z przedpokoju do salonu, ujrzałam troje sanitariuszy, którzy stali nad kanapą w salonie. Leżała na niej moja ciotka.
-Skarbie tak mi przykro, ale ciocia... ciocia nie żyje- powiedział załamanym głosem, ledwie słyszalnie. (...)

Czuje oddech nienawistnego losu. Losu ,który starając się postawić na swoim odebrał mi dzisiaj prawie wszystko poczynając od miłości, kończąc na rodzinie. Słyszę, jak śmieje mi się prosto do ucha, szepcząc, że nie mogę z nim walczyć. Czuję się bezradna, winna wszystkiemu. Winna rozpadowi swojego związku, winna śmierci dziewczyny na ulicy i winna śmierci ciotki. Śmierć najwyraźniej próbuje się ze mną zaznajomić,stojąc z boku tuż koło mojego losu. Wydaja się tworzyć diabolicznie dobrany duet.

MUZYKA: Paramore - sunday bloody sunday mp3.

Data:

 12.03.2013

Podpis:

 illegal

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74588

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl