DRUKUJ

 

Snuff

Publikacja:

 10-02-16

Autor:

 thaumiel
My lamb and martyr, this will be over, soon.
You look so precious.

Tool "Prison sex"


Spojrzał spod opuchniętych powiek na rozległe wnętrze pustego magazynu. Nikt go tu nie znajdzie, powinien był pogodzić się z tą myślą, kiedy tylko tu dotarł. Nie doczeka się tu niczyjej pomocy. Jest skazany na samego siebie, na resztki sił które pozostały jego organizmowi, by przetrwać tu jeszcze dzień czy dwa, nie dłużej. I na swojego prześladowcę, na człowieka, którego nigdy wcześniej nie spotkał, a który obwołał się jego wybawcą.
Nad całą tą ogromną powierzchnią unosił się odór gnijącej wody, przez całe lata wpadającej do środka przez dziurawy blaszany dach. Nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, ale nie miał też sił zaprzeczać – siedział się w kałuży własnych fekaliów. W okolicznościach w jakich się znajdował nie mógł liczyć na luksus korzystania z toalety. Tu przywilejem byłoby przykuwanie go codziennie w innym miejscu, by nie musiał znosić bezpośredniej i nieustannej obecności własnych odchodów. Ale nawet, gdyby teraz wszedł tu postawny mężczyzna, zawsze ubrany na czarno, i rozkuł go, pozwalając mu iść gdziekolwiek zechce – nie zrobiłby tego. Jego nogi pewnie odmówiłyby posłuszeństwa, zanim by wstał. Czuł swoje mięśnie jakby były żywymi, otwartymi ranami, rozrywanymi tysiącami wewnętrznych neutronowych implozji na sekundę. Ale możliwe, że po prostu nie chciałby opuścić tego miejsca. Możliwe, że dopadł go syndrom sztokholmski, może zżył się ze swoim prześladowcą, a może po prostu zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co tu robi.
Jeszcze siedem dni temu interesowały go jedynie wskaźniki giełdowe, handlowe manipulacje i nowy wzór wizytówek na wytłaczanym kremowym papierze. Jego inicjały napisane elegancką kursywą w intensywnie czarnym kolorze, wskazujące każdemu, że ma do czynienia z dobrze wykształconym, elokwentnym, a przede wszystkim uczciwym człowiekiem. Jedno z setek niewielkich, niewinnych kłamstw, tworzonych każdego dnia, żeby odrobinę się wybielić. Jego śnieżnobiały uśmiech był równie sztuczny jak chęć pomocy ludziom, dla których pracował. Szanował ludzi tak długo, jak przynosiło mu to zyski, i całkowicie odpowiadał mu taki tryb życia. Nie każdy przecież może być dobrodusznym wolontariuszem. Nie każdy zamknie się w bambusowej chacie z chorymi na malarię, by opatrywać ich rozdrapane rany i wąchać ich gnijące ciała. Nie każdy potrafiłby pomagać przy opiece nad starszymi ludźmi, zmieniając im ogromne pieluchy i myjąc ich pomarszczone, blade ciała. Nie każdy chce narażać się na takie widoki tylko po to, by łechtać swoje ego własną dobrocią.
Gdyby jeszcze tydzień temu spytać go o listę swoich osiągnięć, nie musiałby długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Dobre wyniki testów, zwłaszcza jak na kogoś, kto przez całe liceum bardziej zainteresowany był paleniem trawy niż nauką. Zakończenie studiów z wysoką lokatą, na jednym z setek podrzędnych uniwersytetów w tym kraju. W to wliczony krótki przymusowy pobyt na detoksie, kiedy jego rodzice znaleźli u niego kokainę. Wakacyjne szkolenie porządnego obywatela w sali parafialnej, wytłumaczone kumplom rodzinnym wyjazdem na Florydę, równie nieskuteczne jak ósme piwo na imprezie po poprzednich siedmiu. Zatrudnienie w firmie handlowej prowadzonej przez dyskretnego znajomego jego ojca, który przepuścił go w kolejce do stanowiska przed kilku kujonów, z którymi studiował, a którzy nawet nie chcieli pożyczyć mu notatek. Frajerzy. Ponad pięćdziesiąt tysięcy rocznie, kawalerskie mieszkanie z widokiem na park, czerwona Corvette z 68 roku. Szafa pełna markowych garniturów i niepotrzebnych dodatków, abstrakcyjne meble w szlachetnie dobranych kolorach, ładnie oprawiona kolekcja największych dzieł literatury światowej, których nigdy nie miał zamiaru przeczytać. Wszystko, co można było znaleźć w katalogach, a na co nie każdy mógł sobie pozwolić.
Teraz musiałby przewartościować całe swoje dotychczasowe życie, by odnaleźć choć jedna pozytywną stronę sytuacji, w jakiej się znajdował. Tu nie było istotne, czy był ambasadorem ONZ podróżującym do Afryki, narażając przy tym własne życie dla wyższych celów. Mógł równie dobrze być Matką Teresą lub ćpunem wyciągniętym z kontenera. Nie zmieniałoby to faktu, że jego ciało powoli przestawało się nadawać do jakiegokolwiek użytku, że osłabł tak, że nie był w stanie zmienić jego ułożenia. Na prawym udzie miał okropną szarpaną ranę, na której zakrzepła ciemnoczerwona krew. Najprawdopodobniej nie oberwał w tętnicę, inaczej pewnie nie miał by możliwości oglądania siebie w groteskowej i przerażającej formie, jaką stał się przez ostatnie dni. Gdyby człowiek faktycznie był tylko układem DNA, on nie przypominałby spirali, tylko poszarpaną nić. Nie czuł już nawet bólu idącego bezpośrednio z rany – był za to otępiony przez miliony igieł przeszywających każdy fragment jego ciała. Był kalekim dzieckiem stworzonym przez ułomną Matkę Naturę.
Nie przewidywał takiego biegu wydarzeń, gdy wychodził z biura o piątej po południu, rozmyślając, czy większą ochotę ma na whisky czy słodkie malibu. Nie przypuszczał nawet, że tego wieczoru będzie miał problemy większe niż stanie w kolejce do toalety w nocnym klubie albo anonimowa zaczepka na ulicy z prośbą o drobne. Nienawidził tych drobnych codziennych komplikacji, a przynajmniej do tej pory ich nienawidził. Teraz nie był w stanie wyobrazić sobie nawet takiej emocji. Teraz zależało mu tylko na zachowaniu wątpliwych resztek godności, zanim wpadnie twarzą w kałuże własnych odchodów, dusząc się nimi, a jednocześnie nie mając siły na ratowanie się. Jego wnętrza spirala samokontroli nieubłaganie pędziła w dół.
Przed oczami przelatywały mu migawki z filmów, o których nie mówi się głośno. Nigdy nie widział prawdziwego snuff, ale nie wątpił, że one istnieją. Obrazy agonii, jakiej doświadczają ofiary po tygodniach tortur. Nie nagrania z wojen, gdzie trupy stanowią element krajobrazu, gdzieś pomiędzy amerykańskimi żołnierzami a gruzami, które kiedyś były domem. Nie sceny ukazujące piękne wyspy po kataklizmie, z połamanymi palmami leżącymi na plaży, z żółtą morską pianą i zdezintegrowanymi ciałami, które pokazuje się w telewizji i charytatywnych teledyskach gwiazd MTV, śpiewających stare rockowe ballady o potrzebie pomocy poszkodowanym. On nie patrzył na siebie jak na anonimowe zwłoki leżące pomiędzy resztkami czyjegoś życia sprzed kilkunastu godzin, on widział siebie jako ranne zwierze, ofiarę większego i bardziej niebezpiecznego drapieżnika. I nie wiedział, czy powinien być mu wdzięczny za to, że wciąż żyje, czy przeklinać fakt, że nie mógł nawet przegryźć własnych żył by zakończyć swoje upokorzenie. Zastanawiał się, czy bardziej zależy mu w tym momencie na byciu odnalezionym czy na możliwości śmierci w jak najmniej bolesny sposób. Ludzie zniosą wszystko poza naprawdę silnym bólem fizycznym. Przez całe życie słyszał te brednie o przemocy psychicznej, o niszczeniu kruchej ludzkiej psychiki mobbingiem i wyzwiskami, i miał ochotę podpalić wszystkich tych psychiatrów, chciał wywołać chaos i postawić ich w sytuacji, w jakiej sam się znajduje, byleby tylko przyznali, że nie mieli racji. Chciał pochlastać ich ciała i wpuścić do ran robaki.
Nie widział nigdy naprawdę brutalnych scen przemocy. Nie widział jej w rzeczywistości. A tym bardziej nigdy w tym nie uczestniczył, ani jako oprawca, ani jako ofiara. Dzieciaki z dobrych domów nie bawią się w Milczenie Owiec, wrzucając zabawki do wykopanego w piwnicy dołu i krzycząc do nich, by natarły się olejkiem i włożyły go do wiaderka. Dzieciaki takie jak on grają na pianinie i nie przejmują się, że kiedykolwiek doświadczą czegoś strasznego czy obrzydliwego, bo to jest świat filmów puszczanych po 22. A mimo to jeden z takich dzieciaków tkwi właśnie w chorej sytuacji, z której nie ma wyjścia, w której jest całkowicie uzależniony od człowieka, który może nigdy więcej się tu nie pojawić.
Wielki facet, który niewiele mówił. Ubrany na czarno. Nie miał kominiarki ani rękawiczek, nie bawił się w wynajętego mordercę. Może miał kompleksy związane z dziewczynami, które śmiały się w niego gdy był w liceum, może słuchał za dużo industrialu a może był schizofrenikiem, który wolał wódkę zamiast tabletek. W tym momencie był panem co najmniej dwóch ludzkich żyć, o ile panował nad swoim własnym. Teraz był władcą nas swoim nieużytecznym niewolnikiem, przykutym do jednej z setek wystających ze ściany rur.
Zastanawiał się, czy ludzie widząc go w tym stanie współczuliby mu, czy odsuwali się z obrzydzeniem. Czy wysłaliby go na terapię, zamknęli w szpitalu, czy obawialiby się, że na jego psychice znajduje się ślad, który sprawi, że zmieni się w potwora? Czy jeżeli miałby szanse się stąd wydostać, potrafiłby wyrazić słowami ból, jakiego w tym momencie doświadcza, opisać rozgrzane igły wbijane w jego nogę i ucisk w klatce piersiowej, jakby wdech który właśnie bierze miał być jego ostatnim.
Odkąd przypomniał mu się obraz z filmu, w którym dwóch oprawców morduje związaną dziewczynę proszącą o litość, nie mógł się pozbyć myśli, że czeka go to samo. Ile takich filmów może krążyć w podziemiach? Ile ofiar argentyńskich czy chilijskich porachunków skończyło w podobny sposób, nie będąc nawet pozbawionymi tożsamości? Ile znajduje się w obskurnych mieszkaniach, na ośmiomilimetrowych taśmach przechowywanych za grubymi książkami Nietzschego i poezją Rimbauda? Albo ile ofiar w agonii, ostatkami sił próbowało jedynie zasłonić swoją zhańbioną krwią i siniakami twarz przed wszechobecną kamerą?
Pamiętał te wszystkie brednie o tym, że jest się zwycięzcą tak długo, jak długo się walczy, albo że nadzieja umiera ostatnia. I gdyby tylko był w stanie, dosłownie by zwymiotował tymi banałami, którymi go karmiono, żeby działał odważniej, lepiej i sprawniej, a które nie sprawdzają się w środowisku bardziej ekstremalnym niż ciepłe mieszkanie i biuro z klimatyzacją. Łatwo jest mówić o walce, gdy wszystkie drzwi zostały już wyważone. Irytowało go to, że te kłamstwa siedziały w nim na tyle głęboko, by przypominać mu o sobie, kiedy tak bardzo potrzebował się ich wyprzeć. Wszyscy ci idioci potrafili wpoić mu religię, wiarę, że gdy czynisz dobro, to dobro otrzymasz. Że wspierając organizacje charytatywne nie trafisz do piekła, nie spłoniesz w otchłani i nie zostaniesz skazany na wieczne potępienie. On miał potępienie w tym właśnie momencie, od którego nie wybawi go żadna modlitwa, żadne złote myśli psychologów piszących książki na uniwersyteckie zamówienia, głosy rodziców uczących go bycia dobrym człowiekiem. Był w piekle, bo nie mógł się zabić. I to była jego tortura. Nie wiedział nawet, czy w jego ramionach znajduje się jeszcze choć odrobina krwi, która mogłaby z nich wypłynąć. Mieszała się ona całymi litrami z jego odchodami, spływała po nim i tworzyła kolorowe ornamenty na całym tym obrzydlistwie, w którym się w tym momencie znajdował, barwiła błoto i mocz na czerwono, ale mimo to nie byłoby jej wystarczająco, by pozwolił sobie na jej dobrowolną stratę.
Za plecami usłyszał miarowy łomot ciężkiego wojskowego obuwia. Gdyby była to perkusja, wygrywałaby właśnie najbardziej przerażający rytm. Ale w tym rytmie było coś innowacyjnego, coś niepokojącego, coś, czego jeszcze nie poznał. Było to tępe uderzenie w werbel ukryty w wytłumionym pomieszczeniu. Mężczyzna niósł ze sobą kamerę. Niewielkie metalowe pudełko przytwierdzone do zbyt dużego statywu. Kołysał się z przyczepioną do paska idiotycznie wyglądającą ośmiomilimetrową taśmą jednej strony, a ośmiostrzałowym pistoletem z drugiej. Teraz dla jego życia najważniejsze będą milimetry. Jak bardzo chciałby teraz krzyczeć i błagać o litość, błagać o wytłumaczenie mu tego wszystkiego i o szybką śmierć – nie potrafił. Bo gdzieś w podświadomości, pod wszystkimi lepkimi teoriami i wspomnieniami, tkwiło w nim przekonanie, że to wszystko nie dzieje się bez powodu, a on na to zasługuje. I nie było to naiwne przekonanie, że otrzymasz to, co sam dajesz.
Mężczyzna wyglądał mizerniej niż ostatnio. Może wrażenie takie robiły za duże wojskowe ubrania, wiszące na nim jak na nastolatku słuchającym grunge, a może jego podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Na szyi miał ropne zadrapania, które najprawdopodobniej zrobił sobie sam. Obaj wzajemnie stawali się swoją ofiarą i obaj nie mogli znieść swojego widoku, a jednak coś sprawiało, że nie mogli oderwać od swoich ran oczu, nawet gdy sprawiało im to fizyczny ból. W tym stanie żaden z nich nie potrafił myśleć logicznie. Ofiara zaczynała widzieć w prześladowcy swojego nowego Boga – średniowieczne monstrum, surowego ojca, karcącego nie klapsem a zamykaniem w piwnicy, ubezwłasnowolnieniem, zmuszeniem nadgarstków do ocierania się o szorstki sznur, zostawiający na nim niegojące się rany. Boga, który sprawia, że w końcu akceptujesz sytuację, w której się znajdujesz, który sprawia, że odnajdujesz zadowolenie w niewolnictwie. Psy nie liżą swoich ran, by je wyleczyć, ale dlatego, że odnajdują w tym konkretną przyjemność. Boże, jak bardzo chciałby potrafić się modlić!
Zabiedzona postać stała tuż nad nim, w tych śmiesznych ubraniach, jakie noszą dzieciaki, które przychodzą do szkoły z bronią i chcą stać się legendą. Patrzył z góry, z obrzydzeniem, smutkiem i z błyskiem zadowolenia w oku. nikt nigdy nie dowie się o filmie, który za chwilę tu powstanie. To będzie jego słodki sekret. Ukryje taśmę tak, by ludzie, którzy znajdą ją po wielu latach nie wiedzieli, czy mają do czynienia prawdziwym morderstwem, czy jest to jedna z tych chorych zabaw muzyków, którzy chcą wypromować swoją muzykę skandalami. Być może ta taśma nie będzie już wtedy istnieć – może będzie tak udana, że będzie ją oglądał w kółko, aż zatrze się na niej ostatni obraz. Wspaniałe dzieło kinematografii, nagrane dla przyjemności jednej tylko osoby – twórcy i jedynego widza. Przyglądał się swojej filmowej gwieździe, leniwie żując gumę. Za chwilę ma się spełnić jego marzenie, skrupulatnie planowane od długich miesięcy, ciągnących się bardziej niż całego jego dwudziestosiedmioletnie życie.
Przyglądał się, jak jego oprawca instaluje taśmę na tej śmiesznej kamerze, nie pasującej do ciężkiego profesjonalnego statywu. Dźwięki maszyny, kręcenie się rolki, odgłosy których nie słyszał, odkąd został tu uwięziony zadziałały na niego jak huk wyrywający człowieka z transu. Poczuł uderzającą falę gorąca, która przeszkodziła mu oddychać, a jego oczy zapiekły żywym ogniem, gdy pojawiły się w nich łzy. Zajęło mu to ułamek sekundy, by zorientować się, że to co do tej pory przeszedł mogło okazać się dziecięcą igraszką, grą wstępną szesnastolatków.
Dopiero teraz zacznie się prawdziwa zabawa.

Data:

 30 XII 09 - 16 II 10

Podpis:

 Scarlett K. Love

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=60882

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl