DRUKUJ

 

BEZMIAR - CZĘŚĆ 2 - Lądowanie.

Publikacja:

 09-10-03

Autor:

 janko
CZĘŚĆ 2 - Lądowanie.

Na szczęście chwilę później maszyna zadrżała, gdy przepadła w sztucznej studni grawitacyjnej. Dziwne uczucie, jakby mrowienie, nigdy za nim nie przepadałem, ale szanse na przesiadkę do innego środka transportu były raczej mizerne.

- Będzie dobrze…

No tak, skoro wszystko się już spieprzyło, musiało być „dobrze”. Oczywiście zawsze kwestią otwartą, w takich sytuacjach, pozostaje układ odniesienia.

Wszystko to miało miejsce kilka godzin temu, jak twierdził wyświetlacz awaryjny, nadal świecący w absolutnej ciemności, lot trwa już 412 minut… Niemal siedem godzin temu. Mi wydawało się, że siedzę w tym fotelu już 70 godzin, wyłączone systemy ergonomiczne nie zapełniały masażu wspomagającego a oczy wręcz paliły od bladej poświaty wyświetlacza otoczonego idealną czernią. Czas na małe podsumowanie…

Czy się boję?… W sumie jak na człowieka, leżącego niczym kłoda, w kupie złomu gnającej w bezkresnej pustce kosmosu w nieznanym mi kierunku… trzymałem się nie najgorzej.
Co dalej?... Nie wiem, choć należało powtarzać sobie często, przynajmniej w myślach, że „będzie lepiej”. Udało się odskoczyć, nikt do mnie nie strzela i istnieje nadzieja, że za chwilę wyląduję na pokładzie okrętu bazowego… a nie tam było coś o „alternatywnym miejscu”. Ale skoro mamy alternatywy…
Co się stało?... Poza rzeczami oczywistymi i już wspominanymi, nie miałem zielonego pojęcia. Chyba jedynym objawem strachu, był fakt, że nie miałem ochoty na rozgryzanie tego, po prostu coś poszło „nie tak”.

Mały ekranik zmienił barwę. To dość znaczące wydarzenie w otoczeniu tak wypranym z bodźców, a czerwony kolor komunikatu, dodawał tylko temu zajściu pikanterii.

„ZMIANA
Wyjście w punkcie alternatywnym 2”

Cholera, co to znaczy: „Zmiana” – co się zmieniło? Dobrze, że przynajmniej mamy alternatywę numer dwa. Po bezustannym gadaniu Dafne, te lakoniczne komunikaciki były niczym rebusy.
Szarpnięcie, najpierw delikatne z mrowieniem, wypadliśmy z nadprzestrzeni. Potem kilka silniejszych, gdy resztki mojego okrętu, próbowały przybrać jakąś tylko im znaną pozycję w przestrzeni.

Głos Dafne powrócił równie nagle jak zniknął, zabrzmiał niczym nagły grzmot.

- Wybrano alternatywny punkt numer: dwa, brak możliwości dotarcia do alternatywnego punktu: jeden. Brak możliwości dotarcia do floty. Brak komunikacji nadprzestrzennej, wystrzelona boja podprzestrzenna.
- Dafne, gdzie dotarliśmy?
- Punkt alternatywny dwa, warunki na powierzchni: akceptowalne. Procedura przygotowawcza przed wejściem w atmosferę, czas 3 minuty 25 sekund.

A tak, pogadać się nie da. Trzeba, więc słuchać. Za niecałe 4 minuty wejdę w atmosferę. Sytuacja musi być nieco gorsza niż zakładałem skoro komputery zmieniły cel podróży. No i mamy boję. Cholera gdyby człowiek starał się zapamiętać informacje ze szkoleń, dłużej niż do najbliższego egzaminu. Wiedziałby wówczas coś więcej na ten temat. Jedno było pewne, wielkiego zasięgu to coś raczej nie ma…
Najpierw kolejne szarpnięcie… obrót… spore przeciążenie wciskające mnie w fotel… potem znowu obrót… Jak w jakimś szalonym tańcu.

- Odrzucenie kapsuły za 3… 2… 1…

O cholera! Zakładam, że ten uroczy głosik poinformowałby mnie gdyby osłony termiczne były uszkodzone…, ale w sumie, po co? Bym miał świadomość, że się najpierw podsmażę a potem jacyś goście tam na dole, będą mogli wypowiedzieć sporo życzeń patrząc na spadające gwiazdy. Oczywiście zakładając, że ktoś tam na dole ma jakiekolwiek życzenia.
Dafne zamilkła prawdopodobnie na dobre, zostając w pustym już wraku, ale nieco bardziej komunikatywny zrobił się ekranik awaryjny. Pojawiło się więcej literek i najwyraźniej za dobrą monetę należało przyjąć fakt, że wszystkie one były zielone:

„Atmosfera – 24% O, 70% N, brak substancji szkodliwych
Temperatura w strefie lądowania – 294K
Ciążenie – 0,86g”.

Czyli jest lepiej niż mogłoby być, a nawet zdecydowanie lepiej… cieplutko i do tego człowiek może odetchnąć pełną piersią.

Szmer dobiegający z zewnątrz powoli zmieniał się w huk, a kapsuła trzęsła się coraz bardziej. System chłodzenia robił, co mógł, ale temperatura wewnątrz znacznie wzrosła. W sumie to nadal nie wiedziałem czy się zatrzyma zanim zacznie przypiekać. Wyglądało jednak na to, że po zbliżeniu się do tropikalnego piekła, przestała podążać w kierunku tego znaczenie lepiej opalanego miejsca, wiecznego spoczynku dla „grzecznych inaczej”.
Sporo doznań w dość krótkim czasie, jak dla kogoś, kto przez siedem godzin wisiał w próżni.
Kolejne szarpnięcie i światło zalało całe otoczenie, efekt był tak niesamowity, że na chwilę zabrakło mi tchu w piersiach.
Na obcej planecie ciężko określić czy jest to wschód czy zachód, tak czy inaczej tutejsze słońce ledwie wychylało się zza odległego horyzontu… A i tak osłona kabiny znacznie pociemniała chroniąc przyzwyczajone do niemal absolutnej ciemności oczy.
Nawet ładne widoczki… zwłaszcza ten słoneczny blask nad bezkresnym oceanem.

- Cholera…

Próba przekonania się na własne oczy, w jakich jestem tarapatach, spełzła na razie na niczym. Ciemności nadal spowijające przypuszczalne miejsce lądowania. Przyciemniona osłona a do tego bezużyteczne panele, ostatecznie niweczyły próby przyjrzenia się obszarowi, ku któremu nieuchronnie zmierzała kapsuła. Wszędzie gdzie dało się sięgnąć wzrokiem widać było tylko wodę, z rzadka przesłanianą przez zabarwione na czerwono chmury.
„Akceptowalne warunki”, chyba dla jakichś pieprzonych ryb.

Odpaliły silniki hamujące, przeciążenie próbowało mnie wyrwać z fotela…
Gdy do silników dołączył spadochron, wydawało się, że może ich połączonym siłom może się to udać. Ma szczęście szum na zewnątrz powoli cichł a drgania nieco osłabły.

Zgadywanka z cyklu wschód lub zachód, nadal pozostała nierozstrzygnięta, mimo iż skrawek słońca nad horyzontem wyraźnie się powiększył. Nie wiadomo czy za sprawą obrotu planety czy prędkości, z jaką nadal mknęła kapsuła. Tak czy inaczej póki, co widoczne szanse na uniknięcie kąpieli nie zwiększyły się ani na jotę. Cala widoczna powierzchnia coraz bliższej planety pokryta dość użytecznym, ale jednocześnie stanowiącym kwintesencję wilgotności związkiem chemicznym znanym, jako H2O.

Szum przeszedł w lekki szmer a kapsuła wyhamowała na tyle żeby rozpocząć opadanie tylko na spadochronie.

- Genialnie! Wiedziałem, że będzie dobrze.

Dzięki przechyleniu do przodu mogłem w końcu na własne oczy przekonać się, dokąd zmierzam. Rozległy, dotąd niewidoczny ląd, czyli jest spora szansa na uniknięcie przymusowej kąpieli. Z wysokości niemal 100 kilometrów widać było dość niewiele, ale kraina poniżej wyglądał na bardzo przyjazną. Zielone brzegi z jedną wielką rzeką i kilka mniejszych wpadające do wielkiego oceanu. Co prawda wnętrze kontynentu było jakby nieco zbyt żółte, a w niektórych miejscach upstrzone bielą na szczytach gór, ale najwyraźniej nie tam zmierzałem.

Z całą pewnością czekała mnie krótszy okres oczekiwanie niż ten poprzedni, a do tego mogłem przyglądać się coraz bliższemu lądowi, czyli nie było tak nudno jak poprzednio. To coś zielone wyglądało na rośliny… no, tak… przemyślenie godne, co najmniej egzobiologa. Zielone znaczy rośliny. Egzoklimatolog, czy jak się to tam nazywa, zapewne wpadłby też na to, że to żółte, to pustynia. Mijały długie minuty, zdążyłem się już dość dokładnie przyjrzeć temu, co przede mną, a nawet zatęsknić za możliwością poczynienia nieco dokładniejszych obserwacji mojego nowego „domu”. Cholera to nadal nie wyglądało dobrze, trzeba będzie się dobrze zastanowić do dalej.

To był wschód… teraz dało się już to z całą pewnością określić. Pobliskie słońce było wielkie, ale jego czerwonawy kolor sugerował, że nie musi być bardzo gorące, tak czy inaczej zakrywało już sporą cześć horyzontu i szybko wspinało się po nieboskłonie.

Jestem gdzieś… to dość dobre określenie aktualnego miejsca pobytu, w oparciu o informacje, które posiadam. A tak, informacje… trzeba ich nieco zebrać. Pogadać nie było, z kim, ale zostały jeszcze nieco bardziej anachroniczne środki. Nacisnąłem napis „POZYCJA” na ekranie, czekać nie trzeba było, ale pojawiła się tylko króciutka informacja: „Ariel DH3017.d – pozycja relatywna: 17,23°S, -9,12°W.” Czwarta planeta, gdzieś tam… Kolejny napis „STATUS”
„Ariel DH3017.d
Typ ziemski, warunki akceptowalne.
Rozpoznanie eksploatacyjne: niska przydatność.
Badania biologiczne: brak.
Placówki wojskowe i badawcze: brak.
Planowane działania: brak.”

- Cholera – ostatnio strasznie zubożało mi i tak niezbyt kwieciste słownictwo.

To znaczy, że jestem ugotowany, nic tu nie ma i nie prędko cokolwiek się pojawi. Jedyna nadzieje to boja komunikacyjna…

Kolejne szarpnięcie, spojrzałem w górę, niektóre elementy czaszy spadochronu zaczęły trzepotać na wietrze. Dlaczego?! Co jest? A tak… dostosowanie do gęstości atmosfery. Najwyraźniej zbyt wolno zdaniem systemów kapsuły spadałem. Ale jak można spadać zbyt wolno?! No tak, można, w końcu lepiej żebym nie wylądował parę kilometrów od brzegu.

Wszystko zaczęło niebezpiecznie przyśpieszać. Korony drzew (chyba na razie można przyjąć taką nazwę roboczą), które jeszcze chwilę temu zlewały się w zielony dywan, rosły w zatrważającym tempie. Najpierw stały się ogromne, a chwilę potem zostały gdzieś w górze. Wraz z mym wehikułem i kilkoma wielkimi liśćmi w dół poleciała masa wody i jakieś żółte płatki. Lądowanie kapsuły było wyjątkowo delikatne, komputery chyba doskonale wszystko wyliczyły. Byłem już na powierzchni. No prawie. To, co mnie otaczało przypominało raczej płytkie rozlewisko. Co prawda „płytkie” było na razie myśleniem życzeniowym.

Chyba byłem u kresu swojej niespodziewanej podróży. Czas stawić się temu wszystkiemu czoła. Coś poszło zdecydowanie nie tak i teraz zostałem sam, nie mam już za plecami całej armii ludzi ze sprzętem i zasobami. Zostałem sam, a to znaczy tylko tyle, że coś zdecydowanie poszło nie tak. Gdzie jest dźwignia zwalniania osłony? A jest tu, żółto-czarna rączka. Wystarczy pociągnąć i… przeniosłem się do innego świata.

Data:

 2009

Podpis:

 Czytacz który może coś wymyśli...

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=57105

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl