DRUKUJ

 

Bezsenność

Publikacja:

 09-11-15

Autor:

 thaumiel
I hear it calling and I come cause I can't disobey
I should not listen and I shouldn't believe
But I do

Nine Inch Nails “Sunspots”

Usiadł na łóżku starannie przykrytym białym prześcieradłem, stojącym pośrodku niewielkiego pokoju. Podłoga zasłana była szeleszczącymi papierami, szczątkami gazet sprzed wielu tygodni, naznaczonymi brązowymi kręgami po niedopałkach papierosów i popiele marihuany. Widok ten dopełniały puste butelki po energetycznych napojach i tequili i rzucone pod łóżko pomarańczowe fiolki mieszczące pięćdziesiąt tabletek, opatrzone surową naklejką z wystukanym na maszynie nazwiskiem. W pokoju unosił się odór resztek po ostatnio zjedzonych tam posiłkach, zmieszany z zapachem świeżo wypranej pościeli i przetrawionego alkoholu. Ściana do której przylegało łóżko była pokryta wycinkami z gazet, listami ukrytymi w kopertach, które zatrzymywały zapach starannie zapisanej papeterii. Były tam zdjęcia młodych dziewczyn w uniformach szkoły świętego Dominika, która znajdowała się w pobliżu jego mieszkania. Mógł w każdej chwili dnia napotkać jedną z tych dziewczyn na ulicy. Nastolatki w białych podkolanówkach z przewieszonymi na jedno ramię plecakami, zawsze chodzące grupami i głośno się śmiejące. Nie widział ich od dłuższego czasu, ale nie tęsknił. Miał ich namiastkę pod ręką.
Od miesięcy unikał wychodzenia z domu, bezsenność go przerażała, zdawało mu się, że wpadał w trans i budził się w zupełnie innym miejscu, nie pamiętając, jak długo to trwało i jak tam się znalazł. Czuł, że ludzie w metrze go za to nienawidzili. Czuł, że ludzie w parku, matki z ukrytymi w wózkach dziećmi i studenci biegający by utrzymać formę go nienawidzili. Był dla nich odpadem, narkomanem i tym samym przestępcą, który zakłócał piękny widok miasta, w którym żyli. Był niezdrową naroślą na zarumienionej tkance z odpowiednim pH, codziennie nawilżającej się wazeliną. Tylko dziewczyny ze świętego Dominika nie patrzyły na niego z góry, ostentacyjnie przewracając oczami za każdym razem, gdy tylko się pojawił. Dla nich on po prostu nie istniał. A ich ignorancja pogarszała jego stan. Od wszystkich, których spotykał podczas swoich nieświadomych podróży po mieście, odbierał jednoznaczne, intensywne przekazy emocji. Gniew, niezadowolenie, obrzydzenie. A one wszystkie, te rozszczebiotane panienki z dobrych domów, z nienagannymi manierami i delikatnym makijażu – one sprawiały, że w jego głowie narastał konflikt myśli. One były niezdrowymi naroślami na jego umyśle, których nie był w stanie się pozbyć.
Zdrowy człowiek spędza jedną trzecią swojego życia na śnie. Brak snu wpływa na funkcjonowanie całego organizmu w sposób bardziej destrukcyjny niż kokaina. Po nieprzespanej nocy wydajność słabnie o 80%. Z każdą kolejną – o następne 20. Po trzeciej człowiek przestaje odczuwać głód, a może po prostu zapomina o jedzeniu? Każda minuta jest zwielokrotniona, każdy ruch zwolniony, słowa powoli zaczynają brzmieć jakby mówione w obcym języku. Mimo to człowiek jest zmuszony funkcjonować, czekając, aż minie stresujący tydzień w pracy, aż dostanie upragnioną przesyłkę lub wydarzy się tysiąc innych rzeczy, które mogłyby pozwolić w końcu zasnąć. Ale nic takiego nie nadchodzi. Po dwóch tygodniach szef z własnej inicjatywy daje ci wolne i każe wrócić do pracy dopiero, gdy wyzdrowiejesz i przestaniesz wprowadzać chaos wszędzie, gdzie jesteś. Może spotkasz się niespodziewanie z przedstawicielem związku zawodowego, który wyśle cię na badania w jednej z tych obskurnych przychodni, których od zawsze starałeś się unikać.
Pewnego dnia znajdziesz się we własnym łóżku, nie wiedząc, czy przed chwilą byłeś w stanie jawy czy transu i zastanawiając się, czy twoje zmysły są już na tyle pomieszane, że przegapisz moment snu. Znał to uczucie, dopadało go wielokrotnie i zawsze wtedy chciało mi się płakać z bezsilności. Najgorzej było po zażyciu lekarstw – czuł ich smak i zapach, czuł jak prześlizgały się jedne za drugimi przez jego gardło, wprost do żołądka, a mimo to miał wrażenie, że stworzone są z plastiku. Miał po nich mdłości, które uniemożliwiały mu późniejsze posiłki. Przez pierwsze pół roku schudł do 58 kilogramów i w niczym nie przypominał zdrowego mężczyzny, jaki jeszcze w wakacje przechadzał się po plaży. Próbował akupunktury, która nie dała mu nic poza bolącymi śladami po setkach nakłuć. Próbował żucia korzeni, upijania się do nieprzytomności i relaksacyjnej muzyki. Próbował uprawiania sportów, sprzątania mieszkania do granic obłędu, spotkań w grupach wsparcia i metod stosowanych przez filmowych bohaterów.
Uspokajało go siedzenie w oknie i obserwowanie życia na ulicy z bezpiecznej odległości, zza chroniącej go sześćdziesięcioośmiomilimetrowej warstwy szkła, przez którą nie były w stanie przedostać się odgłosy ani zapachy zewnętrznego świata. Świadomość oddalenia od rzeczywistości, oswojona z czasem, zaczęła wprowadzać go w przyjemny letarg, którego nie chciał przerywać agresją obcych ludzi. Spędzał godziny w miękkim fotelu, w którym niegdyś zwykł zasypiać z książką w dłoniach. Odkąd litery przed jego oczami zachowywały się niczym w szaleństwie i przestały układać w logiczną całość niemal zupełnie przestał czytać. Przestały go interesować informacje ze świata, tak samo jak zakończenia zbrodniczych historii pióra Agaty Christie. Miał swój pachnący antykami fotel z grubym welurowym obiciem i wąski parapet, na którym leżała lornetka w cudowny sposób dwudziestokrotnie powiększająca świat zewnętrzny. Podczas regulowania ostrości czuł, jakby zawierała się w nim jakaś namiastka samego Boga, który dostosowuje świat do swoich własnych potrzeb. Jego okna wychodziły na południowo wschodnią część miasta, na dzielnicę budynków, które istniały krócej od niego i na sukcesywnie rozbierane niewielkie pobielane domki. Idealne obrazowanie, jak młodzi ludzie chcą wprowadzić swoją rewolucję i usunąć starszych, wraz z ich bibelotami, koronkowymi obrusami i nienagannymi manierami prezentowanymi przy stole. Kolejne stare tkanki, które trzeba zetrzeć ze zdrowego ciała intensywnym i szybkim ruchem. Takie same, jak on – który nie utożsamiał się nigdy z żadną grupą, ale czuł, że obrywa za wszystkie. Nieśmiali introwertycy nigdy nie zdobywają społecznego poparcia.
Widział siebie jako tego wstydliwego chłopaka, wychowanego przez protestancką babcię i jej krwawe krucyfiksy i żydowskiego ojca, który do żadnej innej religii nie przejawiał takiego braku szacunku, jak do własnej. Nie miał kompleksów, które ludzie usiłowali w nim odnaleźć. Najpierw opiekunka w przedszkolu, zaniepokojona cichym malcem trzymającym się na uboczu, a później lawina tych wszystkich szkolnych psychologów, do których chodził z poczuciem upokorzenia przed wszystkimi znajomymi. Przed chłopakami, z którymi biegał za piłką w dni powszednie i którym musiał odmawiać w każdą niedzielę. Przed dziewczynami w ich nieudolnym makijażu, wykonanym kredkami ich matek w szkolnej toalecie na dwie minuty przed zajęciami. Przed nauczycielami, którzy nakręcali spiralę próbując zrobić z niego szkolnego dziwaka, który pojawi się pewnego dnia z naciągniętym na twarz kapturem i samopowtarzalnym, poręcznym TEC-9 w dłoni. Nigdy nic takiego nie nastąpiło. Nauczył się grać na pianinie, ukończył uniwersytet z przeciętnymi ocenami i znalazł równie przeciętną pracę.
A teraz dopadła go ta przeklęta bezsenność, która wywróciła cały ten jego zwykły świat do góry nogami. Przez którą zaczął włóczyć się nocami po mieście, brać nitrazepam, flurazepam, triazolam. Brać estazolam i kokainę. Wysiadywać w oknie i podglądać nastolatki z pobliskiej szkoły, niczym jeden z tych zboczeńców, o których mówi się w telewizyjnych kronikach policyjnych. Robić zdjęcia ich krótkim spódniczkom i roześmianym oczom, w których nie było cienia zmęczenia, jakiego on doświadczał. Sypiać z prostytutkami z przedmieść i oglądać w kinach filmy pornograficzne. Był nieustannie zmęczony, zdezorientowany a przede wszystkim wściekły. Na organizm, który zaprzeczał sobie samemu i bawił się z nim w chore sadomasochistyczne gry. Na ludzi, którzy nocą wciąż byli na ulicach – te rozkrzyczane nastolatki po kilku drinkach, wieszające się na ramionach nowo poznanych facetów, dzieciaki próbujące coś jak najłatwiej zabrać i te, które równie łatwo dawanie. Zwierzęta grzebiące w śmietnikach i rozrzucające wszystko na chodniki. Pisk gwałtownie hamujących samochodów, gdy ktoś nieopatrznie wszedł na ulicę. Zapach spalin, chińskiego żarcia i siarki dobiegający z kratek tunelów metra.
Natalie była urocza. To słowo określa ją najtrafniej. Filigranowa brunetka o perlistym śmiechu, ale nie brzmiącym groteskowo jak wystudiowany chichot starszych kobiet, z falującymi włosami opadającymi na jej plecy z każdym ruchem głowy. Białe podkolanówki z kokieteryjną łatwością zsuwały się z jej szczupłych łydek. Była zdecydowanie najładniejsza ze wszystkich swoich koleżanek, wybijając się ponad nimi naturalnym urokiem i skromnością. Pod względem fizycznym była idealnym materiałem na lolitkę. Był przekonany, że gdyby zdjąć jej szyi krucyfiks nawleczony na delikatny srebrny łańcuszek, objawiłaby się jako prawdziwy demon. Wysyłała do swojego chłopaka listy na papeterii z wytłoczonym kwiatowym ornamentem, pachnące najsłodszymi perfumami, jakie mogły znajdować się w kosmetyczce szesnastolatki. Nigdy nie wrzucała do koperty suszonych kwiatów, bo sama za bardzo kochała życie, by przesyłać komuś te szeleszczące pocałunki śmierci, zmiażdżone pomiędzy stronami grubych książek, które pochłonęły wszystko co najlepsze.
Uwielbiała romantyczne ballady, choć doskonale pamiętał, jak płakała słysząc „Freebird”, nie martwiąc się o stan swoich pięknych włosów ani o wygląd jej uroczej buzi. Kiedy widział ją po raz ostatni miała podkrążone od płaczu oczy, a jej młode ciało straciło kolor, wyblakło, jej brzuch i piersi były pogryzione, niemal rozszarpane. Była wspaniała przez szesnaście lat swojego życia, by w dniu siedemnastych urodzin stać się tym, co próbowano zrobić z niego przez przeszło trzydzieści lat. Wtedy po raz pierwszy płakał. Gdy zaczęła krzyczeć i miotać się, gdy straciła swoje piękno stając się odrażająco normalna, przeciętna jak wszystkie te rozszczebiotane idiotki z groteskowym wyrazem twarzy, odpychające kreatury, przez które nienawidził tego świata. Miał ochotę wyć z rozpaczy, gdy wrzeszczała plugastwa w jego twarz i gdy niemal zerwała ze ściany słodko pachnące listy. Nienawidził siebie, gdy spętał jej nadgarstki, ale nienawidził jej jeszcze bardziej za to, czym się stała, za jej dążenie do bycia jedną z tych nieletnich prostytutek, upijających się i spędzających wieczory na tylnich siedzeniach samochodów. Nie mógł do tego dopuścić, nawet gdyby miał zniszczyć doskonałość, którą uosabiała. Tak było dla niej lepiej. Tak było lepiej dla jej rodziny, dla jej chłopaka w długich włosach, który chciał pociągnąć ją na dno wraz ze sobą, tak było najlepiej dla wszystkich. Bo w ten sposób nie mogła nikogo więcej skrzywdzić. W ten sposób choć przez moment doceniła swoje życie.
Włożył pistolet do ust. Zlikwidował niezdrową tkankę na zaróżowionym organizmie tego wielkiego ciała, gnijącego od wewnątrz i pożeranego przez straszną chorobę, której nie było świadome. Organizm lubi bawić się sam ze sobą. Uwielbia perwersyjne sado maso. W plastycznym zabiegu można usunąć tylko elementy zewnętrzne.

Data:

 14-15. XI 2009

Podpis:

 Scarlett K. Love

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=58552

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl