DRUKUJ

 

Bogowie grają w kości - rozdział II

Publikacja:

 09-08-31

Autor:

 Czapla
ROZDZIAŁ II


Przetarła kciukami powieki, zamrugała. Sypialnia adeptek pogrążona była w szarym świetle brzasku. Rozejrzała się, by sprawdzić, czy reszta wciąż śpi. Do pierwszej modlitwy miały jeszcze godzinę.
Meyra przekręciła się na drugi bok, twarzą do otwartego okna. Nie zamierzała wstawać, nie miała ochoty opuszczać wygodnego łóżka. Wystarczył jej prostokąt jaśniejącego nieba i postrzępione czubki drzew.
Wiedziała, że dziś Kay ma pojechać do winnicy, aby pomóc przy zbiorach. Cały dzień pośród winogron, na nagrzanym słońcem stoku, wśród przytłaczającej zieleni. Daleko. Inaczej. Przymknęła powieki, czując, jak z podekscytowania zasycha jej w gardle. Nerwowo oblizała wargi. Nie była pewna, czy wizja całego dnia poza klasztorem się spełni, jednak chwyciła się nadziei rozpaczliwie, nie chcąc rezygnować. Miałaby sobie odpuścić? Nauczyła się nie lekceważyć żadnych szans, nawet najmniejszych.
Przekona Mensuę do pomocy. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Wymówi się bólem, chorobą , mniejsza o to - coś wymyśli. Nie interesowały ją takie szczegóły. Ważna była przestrzeń i brak granic.


- Wiesz, że jesteś skrajnie nieodpowiedzialną egoistką?
Meyra obróciła się w stronę wzburzonej Mensuy. Nie czuła urazy, była co najwyżej zaskoczona. Nigdy nie usłyszała równie krytycznych słów od przyjaciółki. Ta stała nieruchomo, zaciskając kurczowo dłonie i wpatrując się w Meyrę z wyrzutem.
- Jasne, że wiem – ta odparła z wymuszoną beztroską. – Po prostu często upominam się o to, co mi się należy. Nikt nie miał prawda mnie tu zamknąć, prawda? A wracając - nie zdradzisz mnie, prawda?
Powietrze wokół Mensuy zdawało się emanować chłodem. Meyra musiała się zadowolić milczeniem. Przeszła przez mur, czując jak wyrzuty sumienia stopniowo zadeptuje podekscytowanie. Czuła, że przyjaciółka będzie ją kryć i podtrzyma pogłoski o złym samopoczuciu. Nawet, jeśli cały plan wydawał się naiwny.
Jak najszybciej dotarła na skraj sadu, gdzie miał czekać Kay. Na widok chłopaka serce zabiło jej mocniej. Uśmiechnęła się. Gdy dobiegła, bez słowa chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
Ludzie z miasteczka o nic nie pytali. Zadowolili się stwierdzeniem, że Meyra jest przyjaciółką Kaya z oddalonego od miasta domu. Poświęcili jej jedno przelotne spojrzenie i zajęli się swoimi sprawami.
- I co, mówiłem, że cię wyciągnę? – zawołał Kay, gdy już siedzieli na jednym z wozów.


***


Lean wpatrywał się w siedmioramienną gwiazdę i ponuro stwierdził, że Jazon mógł mieć rację. Tatuaż jest świetnym znakiem rozpoznawczym, a teraz jak na złość powinien w ogóle się nie wyróżniać. Potarł skórę, jakby licząc, że to coś pomoże. Rysunek był taki jak przedtem.. Mężczyzna wzruszył ramionami. Później się tym zajmie.
Uniósł głowę i zaczął uważnie przypatrywać się przechodniom. Opatulony w szare płaszcze tłum tępo sunął przed siebie, szurając butami, pochylając głowy. Lean starał się w tej jednolitej masie wychwycić znajomą twarz. Jak na razie bezskutecznie.
Przyjdzie, i co dalej? Masz już jakiś zarys planu?W głowie rozklekotał się znajomy mu szept.
Dursa, od kiedy tak się troszczysz o moją osobę?
Odkąd pierwszy raz poturbowałeś swoją szanowną idiotyczną osobę.

Lean nie odpowiedział. Dursa. Jego osobisty Krytyk, Głos W Umyśle, niezależny byt posiadający własny rozum, może nawet duszę, choć nie mający ciała. Lean przestał zastanawiać się, kim właściwie jest Dursa. Usłyszał go po raz pierwszy gdy miał sześć lat i spragniony wędrował przez pustynię. Nie wymyślił go sobie, on po prostu pewnego dnia się odezwał. Tej jednej jedynej rzeczy był pewien, bo nie potrafił kontrolować Dursy, co najwyżej starał się go zagłuszać.
Jego własna Zmora. Szemrała uspokajająco przed snem. Krytykowała, radziła, chwaliła, wyśmiewała, ale jednak była. Dursa klekotał, szeptał lub łkał. Doprowadzał Leana do szału, stanowił jednak w pewnym sensie część mężczyzny, bez której ten nie mógł żyć.
Lean nigdy nie mógł powiedzieć, że czuje się zupełnie samotny. Na jego szczęście lub przekleństwo.
Nagle huknęło głucho i lunął deszcz. Ludzie jakby na znak rozbiegli się, osłaniając się gazetami czy wyciągając parasole. Lean zrobił dwa kroki w tył i znalazł się pod zadaszeniem kamienicy. Pogoda stała się ostatnio wyjątkowo kapryśna. Potrafiła zmienić się z godziny na godzinę, skutecznie utrudniając życie i siejąc panikę wśród przechodniów. Mężczyzna wpatrywał się w rosnące kałuże, marszcząc brwi. Deszcz był niepożądany.
- Hej, Lean!
Zbliżał się do niego niski, jasnowłosy mężczyzna w zielonym płaszczu, z parasolem w ręku. Uradowany brodził przez deszczowe jeziora i machał w stronę Leana.
A temu co tak wesoło? Lean oczyma wyobraźni zobaczył kpiący uśmiech Dursy. Zignorował zaczepkę i podszedł do mężczyzny.
- Trochę kazałeś na siebie czekać – mruknął na powitanie, ściskając rękę towarzysza.
- Kto kocha, ten zaczeka.
- Zdziwiłbyś się. Jestem wymagający, Duna.
Nazwany Duną wzruszył ramionami. Leana zaczynał irytować beztroski styl życia znajomego. Nie pasował do Feniksa, był dziwnie radosny i lekceważący. Do życia podchodził z dystansem, a gdy się pojawiał, zarażał entuzjazmem jak chorobą. Przychodził i znikał, nie mieszkał nigdzie, a dokładniej wszędzie. Był ulubieńcem stowarzyszonych w organizacji z powodów niepojętych Leanowi. Kto niby mógł zyskać na jego błaznowaniu?
Pajac na gumce i tyle, pomyślał niechętnie.
Przyda się trochę luzu. Zaklekotał Dursa. Zapomniałem ci powiedzieć że jesteś strasznie sztywny. W przeciwieństwie do ciebie, Duna ma urok.. Ty ograniczasz się do…
Och, daruj sobie.
- To jak, idziemy do niej? – deszcz przestał padać. Duna zamknął parasol, gładząc materiał. Uśmiechnął się do Leana, a na ulice wpadło jakby trochę więcej słońca. Chociaż był starszy od podopiecznego Jazona, wyglądał na jego młodszego brata.
- Tak. Tędy.
Skręcili w jedną z ulic, zadbaną i czystą. Mijali eleganckie, odremontowane kamienice i ciasne ogródki, będące namiastką przyrody w kamiennej metropolii. Te części miasta kompletnie różniły się od tych położonych na obrzeżach i slumsów. W tych ostatnich wolontariusze Feniksa prowadzili akcje odwszania dzieci, planowano też budowę kilku szkół. Lean kilka razy uczestniczył w tych przedsięwzięciach i już wiedział, że to starania bezsensowne.
Duna szedł przodem, co chwila pozdrawiając kogoś, lub machając ręką. Był typem człowieka, który wszędzie ma znajomych.
- Właściwie, czy ona wie dokładnie, co mamy zrobić? – zagadnął Duna po dłuższej chwili milczenia.
- Nie zdziwiłbym się.
- Tiffany nie należy do Feniksa – Duna stwierdził fakt. Lean wzruszył ramionami, chcąc dać do zrozumienia, że już to wie. Tiffany nie była formalnym członkiem organizacji, wolna od ideologicznych zapędów. Pomoc stowarzyszeniu traktowała raczej jako zabawę i źródło ryzyka, które tak lubiła. Jednak Heron ufał jej i nie wahał się wtajemniczać w swoje plany. Dzięki sporemu majątkowi mogła pomóc w finansowaniu akcji i jeszcze bardziej zjednać sobie szefostwo.
Duna jakby zgadywał myśli Leana.
- W sumie ciekawe skąd ona ma… no wiesz, środki na to wszystko?
Tiffany była głównie znana z tego, że jest znana. Lean nigdy nie słyszał, aby pracowała, o ile nie nazywa się pracą chodzenie na przyjęcia. Była sercem wszelkich spotkań, duszą imprez. Gdy się pojawiała, towarzystwo zaczynało się ożywiać. Bezczelna, ekstrawagancka i wiecznie wesoła. Błyszcząca jednoosobowa elita. Dodawała koloru i smaku przeciętnej rzeczywistości.
- Podobno odziedziczyła sporo pieniędzy po rodzinie – Lean nawet nie zorientował się, że wymawia te słowa. – Ma też wiele przydatnych znajomości. Podobno nawet wśród dworu cesarzowej. Ale to mogą być plotki, ona uwielbia je rozpuszczać. Mówiła już mnóstwo rzeczy. Jest jak kot, zawsze spada na cztery łapy.
- Sądziłem, że ty wiesz coś konkretnego – odparł Duna, wymijając kałużę.- Kiedyś byliście razem.
Lean spojrzał na niego z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Po raz pierwszy usłyszał, jak ktoś wymawia ten fakt na głos.
- Byliśmy, i co z tego?
- To była… mocna więź, więc chyba znałeś ją lepiej niż reszta.
- Nie powiedziałbym tego.
Duna potarł czoło, starając się ukryć zmieszanie. Nie był dobry w tych rozmowach. Lean uśmiechnął się blado i przyśpieszył kroku. Nie, nigdy nie wiedzieli o sobie więcej niż inni. Jego związek z Tiffany był jakby z innej bajki, do której on trafił przypadkiem. Czasami zastanawiał się, czy epizod naprawdę przeżył czy tylko wyśnił. Ten okres był pasmem fascynacji, kolorowych nocy, oderwania się od rzeczywistości i zabawy. Czasem sam się dziwił, że był w stanie tak dać ponieść się emocjom. Starannie przechowywał wspomnienia, obiecując sobie, że nie podzieli się nimi z nikim. Miały status bezcennych.
Na szczęście Duna nie kontynuował, najwyraźniej zniechęcony milczeniem Leana. Minęli jeszcze kilka przecznic i w końcu stanęli przed okazałą kamienicą, bijącą nowością po oczach. Pistacjowego koloru ściany złociły się w świetle słońca. Pomimo wszechobecnej ciasnoty przed budynkiem znajdował się przytulny ogród z krzakami róż.
- Na miłość boską, fontanna – skrzywił się Duna. – A na południowych obrzeżach brakuje wody do picia.
Dom był otwarty na oścież. Przeszli przez hol i ruszyli w głąb mieszkania. Pomieszczenia zdawały się być opustoszałe, nie dostrzegli ani służby, ani pani domu.
Minęli pokoje i weszli do dużego, wyłożonego złotą tapetą salonu. Na środku znajdowała się sofa, na której leżała młoda kobieta. Na widok gości podniosłą się leniwie na łokciach i zaczęła im się przyglądać. Miała krótko ścięte, postrzępione brązowe włosy, pasujące do jej skóry koloru karmelu. Ciemnoczerwone usta rozciągnęły się w uśmiechu.
- Moi ulubieni płomienni chłopcy – miała lekko chropowaty, niski głos. Na jego dźwięk Lean drgnął lekko. Z powrotem opadła na poduszki, przeciągnęła się. Lean dopiero teraz zauważył, że ma na sobie krótki szlafrok. Kobieta dostrzegła jego spojrzenie, zmrużyła oczy.
- Jedwab. Z samej stolicy. Kremowy z ręcznie malowanymi makami. Podoba ci się?
Duna chrząknął, jakby przestraszony, że Lean poda złą odpowiedź.
- Dopiero wstałaś? – Lean ratował się, zmieniając temat. Całe to powitanie nie miało sensu, jednak Tiffany zdawała się dobrze bawić.
- Pory dnia i nocy są względne. Nudziłam się – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Kazaliście mi długo czekać.
- Mamy wiele spraw na głowie.
Tiffany westchnęła, nie udają nawet, że im wierzy. Zsunęła się z sofy i z gracją ruszyła w stronę drzwi, wymachując paskiem od szlafroka. Kiwnęła palcem, aby szli za nią. Ruszyli następnym korytarzem, wyłożonym puchatym dywanem. Mijali rzędy obrazów i wazonów z kwiatami, a Tiffany rozglądała się z zadowoleniem po pokojach, zerkając ukradkiem na mężczyzn. Otworzyła następne drzwi, schodami zeszli w dół. Trafili do niewielkiej komórki, która w porównaniu z wcześniejszymi pokojami była jak cela więzienna. Stanęła obok dwóch drewnianych skrzyń.
- Sprawdźcie – rzuciła krótko.
Lean odsunął wieko.
- Dynamit – nie był zaskoczony. Tego się spodziewał.
- Dynamit, geniuszu. Odpowiedni do wysadzenia mostu cesarskiego.
- Dwie skrzynie i my? – Duna uważniej przyjrzał się laskom dynamitu. – Czy my wyglądamy na mini oddział specjalny? Załatwiłaś ludzi?
- Nie doceniasz mnie – odparła kobieta, bawiąc się skrajem szlafroka. – Obiecałam Heronowi, że załatwię wszystko. Spotkacie się z trojgiem mężczyzn, którzy pomogą wam umocować ładunki w odpowiednim miejscu. Jesteście głównie po to, aby koordynować akcję.
- To najemnicy?
- W pewnym sensie. Zwerbowani przez Feniksa, ale i opłaceni. Na wszelki wypadek.
- Tylko dlaczego my? – Duna nie ustępował.
- Bo ty jesteś miły, a Lean robi groźną minę – odparła kpiąco Tiffany. – Potem podam wam adres, gdzie spotkacie się z ludźmi.
Lean przejechał ręką po skrzyni. Był nieprzyzwoicie opanowany i spokojny.
- Jak przeniesiemy dynamit?
- Po zmierzchu – odparła cicho Tiffany, patrząc na niego. Uśmiechnęła się znacząco, chcąc przypomnieć mu, że i on kiedyś był wtajemniczonym - Mój dom ma wiele przejść.


***


Ciężar koszy. Strome stoki. Zapach lata i zmęczenia. Czuła każdy mięsień i ścięgno, piekące plecy i słodki smak winogron. Meyra była pewna, że to najlepiej przeżyty dzień w jej życiu. Nareszcie widziała sens wykonywanej pracy, a samo działanie było dla niej satysfakcją. Wysiłek był jednocześnie odpoczynkiem, a godzin rozmów z Kay’em i wspólnych żartów nie oddałaby za nic w świecie. Zachwycona ludźmi, odurzona słońcem i zmęczeniem, była niemal przekonana, że dzień nigdy się nie skończy. Wizja powrotu zdawała się być nierealna, liczona co najmniej w latach, nie godzinach. Dźwigała kosze z zapałem, ostrożnie układała w nich kiście winogron, by nie zniszczyć żadnego owocu, jakby była to jedyna rzecz warta uwagi.
W końcu Meyra opadła na trawę, z satysfakcją stwierdzając, że nie może się ruszyć ze zmęczenia. Mieli kilkanaście minut przerwy.
Kay położył się obok, założył ręce za głowę.
- Właściwie mogłabyś nie wracać – odezwał się chłopak. Meyra zanurzyła rękę w kępie trawy, palcami muskając rozczochrane źdźbła. – Uciekłabyś i… czego chcieć więcej?
- Normalności?
Kay uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.
- Myślałem, że pomysł ci się spodoba..
Nie odpowiedziała. O pomyśle Kay’a myślała wiele razy i wciąż nie była pewna, czy to najlepsze wyjście z sytuacji. Nie wracanie do klasztoru byłoby zbyt proste. Zostawiłaby Mensurę tak bez słowa pożegnania? Odeszłaby i … właśnie, co wtedy? Nie może wieszać się na ramieniu Kay’a, a tym bardziej jego rodziny. Zresztą, gdyby dowiedzieli się, skąd jest, odwieźliby ją z powrotem do matki Takvy i Debory. Adeptka będąca poza murami klasztoru to rzecz równie niemożliwa jak kwadratowe słońce. Wielki nonsens. Mogłaby to wszystko wyjaśnić, ale nie miała siły. Kay sam powinien się domyślić. Ten jednak rozłożył się wygodniej, z zapałem snując dalsze plany.
- Pobralibyśmy się. Za rok, dwa już bym mógł. Ojciec ma mi zapisać gospodarstwo, chociaż ja wolałbym przenieść się do miasta. No wiesz, otworzyć sklep lub coś w tym stylu. Mogłabyś iść ze mną. Sama powtarzasz, że nic cię tu nie trzyma.
- Nie mam wykształcenia, nie mam znajomości.
- Masz mnie – odpowiedział urażony. Meyra chciała odpowiedzieć, że to nie wystarczy, ale w porę się powstrzymała. Kay jednak wyczuł jej opór, zerwał się nerwowo.
- Świetnie, rozumiem aluzję.
- Nie zachowuj się jak dzieciak. Jestem ostrożna, to wszystko. Chyba się nie obrazisz?
Ale Kay chwycił kosz i zaczął zbiegać w dół stoku. Meyra nawet nie podniosła głowy.
Zaczynała się zastanawiać, czy naprawdę nie jest nieodpowiedzialną egoistką, jak nazwała ją Mensua. Kay był szczery w uczuciach, a to zazwyczaj uznaje się za zaletę. Meyra czuła, że powinna to docenić, ale plany Kaya wydały jej się śmieszne. Chciała uciec z zakonu, ale bez pakowania się w gorszą biedę i brak perspektyw.
Stanowczo jestem egoistką, pomyślała.
Zamiast to roztrząsać, uśmiechnęła się do Niebieskiego, niepodzielnie królującego nad nią. Błękit odwzajemnił uśmiech. Tylko jego miłości mogła być pewna.
W końcu musiała jednak poszukać Kay’a. Niechętnie zostawiła przyjemny cień drzewa i trawę, oparła kosz o biodro i powoli zaczęła schodzić tą samą ścieżką, mijając rzędy latorośli. Zamierzała go jakoś przekonać i rozbawić, aby przestał się na nią dąsać. Chciała wrócić jeszcze do winnic, a do tego potrzebowała dobrego humoru chłopaka.


***

Tarcza słońca powoli bledła i chyliła się ku ziemi, tonąc w czerwieni. Choć niebo na zachodzie wciąż pełne było ciepłych barw, na nieboskłonie pojawiły się już zarysy księżyców. Teraz wyglądały na prawie przeźroczyste, jednak z nadejściem nocy zaczną przypominać dwa srebrne krążki. I dobrze, Leanowi było to na rękę. Potrzebował mroku i światła jednocześnie.
Duna wciąż dyskutował z ludźmi, najwyraźniej poirytowanymi czekaniem. Skrzynie z dynamitem znajdowały się obok, kusząc by już je otworzyć. Jednak Lean był cierpliwy.
Chwycił strzelbę i ześlizgnął się stokiem w dół, do podstaw podtrzymujących most. Kiedyś była tu rzeka, która z czasem wyschła. Pozostało płytkie zakurzone koryto. Most łączący miasto i szlaki był najpopularniejszą drogą, jaką obierali kupcy i podróżni. Zbudowany kilkadziesiąt lat temu, kamienne monstrum, zaprojektowane było zbyt dobrze, by się zepsuć lub zestarzeć. Projektanci inspirowali się wiedzą wymarłej cywilizacji, żyjącej na tych ziemiach wcześniej. Takie przynajmniej krążyły plotki.
Podszedł do filarów, położył rękę na chropowatej kolumnie. Po raz pierwszy dopadły go wątpliwość, czy mają wystarczającą ilość materiałów wybuchowych. Starał się nie wątpić z profesjonalizm Tiffany i zatrudnionych, ale jeśli zmarnują jedyną szansę, mogą nie wracać.
Obszedł kilka razy podpory, zadzierając głowę jak najwyżej i obserwując miejsca, gdzie mają przymocować laski dynamitu. Nie znał się na tym, musiał polegać na wiedzy innych. Jego głównym zadaniem była kontrola akcji i doprowadzenie jej do końca. Jeśli mostu nie trafi szlag, problemy będą poważne.
Lean czuł, że Dursa się niepokoi, jednak siłą umysłu zmuszał się do ignorowania zmory. Miał wrażenie, że coś – lub ktoś – miota się pod jego czaszką, wyraźnie domagając się uwagi. Zacisnął mocniej powieki i wziął głęboki wdech. Dursa był jak paskudna, nieuleczalna migrena. Mógł tylko starać się pomniejszać ból. Poprawił płaszcz. Czas wracać.


- I jak tam zwiedzanie? – zawołał wesoło Duna, kręcąc się wkoło dynamitu. Wesołość była jednak kiepską maską. Zaraz potem zniknął miły uśmiech i uprzejmy ton. Mężczyzna tak naprawdę szalał z niepokoju, co Lean przyjął z ulgą. Uznał to za dowód, że Duna jednak jest człowiekiem.
- Most nigdzie nie uciekł. Przestań tańczyć nad tymi skrzyniami, nie mamy wpływu na ich wybuch.
- I to cię nie martwi?
- Staram się ignorować to, na co nie mam wpływu.
Duna fuknął i zerknął na siedzącą nieopodal trójkę mężczyzn. Stanowili osobiste „być albo nie być” członków Feniksa.
- Kiedyś chyba sobie odpuszczę – powiedział melancholijnie Duna. W jednym momencie uszedł z niego cały zapał, co zdziwiło Leana.
- Wydobrzejesz – Lean zmrużył oczy. Przez chwilę czuł, że powinien poklepać Dunę po ramieniu, ale w ostatniej chwili stchórzył. – Jesteś chodzącym entuzjazmem.
Duna pokręcił głową.
– To zbyt stresujące i męczące, a ja jestem znużony. Feniks jest ogromny, jeden człowiek mniej mu nie zaszkodzi.
- A jeśli każdy by tak pomyślał?
Duna skrzywił się, spojrzał na mężczyznę z uwagą. W szarości zmierzchu przypominał starca.
- Zawsze ktoś zostanie. Wystarczy spojrzeć na ciebie.
Lean nie wiedział, czy w spojrzeniu towarzysza więcej jest rezygnacji czy rozbawienia. Wpatrywał się w Dunę, taktownie milcząc przez chwilę, udając, że słowa go zastanowiły albo nawet poruszyły. Tak naprawdę znaczyły niewiele więcej niż mało. Czasami zastanawiał się, czy jest zdolny do ludzkich odruchów, skoro nie potrafi się wahać. Nie zastanawiał się wiele nad swoim życiem, bo dla niego była jedna prosta ścieżka. Zdawał sobie z tego sprawę i akceptował to. Zagadkowe spojrzenia i aluzje tylko były, a zaraz potem znikały. Co mogłoby się zmienić?
Nigdy nie przyznawał się do swoich myśli i może dlatego wszyscy, łącznie z Jazonem traktowali go tak samo.
Dla nich jesteś prosty i nieskomplikowany aż do bólu. Bez większych słabości, marzeń, bez szansy na zaskoczenie. Nudnie skuteczny i godny zaufania. Takim cię widzą. Szemrał czasem Dursa. A Lean nie potrafił zaprzeczyć.
Duna nie powiedział już nic więcej, ruszył w stronę najemników, by ustalić ostatnie szczegóły. Lean klęczał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w skrzynie. Potem sprawdził, czy strzelba jest załadowana, a pod ręką ma zapasowe naboje. Miał.


***


- Tutaj jesteś – szepnęła Meyra do ucha Kaya, dłońmi zasłaniając mu oczy. Chłopak odłożył kosz i delikatnie wysunął się z jej objęć, by spojrzeć na twarz adeptki. Nie był pewna, czy naprawdę jest obrażony, czy udaje.
- Może wrócimy już do reszty – podsunęła nieśmiało. – Słyszałam, jak nas wołali. Albo mam lepszy pomysł, gdzieś się schowamy – przysunęła się bliżej chłopaka.
Słońce leniwie ześlizgiwało się w stronę horyzontu, oświetlając jeszcze górne partie wzgórz. Promienie złociły winnice, nie dawały jednak już ciepła.
- Wiesz już, jak wrócisz do sypialni? – Kay zignorował jej wcześniejsze słowa. Meyra wzruszyła ramionami.
- Nie zastanawiałam się. Mensua obiecała mnie kryć przez cały dzień. Coś wymyślimy w czasie powrotu, prawda? A teraz chodźmy, bo trzeba pozbierać kosze, a ja chcę jeszcze raz popatrzeć na wzgórza. Oby do następnego razu – rzuciła wesoło i już miała odejść, gdy Kay przytrzymał jej nadgarstek.
- Meyra…
- Co?
Jego spojrzenie uciekło w bok.
- Wiesz, gdy tutaj schodziłem… Tak sobie pomyślałem, że chyba nie będzie następnego razu.
Dziewczyna znieruchomiała. Kay wciąż ściskał jej rękę, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Zastygła, wpatrzona w niego, ciałem skierowana w stronę winnic.
- Nie rozumiem – powiedziała powoli, byle tylko coś powiedzieć. Tak naprawdę rozumiała wszystko. I choć spodziewała się, że ten moment nadejdzie, nie wierzyła. Takie wydarzenia zawsze przychodzą za wcześnie.
- To nie ma sensu – wypalił Kay i wziął głęboki oddech. – Kryjemy się, wymykasz się z klasztoru na kilka chwil, wciąż te zakazy, nakazy. To nużące.
- Jestem adeptką, mam to napisać na czole, byś zapamiętał? – odparła, tłumiąc gniew. – By być tutaj, złamałam, podarłam na kawałki cały regulamin. Nie wspomnę o boskich nakazach, a ty… ty mi to wypominasz?!
- Po prostu zrozumiałem, że to nie ma sensu – dopiero teraz puścił jej dłoń. Prawie ją odtrącił, cofając się w tył. Poczuła, jakby ktoś chwycił ją za serce i zaczął szarpać je w dół. – To nie jest tchórzostwo. Sama widzisz, że łamiemy zbyt wiele zakazów, że gniewamy bogów. Ja tylko staram się być…no, dojrzały. Bo posłuchaj…
Jednak nie słuchała. Wpatrywała się w usta Kaya, wsłuchiwała w jego przyjemny ton głosu, ale nie rozumiała. Coś w środku niej zaczynało się kotłować, wrzeć, jakby krew zagotowała się w jej żyłach. Chłopak mówił coś, chyba tłumaczył, wciąż cofając się w tył. Jej Kay. Jej Kay śmiał mówić coś takiego. Jej…
A może nigdy do niej nie należał?
Tak naprawdę teraz czuje, że go nie cierpi. Zdała sobie sprawę, jakie to proste.
Niebo zrobiło się dziwnie czerwone, nawet jak na zachód słońca.
Odsuwał się od niej cały czas, w jego oczach błysnęła odraza. A w niej, niczym iskra, strzelił gniew. Złość i bunt. Agresja.
- Ja cię naprawdę lubię, Meyra. Z żadną dziewczyną nigdy wcześniej nie…
- Ale teraz i tak mnie odtrącasz – szepnęła, nie mogąc powstrzymać napływających do oczu łez upokorzenia. To wszystko było tak melodramatyczne, że gdyby nie dotyczyło jej, wyśmiałaby to. Ale teraz ból był nieznośny.
Poczuła, jak zaczyna ją boleć głowa, a nogi nie potrafią już utrzymać równowagi. Ale najgorszy był zapach, jaki nagle poczuła. Mieszanina zgnilizny i… na miłość boską, co to za smród?
Kay cały czas odsuwał się nieznacznie w tył, dopóki nie natrafił na pień drzewa. Wciąż bezsensownie wymachiwał rękami i coś mamrotał. Po raz pierwszy widziała go tak wyraźnie. Był brzydki. Nie, był okropny. Chuderlawy, zero proporcji, kłaki doczepione do czaszki, nijaka twarz. Taka przeciętna. Budził w niej pogardę i rozbawienie. Nie mogła pojąć, dlaczego nie zauważyła tego wcześniej.
- Meyra, co się tak gapisz? – zawołał z irytacją. – Przecież nic ci nie zrobiłem. Musimy to skończyć.
Chciała, aby przestał istnieć. Jako jednostka słaba i niewarta wytarcia o nią butów. Takie się tępi. Żal ich nawet na palenie na ołtarzu. Myśli mknęły jej przez głowę, z coraz większą złością. W środku niej coś się poruszyło, musnęło jej żebra rozpalonym szponem. Fala ciepła rozlała się po całym ciele. Płonęła od środka.
Nawet nie zauważyła, gdy dotknęła jego ramienia. Tak się jej przynajmniej wydawało.
- Hej, co ty… To boli, zmiażdżysz mi bark! Meyra?
Złowiła jego pytające spojrzenie. Był bardzo zaskoczony.
A potem cały świat zalała czerwień.


***


Lean obserwował małe zarysy sylwetek majaczące u podnóży mostu. Zastanawiał się, co właściwie mogłoby się nie udać. Starał się nie dopuszczać takiej opcji, ale musiał być przygotowany. Ryzyko zawodowe, jak to nazywają. Wszystko idzie dobrze, gdy nagle, ot tak, stoi się na zgliszczach i nie ma co zbierać. Bogowie rzucają kośćmi, tak wołają w świątyniach. Niech nazywa się to jak chce.
Sylwetki kręciły się niespokojnie, podrygiwały i wymachiwały rękami. Gdyby nie sytuacja, uznałby to za całkiem zabawne.
Niebo ciemniało w zastraszającym tempie, a księżyce umacniały swoje panowanie. Wszystko przysłoniła ciemność, także masywny most, więc w tym momencie wydawało się, jakby Lean i Duna zamierzali wysadzić w powietrze noc.
Przejechał ręka po trawie. Była wilgotna. Powoli łąki pokrywała lepka mgła.
- Czas zaczynać – szepnął za jego plecami Duna.. Miał nieprzyjemnie świszczący głos. – Musimy tylko poczekać aż ludzie się oddalą na bezpieczną odległość. Chcesz wcisnąć zapalnik?
- Trudno nie chcieć – uśmiechnął się Lean. – Może zrobimy to razem?
- Nie, wystarczy mi, że będę patrzył na ciebie.
Mężczyzna miał zapytać, jak w takiej ciemności Duna chce na cokolwiek patrzeć, ale zrezygnował. Po omacku zsunęli się ze stoku. Dopiero po chwili Duna zapalił małą lampę naftową, słabo oświetlając drogę na kilka kroków. Ludzi, którzy zamontowali dynamit spotkali już po chwili.
- Gdzie zapalnik?
- Musicie zejść niżej, po tej skarpie – ktoś chyba machnął ręką w ciemności. – Na dole jest naturalne zagłębienie, wystarczające, by ukrył się tam jeden człowiek.
- Dzięki, geniuszu – mruknął Duna. – Zaczekamy aż się oddalicie. Umowa się nie zmieniła.
Odpowiedziało mu szuranie butów.
- To idziemy taaaam – Duna zamachał rękami w powietrzu, parodiując najemcę. – Czyli gdzie? Jak zamknę oczy, to będzie jaśniej. Durne chmury, zasłoniły wszystko.
- Wystarczy zsunąć się po skarpie. Uspokój się, daj lampę.
- Idę jednak z tobą.
- Nie słyszałeś? W tej dziurze zmieści się jedna osoba. Zresztą, stąd panorama też będzie niczego – Lean chwycił lampę i powoli zaczął schodzić w dół. Jeszcze chwilę słyszał gniewne sapanie Duny. Gdy znalazł się na dole, zapadła cisza. Wszystko było nienaturalnie spokojne, prawie przyjazne i grzechem było rozdzierać to tak brutalnie, jak planowali.
Mimo to, powoli podsunął się, przyświecając lampą. Zagłębienie było praktycznie obok. Zsunął się do środka, tracąc światło. Trudno, wyjściem stąd zajmie się później.
Na pewno wiesz, czy dobrze robisz?
Miał wrażenie, że słyszy szum wiatru, którego tak naprawdę nie było.
To nie jest dobra chwila na takie pytania, odpowiedział w myślach.
Zawsze jest dobra. Będą problemy.
Typowe. Bądź cicho, nie skupię się, gdy siedzisz mi w głowie.
Nigdy z niej nie wychodziłem. Mi chodzi o prawdziwe problemy, Lean.

Bezcelowe odbijanie piłeczki w rozmowie było specjalnością Dursy, więc Lean go zignorował. Musnął palcami zapalnik, niewielką skrzynkę z małym poziomym drążkiem pośrodku. Pewniej chwycił ją dłońmi.
Myślał, że nacisnął, mocno i zdecydowanie, a ból ramienia i czaszki jest dziwnym efektem ubocznym. Skrzywił się i zwalił na bok, jednak nie puścił drążka. Poczuł, jak ktoś kolanami gniecie go w plecy i dyszy tuż nad uchem.
- Zatłukę, co… Duna?!
- Puść – wysapał tamten, miażdżąc mu barki i próbując unieruchomić ręce. –Zmieniły się plany!
Nie. Nic się nie zmieniło. Nie w takich chwilach, nie z Duną.
Lean wierzgnął gwałtownie, gorączkowo zastanawiając się, gdzie ma strzelbę.
Na górze, kretynie, odpowiedział sam sobie.
Nie myślał o dziwnym zachowaniu mężczyzny. Szarpnął głową do tyłu, licząc, że napotka szczękę Duny i miał rację. Usłyszał charkot, a uścisk zelżał. Miał sekundę przewagi i chciał wykorzystać ją jak najlepiej. Wcisnął zapalnik.
Przez ułamek chwili nic się nie działo, a zaraz potem ciemność jakby się skurczyła, a z jej wnętrza eksplodowało światło. Wściekło pomarańczowe huknęło, podrywając się do góry z głuchym grzmotem. Lean poczuł odpryski kamieni kaleczące jego policzki i gryzący pył. Duna coś wrzeszczał, ale huk zagłuszał wszystko.
Potężne kamienne bloki upadały z trzaskiem. Pył musiał wzbić się aż do gwiazd.
Tyle zdążył pomyśleć, bo zaraz potem poczuł tkaninę zasłaniającą mu usta i nos i jakiś ostry zapach. Chciał walczyć, ale poczuł się zbyt słaby. Osunął się w ciemność, o ile było to jeszcze możliwe.


***


Czuła się, jakby wróciła z bardzo daleka, po długim i wyczerpującym marszu. Nie miała nawet siły, by otworzyć oczy. Wtuliła się twarzą w trawę, ale po chwili stwierdziła, że to niewygodna pozycja. Wszystko ją bolało.
Gdzieś jakby z oddali usłyszała podniesione głosy. Nareszcie zdecydowała się otworzyć oczy, spróbowała unieść głowę. Coś twardego uderzyło ją w głowę.
- Ani drgnij!
Ból rozlał się po całej czaszce, powoli ściekał na kark i ramiona. Oszołomiona, tkwiła bez ruchu, ale tylko na moment, po chwili znowu spróbowała się poruszyć. Uniosła nieco brodę, oparła ręce na trawie. Była dziwnie śliska. Padało?
Łup. Kolejne uderzenie. Jęknęła.
- Na miłość boską, ona się rusza! Zwiążcie ją – obce, rozdygotane ręce brutalnie pociągnęły ją ku górze. Były szorstkie i twarde. Chciała spojrzeć na twarz tego kogoś, ale zamiast niej zobaczyła brudnoróżową plamę. Rozejrzała się. Znajdowała się na niewielkiej polanie, którą widziała już wcześniej. Była jednak zbyt otępiała, by natychmiast dostrzec, że się zmieniła. Bolał ją brzuch i głowa. Skrzywiła się.
Ktoś ją szarpnął. Mnóstwo głosów. O wiele za dużo.
- Zaraz zwymiotuję. Gdzie Kay? – wymamrotała.
Nie zaprotestowała, gdy ktoś założył jej sznur na szyję. Chociaż nie bardzo rozumiała, po co. Chciała zrobić kilka kroków, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Powoli osunęła się na ziemię. Nie na długo. Sznur na jej szyi wystrzelił w górę, skóra zapiekła. Zabolało tak mocno, że w jej oczach pojawiły się łzy. Wstała posłusznie.
- Co robicie? – poruszyła bezgłośnie ustami. Spojrzała na swoje ręce i sukienkę. Czerwone. Popchnięto ją do wozu.
- Musimy ją zabrać, tylko zwiąż mocno, bo się wariatka może uwolnić – mówił ktoś gorączkowo, ze zdenerwowania rwąc wyrazy i gubiąc końcówki słów. – No przecież mówię, że nie wiem! Jak tu przyszedłem, nie było co zbierać, skąd mam wiedzieć, jak to się stało?! Tylko ona tu była, cała we krwi. Zobacz jej twarz!
Nie wiedziała, co było nie tak z jej twarzą. Rozejrzała się raz jeszcze. Czerwono wszędzie. Zbryzgana trawa i pnie drzew. Kamienie. Jakby zamiast deszczu z chmur spłynęła czerwona farba.
Albo…
Dalej się rozglądając, jej wzrok spoczął na jakimś tobole leżącym pod drzewem. Worek wyglądał na porządnie zniszczony, zupełnie bezkształtny i czerwony, jak wszystko dookoła.
- Nie wiedziałem, że człowiek ma w sobie tyle krwi – mruknął ktoś cicho z boku.
Meyra jak zaczarowana wpatrywała się to w tobół, to w swoje ręce pokryte lepkim rdzawym brudem, czując, że stało się coś strasznego. Nie wiedziała jednak, co. Po raz pierwszy przytomnie spojrzała na człowieka stojącego obok niej.
- Co nam…
Nie skończyła, bo ścisnął mocniej sznur. Założył jej worek na głowę.


***


Strumień zimnej wody uderzył go w twarz. Nie po to, aby go obudzić. Od kilku godzin znajdował się na granicy jawy i utraty przytomności. Jakby z daleka dochodziły jakieś tłumione odgłosy i tępy ból. Nic wartego otwierania oczu. Duże koszty, mały zysk.
Znowu chluśnięto wodą. Lodowate strużki ściekały po szyi i obolałych plecach.
Dopiero po chwili zorientował się, że ręce miał ponad głową, doczepione do łańcuchów. Zwisał swobodnie na tyle blisko, by stopami dotykać posadzki, ale na tyle daleko, by nie móc klęknąć. Był mokrą obolałą kukłą i tak właśnie się czuł.
Niewiele w tej chwili pamiętał. Ktoś go napadł, potem pozbawił przytomności. Zmarszczył brwi. Ktoś, kogo chyba znał…
Nie pamiętał imienia. Potrząsnął głową, chcąc odgonić natrętne myśli.
- Jest już praktycznie przytomny – odezwał się z boku męski głos. – Wołać go?
- Jeszcze nie. Dajcie mu chwilę.
Ktoś z hukiem odstawił wiadro. Trzasnęły drzwi. Przestało go to interesować. Rwące z bólu ścięgna przy nadgarstkach dawały o sobie znać.
Powoli, z wysiłkiem otwierał oczy. Ciemno. Do przewidzenia.
Nie był już przy moście. Nikt przyjazny nie wieszałby go do sufitu. Były to podstawy, czuł jednak, że musi je sobie przypomnieć.
Słyszysz mnie? Znowu szum wiatru znikąd. Dursa.
Nie był wstanie pomyśleć. Pytanie wydawało się być oczywiste.
Mówiłem, że będą kłopoty. Obiecaj mi tylko, że gdy znajdziesz Dunę, to go wysadzisz.. Poczekamy na rozwój wypadków, gdy te bydlęta się przedstawią . Niestety, nie mogę na razie nic zrobić.
Ja też nie, odparł z wysiłkiem Lean, czując, że to jego obowiązek. Ale przecież mogłem. Mogłem, psiakrew, myśleć.


Stracił rachubę czasu. Było ciemno, wilgotno, śmierdziało. Zamiast mięśni rąk i ramion czuł dwa pasma bólu, starał się więc nie poruszać. Przymknął oczy. Brak wody, jedzenia, ból stępiły jego zmysły i jasność myślenia, nie odebrały mu jednak chęci przeżycia. Zmuszał się, by nie zapadać w odrętwienie, wiedząc, że jeśli odpłynie, będzie stracony. Przypominał sobie szkolenie w Feniksie. Myślenie miało przyszłość, niepewną, ale jednak jakąś.
Zamknięty był w małej, obskurnej klitce i nie zanosiło się, by szybko stąd wyszedł. Dlaczego się tutaj znalazł? Kto to zlecił i czego chciał?
Przed oczyma Leana stanęła rozradowana twarz Duny. Nie miał siły być wściekły, jeszcze nie teraz. Duna, zaufany człowiek, doświadczony w misjach, zdrajca. Nie, nie tyle zdrajca, co idiota. Z niepojętych powodów zdradził Feniksa i przeszedł na drugą stronę barykady. A przecież chciał odpocząć. Grając na dwa fronty zrujnował sobie szanse na jakikolwiek spokój. Gdzie tu sens?
Lean jęknął, głowa opadła mu bezwiednie. Wizja Duny rozwiała się natychmiast, bo zrozumiał, że sam ma większe kłopoty. Podejrzewał, że Duna miał śledzić przebieg misji, a w ostatnim momencie zapobiec wysadzeniu mostu. Tylko dlaczego zwlekał do ostatniej chwili? Być może jego głównym zadaniem od początku było pojmanie Leana. A jeśli chciał zaszkodzić Feniksowi, to znaczy, że karmić musiała go ręka cesarzowej Maa i łapa jej zawszonego ocelota.
Jednak cokolwiek miało nadejść, nie zamierzał nic mówić. Nigdy.


***


- Naprawdę sądzicie, że coś powie? – Drake delikatnie gładził brodę, odwrócony tyłem do rozmówców. Udawał, że wiszący na ścianie obraz z martwą naturą tak naprawdę jest szokująco ciekawy. – Nie zdziwię się, jeśli w swoich przekonaniach ociera się o fanatyzm. Oni wszyscy są tacy sami.
Leżący na poduszkach ocelot nie odpowiedział. Machnął ogonem i spojrzał na stojącego nieopodal blondyna. Ten nerwowo bawił się guzikiem płaszcza.
- Więc jak? – Drake uparcie podziwiał gruszki. – Pracowałeś z nim, Duna. Powie czy nie?
- Nie wiem, jak zachowa się podczas przesłuchania. Sądzę, że nawet jeśli nie powie, Feniks zechce go wykupić.
- Feniks ma legiony takich jak on.
- Z całym szacunkiem – odparł głośniej Duna. – To ja należałem do organizacji. Znam ich system. Polegają na jednostkach z dużym potencjałem. Ich przywódca, Heron, przykłada do tego wagę.
- A więc jednostki z dużym potencjałem trudniej złamać – zamruczał cicho ocelot. Duna drgnął na dźwięk chropowatego nieludzkiego głosu. Drake nie odpowiedział. Obraz nie interesował go wcale, ale musiał o coś zahaczyć wzrok. Na ocelota nie patrzył, bo nie potrafił tego znieść, na Dunę nie patrzył, bo nim gardził. Złapanie członka Feniksa nie było specjalnym sukcesem. Sukcesem będzie dopiero, gdy wydobędzie informacje. Drake podejrzewał, że wysadzenie mostu było tylko wstępem do poważniejszej akcji. Feniks coraz śmielej sobie poczynał.
- Mamy czas – mruczał ocelot, mrużąc rubinowe ślepia. – Niech osłabnie, my przygotujemy resztę. W najgorszym wypadku pohandlujemy z Feniksem, jeśli oni naprawdę dbają o swoich ludzi. Możesz iść, Duna.
Mężczyzna skinął sztywno głową i odszedł. Ocelot odprowadził go czerwonym spojrzeniem.
- I co sądzisz? – Drake przerwał ciszę.
- Nie mów nic Maa, to po pierwsze. Po drugie, trzeba potem zająć się Duną. Feniks szybko się dowie o jego zdradzie. Poza tym, czas porozmawiać z więźniem.
- Tylko tyle?
- Każ komu trzeba zejść do podziemi.


***


Znowu z półsnu wyrwała go lodowata woda. Klitkę rozświetliło mdłe światło lampy naftowej. Otaczały go brudnoszare ściany naznaczone ciemnymi plamami jakby były chore. A przed nim samym widniała nabrzmiała twarz mężczyzny, niezdrowo czerwona w tym świetle.
Mam ładne widoki na najbliższą przyszłość, pomyślał Lean.
- Imię i nazwisko – powiedział tamten.
Mężczyzna w odpowiedzi chwycił mocniej łańcuch i milczał.
- I-mię i naz-wi-sko – przesylabizował tamten.
Lean, ignorując kolejną fale bólu, zaczął się huśtać na łańcuchach. Pierwsze uderzenie niespecjalnie zabolało.
- Głucha gnida z ciebie?! Skąd jesteś?
Nie jest przeszkolony, myśli Lean, podciągając się wyżej na łańcuchu. Nie nauczyli go, jak rozmawiać z jeńcami i jakich sztuczek stosować. Największą zrobi mi krzywdę, gdy mnie opluje.
Tamten podnosi pięść wielkości grejpfruta i wali Leana raz jeszcze. Przed oczyma mężczyzny tańczą zielone iskry.
- Takiego bohatera zgrywasz? Więc cię po bohatersku urządzę…
Lean czuje jego pot, twardą dłoń, a potem swoją mdłą słodką krew. Zaraz się nią zakrztusi. Marzy o tym, by stracić przytomność, ale wciąż czuje kolejne uderzenia i ból kwitnący w obojczyku, brzuchu, głowie. Za każdym razem podryguje na łańcuchu jak duża kukiełka.
- Pytam raz jeszcze – mężczyzna wyprostowuje się, dużą dłonią przeciera ogoloną głowę. – Imię. Tak na dobry początek.
To nic. To tylko ból fizyczny. Odczuwam go, bo mój mózg mi na to pozwala. To naprawdę niewiele. Uczyłem się panować nad własnym ciałem, dam radę.


- Chciałem, aby się rozluźnił przed naszą rozmową – mężczyzna o fioletowych oczach ustawił sobie krzesło przed wiszącym Leanem. Ten pomyślał, że to przywitanie jest wyjątkowo zabawne, ale wargi spuchły mu zbyt mocno, by się uśmiechnąć. Obcy milczał, przez chwilę jakby zmartwiony sytuacją więźnia.
- Nazywam się Drake. Mówię ci to, bo lubię być szczery wobec rozmówców. Niech wiedzą, z kim mają do czynienia. Mój znajomy prosił cię o imię dla zasady. Sprawdzał, czy będziesz współpracował.
- Moja odpowiedź chyba jest dla was jasna – wybełkotał Lean. Drake zdawał się nie słyszeć.
- Nazywasz się Lean i wiemy to od osoby, która towarzyszyła ci podczas misji. Właściwie, wiemy całkiem sporo i to dość satysfakcjonujące. Niemniej, liczę na współpracę z tobą.
Cała ta wypowiedź brzmiała absurdalnie grzecznie i była zbędna. Lean milczał, czekając na atak, ale Drake wyraźnie się nie śpieszył.
- Co o tym sądzisz?
- Tracisz czas – wychrypiał Lean, z każdym wyrazem przełykając kolejną dawkę bólu.
- Umiem być cierpliwy.
- Ja także. Mamy ze sobą cos wspólnego. Zabawne, prawda?
Lean wytrzymał zimne spojrzenie Drake’a. Ten szurnął krzesłem, wstał.
- Jesteś w naprawdę złej sytuacji. Do zobaczenia.


Nie za dobrze to wygląda. Fioletooki tu wróci.
Jeśli nie masz żadnych propozycji, to daj mi spokój.
Myślenie bolało. Czuł obecność Dursy, ale to nie przynosiło ulgi.
On tu wróci, kontynuował duch. To tylko wstęp przed prawdziwym przedstawieniem. Co zamierzasz?
Sądzę, że będę wisiał tutaj dalej, nigdzie się nie wybieram.

Dursa zaklekotał ze złością, być może klnąc w sobie tylko znanym języku.
Co za głupcy z was! Żałosne, wspominałem o tym? Wolałbym tego nie robić, ale w końcu jestem po twojej stronie.
Co masz na myśli?
Gdy ty przestaniesz istnieć, zniknę i ja. Właśnie ratuję naszą dwójkę. Fioletooki na pewno ma swoje sposoby, ale ty jesteś zbyt dumny na współpracę. Muszę działać.

Lean odruchowo spróbował otworzyć oczy, jednak powieki były zbyt zapuchnięte. Słowa Dursy zmieniły się w monotonny szum.
Co chcesz zrobić?
Uśpię cię. Śmiertelnie, rzekłbym. Nie rzucaj się.

Lean chciał zareagować, ale nie zdążył. Poczuł tępy ból chwytający za serce i zgniatający je. Szarpnął się odruchowo, ale przez jego ciało płynęło teraz przeraźliwe zimno, skuwające wszystkie organy. Czuł chłód mknący po kręgosłupie i rozchodzący się na żebra, mrożąc je do szpiku. Dusił się i nic nie mógł na to poradzić. Dursa zawodził sennie, aż w końcu umilkł a Lean znowu się osunął, obserwując jak świat powoli gaśnie.

Data:

 długo, za długo

Podpis:

 Czapla

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=56457

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl