DRUKUJ

 

Widok ze szczytu

Publikacja:

 12-09-24

Autor:

 dandee
- Zuzka, ja już wiem, czemu jesteś właśnie ze mną.
- Tak?
- Bo jestem znacznie głupszy od ciebie.
-Witek, geniuszu, właśnie udowodniłeś swoją tezę samym założeniem.
- Posłuchaj, ty naprawdę nie chcesz, żeby ktoś domyślił się twoich sekretów.
- Na nic lepszego nie wpadniesz?
- Chciałbym wiedzieć, co masz w tej swojej głowie.
- Mapę skarbów.

Ranek jest tutaj pojęciem względnym. Tak samo jak kawa. Śniadania w kambuzie są dla Zuzanny rytuałem. Z pewną dozą tolerancji dla drobnych odstępstw od uświęconej rutyny, ona parzy sobie kawę, a Witek tymczasem czai się z herbatą. Rozmawiają, żeby wypełnić czymś chwilę lub dwie, kiedy napoje stygną do smakowitego optimum. Potem kochają się, albo nie, to zależy od kawy. Kłócą się, lub nie, co zależy od herbaty. Potem dwie godziny wachty pokładowej, dwie czuwającej i dwie odpoczywającej, na zmianę z automatami. Witek nalega, żeby utrzymać te barbarzyńskie zwyczaje rodem z podręcznika dla kandydata na sadystycznego oficera floty. Zuzanna przypomina mu wtedy, że są na statku pirackim. Na jej okręcie.

- Witek, dzisiaj nie będzie wacht.
- I cały grafik poszedł do kibla.
- Nie narzekaj. Nasi wytęsknieni kupcy powinni się zgłosić.
- Najwyższy czas. Rozmrażamy jeszcze kogoś?
- Nie. Załatwimy to we dwoje.
- Myślisz, że tym razem dostaniemy to, czego chcemy? Bo mnie się wydaje, że spróbują nas wykiwać. Dokładnie jak wszyscy przed nimi.
- Właśnie na to liczę.
- Dlatego wolę towarzystwo maszyn. Ty, Zuza, komplikujesz wszystko, jeszcze zanim coś się zacznie dziać. Automaty są prostsze. Wciskasz guziczek i wiesz, na czym stoisz.
- Skończyłeś pić? Chcesz powciskać moje guziczki?
- A będę wiedział, na czym stoję?
- Połóż się.
- Aye, aye skipper.

*

Kupcy przyczaili się za drugim księżycem. Przyklejeni do niego zrobili trzy czwarte orbity i wyskoczyli akurat z tej strony, z której należało się ich spodziewać. Zuzanna ustawiła statek tak, jakby wcale się ich nie spodziewała. Teraz mozolnie manewruje, żeby wejść na styczną z korporacyjną jednostką. Oba okręty mają czas, żeby obwąchać się z bliska. Trwa pieczołowite macanie czujkami, skanowanie, prześwietlanie i snucie domysłów przez pokładowe mózgi.
Przybysze mają zgrabny, szybki, dwuosobowy stateczek, który nie posiada uzbrojenia, za to świetnie nadaje się do taranowania. Zuza powozi ogromnym, bezkształtnym transportowcem, z charakteru podobnym do wołu. Jej asem w rękawie jest piekielnie dobre przyspieszenie statku, przydatne, gdy negocjacje handlowe trafia szlag.
Ostatnie fazy manewrowania przebiegają na autopilocie. Obie załogi mogą swobodnie zajmować się knuciem.
- Witek, mamy na stanie ryż i zieloną herbatę?
- Coś się znajdzie.
- Nasi goście tym się żywią. I sushi. Jedzą jeszcze sushi.
- Poważnie? Mamy przyjemność z tymi skośnookimi dupkami? Słyszałem, że zostało ich tylko kilkanaście tysięcy, zawziętych skurczybyków.
- Jak im idzie prześwietlanie nas?
- Jak powiedziałaś, że to Kitajce, to wreszcie przestałem się dziwić, jak dobrzy są ci goście. Rozpracowali nas na wskroś, znają systemy tej krypty lepiej ode mnie.
- Bardzo dobrze. My gaijini, powinniśmy być głupkowatymi niezdarami.

*

Obie strony postępują według uzgodnionego wcześniej protokołu spotkania. Kurs spotkaniowy, dokowanie, rozłączenie jednostek i postój na orbicie geostacjonarnej. Kupcy okazują duże zaufanie, wchodząc na pokład obcej, potencjalnie wrogiej jednostki. Zuza okazuje dobrą wolę, nie wypompowując im powietrza ze śluzy. Gdy otworzą się grodzie, nie ma już odwrotu.

Witek się poci. Spotkał kiedyś Japończyka, albo nawet dwóch i nawet nie chciał o tym rozmawiać. Zuza czuje, że skoro przysłano tutaj takich dwóch bezkompromisowych ekstremistów, to wreszcie ktoś ją potraktował poważnie. Pajączek szepcze jej do ucha sprawdzone i zweryfikowane informacje. Nie ma tego za dużo. Ten ważniejszy, to pan Maeda, co najmniej stołek dyrektorski. Ten drugi, to Ichiro Jakiśtam, przede wszystkim pilot, a możliwe, że spec od mokrej roboty. Tyle pewnego. Reszta to dezinformacja, kamuflaż i ściema. Mogą nawet nie być Japończykami.
- Witek, mam do ciebie ogromną prośbę.
- Rozkaz, chciałaś powiedzieć. Będę posłuszny, mój szogunie.
- Trzymaj gębę na kłódkę i stań z boku, trochę z tyłu. Oni mają tendencję, do uznawania facetów za ważniejszych. Ten, kto mniej mówi w czasie spotkania, wychodzi na większego bossa. Prezentuj się groźnie i tajemniczo. Kapitan Blood, Czarnobrody, takie klimaty.
- A ty?
- Ja będę twoją papugą.

*

Pan Maeda. Łysina, brzuszek w stylu dobrze nakarmionego Buddy, wypielęgnowane dłonie. O krok za nim Ichiro. Niziutki, smukły, proporcjonalny. Pilot, ochroniarz, a może i kochanek.
- Moje ty ryżowe ciasteczko – mówi Zuza z kocim uśmiechem na twarzy.
- Ryżowe ciasteczko tobie, pani. Przepraszam, jeżeli nie dość dobrze przyswoję sobie obyczaje, panujące na twoim statku – odpowiada Ichiro wykonując bezpieczne ćwierć ukłonu.
Pan Maeda nic nie mówi. Nie kłania się. Reaguje tylko na rytm skomplikowanego baletu, jaki tańczą dwa statki próbujące ustawić się na niekolizyjnych kursach. Nie daje się wytracić z równowagi, w każdym tego słowa znaczeniu.
Ichiro pełni rolę głosu grubasa. Dokonuje nieistotnej w gruncie rzeczy prezentacji, zasypuje gospodarzy zbędnymi komplementami. Gdy pilot tłumaczy swojemu szefowi odpowiedzi Zuzanny, ten mówi do niego cicho, zachowując kamienny wyraz twarzy. Pucułowate oblicze Maedy wygląda jak doskonała imitacja porcelanowej maski.
Oficjalne powitanie kończy się chwilą niezręcznego milczenia. Zuza przez chwile stopniuje napięcie, po czym prowadzi gości do mesy. Siadają przy stole, który wygląda na konferencyjny, ale Witek ceni go bardziej za jego walory rekreacyjne. Pilotka pyta, czy panowie życzą sobie herbaty, co spotyka się z pełną rezerwy aprobatą, więc dostają, czego chcieli. Na stole lądują cztery kubki parującej ekspresówki i spodeczek na „szczurki”. Tradycji staje się zadość. Ceremonia parzenia herbaty zakończona. Zuzanna odstawia kubek.
- Czy pan Maeda zechce porozmawiać o szczegółach transakcji?
- Pan Maeda z radością wysłucha pani propozycji, pani Zuzan-no – odpowiada Ichiro.
- W pełni funkcjonalna stacja wydobywcza typu luna. Zlokalizowana na krasz sajcie. Bez poważniejszych anomalii. System operacyjny placówki w stanie hibernacji. W środku prawdopodobnie artefakt.
- Pan Maeda uprzejmie prosi o udostępnienie danych potwierdzających pani informacje.
- Już są przesyłane na wasz statek. Możecie się z nimi zapoznać dowolnym łączem, waszym lub naszym, osobiste linki też powinny działać.
- Pan Maeda uprzejmie dziękuje i prosi, abym przekazał wyrazy uznania dla pani sprawności organizacyjnej. Pozwolicie państwo, że pan Maeda poświęci chwilę na zapoznanie się nowymi danymi.
Herbata stygnie pracowicie w kompletnej ciszy. Zuza unosi kubek do ust. Wszystko, co przesłania twarz, utrudni skośnookim odczytanie mimiki. Świadomość takich detali potrafi decydować o życiu lub śmierci. Witek unosi dłoń do ust. Ziewa. Nudzi się.
Maeda nie dostał niczego, czego nie wywęszyłby wcześniej, gdy włamali się do systemów operacyjnych statku. Odgrywa tę komedię, bo musi, lub po prostu chce. Jak dotąd nie zareagował na żadną prowokację i widoczne oznaki braku szacunku. To, że jest opanowany, było jasne od samego początku. Zuza musi wysondować granice jego samokontroli. Po dłuższej chwili grubasek kiwa głową. Ichiro nachyla się ku niemu. Po wymianie kilku chrząknięć i stęknięć okraszonych przeciąganymi samogłoskami, prostuje się odrobinę sztywniejszy, niż wcześniej.
- Pan Maeda jest wdzięczny za precyzyjne informacje, lecz z ogromnym zaskoczeniem stwierdza brak danych dostępowych. Z pewnością przez pomyłkę, lub nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie zamieściliście państwo haseł, loginów, certyfikatów oraz niezbędnych procedur i protokołów, bez których niemożliwy jest satysfakcjonujący dostęp do bazy.
To jest moment, w którym należy nimi dobrze potrząsnąć. Zuza nachyla się lekko nad stołem skierowana w stronę Maedy.
- Och, na pewno przez pomyłkę, gapiostwo, albo ze zwykłej głupoty dane identyfikacyjne statku, na którym nam zależy, odnoszą się do kompletnego rupiecia nadającego się na złomowanie?
Ichiro zrywa się z miejsca już w połowie wypowiedzi Zuzanny. Zaczyna gniewnie mówić po japońsku. Po trzech zadaniach płynnie zmienia język. Szybkość jego reakcji utwierdza Zuzę w przekonaniu, że spodziewali się jej zagrania, a swoją kwestię Ichiro ma dobrze wyćwiczoną.
- … i zarzucacie panu Maedzie złą wolę? Obraża pani gościa na swoim własnym pokładzie! Pani absurdalne zarzuty, wyssane z palca insynuacje, niestosowne zachowanie czynią z pani osobę niegodną przebywania przy tym stole.
Zuzanna uderza paznokciem w kubek. Witek jest gotów. Długo czekał na sygnał. Teraz on daje popis gry aktorskiej.
- Siadaj i milcz!
- Jak pan śmie zwracać się do mnie w taki sposób!
- Nie będę rozmawiał z tobą. Ucisz się i pozwól panu Maedzie wysłuchać, co mam do powiedzenia.
- Pan Maeda…
- Pan Maeda doskonale rozumie każde słowo. Zapewne mówi płynniej ode mnie.
Ichiro siada ponaglony skinieniem grubaska. Maeda splata dłonie na brzuchu. Uśmiecha się uprzejmie.
- Proszę, niech pan mówi, panie Witoldzie.
- Żądamy bardziej adekwatnej zapłaty za umożliwienie wam przejęcia Luny.
- Co pan ma na myśli?
- Przesyłamy wam współrzędne jednostki, która bardziej odpowiada naszym oczekiwaniom. Interesuje nas także jej ładunek.
- Pan pozwoli, że skontaktuję się z moimi mocodawcami, zanim podejmę jakąkolwiek decyzję.
- Proszę skorzystać z naszych systemów łączności. Transmisja nie będzie rejestrowana. Jestem pewien, że pański pilot dołoży wszelkich starań, żeby ją należycie zabezpieczyć.
- To bardzo wspaniałomyślne z pana strony. Takie rozwiązanie pozwoli nam zaoszczędzić czas.
- Bardzo panu dziękuję za wyrozumiałość. Pani Zuzanna wskaże panom drogę do przedziału komunikacyjnego. Będziemy panów oczekiwać przy tym stole.
- Dziękujemy za herbatę.

*

Herbata wystygła i przestała być smaczna. Ichiro i Maeda zamknęli się na głucho. Biorąc pod uwagę opóźnienie przekazu mają zajecie nawet na kilka godzin. Witek odstawia pusty kubek. Wygląda na bardzo z siebie zadowolonego.
- Jak wypadłem? Dobrze, co?
- Zasłużyłeś na Oskara. Prawdziwy z ciebie aktor kabuki.
- Dziękuję, pani reżyser. Kupili to?
- Albo łyknęli wszystko, albo chcą nas przekonać, że tak jest. Z nimi nic, nigdy nie wiadomo. Zupełnie jak z pszczołami, jak mawiał Kubuś Puchatek.
- Przestań z tym Puchatkiem.
- Puchatek jest zen.
- Mogłem im wygarnąć po japońsku, wiesz, dla lepszego efektu.
- Dałbyś im znać, że się ich spodziewaliśmy. Dobrze wyszło, jak wyszło. Powinni uznać ciebie za samca alfa. Tobie przypadnie Maeda, ja się zajmę tym malutkim, Ichiro.
- Nie wiem, czy tak dobrze trafiłaś. Przekonany do końca nie jestem.
- Udało ci się ich zeskanować? Gadaj, co wiesz.
- Usiedli odwrotnie, niż zakładaliśmy. Maeda dostał się w mniejszą wiązkę, a jest ekranowany jak sam Budda. Nic na niego nie mam.
- A Ichiro?
- Chodzący arsenał. Wszczepy, biotyka, nano ofensywne i defensywne, nawet jego pajączek ma dziwną sygnaturę.
- Jaką?
- Podobną do naszej.
- Czyli wyhodowali go sobie.
- Złamali własne zasady, żeby uzyskać takiego twojego złego brata bliźniaka. Słodkie.
- Jeżeli dobrze to rozgrywamy, według nich, Ichiro jest kontrą na ciebie. Podobno ty tu rządzisz.
- Może chcesz się zamienić?
- Uważaj na siebie. Proszę.

Witek od czasu do czasu rozmawia ze statkiem. Trzyma rękę na pulsie. Zuzanna ogranicza się do zabawy wyschniętymi torebkami z herbatą. Stara się jak najmniej korzystać z pajączka. Nie jest to proste, bo wszędobylska bestyjka wyczuwa Ichiro. Na razie trzeba się skupić na utrzymaniu gry pozorów. Okazuj słabość, gdy jesteś silny, demonstruj siłę, gdzie jesteś najsłabszy. Takie sprawy. Podczas gdy Zuza planuje wojnę umysłów, jej nawigator ogłasza swoje odkrycie.
- Zuza, oni coś kombinują.
- Od samego początku, kochany, a nawet wcześniej. Właśnie na to liczyliśmy, pamiętasz?
- Nadają na ten ich statek matkę, czy inny krążownik. Każda odpowiedź, którą dostają, przychodzi szybciej od poprzedniej. Sprawdziłem po zwrotkach, ich nie można opóźnić.
- Ta ich wielka kupa złomu leci do nas.
- Bardzo szybko. Na moje oko, zapierdala.
- Jak wejdą w zasięg, mogą do nas strzelić bez wdawania się w ceregiele.
- Masz rację. Poświęcą statek i tych dwóch, jak tylko upewnią się, że załatwią przy okazji świętą od pajączków.
- Witek, nie nazywaj mnie tak. Nie lubię być wkurwiana bardziej, niż wynika to z sytuacji.
- Może załatwmy tych dwóch pajaców i spadajmy? Tak po prostu.
- Najpierw muszę się upewnić, że dadzą nam coś, po co nie damy rady polecieć sami. Witku, zanim zrobisz coś głupiego, wystrzel paczuszkę przez śluzę lajfpoda.
- Już pora?
- Tak. Będziemy zamykali umowę. Trzeba się zabezpieczyć.

*

Ciało Witka leży w sekcji łączności. Ma skręcony kark, wydłubane oko i złamane obie ręce, jedną w łokciu, drugą w nadgarstku. To musiała być piękna walka. Gdy piloci biorą się za łby, świat wstrzymuje oddech, bo jest to cholernie piękne przedstawienie. Na drugi raz nawigator będzie wiedział, żeby nie wchodzić w zwarcie ze skośnookimi.
Witek dal się sprowokować, to pewne. I tak nie udałoby się uniknąć konfrontacji, więc dobrze się stało, że to nie padło na Zuzę. Dobrze mieć jeszcze jakieś nieodkryte karty w zanadrzu. Dobrze byłoby wiedzieć, co jeszcze kombinują Maeda i spółka. Wszystko w swoim czasie.
Zuzanna lokalizuje gości. Przez chwilę korci ją, żeby nadać im status intruzów, a wtedy statek przyłączyłby się do zabawy na kilka dość dla nich nieprzyjemnych sposobów. Ocenia ten pomysł, jako skrajnie głupi, godny najwyżej na razie świętej pamięci Witka. Maeda w sterówce, jaszcze nic nie kombinuje. Ichiro w mesie, pierwsza linia obrony. Najpierw cyber ninja.
Stają naprzeciw siebie. Ichiro przyjmuje postawę obronną. Zuza wyrównuje oddech. Koncentruje się. Dostrzega u przeciwnika ślady zmęczenia walką. Widzi, że pilot przenosi ciężar ciała na prawą nogę. Oszczędza lewe kolano. Witek nie sprzedał skóry za darmo. Wypracował Zuzie znaczną przewagę. Ichiro oczekuje ataku. Pewnie też kalkuluje szanse, sprawdza w myślach skuteczność technik. Proszę bardzo, Zuzannie się nie spieszy, zemsta najlepiej smakuje na zimno.
Japończyk opuszcza ręce wzdłuż tułowia. Kłania się. Koniec walki.
- Pan Maeda przeprasza. Prosi, abyś pozwoliła mu wynagrodzić ci zaistniałe niedogodności.
- Niedogodności? Przełamałeś w pół mojego nawigatora.
- Spełniłem tylko swój obowiązek. Jeżeli uważasz, że postąpiłem niewłaściwie, proszę, przyjmij moje najszczersze przeprosiny.
- Tygodnie miną zanim przeszczepię jego pajączka w zapasowe ciało. To wam da sporą przewagę, co?
- Nie byłem świadomy, że twój statek nie posiada właściwego wyposażenia medycznego. Pan Maeda przekazuje za moim pośrednictwem propozycję skorzystania przez ciebie z naszego medlabu.
- Żebyście mogli sobie przeskanować Witka i zrobić zrzut pamięci? Za jak głupią mnie uważacie?
- Proszę, nie bierz moich słów za oznakę braku szacunku. Ograniczają mnie ścisłe instrukcje pana Maedy.
- Słodki jesteś z tym twoim sztywniactwem. Dobra. Co Maeda proponuje?
- Pan Maeda upoważnił mnie do…
- Stop. Będziemy tak się pieścić godzinami, a Witek stygnie. Sama pogadam z Maedą. Lubię ten typ przyczajonego kocura, ukrytego ropucha. Porozmawiam z nim w cztery oczy.
- W takim razie zobowiązany jestem do zapewnienia państwu najwyższej dyskrecji. Wybacz, lecz muszę się usunąć.
- Definitywnie?
- Takie otrzymałem polecenie.
- To z lekka wyrównuje szanse. Uczciwe zagranie z waszej strony, aż strach pomyśleć, co się za tym kryje.
- To wielki honor…
- Och, skończ pierdolić! Możemy się jeszcze bzyknąć, zanim wyprujesz sobie flaki, czy co tam ci tradycja nakazuje.
Odpowiedziała jej pełna szczerego zdumienia cisza. Ichiro znalazł się na krawędzi czystej paniki, tam, gdzie żyją smoki.
- Zainteresowany?
- To prawdziwy zaszczyt.

*

Maeda próbował pokombinować w sterówce, ale statek delikatnie dał mu po łapkach. Grubasek dochodzi do siebie w fotelu drugiego pilota. Jego prawe oko wypełnia się krwistą, wampirzą czerwienią.
- Panie Maeda.
- Pani Zuzanno.
- A może tak bez tego całego przedstawienia? Ograniczmy do minimum gadki szmatki. Co pan na to, Maeda–san?
- Jak pani sobie życzy.
- Statek, który za wami leci, będzie musiał rozpocząć hamowanie. Dawno już minął bazę, którą ode mnie dostaniecie. Musi pan wybrać, Maeda– an. Pościg lub rejs po łupy, oto jest dylemat. Możecie dostać Lunę, albo mnie. Obu nie dostaniecie.
- Wystrzeliła pani kapsułę w przestrzeń. Mogę założyć, że leci ona w kierunku placówki, o której pani mówi. Znamy trajektorię, podążymy tym tropem po tym, jak przechwycimy pani statek.
- Jak już mówiłam. Nie może pan zjeść ciasteczka i mieć ciasteczka. W zasobniku, który leci sobie dokładnie do Luny są kody dostępu, hasła, procedury, protokoły, cały ten szmelc, który otworzy dla was bazę. Bez tego stacja nawet do was nie mrugnie. Gdy przesyłka doleci na miejsce, pewnie zdrowo w coś grzmotnie. Możecie przechwycić kapsułę, albo mój statek.
- Nie mogę stwierdzić z całkowitą pewnością, jakimi priorytetami kierują się moi zwierzchnicy, lecz ja zdecydowanie wybrałbym panią.
- Piękny komplement, ale bezcelowy. Nie ma pan wyboru. Proszę wziąć to, co panu daję.
- Bez Ichiro ma pani nade mną druzgocącą przewagę. Jeżeli jest pani tym, kim podejrzewamy, że pani jest, nie mieliśmy wyboru od samego początku.
- To pochlebstwo podoba mi się bardziej. Prosiłam, niech pan skończy z pierdołami. Dużo czasu nimi pan nie kupi.
- Czego pani chce?
- Tylko i dokładnie tego, o czym było mówione przy stole. Dajcie mi wskazany statek razem z ładunkiem. Rozpędźcie go na autopilocie i skierujcie na podane współrzędne. Odbiorę go po drodze.
- Muszę skontaktować się ze zwierzchnikami.
- Z nikim nie musisz niczego ustalać. Ty wydajesz rozkazy. No to jak? Tak, czy nie?
- Tak.
- Grzeczny chłopiec. Chodź, zatelefonujemy.

*

W mesie Zuza nastawiła nastrojowe światło i przyjemne ciepełko. Popija kawę, pan Maeda raczy się herbatą z torebki. Puchnie mu lewy policzek. Porcelanowa maska wygląda coraz gorzej.
- Przykro mi, że straciła pani bezpowrotnie swojego towarzysza, pana Witolda. Proszę przyjąć szczere wyrazy mojego żalu i współczucia. Proszę też, żeby nie uznała pani za niestosowną mojej prośby o wydanie ciała Ichiro. Rozumie pani, że chcę odzyskać jego pajączka.
- Panie Maeda, myli się pan gruntownie. W każdej kwestii.
- Słucham?
- Prosząc o zwrot pajączka Ichiro, próbuje mi pan wmówić, że mam do czynienia ze zwykłym pilotem, takim, którego da się przesadzić w nowe ciało.
- Przedstawienie musi trwać, nieprawdaż?
- Pański pilot był, właściwie wciąż jest, taki jak ja i Witek. Jest z kolejnej generacji. Urodzony z pajączkiem.
- Bardzo trafne spostrzeżenie.
- Zatem powinien pan być przekonany, że i on należałby do kategorii straconych bezpowrotnie. Przecież pajączki będące naturalnymi symbiotami, umierają razem z nosicielem, w przeciwieństwie do tych implantowanych, prawda?
- Dlaczego zakłada pani, że tak nie jest?
- Ewolucja, panie Maeda. Ożywione pajączki też potrafią zaadoptować się do nowych okoliczności.
- Pani oraz pani podobni macie możliwość powracania w nowym ciele. To duży postęp. Dobra wiadomość dla Ichiro.
- Dlatego też zatrzymam pańskiego pilota.
- Nie może pani! Jak mam prowadzić statek bez pilota? Jak to pani sobie wyobraża?
- Maeda–san, jest pan w kontakcie z macierzystą jednostką. Jeżeli dowódca tego okrętu uzna to za opłacalne, na pewno po pana przyleci. Może się też zdarzyć, że nie będzie skory do wykonywania rozkazów skompromitowanego przełożonego. Poza tym, kto powiedział, że pozwolę panu opuścić mój statek?
- Uważam pani postępowanie za haniebne. Bawi się pani mną.
- Jak kot myszą.

*

Jako posiłek ryż z szybkowaru i tłusta ryba. Na deser trochę ćwiczeń fizycznych, bo pan Maeda postanowił skorzystać ze swoich implantów bojowych. Ręka się zrośnie, ucho Zuza wyrzuciła do spalarki. Reszta grubaska pozostała nienaruszona.
- Dziękuję, że postanowił pan umilić mi oczekiwanie na odpowiedź z waszego krążownika. Akt desperacji?
- Nie spodziewam się wiadomości. Liczę, że wystrzelili pociski.
- Jeszcze są poza zasięgiem. Czemu zawdzięczam ten atak szczerości? Szok pourazowy?
- Proszę mi wybaczyć, że demonstruję słabość. Nie zamierzałem okazać pani braku szacunku. Trudno jest mi stawić czoła komuś, kogo powszechnie uznaje się za zgubę ludzkości.
- Och, Maeda, ty flirciarzu.
- Dziwię się, że nie podążają za panią rzesze wyznawców.
- Och, mam ich pełne ładownie. Moi śpiący rycerze.
- Pani kult stał się niepokojąco popularny, powiedziałbym, że wręcz zaraźliwy. Wierni oczekują pani powrotu.
- Oferowano mi posadę żyjącego bóstwa na Ziemi. Zrezygnowałam w czasie stażu.
- Objawienie?
- Zdrowy rozsądek.
- Śmiem wątpić, czy pani postępek został właściwie zinterpretowany. Fanatycy i ortodoksi uznali, że poddała pani próbie siłę ich wiary. Uznają to za akt mistyczny.
- Wszystko, co uważa się za symboliczne, zostaje takim na skutek grubej przesady. A skoro jesteśmy przy temacie, jak się nazywa wasz krążownik, ten, który miał zetrzeć mnie na proch?
- Hachiman.
- O, proszę, pompatycznie jak jasna cholera. I jakże symbolicznie.
- Czy mogę zapytać, jaką nazwę nosi pani statek. Czyim imieniem, na czyją cześć został ochrzczony?
- Liczy pan na „Zuzannę”? Aż tak próżna nie jestem. Ai. Statek nazywa się Ai.
- To imię jest przeklęte!
- Dla nas to błogosławieństwo.

*

Zuza się odpręża. Stoją przed nią cztery kubki po kawie. Na fotelu po drugiej stronie stołu pan Maeda wraca do zdrowia.
- Wygląda pan znacznie lepiej.
- Dziękuję, pani Zuzanno.
- Asymetryczność panu służy.
- Pozbawienie mnie małżowiny usznej uważam za zbytnie okrucieństwo.
- To nauczka i pamiątka w jednym. Na pocieszenie powiem, że pański jachcik bardzo ładnie się nazywa. Tsuru. Krótko, zgrabnie, poetycko.
- Dziękuję. Czy mam rozumieć, że pozwoli mi pani odlecieć?
- Kto wie? Czy w pańskiej ojczyźnie trzymano żurawie w klatkach?
- Zgodnie z tradycją, częściej wybieraną opcją była śmierć niż niewola.
- Podziwiam pańską siłę ducha, ale jej nie pochwalam. Czekaliśmy dłużej na odpowiedź Hachimana, niż oboje zakładaliśmy.
- Potwierdzono wykonanie moich instrukcji?
- Kapitan tego okrętu, to bardzo przedsiębiorczy człowiek. Najpierw zmienił kurs i przyspieszył, potem raczył nam odpowiedzieć. Błyskawicznie się od nas oddala. Dlatego wiadomość szła tak długo.
- Może pani swobodnie odebrać swoją zapłatę.
- I trafić po drodze na typa, który zestrzeli mnie, żeby uratować ludzkość od plagi? Mogę jeszcze dać się pojmać, lub dać załatwić któremuś z waszych okrętów. Z całym szacunkiem, aż tak uprzejma to ja nie jestem.
- Co pani planuje uczynić po tym, jak dostanie, czego chce?
- Poważnie Maeda-san? Liczy pan na finałową spowiedź złoczyńcy. Powiem panu, w ogólnym zarysie, co zamierzam, przedstawię to w kosmicznej skali.
- Jestem pani ogromnie wdzięczny, wielce zobowiązany. Czuję się pani dłużnikiem.
- Zamierzam odebrać wam, ludziom, pilotów. Chcę poprowadzić mój lud do ziemi obiecanej. Możliwie daleko od was. Nie możecie powstrzymać eksodusu, który sami zapoczątkowaliście, gdy zaczęliście nas produkować.
- Pani Zuzanno, ulega pani powszechnemu złudzeniu. Zintegrowanie człowieka z pajączkiem nie uczyniło odrębnego gatunku. Dziwię się, że w ogóle zaczęliśmy dyskusję na ten temat.
- Zdaje pan sobie sprawę, że jestem czczona nie tylko na Ziemi, nie tylko przez ludzi. Piloci też mają swoją religię. Czy nie przenosi to naszego konfliktu w sferę metafizyczną?
- My uważamy jednak, że jest to sprawa szwankującej technologii.
- Niezależnie od ich genezy, piloci wam uciekają, poszukują mnie.
- Proszę pomyśleć, jak wielkie szkody wyrządza taka sytuacja. Od transportu i łączności, które zapewniają piloci zależą losy miliardów. To być albo nie być dla tysięcy kolonii. Przecież pani widzi, że tak jak pajączek i pilot żyją w symbiozie, tak ludzie i piloci są współzależni.
- Odwraca pan moją uwagę tymi argumentami. Spycha mnie pan na boczne tory, na przygotowany wcześniej grunt. Przez wywołanie współczucia, odwołanie się do empatii, chce pan wywrzeć na mnie wpływ. Nawet to też nie do końca jest prawdą. Na tym polega sztuczka. Kilka wartsw pułapki. My wcale nie rozmawiamy, prawda? Pan dokonuje oceny. Musi pan określić, czy jeszcze da się mnie nazwać człowiekiem, czy już hybrydą, a może wyłącznie pajączkiem, który używa powłoki homo sapiens.
- Przyznaję, jest to jeden z celów mojej misji.
- Gdybym nie przeszła testu na człowieczeństwo, okręt, który ku nam podążał, wystrzeli pociski, prawda? Pan, panie Maeda, też jest celem. Ponieważ nie martwią się zasięgiem, muszą mieć coś, co naprowadzi rakiety na cel. Coś w pańskim statku lub… pan! Ten tłuszczyk nie jest naturalny?
- Prawdziwa wiara wymaga ofiary.
- Raczej męczeństwa, panie Maeda, a pan jest biznesmenem, nie świętym.
- Postępuję zgodnie z nakazami kodeksu honorowego.
- A ja zgodnie z instrukcjami podręcznika dla fałszywych proroków. Część druga, rozdział piąty: „Ostatnie kuszenie”.
- Jak mam rozumieć pani słowa?
- Proszę zostać moim Judaszem. Mam wakat na stanowisku dwulicowego, rozdartego wewnętrznie apostoła.

*

Kawa stygnie, herbata stygnie. Zuza potrzebuje czasu, żeby nacieszyć się nowym Witkiem. Układa się wygodnie na wilgotnym od potu, apetycznym, czarnoskórym ciele.
- Mogłabym cię zjeść. Taki jesteś… taki… No, taki.
- Mogłaś dać mi chwilę na odsapnięcie po wyjściu z medlabu. Przez moment czułem się, jakbym opuścił ciało.
- To się nazywa orgazm, kochaniutki. Twój kapitan kategorycznie zakazuje ci się ubierać. Pod karą śmierci. Nie żartuję.
- Tylko pod warunkiem, że pani kapitan sama się do tego zastosuje.
- Ty męska, szowinistyczna świnio!
- A tak między nami, co mnie ominęło?
- Po twoim ataku kamikadze na Ichiro, ogarnęłam sytuację.
- Moja ty bohaterko.
- Rutyna.
- Dostaliśmy wszystko?
- Nawet więcej. Mamy Ichiro. Piękny, zdrowy pajączek, delikatnie uśpiony, niecierpliwie czeka przebudzenia. Pan Maeda pracuje dla mnie. Leci po naszą nagrodę.
- Leci? On nie jest pilotem!
- Teraz już jest. Zgadnij, kto nosi pajączka Ichiro?
- Jesteś diabłem wcielonym. To powinno być niewykonalne.
- Cuda to moja specjalność.

*

Witek szybko wrócił do codziennej rutyny. Znowu wymyślał grafiki wacht. Zuza zabijała czas oczekiwania na powrót Tsuru testowaniem możliwości Witkowego ciała.
- Zuza, dlaczego mam wrażenie, że rozmawiamy tylko po seksie?
- Ciesz się, że nie w trakcie. Mam sporo na głowie.
- Nowa mapa skarbów?
- Tak wielka, że się ledwie mieści.
- Kolejni cwaniacy, następne podchody. Znowu mnie zabiją.
- Wynagradzam ci to z nawiązką, więc nie marudź. Na razie nie mamy innego sposobu. Nie mogę sobie kupić, czego potrzebuję. Nie mogę tego po prostu zabrać. Nie mam możliwości wyprodukowania. Muszę kombinować.
- Zawsze pod górkę i wiatr w oczy, co?
- Taki już los proroka. Wspinasz się na pierniczoną górę, gramolisz na sam szczyt i co widzisz? Następną górę. W miarę możliwości większą i bardziej stromą, ponieważ bogowie aż tak cię kochają.
- Tobie jest troszkę łatwiej, Zuza. Ty rozmawiasz z pajączkami. Ze wszystkimi. Wiesz o każdym pilocie, co robi, gdzie jest, jaki ma statek. Masz w głowie mapę wszechświata, całego znanego nam stworzenia. To jest, cholera, nieogarnialne.
- I co z tego? Wiem o wszystkim, czego nawet nie mogę dotknąć. Wszędzie następne, pieprzone szczyty.

*

Tsuru zgłasza się autopilotowi. Okręt budzi Zuzę i kieruje nawigatora do sterówki. Ai grzecznie przypomina panu Maedzie o konieczności wczesnego wyhamowania, ponieważ targa na holu transportowiec siły żywej o dumnej nazwie Jan III Sobieski, który jest tak naprawdę gigantyczną, bezwładną chłodnią.
Witek siada w fotelu drugiego pilota ubrany w strój Adama.
- Przypominam nawigatorowi, że rozkaz dotyczący ubioru na pokładzie przestaje obowiązywać, gdy Maeda Ichiro postawi stopę na pokładzie.
- Serio, Zuza? Jesteś o niego zazdrosna?
- Ma elastyczną orientację.
- Ochrzciłaś go Ichiro Maeda, tak na poważnie?
- To logiczne, biorąc pod uwagę części składowe. Bierzemy się ostro do roboty. Mamy kolosa do przechwycenia.
- Tak sobie sprawdzam książkę ładunku i muszę ci powiedzieć, pani kapitan, że trochę przecwaniłaś.
- Niby jak? Są tam ludzie? Są. Upakowani po same brzegi ładowni i zamrożeni na kamień? Jak najbardziej. To, czemu szukasz dziury w całym?
- Spójrz na wiek ładunku. Od trzech lat do ośmiu. Dzieciaki. Zgarnęliśmy cholerne latające przedszkole. Co ty chcesz zrobić z dwudziestoma tysiącami dzieci?
- Adoptować je. Wszystkie.

Data:

 wrzesień 2012

Podpis:

 Daniel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73188

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl