DRUKUJ

 

Zajaramy, popijemy i całego go zjemy

Publikacja:

 11-08-08

Autor:

 agausia78
Bez zbędnych skojarzeń, proszę!



W naszym owadzim światku zawrzało. Tuż obok stolicy Unii Robaczej pochowano jakąś znaną osobistość, tłustą i doskonale wypasioną na pieniądzach podatników. Ponieważ taka okazja nie zdarza się na co dzień, już teraz do Ukseli waliły niewyobrażalne tłumy, na drogach panował istny chaos, a wolnej kwatery na noc nie można było znaleźć w całym mieście.
Po głębokim namyśle i my postanowiliśmy udać się na tą imprezę. Żonka wzięła na plecy córeczkę, chwyciła za odnóże starszego, a ja zarzuciłem sobie dziadka na plecy i ruszyliśmy. W stolicy mieszkał mój brat, kawaler i samotnik, jakby co to obiecał nam na jedną nockę dach nad głową. Droga była upiornie ciężka i gdyby nie docierające do nas plotki o niewyobrażalnej uczcie, chyba byśmy zrezygnowali. W upale, tłoku, uporczywie pokonywaliśmy metr za metrem, w duchu przeklinając pomysł osiedlenia się na prowincji. Dodatkowo trzeba było jeszcze uważać, by nie zostać zjedzonym przez wszelkiej maści awanturników, którym tylko jeden gest wystarczył do wszczęcia rozróby. Kiedy już całkiem nie czuliśmy odnóży, na horyzoncie ukazały się mury miasta. Zaraz potem ujrzeliśmy wielką tablicę z napisem „do świeżych zwłok”, z której uśmiechnięty truposz wesoło mrugał do nas martwym okiem. W zasadzie większość podróżnych od razu kierowała się w tamtą stronę, tylko nieliczni wybierali drogę do miasta.
Droga po obu stronach była obstawiona licznymi straganami z pamiątkami. Wiadomo, żaden robak nie pogardzi takimi rzeczami, zawsze warto kupić cokolwiek, co pozwoliłoby się pochwalić przed sąsiadami, jakim to jest się światłym obywatelem Unii Robaczej. Szliśmy więc powoli, przedzierając się przez gęstniejący z każdą chwilą tłum i z ciekawością rozglądaliśmy się na boki. A czegóż to tam nie mieli, na tych straganach – taka fajna czerwono biała chorągiewka wetknięta w gówno; kupiłem córci, niech ma dziecko, na półce sobie postawi, jak już wrócimy do domu. Synek dla odmiany zapatrzył się na sąsiedni stragan, gdzie stały rzędy mniejszych i większych słoiczków z odnóżami ludzkich zarodków po aborcji, elegancko zanurzone w świeżutkiej formalinie. Chłopak zawsze interesował się przyrodą! Dziadek kupił sobie skręta oraz buteleczkę domowego bimberku Walikotki i teraz popijał i popalał ukradkiem, myśląc że nie zdołam tego zauważyć. A co tam, dziś święto, nie będę zramolałemu staruszkowi zazdrościł. My z żonką po długiej naradzie wybraliśmy drewnianą figurkę dwóch bzykających się karaluchów (oczywiście obu rodzaju męskiego, grunt to iść z postępem!), która po powrocie zostanie postawiona na honorowym miejscu na kominku. Ależ będą znajomi podziwiali, ho ho!
Zaopatrzeni w pamiątki, syci zakupowych wrażeń, jednakowoż poczuliśmy się odrobinę głodni i spragnieni. Dziadek łaskawie poczęstował nas łyczkiem ze swojej flaszeczki, ale było to stanowczo zbyt mało.
Wtedy właśnie dostrzegłem w tłumie mego brata, który zachęcająco kiwał ku nam jednym z odnóży. Po czułym przywitaniu, poprowadził nas na miejsca dla vipów- miał swoje dojścia, gdzie z niecierpliwością oczekiwaliśmy na uroczyste otwarcie trumny i zapowiadaną ucztę. Widok mieliśmy doskonały, tuż po prawej stronie podium, gdzie właśnie wygłaszał przemówienie Naczelny Karaluch, przygładzając siwego wąsa i poprawiając zjeżdżające mu z nosa okulary. Jednak w brzuchu burczało mi na tyle mocno, że nie mogłem skupić się na tym jego expose, zresztą i tak dzieci zaczęły popłakiwać ze zmęczenia i głodu.
Nagle nad naszymi głowami przetoczyły się gromkie oklaski, a specjalna ekipa przystąpiła do uroczystego otwarcia trumny. Dzielne chłopaki, zapowiadała się niezła robota, trumna nie wiadomo dlaczego była solidna i metalowa, musieli się nieźle nad nią namęczyć. Po dłuższej chwili przez tłum przebiegło coś na kształt westchnienia ulgi.
- Ucztę czas zacząć! – triumfalnie zakrzyknął Naczelny Karaluch w zwycięskim geście wyciągając wszystkie odnóża do góry.
Wszyscy powoli, choć bez zbytniego rozgardiaszu ruszyliśmy do przodu. Minęliśmy uroczysty napis zawieszony nad wejściem: „by żywić się lepiej”, podobno autorstwa głównego zastępcy Naczelnego Karalucha i w podniosłym nastroju wkroczyliśmy do obiecanego raju. Jednak tuż przed wejściem poczułem, że coś jest mocno nie w porządku. W zasadzie nie poczułem i to właśnie był problem... Mocno zaniepokojony ruszyłem do przodu i znalazłem się pośrodku pustej trumny, wśród tłumu zdezorientowanych robaków.
- A gdzie trup?
Z początku zadawane szeptem, teraz to pełne zdumienia i niedowierzania pytanie odbiło się zwielokrotnionym echem i dotarło do tłumów zgromadzonych na zewnątrz. Rozczarowanie było wręcz namacalne.
Nagle jeden z urzędników potknął się o niewielka tabliczkę leżącą pośrodku, na której widniały dość egzotyczne napisy.
- To chiński? – z powątpiewaniem w głosie spytał Naczelny Karaluch.
- Arabski pewnie– zdenerwował się któryś z ministrów. – To znów sprawka tych cholernych terrorystów.
Dookoła rozległy się donośne głosy:
- Sprowadźcie uczonego!
Jakby w odpowiedzi na te wołania, przez tłum przedarł się wiekowy staruszek w posklejanych okularach na nosie i z kępkami siwawych kosmyków nad uszami.
- To nie arabski i nie chiński – oświadczył uważnie badając nieznane pismo. – To ruskie znów jakąś fuszerkę odwaliły...
I tak, uginając się pod ciężarem zakupionych pamiątek, spragnieni, z pustymi brzuchami, niczym kundle podwijające ogony pod siebie, rozeszliśmy się w pośpiechu do domów. Bo nieważne czy jest się sytym i szanowanym, grunt to poczuć się robakiem w Unii...


Zapraszam na www.babeczkarnia.blogspot.com

Data:

 997 n.e.

Podpis:

 agausia78

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=69401

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl