DRUKUJ

 

Niechciane wspomnienia

Publikacja:

 12-12-21

Autor:

 kartonbezpudla
Weranda powoli zalewana była blaskiem czerwonego słońca. Ostatnie promyki przeciskały się pomiędzy gałęziami okoliczny drzew. Przepływały przez mozaikę z liści, które łapczywie sięgały po ostanie chwile ciepłego światła. Dzień odchodził w niepamięć.
Wiele osób pędziło w tej chwili przed siebie, uzbrojeni w zaborcze myśli, kierowali swoje kroki ku kolejnym wydarzeniom. Uwagę ich bardziej przykuwał fakt, dzwoniącego telefonu, niż magiczny pejzaż wymalowany na czerniejącym niebie. Był jednak ktoś, kto czekał na ten spektakl każdego wieczoru. Siadał w starym, na wpół przeżartym przez korniki fotelu i z kubkiem ledwo ciepłej kawy, podziwiał starania odległej kuli lawy. Stare oczy już prawie całkowicie straciły swój kolor, włosy, niegdyś burzliwie broniące swojej indywidualności, teraz spływały szarą strużką. Na jego kolanach czekał kraciasty koc, na drugiego wytrwałego widza. Zazwyczaj główka wyłaniała się zza zakrętu i z cichym miauknięciem, oznajmiała swoją obecność. Dzisiaj też wpadł na chwile. Przeciągnął się i niezgrabnie wskoczył na swoje miejsce.
- No, już myślałem, że zapomniałeś dzisiaj o mnie – z lekką drwiną staruszek przywitał swojego towarzysza – przesłań się wiercić, siadaj, zaczynamy.
Szare, wyleniałe futro, zupełnie zignorowało ten przytyk i kontynuując swój codzienny taniec, ułożyło się na kolanach swojego pana. Patrząc mu w oczy, wymusiło pogłaskanie po kościstym grzbiecie.
- Zagramy dzisiaj w tysiąca – rozległo się zapytanie dochodzące z głębi domu.
- Nie gram z tobą, bo oszukujesz – szybko odpowiedział staruszek.
- A ty ciągle to samo, setki razy potarzałam ci przecież, że to był przypadek, karta musiała mi wypaść. Nie wiem jak to się stało.
- Ważne, że ja wiem. Z oszustkami nie gram.
- Lepiej się przyznaj, że po prostu jestem lepsza od ciebie, a ty nie potrafisz przegrywać – z przekorą odpowiedział głos z domu – zawsze wygrywałam, a ty zawsze znalazłeś jakaś wymówkę, która pozwoliła ci usprawiedliwić przegraną.
Ta historia odgrywana była niemal każdego wieczoru, te same słowa padały po sobie. Żadne z nich nawet się nie uśmiechnęło, chociaż w duchu, każde z nich się śmiało na głos. Tak, jak wtedy, gdy grali ze sobą morze czasu temu.
Siedzieli w małym pokoju, którego skośny dach zabierał połowę dostępnego miejsca. Przez małe okienko, wpadał gorący podmuch dogasającego dnia. W głowach lekko szumiało różowe wino, a oczy świdrowały podstępne spojrzenia przeciwnika.
- … jak byś trzymał karty przy sobie, to nie było by problemu – śmiała się – ja wcale nie patrzyłam, to ty odchyliłeś je tak, że wszystko było widać !
- No faktycznie, tak bardzo je odchyliłem, że prawie wywróciłaś kieliszek, starając się nie patrzyć – z udawaną powagą odpowiedział – Jeśli, jeszcze bardziej będę trzymał karty przy sobie, to już widzieć ich nie będę.
- Ej, sugerujesz, że oszukuje. Ja? Przecież, to tobie, co i rusz rozsypują się karty po podłodze.
Mogli by grać pięcioma kartami, a i tak gra trwałaby godzinami. Nie miało znaczenia, kto faktycznie wygrywał, czy o co grali. W te wieczory, gra toczyła się zupełnie gdzie indziej, na zupełnie innej płaszczyźnie. Subtelnie zabierała ich myśli na wspólna wyciekę, w miejsce, które znali, które kochali.
Kot coraz mocniej pracował nad nogami swojego nosiciela, ugniatając na nich coraz to nowe wzorki. Niecierpliwił się, nagłym brakiem zainteresowania i mechanicznymi pociągnięciami dłoni po jego grzbiecie.
- A ty co tu, pompujesz, łapkami? – uśmiechnął się staruszek – już dobrze, dobrze. Będę głaskał tak jak lubisz, dręczycielu.
- Miau – odparł kot i ponownie ułożył się w swoim kocowo-kolanowym legowisku. Oczywiście kompletnie nie zależało mu aby ktokolwiek go głaskał, ale jak już to robi, to niech chociaż robi to porządnie. Kochał tą szorstką dłoń.
- Robię kolację, chcesz coś? – szczekanie naczyń z głębi domu i tak już dawno powiadomiło o czynnościach jakie się tam wykonywały.
- Nie. Nie jestem głodny.
- Na pewno? Nie będę chodziła dwa razy.
- No dobra, jak już koniecznie musisz, to zrób mi kanapkę.
- Skoro nie chcesz, to nie będę cię namawiała.
- No tak, najpierw sama proponuje, tylko po to aby na końcu wymusić proszenie!
- Nic nie wymuszam, jak poprosisz to ci przyniosę.
- No, dobra. Poproszę, jedną, z ogórkiem.
- Co tam szepczesz, bo nie usłyszałam.
- Poproszę kanapkę, mam błagać?
- Pewnie by nie zaszkodziło, może nawet spowodowałoby, że by mi dzięki temu nie upadła na podłogę – głos śmiał się zaczepnie – ale zawsze możesz zaryzykować.
- Nie będę cię błagał o kanapkę – zastanowił się chwilę, po czym szybko dopowiedział – ponownie.
- Dobrze, już dobrze. Skoro tak ładnie prosisz to ci zrobię jedną z ogórkiem, tak jak chciałeś.
- Ha, więc jednak słyszałaś co mówiłem. Wiedziałem, że tylko mnie tak dręczysz.
- Możesz powtórzyć, bo nic nie słyszę – dało się słyszeć tłumiony śmiech, przykrywany stukotem noża o drewnianą deskę do krojenia.
- ech …
Zawsze lubił patrzeć jak przygotowywała jedzenie. Czasami wchodził cicho do kuchni, tak aby nie zdradzić swojej obecności. Opierał się o szafki i z uwagą obserwował dłonie tańczące przy drewnianej desce. Co i rusz, pokrojone kawałki nie trafiały do garnka. Nigdy nie próbowała swoich potrawa w trakcie ich przygotowywania, ale uwielbiała podjadać poszczególne składniki. On tego nie cierpiał, chociaż w bardzo specyficzny sposób. Po prostu zakazał jej tego robić, wiedząc że ona i tak się nie powstrzyma i ukradkiem porwie jakiś kąsek. On mógł wtedy, żartobliwie ją skarcić, tak jak ojciec upomina mała córeczkę, gdy ta z anielskim uśmiechem i umorusaną w czekoladzie buzią, stara się wytłumaczyć że nawet nie wie gdzie znajduję się pudełko z pralinkami. No nie można się gniewać, na taki obrazek. I on nigdy się nie gniewał. Cząstka pomidora, powędrowała wprost z pod noża do lekko otwartej buzi.
- Ile razy powtarzałem, że masz nie podjadać, później nie tkniesz obiadu.
- Dobrze, tatusiu – wysepleniła przez usta, z których jeszcze wystawała połówka pomidora – zjem wszystko.
- Dobrze, córuś – podejmując jej grę, odpowiedział – i tak będziemy siedzieć przy stole, aż wszystkiego nie zjesz. Do ostatniego kęsa.
- A będzie nagroda, jak wszystko grzecznie zjem?
- Zobaczymy – uśmiechnął się zawadiacko – a co by Pani życzyła sobie na deser?
- Uciekaj z mojej kuchni, cywilom wstęp wzbroniony – roześmiała się , pogroziła mu kuchennym nożem i powróciła do świata ćwiartek pomidorów i plasterków pękatego bakłażana.
- Idę. A będziesz tęsknić?
- Sio!
Na werandzie powoli zaczynało się robić chłodniej. Cisza spływała na powoli usypiające drzewa i małe niebieskie kwiatki, wystające zza wysokiej trawy. Słychać było tylko odległy gwar ruchliwej ulicy i poszczekiwania upartego psa sąsiadów. Dźwięki te były tak znajome, że stały się tłem nocy w tej okolicy, były więc niesłyszalne. Spokój zakłóciły kroki osoby idącej w lekko za dużych chodakach. Postukiwały uważnie na drewnianej podłodze, niemalże dało się usłyszeć jak ich właścicielka skupia się na każdym kroku. Przez uchylone okno najpierw wyłoniła się taca, na której spoczywały talerzyki z kanapkami, a zaraz za nią wkroczyła nieduża przyprószona siwizną osóbka.
- Oderwij się na chwilę od swoich przemyśleń i spójrz jaką ucztę ci przegotowałam – postawiła tace na stoliku – na która, oczywiście, kompletnie nie zasłużyłeś.
Odwrócił się, a w oczach jeszcze dogorywały odległe myśli. Patrzył na nią, na swoją małą kobietkę, która któregoś zimowego dnia złapała go za rękę i nie puściła od tamtego czasu. Serce ścisnął nagły przypływ żalu, ale on tylko potrząsnął głową, odpędzając tamte myśli. Nie dziś, proszę.
- Wiesz, że ślicznie wyglądasz – teraz głos był poważny, brzmiał jakby był wysłany z innego czasu. Nie słychać było starczego chrypnięcia, powolności myśli, niezdarności rąk – zawsze, pięknie ci było w sweterkach. A ty je uwielbiałaś.
- Oj, przestań – rozpromieniała się – i tak nie wyłudzisz nic więcej. Więc proszę mnie tu nie czarować.
- Zawsze pięknie wyglądałaś w sweterkach – powtórzył, tym razem już tylko do siebie. Oczy zasłoniła szklista powłoka, łza przetoczyła się po policzku. Spojrzał przed siebie, nie patrząc właściwie na nic.
Stał pod wielkim, rozłożystym dębem. W dłoni trzymał bukiet zebrany z brunatnych i żółtawych liści. Do tej chwili zdążył już wydreptać ścieżkę, przechadzając się w tą i z powrotem w oczekiwaniu na spotkanie. Co raz spoglądał na ulicę, która miała przyjść.
Wiele osób się nią przechadzało, tłumy postaci szło w jego kierunku, ale on i tak widział czy idzie czy nie. Wystarczył tylko jej obrys i jej krok. Zawsze potrafił rozpoznać ją z dowolnej odległości. Pytała się wielokrotnie, skąd to wie, nigdy nie potrafił odpowiedzieć. Po prostu to czuł.
- Długo czekałeś?
- Nie, przyszłaś, a to oznacza że wogule nie czekałem.
- Oj, przestań. Przez ciebie, się zaczerwieniłam.
Nachylił się i delikatny powitalny pocałunek powędrował na policzek. Ona cofnęła się, nie dając się dotknąć. Spotykali się zaledwie od paru miesięcy, nie wystarczająco często aby serce za każdym razem nie próbowało wyskoczyć z piersi na jej widok. Czas zawsze wtedy dostawał dodatkowej porcji energii i pędził przed siebie z zawrotną prędkością. Nigdy nie dawał im się nacieszyć sobą w wystarczającym stopniu.
- Proszę, oto specjalny bukiet, importowany z zamorskich krain – uśmiechając się wręczył jej postrzępioną zbieraninę kolorowych liści – ledwo uszedłem z życiem wydzierając go z rąk bezwzględnym kupcom.
- Piękny – roześmiała się.
- Przejdziemy się, kawałek, wiem że zaraz zrobi się ciemno, ale mamy jeszcze chwilę aby pooglądać poczynania jesieni na tutejszych drzewach.
- Pewnie. Z tobą wszędzie – ostatnie zdanie prawie wyszeptała, nieśmiało podnosząc wzrok.
Zatrzymał się na dźwięk tych słów. Bardzo ostrożnie wsunął swoją dłoń w jej rękę. Za każdym razem, gdy czuł jej ciepłą dłoń, przez ciało przechodził cudowny dreszcz. Spokój ogarniał rozedrgane myśli, a serce zdawało się na chwile przerywać swój rytm. To uczucie towarzyszyło mu przez całe życie, a zaczęło się pod starym, spękanym dębem.
- Tato. Obudź się. Nie możesz spać na dworze, przeziębisz się.
- Nie spałem, kotuś. Oglądałem wspomnienia.
- Znowu o mamie ?
- Nie, przecież ustaliliśmy już dawno, że mam się nie zadręczać. Myślałem o … kartach, o obiedzie, o kolorowych liściach dębu. – łzy płynęły już potokiem po obu policzkach – Nie myślałem o niej. Nie o niej. Nie.
- Już dobrze, dobrze. Nie płacz tato, nic się przecież nie stało …
- Nic? – pytanie wystrzeliło w czarną noc – Wszystko się stało. Moje życie się stało, wszystko co miałem, wszystko co chciałem mieć odeszło razem z nią. Dlaczego to ona musiała odejść pierwsza. Zmarnowałem ten czas, tyle rzeczy jej nie powiedziałem, tyle rzeczy zrobiłem aby ją zasmucić. Głupich, niepotrzebnych …
- Ale dałeś jej śmiech, dałeś radość. Odkąd pamiętam, zawsze potrafiłeś sprawić, że się uśmiechała. Nawet jak była na ciebie zła i mimo iż wcale nie chciała. Uśmiechała się.
- Tak … - odparł, już spokojniejszym głosem – A wiesz, że to był najcudowniejszy uśmiech jaki w życiu widziałem. To był uśmiech, który rozbrajał każdego, nie dało się przejść obok niego obojętnie. To był uśmiech dziecka, patrzącego na kolorowy cukierek, całkowicie bezinteresowny, całkowicie oddany. To był jej dar dla świata. I świat nie był już w stanie dłużej się nim dzielić, więc zabrał mi ją, schował przed moimi oczami. – podniósł na chwilę wzrok i spojrzał w wielkie niebieskie oczy pochylające się nad jego twarzą – uśmiechnij się dla mnie.
- Oj, tato … - obiecywała sobie, że nie będzie płakać, miała być silna, dla niego. Teraz jednak nie była w stanie się powstrzymać – tato …
On patrzył dalej swoimi bladymi oczami, obrazy chwil, które minęły przepływały z jednej strony na drugą, znikając za zakrętem. Widział wiele cudownych spotkań, rozmów, momentów, które wypełniały jego życie. Wiedział, że już żaden kolejny nie czeka na liście, ale patrząc na swoją, dorosła już córkę, widział, że dostał jeszcze jeden dar od losu. Losu, który przez całe życie tak hojnie go obdarowywał, dawał nie patrząc na konsekwencje, na zasługi. Starzec podniósł rękę, przesunął nią po rozgrzanym od łez policzku, wycierając ich błyszczące resztki. Szelmowsko się uśmiechnął, tak jak robił to przez ostatnie pięćdziesiąt lat, patrząc głęboko w oczy ukochanej kobiety i wyszeptał.
- Proszę natychmiast przywitać mnie, pięknym, radosnym uśmiechem, bo jak nie, to napuszczę na ciebie to leniwe szare furto. – znacząco trącił wylegującego się na kolanach kocura - A wytrenowałem go na zabójczego łaskotnisia, wystarczy jedno moje słowo i załaskocze cię na śmierć. Więc nie masz wyboru. Proszę …
Sierpniowa noc wypełniła się łagodnym światłem, zaskoczone gwiazdy zaczęły jedna po drugiej zerkać na starą drewniana werandę z której dobiegała ta radosna poświata. Zazdrośnie pokręciły się na czarnym niebie i z wyrazem wyższości odwróciły wzrok. Świat na chwilę się zatrzymał, przekręcił głowę, delikatnie się rozmarzył i zapomniał się w cudownym uśmiechu sączącym się od małej istotki.

Data:

 2012-12-20

Podpis:

 kbp

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73882

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl