DRUKUJ

 

Bestia część 1

Publikacja:

 13-01-05

Autor:

 Lena1012
Jego matka opuściła świat trosk i niesprawiedliwości, nim on się na nim pojawił. Była piękną kobietą, w sercu miała miejsce dla każdej żywej istoty, a uśmiechem zjednywała sobie nawet najbardziej oporną osobę. Kochano ją we wsi, której nazwy przytaczać nie potrzebuję – czytelnikowi wystarczy informacja, że była to wioska o rzut kamieniem od Lasu Diabelskiego Ziela, niewielka, ale i nie za mała, by w nie dalekiej przyszłości otrzymać prawa miejskie – kochano ją w rodzinie, ale najbardziej kochał ją jej mąż. Doskonały myśliwy, idealista, szlachetny człowiek, który nie wstydził się okazywać uczuć żonie, jak to wielu mężów miało w zwyczaju, dawał jej odczuć, że nie jest jego własnością i nadawał prawa, jakich kobieta nie mogła posiadać. Byli dobraną parą, którym do szczęścia brakowało tylko dziecka. Jednak los zażądał równorzędnej zapłaty za nowe życie.
Pojawienie się Erazma nie spotkało się więc z reakcją, jaką, śmiem twierdzić, powinny wywoływać narodziny dziecka. Był normalnym chłopcem, różowym, tłuściutkim, ślicznym cherubinkiem, ze wszystkimi dwudziestoma paluszkami, a jednak nikt się nim nie zachwycał. Nikt nie cieszył się nowym istnieniem, skoro jedno właśnie się skończyło. Żadna osoba, snująca się po domu, mniej lub bardziej demonstrująca swoją żałobę po cudownej żonie Lotargiusa, nie ośmieliłaby się głośno powiedzieć, że dziecko przyczyniło się do śmierci matki, która zawsze była wątłego zdrowia, jednak te słowa wisiały ciężko w powietrzu.
Kiedy służąca go umyła, a mamka nakarmiła własnym mlekiem, zaniesiono go do ciemnego pokoiku, i nikt już nie zaglądał do dziecka. Zajęto się zmarłą, jej zrozpaczonym mężem, zabrano skrwawione prześcieradła i materac, umyto podłogę. Sprowadzono mnicha, aby odprawił swoje rytuały i kilkoma pusto brzmiącymi słowami spróbował dać pociechę wdowcowi w bólu, o którym nie miał pojęcia. Zerknięcie na dębowe drzwi komnaty w końcu korytarza było jak wsuwanie igły pod paznokieć.

Lotargius nie oglądał syna do dnia pogrzebu. Nie czuł się na siłach, żeby go oglądać, nie mógł nawet o nim myśleć. Sypiał w jednym z kilku gościnnych pokojów; ilekroć zbliżył się do schodów wiodących na piętro, czuł, jakby jakiś zimny, niby palec śmierci trącał jego nerwy jak struny harfy. Spanie w łóżku, w którym cierpiała, a potem umarła jego żona, było dla niego niewyobrażalne.
Zajrzał do komnaty syna dopiero wieczorem, po dwóch kęsach chleba na kolację, nadal mając na sobie pomięte już i pobrudzone winem ubranie z pogrzebu. Idąc korytarzem, ledwie poruszał nogami, ciążyły mu jak ołów, a serce dudniło tak głośno, że musiano słyszeć je w całym domu. Nacisnął klamkę, zaczerpnął głęboko tchu i wszedł do pokoju, który Liliana długo przygotowywała. Skąpe światło emanowało z samotnej świecy, stojącej w lichtarzu na okrągłym stoliku. Na środku pokoju stała kołyska, w której i on spał dawno temu.
Mężczyzna tkwił w progu długie sekundy zanim do niej podszedł. Łzy mąciły mu wzrok. Wytarł twarz rękawem koszuli i przeciął pokój. Stanął nad bujanym łóżeczkiem.
Patrzył na uśpioną, spokojną twarz swojego syna. To było najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział. Dziecko jego i Liliany. Owoc ich miłości. Ogarnęło go przyjemne uczucie ciepła. Westchnął i zmierzwił dłonią swoją miodową czuprynę, aż nastroszyła się jak lwia grzywa. Miał trzydzieści dwa lata i był przeciętnym z urody mężczyzną nie skupionym na swojej powierzchowności, trochę nieśmiałym i popadającym w zażenowanie, gdy żona komplementowała jego aparycję.
Zorientował się, że noworodek patrzy na niego ciekawie. Obaj przyglądali się sobie w półmroku. Lotargius próbował dostrzec podobieństwo do siebie lub Liliany, ale dziecko wydawało się nie posiadać żadnych cech jego ukochanej żony, a do niego już w ogóle nie było podobne. Było tylko jeszcze jednym małym człowiekiem.
Dziecko zajęczało. Mężczyzna sądził, że chłopiec się rozpłacze i zaczęła go ogarniać panika, ale Erazm nie odezwał się więcej. Nadal jakby przyglądał się ojcu z zainteresowaniem. Lotargius miał ochotę przesunąć opuszką palca po policzku chłopca, ale zaraz odsunął od siebie tę myśl, to mogło go wystraszyć i mógł zacząć płakać. Jednego z najdzielniejszych mężów w wiosce przerażała możliwość wybuchu płaczu u swojego syna, musiałby wtedy wziąć go na ręce, uspokoić, a czuł się dziwnie niezdolny do tego.
Przesunął dłonią po brzegu kołyski, w dalszym ciągu przypatrując się tłuściutkiemu noworodkowi, małym, dziecinnym usteczkom, noskowi, oczom, których koloru nie mógł poznać w tym świetle. Meszek na główce musiał być miły w dotyku. Dziecko leżało owinięte ciasno w kocyku, bezbronne i Lotargius znów poczuł potrzebę dotknięcia go, chronienia. Myśl, że mógłby wziąć syna w ramiona, wypłoszyła go z komnaty.
***
Erazm rozwijał się tak, jak powinien. W pierwszych miesiącach życia nie sprawiał nikomu problemów. Służąca Gitylda twierdziła, że to najgrzeczniejsze dziecko z jakim miała do czynienia, a w swoim życiu widziała ich wiele. Mamka była zadowolona, że nie jest żarłoczne. Płakało tylko, gdy było głodne lub miało mokro w pieluszce. Nie chorowało, nie miewało kolek, często więc o nim zapominano, gdy o nic nie wołało.
Lotargius rzadko widywał syna, pytał o niego opiekujących się nim kobiet. Nie odczuwał potrzeby zbliżania się do niego, nie nawiązała się między nimi żadna więź. Był dzieckiem jego i Liliany, powtarzał to sobie, ale nie czuł się z nim związany. Miał niewiele wolnego czasu, jego wioska potrzebowała go bardziej niż jego na przemian śpiący, jedzący i wypróżniający się syn. Było dobrze tak, jak było: Erazm leżał w swoim pokoju, a jego potrzeby spełniały powołane do tego kobiety. Lotargius nie chciał sobie wyobrażać co będzie, gdy jego własne – obce dziecko podrośnie i będzie go pełno w całym domu, będzie domagało się uwagi swojego ojca. W momentach, gdy nachodziła go ta myśl, panika ściskała go za gardło. Pragnął, by pozostało cały czas w swoim pokoju, odcięte od niego, niepotrzebujące go, aby nigdy nie dorosło. Jednak ono rosło, z każdym miesiącem przybierało na wadze. Nieuchronnie zbliżała się chwila, kiedy postawi pierwsze kroki.
Cieszył się, że Gitylda wyręcza go we wszystkich sprawach dotyczących dziecka, wiedział, że kobieta traktuje jego syna jak własnego, a malec się do niej przyzwyczaił. Nigdy nie wyrzucała mu jego oziębłości wobec Erazma ani ogromnych ilości alkoholu jakie Lotargius pochłaniał, aż do pewnej wrześniowej niedzieli.
Cały dzień kręciła się osowiała po domu, co chwila wzdychała albo zawieszała na nim wzrok. Kiedy usiadła naprzeciwko niego w fotelu, podparła twarz rękami i gapiła się w dywan jak sroka w gnat, Lotargius nie wytrzymał.
– Nad czym to tak dumasz? – Wypuścił kłęby dymu.
Kobieta poderwała głowę, jednak długo nie odpowiadała.
– Wie pan, że Erazm potrafi już siedzieć dłuższy czas bez podpierania?
– Nie – odpowiedział ostrożnie. Popatrzył na sługę z uwagą.
– Wie pan, że gaworzy, gdy wchodzę, że śmieje się, gdy mu śpiewam, że raczkuje po całej komnacie i sprawia mu to uciechę?
– Do czego zmierzasz? – Odjął cygaro od ust i zmierzył ją wzrokiem.
– Ja? Do niczego.
Nuta ironii w jej głosie wystarczyła, by ogarnęła go fala gniewu. Zdusił cygaro w popielniczce i wymaszerował z bawialni.

Kiedy wspinał się po drewnianych schodach, czuł się dziwnie ociężały. Wszyscy krytykowali go i doradzali. Kim byli, żeby się wtrącać? To było jego życie i mógł z nim zrobić co chciał. Nikt nie rozumiał albo nie chciał zrozumieć co on przeżywał. Minęły miesiące od śmierci Liliany, ale miał wrażenie, że odeszła zaledwie wczoraj. Ból wcale się nie zmniejszył, a dom pełen był wspomnień, czuć w nim było obecność Lilki, jakby niedawno przechadzała się, wchodziła po tych schodach, pozostawiając za sobą zapach swojej wody różanej. Często, gdy wchodził do bawialni, miał wrażenie, że ona przed chwilą tam była, mijał się z nią, nie miał szczęścia jej spotkać. Miejsce, w którym zazwyczaj siadywała na ławie było ciepłe, jakby siedziała tam niedawno. Stale czuł jej zapach. Nie mógł się od niej uwolnić i sam nie wiedział czy chce, aby jej duch bezpowrotnie go opuścił.
Ruszył korytarzem, który dzisiaj zdawał się dłuższy niż zwykle. Lotargius stawiał kolejne kroki, ale one wcale wydawały się go nie zbliżać do pokoju Erazma. Miał wrażenie, jakby szedł już długie minuty, a kiedy miał dosięgnąć klamki, drzwi się oddalały. Czoło zroszył mu pot. Zrobiło się nagle gorąco. Gdy wreszcie dopadł drzwi, był zmęczony, oddychał spazmatycznie, jakby rzeczywiście pokonał długą drogę. Położył dłoń na klamce i wtedy usłyszał wysoki dźwięk, który sprawił, że mrówki przebiegły mu po plecach – Erazm płakał. Lotargius odsunął się od drzwi spłoszony. Serce waliło mu werblem. Wrzask niemowlęcia zdawał się coraz głośniejszy, był wręcz bolesny dla uszu. Już miał schronić się przed tym okropnym hałasem w swojej komnacie, ale wtedy nieoczekiwanie poczuł coś nieokreślonego w okolicy, gdzie kiedyś było jego serce, a teraz ziała pustka. Cały ciężar, jaki odczuwał na plecach, zniknął, zamiast niego poczuł odwagę.
Pchnął drzwi i wszedł do środka. Erazm krzyczał żałośnie. Ojciec podszedł do kołyski i nachylił się nad nim. Dziecko miało niezadowoloną minkę i twarz mokrą od łez. Mężczyzna czuł, jak budzi się w nim uczucie, którego od bardzo dawna nie zaznał. Wyciągnął syna z łóżeczka i przytulił. Płacz ustał, chłopiec pojęczał chwilę i uspokoił się. Lotargiusa zalała nowa, intensywniejsza fala zapomnianego uczucia. Tulił swojego syna, który ważył już dosyć sporo od czasu, gdy ostatnio trzymał go w dniu chrztu. Dotknął pieluszki, ale była sucha.
– Dlaczego płakałeś? – zapytał półgłosem syna. – Podobno dopiero co jadłeś.
Niemowlę patrzyło na niego okrągłymi, fiołkowymi oczami Liliany. Kolor zmienił się i teraz jego oczy były wzruszająco takie same jak matki. Lotargius pochylił głowę i ucałował czoło syna. To było przyjemne dla obojga. Usiadł z dzieckiem w bujanym fotelu, układając je w pozycji półleżącej.
– Czułeś się samotny, co? – zagadnął do chłopca, który zainteresował się guzikami jego skórzanej kamizelki. – Dlatego płakałeś? Kto chciałby cały czas leżeć sam w komnacie? Wybacz, stary.
Przesunął kciukiem po pucatym policzku synka. Skóra dziecka była przyjemnie miękka i gładka. Malec bawił się jego guzikami. Z ciekawością badał je palcami, próbował skierować do swojej buzi, ale bez powodzenia. Przechylił się i wpadł twarzą w brzuch ojca. Lotargius uśmiechnął się i posadził syna z powrotem. Wziął jego małą dłoń w swoją, masował drobne paluszki.
– Co by powiedziała twoja matka, widząc jak cię zaniedbuję? – zastanawiał się głośno.
Erazm odpowiedział przeciągłym ,,aach” i zaczął wierzgać. Próbował dosięgnąć wąsów ojca, które wydały mu się nagle szalenie interesujące. Lotargius rozbawiony schylił się i syn pociągnął go boleśnie za prawego, zakręconego do góry wąsa.
Małemu najwyraźniej to się spodobało i szarpnął ponownie. Ojciec ze śmiechem oswobodził swój zarost z rąk niemowlaka i z czułością uściskał Erazma. Wycałował pokrytą jasnymi włosami główkę. Jak mógł dotąd nie przytulać swojego syna? Stracił tyle czasu. Bał się pozwolić sobie na miłość, częściowo obwiniał Erazma o śmierć Liliany. Gdyby nie dziecko, ona nadal by żyła, ale stało się tak, nie inaczej, miał syna, który był częścią jego żony. Nie może w nieskończoność go ignorować.
– Przepraszam, synku – powiedział, zaglądając w jego fiołkowe oczy.
Malec patrzył na niego rozumnie. Lotargius pomyślał, że nigdy nie widział u żadnego niemowlaka takiej inteligencji w oczach, tak jakby rozumiał to, co on do niego mówił. Raz jeszcze ucałował syna. Sprawiało mu przyjemność pieszczenie dziecka, pachniało tak miło i było rozczulające. Tulił je jeszcze długo po tym jak zasnęło. Potem ułożył je w kołysce, przykrył kołderką, przyglądał się chwilę spokojnej twarzy i wyszedł po cichu. Zszedł na dół odrodzony, wyciszony i szczęśliwy.

Gitylda myła na klęczkach podłogę w sieni. Jej niemały biust kołysał się, gdy zaciekle szorowała. Lotargius stanął u podnóża schodów, a wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego. Poprawiła chustkę na włosach i podniosła się z klęczek, upuszczając szmatę do wiadra. Wyraz jej twarzy mówił, że wiedziała o zmianie nastawienia swego chlebodawcy do syna. Lotargius odwzajemnił uśmiech, ominął mokry kawałek podłogi i wszedł do bawialni.

Znacznie częściej zaglądał do syna. Czas między pracami poświęcał dla niego: przytulał go, zabawiał, zabierał do bawialni lub izby kuchennej, uczył go chodzić. Erazm pierwsze słowo wypowiedział przy nim i brzmiało ono ,,papa”. Ojciec wychodził z nim na spacery po wsi, opowiadał dziecku o cudach przyrody, zrywał z nim kwiaty, wyjmował trawę z ust. Mieszkańcy wsi spoglądali na nich z przyjemnością, chwalili Erazma, zagadywali jego ojca. Chłopiec rósł hołubiony i kochany przez wszystkich. Trudno było go nie kochać, był ślicznym, czarującym i pogodnym dzieckiem. Był promyczkiem, który wszędzie gdzie się pojawiał, rozświetlał twarze.

Kiedy Lotargius zauważył, że twarz syna zaczyna niepokojąco się zmieniać, przeraził się jak nigdy. Wypadł z komnaty Erazma, jakby gonił go diabeł. Odważył się wejść tam dopiero nazajutrz. Zaglądał do niego kilka razy dziennie tylko po to, by sprawdzić jego stan. Niestety z czasem było coraz gorzej. Jego syn zmieniał się w potwora, a on nie wiedział dlaczego. Paraliżował go strach. Alkohol tymczasowo koił jego postrzępione nerwy. Zaglądał do kieliszka na tyle często, by Gitylda znów zaczęła się o niego niepokoić. Jednak gdy zwracała mu uwagę, próbowała rozmawiać, krzyczał na nią i groził ,,wyrzuceniem na zbity pysk”. W domu znowu panowała ponura atmosfera.

Gitylda z przykrością patrzyła, jak ojciec oddala się od syna, jak na powrót staje się zimny i obcy. Serce jej pękało, gdy widziała, jak odtrąca Erazma, odmawia, gdy chłopiec chce się z nim bawić, jak pozostaje głuchy na potrzeby dziecka. Ona nadal kochała Erazma, jej uczucie do niego nie osłabło przez to, co się z nim działo. Nie mogła z takiego powodu czuć do niego awersji. Wciąż był jej małym, słodkim aniołkiem, choć trochę bardziej karykaturalnym.
Nela, druga służąca, miała odmienny stosunek do dziecka. Nigdy za nim nie przepadała, nie lubiła bachorów, ale w ostatnim czasie, kiedy pan nie widział, zaczęła okazywać niechęć Erazmowi. Pewnego południa, gdy pan pojechał na polowanie, Gitylda przyłapała ją, jak mówi do Stefana okropne rzeczy.
– Ty, mała bestio! – syknęła, nachylając się nad nim. Trzymała w dłoni pękniętą porcelanową figurkę anioła, jej twarz płonęła, a Erazm przyparty przez nią do ściany, choć go nie dotykała, szlochał wystraszony. – Przypominasz goblina. Uważaj, co robisz, ty niezdarny potworku, bo nie będę za każdym razem sprzątać po tobie. To była taka ładna figurka.
Twarz Gityldy poczerwieniała z gniewu. Wpadła do salonu jak wystrzelona z armaty, a Nela ze wstydu i przerażenia jęknęła, i przycisnęła roztrzaskaną figurkę do piersi. Erazm podbiegł do swojej opiekunki i kurczowo uczepił się jej nogi. Otoczyła dziecko ramieniem i przycisnęła do boku.
– Co ty wyprawiasz?! – Miała ochotę rozszarpać Nelę. – Jak mogłaś tak do niego mówić? Co cię opętało, głupia dziewczyno? Masz ptasi móżdżek czy jesteś po prostu podła?
Dziewczyna zaczęła się gęsto tłumaczyć. Przepraszała, mówiła, że nie wie, dlaczego to powiedziała, błagała, żeby Gitylda nic nie mówiła Lotargiusowi.
Kobieta podniosła Erazma i posadziła sobie na biodrze.
– Już dobrze, mój malutki – powiedziała kojącym szeptem, a potem zwróciła się do Neli. – Wiem, że nie jesteś zdolna do serdeczności wobec dziecka, ale przesadziłaś. Byłaś okrutna. To nie wina tego chłopca, że tak wygląda i ty nie masz prawa tak do niego mówić. Nie masz prawa nikogo oceniać. Mam ochotę sprać cię porządnie.
Pocałowała chłopca w policzek i zaczęła kierować się z nim w stronę wyjścia.
– Nie powiem dla pana – rzuciła ostro przez ramię. – Ma dość zmartwień. Ale jeśli jeszcze raz powtórzy się coś podobnego, własnoręcznie cię stąd wyrzucę.
Erazm nie zbliżał się do niemiłej służącej, do ojca też już nie garnął się tak jak przedtem. Chodził jak cień za Gityldą. Ona wieczorami opowiadała mu bajki i śpiewała, we dnie bawili się lub wychodzili na zewnątrz.
Gitylda zaczęła się obawiać, że zmieniający się wygląd chłopca nie pozwoli im na spacery. Już teraz starała się omijać ludzi, panika chwytała ją za gardło, gdy do niej podchodzili, starała się ukrywać przed nimi twarz Erazma, chowając go w spódnicy albo biorąc na ręce. Nie wdawała się w pogaduszki ze znajomymi, jak to dawniej miała w zwyczaju, przyjaciele obrazili się na nią, wyraźnie widzieli, że ich unikała. Serce podchodziło jej do gardła, gdy ujrzała kogoś w miejscu, gdzie myślała nikogo nie spotkać, odprężona siedząc z dzieckiem. Każde wyjście z domu wiązało się z niepokojem i napięciem. Zauważyła, że twarz niegdyś rumiana i pogodna, stała się szara i zmęczona, a we włosach nagromadziły się srebrne nici. Łaskawy czas minął bezpowrotnie, zdawał się tak daleki i nierealny, jakby go w ogóle nie było, jakby nie było beztroski po śmierci pani Liliany, jakby welon czerni ciążył nad nimi bezustannie.

Nie minął tydzień, gdy w osadzie huknęła wieść, że syn Lotargiusa jest potworem. Wszyscy odwrócili się od niegdyś najszlachetniejszego męża w wiosce. Dom był stale obrzucany kamieniami i łajnem, szyby tłuczone. Wyzwiskom i przekleństwom nie było końca. Czytelnik nie powinien więc być zdziwiony, że Lotargius się załamał.
Niebo dopiero różowiało, gdy ubrany w obszerny płaszcz z kapturem, wyszedł z domu, niosąc w ręce przykryty szmatą koszyk. Nie czuł nic. Jedynie męczącą obojętność. W pół godziny dotarł do lasu, około tyle samo czasu lawirował między drzewami, rzucając za sobą kolorowe paciorki, aby nie zgubić drogi. Kiedy uznał, że to koniec wyprawy, postawił kosz na ziemi. Długo na niego patrzył. Początkowo zamierzał go tu zostawić i pozwolić mu zamarznąć na śmierć, ale to było w końcu jego dziecko – mógł mu przynieść lżejszą śmierć. Nie zastanawiając się więcej, ukląkł, przycisnął szmatę do twarzy potworka, a gdy przestało się ruszać, odszedł z poczuciem niezwykłej ulgi.
***
Kiedy podbiegła do skrytego pod paprocią koszyka z wikliny, modliła się, aby nie było za późno. Zerwała z niego szmatę. Widząc siną, zdeformowaną twarzyczkę dziecka, łzy trysnęły jej z oczu. Nie tracąc więcej ani chwili, pochyliła się i ofiarowała mu swój oddech.

Data:

 03.01.2012

Podpis:

 Marlena W.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73998

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl