DRUKUJ

 

Autobiografia (rozdział 1)

Publikacja:

 11-12-01

Autor:

 paulina
Dzieciństwo

Anna była szczęśliwą mamą dwóch, ślicznych dziewczynek. Starsza z jej córek Majka, odkąd tylko nauczyła się chodzić, zawsze pakowała się w kłopoty. Paulinka, choć tylko rok młodsza od siostry, była stateczna i ułożona. Jednak obie dziewczynki łączyła jedna cecha – jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Choć kobieta sama wychowywała córki, bardzo pomagali jej w tym rodzice. Świat Ani zaczął się walić dopiero, gdy młodsza z jej córek zachorowała. Paulinka zawsze była chorowitym dzieckiem, tym razem jednak nie było to kolejne przeziębienie, angina czy zapalenie płuc. Od dłuższego czasu dziewczynka chodziła ospała, narzekała na ból głowy, lecz Anna ignorowała to, tłumacząc faktem, że dopiero zmieniła przedszkole, jeszcze się nie przyzwyczaiła, to stres lub zmęczenie. Poważnie zaniepokoiło ją dopiero to, gdy kilka dni po Nowym Roku, Paulinka straciła przytomność. Anna była przerażona, Majka wzięła jej główkę na kolana i zaczęła płakać. Matka dziewczynek wezwała karetkę, która już po chwili była pod ich blokiem.
- Majuś, zaraz przyjdzie po ciebie babcia. Proszę, bądź grzeczna – poprosiła starszą córkę i zniknęła wraz z medykami i Pauliśką na noszach z mieszkania.
W szpitalu wszystko trwało w nieskończoność. Lekarz zabrał Annę, aby podpisała dokumenty, a pielęgniarz zabrał Paulinkę na rezonans magnetyczny.
Gdy Anna wypełniła papiery, poszła do dziewczynki, która ocknęła się dopiero po badaniu.
- Mamusiu, co się stało? – zapytała dziewczynka.
- Kochanie, jesteś w szpitalu. Ja zaraz pójdę do pana doktora i dowiem się, co wyszło w badaniach, dobrze? – zapytała kobieta, a do sali wszedł lekarz.
- Dzień dobry – przywitał się. – Jestem lekarzem prowadzącym Paulinki. Moje nazwisko to Krzysztof Kibard.
- Dzień dobry panie doktorze. Są wyniki?
- Właśnie z tym przychodzę, ale może chodźmy do mojego gabinetu – poprosił.
- Córciu, ja z panem doktorem wyjdę, dobrze? Ty sobie w tym czasie porysuj – poprosiła córkę, a ta odpowiedziała tylko uśmiechem.
W gabinecie lekarza:
- Napije się pani herbatki? – zapytał łagodnie, uśmiechając się.
- Chętnie, dziękuję.
Po chwili lekarz zaparzył napój i usiadł obok kobiety.
- Pani Anno, wiem, że to będzie bardzo trudny okres dla pani. To, co teraz powiem, będzie pani chciała wyprzeć, ale…
- Jaki jest wynik? – przerwała zniecierpliwiona.
- W mózgu Paulinki wykryliśmy dużego guza – nie owijał w bawełnę, tylko od razu przeszedł do konkretów.
- Ale co to jest? I skąd?
- Jeszcze nie wiemy, jednak jak najszybciej musimy przeprowadzić zabieg chirurgiczny.
- Czy to jest niebezpieczne? – pytała rzeczowo.
- Na pewno mniej, niż zostawienie guza w jej główce – oznajmił.
- A kiedy? I czy pan będzie przy tym zabiegu?
- Tak, będę asystował panu profesorowi Raczkowskiemu. Nie dam Paulince zrobić nic złego, obiecuję – powiedział, bo widział w oczach Anny łzy. – Podpisze pani zgodę na zabieg? – zapytał.
- Zróbcie wszystko, aby moja córcia żyła. Moje córki są jedynym sensem mojego życia – wyznała.
- Panie doktorze czy może pan powiedzieć mi coś więcej o tym zabiegu? – poprosiła.
- Oczywiście. Ten guz jest wielkości mniej – więcej śliwki węgierki. Na początku musimy ustalić co to za twór. Mamy pięćdziesiąt procent szans na to, że wynik badania histopatologicznego wyjdzie negatywny i guz nie jest złośliwy. Zrobimy to badanie, gdy pani córka będzie jeszcze na stole operacyjnym. Jeśli wyjdzie, że guz nie jest złośliwy, to można będzie usunąć go w całości. Później jeszcze zatrzymamy ją na obserwacje, ale mam nadzieję, że ta obserwacja nie będzie długa – tłumaczył.
- Dziękuję – powiedziała, odstawiając pustą filiżankę na stolik.
- Podpisze pani zgodę na zabieg?
- Tak, a później pójdę do Pauliśki.
Podsunął jej dokument, wyjął z kieszonki fartucha długopis i dał jej.
- Proszę – powiedział.
- Dziękuję – kobieta podpisała dokument.
Gdy poszła do córki, ona jakby nigdy nic, rysowała sobie na łóżku.
- Jak się czujesz, córciu? – zapytała Anna.
- Dobrze. Kiedy przyjdzie do mnie Maja z babcią i dziadkiem? – zapytała dziewczynka.
- Nie wiem – odpowiedziała szczerze.
- Tęsknię za Mają – wyznała.
- Wiem, ja też.
Kilka kolejnych dni mijało Annie i Paulince bardzo wolno. Dziewczynka nie mogła wychodzić na podwórko, ale na szczęście w szpitalu było równie dużo ciekawych zajęć. Paulinka zaprzyjaźniła się z Olą, koleżanką z sali. Anna natomiast z jej rodzicami. Choć Ola miała poważne problemy z poruszaniem się, dziewczynki bardzo dobrze się bawiły.
Paulinka zaczęła mieć problemy z prawą stroną ciałka. Zaczęła rysować lewą rączką, traciła równowagę. Lekarzy i Annę zainteresował fakt, że potrafiła wywrócić się na kompletnie prostej drodze, idąc.

Tymczasem w domu rodziców Anny:
- Babciu, kiedy wróci Paulinka? – dopytywała Maja, jedząc śniadanie.
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że jak najszybciej – odpowiedziała starsza kobieta, zapalając papierosa.
- Matka, nie pal… - poprosił starszy mężczyzna wchodząc do kuchni.
- Janek, chodź zjedz śniadanie – poprosiła spokojnie, mając w oczach łzy.
- Nie. Na razie nie będę jadł, odprowadzę zaraz Maję do przedszkola.
Gdy dziewczynka zakładała kurtkę i buty w przedpokoju:
- Dzwoniłaś do Anki? – zapytał ojciec kobiety.
- Tak, dzwoniłam, ale jeszcze nic nie wiadomo…
Operacja
Zrobiono Paulince wszystkie dodatkowe badania i podano potrzebne szczepionki. Dwudziestego pierwszego stycznia lekarze bezsprzecznie zadecydowali, że trzeba przeprowadzić zabieg. Następnego dnia Paulinka była przygotowywana do tego, lekarze również zabezpieczali się na wszelkie możliwe sposoby. Poprosili punkt krwiodawstwa, aby dali im dodatkową „porcję” krwi AB Rh+.
Po zabraniu Paulinki na salę operacyjną, Anna usiadła na krześle, w oczekiwaniu. Po chwili przyszedł do niej jeszcze doktor Kibard.
- Dzień dobry – przywitał się. – Jak się pani czuje? – zapytał troskliwie.
- Dzień dobry – próbowała się uśmiechnąć. – Strasznie się boję – wyznała.
- Nie będę ukrywał, że to bardzo skomplikowany zabieg, ale teraz nie wolno się załamywać. Paulinka będzie teraz potrzebować pani dużo bardziej, niż dotychczas.
- Paulinka zawsze była takim dobrym dzieckiem. Chociaż pakowała się w kłopoty, jak każdy mały urwis, to… - rozpłakała się.
- Jeszcze tak będzie… - przytulił ją do swojej piersi. – Zobaczy pani, że już niedługo nie będzie się pani mogła opędzić znów od swoich córek… - zapewniał.
- Panie doktorze…
- Jestem Krzysiek – przerwał jej, uśmiechając się.
- Anka – przedstawiła się.

Po chwili Krzysiek został wezwany na salę operacyjną. Anna czekała w niesłabnącym napięciu. Kilka minut po dziesiątej zadzwonił jej telefon.
- Halo – odebrała.
- Cześć Anuś, gdzie teraz jesteś? – zapytał kobiecy głos w słuchawce. – I jak tam z moją Pauliśką?
- Cześć Asiu. Przecież mówiłam ci, że Paula ma dzisiaj zabieg. Już ją operują, a ja czekam na jakieś wieści – wyjaśniła siostrze.
- Mogę do ciebie przyjechać? – zapytała.
- Jasne. Będzie mi raźniej.
Godzinę później siostra znalazła ją na poczekalni.
- Przepraszam, że nie przyjechałam wcześniej, ale nie mogłam. Ten dupek nie chciał dać mi urlopu… - zaczęła się tłumaczyć.
- Spokojnie. Przecież masz pracę i własne obowiązki. Ja i Paulinka to przecież…
- Paulinka jest dla mnie ważna jak córka… W końcu jestem jej matką chrzestną… - wyznała dumnie.
- Dziękuję, że przynajmniej na ciebie możemy liczyć. Ty i rodzice jesteście dla mnie teraz jedynym oparciem…
- A ten łajza się do ciebie nie odzywał?
- Dzwonił, pogadał chwilę z Pauliśką. Potem zadzwonił do Majki. Jako ojciec nie jest zły… Po prostu nie umie tworzyć związków partnerskich, ale naprawdę nie jest złym człowiekiem – przekonywała.

Anna niecierpliwiła się coraz bardziej. Po czternastej, już co chwilę patrzyła na zegarek. Była strzępkiem nerwów.
- Chodź, pójdziemy na obiad – powiedziała Asia, podnosząc się z krzesełka.
- Ja nie mogę. Przecież w każdej chwili lekarze mogą wychodzić z Paulą.
- Anka, ona i tak na razie będzie nieprzytomna. Przewiozą ją na wybudzeniówkę. Później pójdziemy, ja do niej, a ty pójdziesz do lekarza i może powie ci coś więcej…
- Co ja bym bez ciebie zrobiła, malutka?
- Umarłabyś z głodu, idziemy na obiad – zarządziła Aśka.
- Dobrze, pani dietetyk – zasalutowała, śmiejąc się.
Zeszły do bufetu. Anna zamówiła miseczkę rosołu, bo wiedziała, że nic więcej nie przejdzie jej przez gardło. Żołądek podchodził jej do gardła, a w głowie kłębiły się miliony myśli. Nie wiedziała, jak teraz będzie wyglądało ich życie. Jej oraz Pauliny i Mai. Wiedziała, że będzie musiała dużo więcej czasu poświęcić swojej młodszej córce, ale nie miała pojęcia jeszcze do jakiego stopnia.
Siostry zjadły posiłek i poszły znów na górę. Zabieg jeszcze trwał, więc rozsiadły się znów na twardych i białych do bólu krzesełkach.
Około piątej po południu doktor Kibard wraz z profesorem Raczkowskim wyszli z sali operacyjnej.
- I jak operacja? Jak Paulinka? Jak moja córka? – pytała Anna lekarza, gdy tylko do niej podszedł.
- W czasie zabiegu wystąpiły komplikacje, jednak udało się nam dość szybko opanować krwotok. Teraz przewieziono ją na salę intensywnej terapii, gdzie jeszcze będzie przebywała prawdopodobnie przez kilka najbliższych dni. Na razie podłączyliśmy ją pod respirator, ale wydaje mi się, że to tylko na chwilę. Twoja córka jest bardzo silna, poradzi sobie – obiecał.
Po rozmowie z lekarzem, kobieta poszła do Paulinki. Dziewczynka leżała tak bezbronnie. Niczym mały aniołek. W jej nosku i ustach były rurki, a w piersi miała wejście z podłączoną kroplówką.
Kilka kolejnych dni bardzo dłużyło się Annie. Choć jej rodzina troszczyła się o to, aby kobieta nigdy nie była sama, ona wolała myśleć i spędzać czas na długich, samotnych spacerach wokół budynku oraz w parku szpitala.
W czwartek około szesnastej znów wychodziła od Paulinki. Chciała jeszcze gdzieś znaleźć doktora Kibarda i z nim porozmawiać. Na szczęście nie musiała szukać, bo gdy tylko wychodziła, on także jej szukał.
- Dzień dobry – przywitała się.
- Witam – odpowiedział.
- I jak z tą moją Paulinką?
- Mam dobrą wiadomość, otóż już jutro rano będziemy odłączać ją od respiratora i mam nadzieję, że jeśli nie będzie komplikacji, to w sobotę prawdopodobnie będzie wybudzona. A potem już będzie z górki – uśmiechnął się.
- Dziękuję – rozpromieniła się na tę informację.
- Dasz się zaprosić na kolację? – zapytał nieśmiało.
- A z jakiej okazji? – ona również była zmieszana.
- Bez powodu, tobie przyda się dobry, pożywny posiłek, a ja będę mógł zjeść go w miłym towarzystwie – wyjaśnił.
- A w domu nie czeka na ciebie żona? – zapytała zaciekawiona.
- W zeszłym miesiącu skończył się mój rozwód… - wyjaśnił i machnął ręką.
Anna pożegnała się z pielęgniarkami. Lekarz musiał jeszcze na chwilę iść do swojego gabinetu po kurtkę. Gdy wyszli ze szpitala, spacerowali po pięknie ośnieżonym parku, gdzie drzewa i krzewy mieniły się bielą w słońcu. Co chwilę przechodzili obok drewnianych ławek, na których matki siedziały często z dziećmi. Anna wtedy postanowiła, że gdy tylko Paulinka obudzi się ze śpiączki farmakologicznej, poprosi rodziców, aby przyjechali wraz z Mają do nich.
Wsiedli do samochodu lekarza, była to czarna, terenowa Toyota, i pojechali w stronę Warszawy. Po godzinie jazdy, Krzysztof zatrzymał samochód na parkingu obok restauracji. Weszli do środka, tam kelner wziął ich odzież wierzchnią i wskazał stolik. Po chwili przyniósł karty dań. Anna bardzo lubiła kuchnię włoską, dlatego wzięła spaghetti, a Krzysztof przepadał za francuskim specjałem – mule. Do tego wzięli czerwone wino.
Jedząc, umilali czas rozmową na bardzo luźne tematy. Ponieważ Krzysztof był bardzo ciekaw, co Anna robiła wcześniej, zanim zdiagnozowano chorobę jej córki, kobieta opowiedziała mu, co nieco, o swoim życiu. Rozluźniła się w jego towarzystwie. On również później opowiedział jej troszkę o swoim synku Arturze, który był dla niego całym światem.
Odwiózł ją później taksówką do hotelu, który mieścił się przy szpitalu. Na pożegnanie ona pocałowała go w policzek, dziękując za bardzo miły wieczór.

Data:

 lata świetlne temu...

Podpis:

 Paulina Miłowicz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=70558

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl