DRUKUJ

 

Ponad czas części kolejne

Publikacja:

 09-07-14

Autor:

 usia
Rozdział V
Szpital wojskowy Bagdad 13. Lipca 2005
Kochana Aniu.
Obiecywałem pisać do Ciebie, lecz wierz mi, w tym miejscu nie jest to łatwe. Tutaj żyje się inaczej. Czas odmierza się nie w minutach, godzinach, miesiącach i latach, ale w ilości zużytych naboi.
To miejsce jest piekłem, prawdziwym piekłem. Nawet słońce jest inne, mniej jasne, o wiele bardziej bezlitosne, a ziemia i powietrze przesiąkły mdłym zapachem krwi.
Pamiętasz, mówiłem Ci dawniej „ nie umiałbym zabić człowieka”, tutaj zrozumiałem, że to tylko słowa. Na wojnie, Aniu, musisz zabijać, by przeżyć, Twój czas liczy się w ilości zabitych wrogów. Ja sam zabiłem wielu. Czuję się, jak hitlerowiec, bezwzględny, bezduszny, okrutny. Nie ma tu Oświęcimia, Brzezinki, ani Majdanka, ale tylko dlatego, że Arabowie nie wymyślili obozów, a Amerykanie ich nienawidzą. Cóż z tego, kiedy całe miasto jest, jak ogromne krematorium, tylko o wiele straszniejsze. Codziennie, chodząc ulicami, widzę tysiące ludzi umierających od chorób, ran, z głodu lub pragnienia. Niektórzy błagają, by skrócić ich cierpienie, ale Aniu, nie potrafię. Może pomyślisz „ co za różnica, i tak zabijasz, żołnierz, czy cywil, wszystko jedno”. Różnica jest ogromna. Gdy stajesz na polu walki, wobec uzbrojonej jednostki, walczysz, jak w rycerskim pojedynku, ale nie na niewolę, ani do pierwszej krwi. Walczysz na śmierć i życie, jeśli Ty nie zabijesz, zabiją Ciebie. To równa walka, pozwalająca zachować resztki godności. A dobijanie chorych? Resztki sumienia nie pozwalają mi tego robić. Ci ludzie tak bardzo potrzebują miłości, tak pragną czyjegoś ciepła, a jednocześnie są tak mało ludzcy, że przypominają zwierzęta w klatkach.
Pamiętasz „Opowiadania” Borowskiego? Bohater jednego z nich mówi, że „prawdziwy głód jest wtedy, gdy się na drugiego człowieka patrzy, jak na coś do zjedzenia”
Tu jest taki głód…
Jestem w szpitalu, ranny po wybuchu bomby, którą terroryści zrzucili na bazę, gdyśmy się tego najmniej spodziewali. Szpital to prawie wakacje, urlop od ciężkiego karabinu, widoku wynędzniałych dzieci, zabijania. Tu jestem człowiekiem, nawet ofiarą. To lepsze od bycia katem.
Dziś rano powiedzieli mi, że musiano amputować prawą nogę. Byłem w szoku. Powiedzieli „majorze, w tej sytuacji nie wróci pan do czynnej służby wojskowej” To lepiej, nigdy już nie stanę się katem, będę tylko ofiarą. To straszne, wiem, ale cieszę się, że żyję.
Aniu, za dwa miesiące odeślą mnie do Polski, do domu i, jeśli zechcesz, także do Ciebie.
To trudna decyzja, przemyśl ją dobrze.
Twój, niezależnie od wszystkiego
Piotr S.
Rozdział VI
Warszawa 11. Lipca 2005
Najdroższy.
Od miesięcy nie mam żadnych wieści od Ciebie. Nawet nie wiem, czy żyjesz… Obiecywałeś pisać regularnie i pewnie tak było, tylko listy nie doszły. Może przechwycono je na granicy, albo samolot, którym leciały, rozbił się nad morzem? Nie wiem.
Wczoraj, w radiowych wiadomościach, podawano informację o ataku irackich terrorystów na siedzibę kontyngentu pokojowego w Bagdadzie. Czy to ta, do której Ciebie wysłano, kochany? Mówili, że zginęło dwudziestu dziewięciu żołnierzy, może Twoich towarzyszy? Stu dwudziestu trzech ciężko raniono. Czy jesteś pośród rannych, czy może leżysz gdzieś pod gruzami, wydając ostatnie tchnienie? Nie chcę o tym myśleć, a jednak wciąż nawiedza mnie taka wizja.
Być może ten list nie ma sensu, ale chcę znać prawdę, choćby tę najgorszą. Jeśli przeszedłeś na drugą stronę, nie cierpisz, a list odeśle dowódca, albo oddadzą Andrzejowi, jeżeli żyje, i on opisze mi wszystko. Chcę znać prawdę, każda jest lepsza od niepewności.
Czy Twoja śmierć była śmiercią bohatera, nawet nie muszę pytać, jestem tego tak samo pewna, jak swojej miłości do Ciebie, miłości ponad wszystko.
Jeżeli żyjesz, to czy cierpisz bardzo? Czy rany bardzo Cię bolą? Wiem, jesteś silny, wiele potrafisz wytrzymać, lecz przede mną nie musisz udawać. Pisz tylko prawdę, zawsze.
To co powiem, zabrzmi okrutnie. Nienawidzę myśli o Twoim cierpieniu, ale gdyby rany były poważne, pewnie odesłaliby Cię do Polski, do domu i, oczywiście, do mnie. Ta myśl napełnia mi serce radością. Cóż by to było za szczęście, mieć Cię blisko, we wszystkim pomagać i wspierać. Byłaby to nagroda za wszystkie cierpienia, nieprzespane noce, tysiące wylanych łez.
Tu, w domu, czas się zatrzymał. Pusto w nim bez Ciebie. Brakuje uśmiechu, brakuje ciepła, choć słońce przygrzewa. Nocą śniło mi się nasze pierwsze wspólne ognisko, pamiętasz je jeszcze? To co wtedy mówiłam, było prawdą i nie zmieniło się przez lata. Chcę, byś zawsze był przy mnie, niezależnie od wszystkiego
Niecierpliwie oczekuję wieści od Ciebie, lub o Twojej bohaterskiej śmierci
Zawsze Twoja, kochająca całym sercem
Anna K.

Rozdział VII
Anna stanęła przed lustrem w łazience przyglądając się sobie krytycznie. Długie do pasa, ciemnoblond włosy wyglądały na mocno przetłuszczone, wielkie, szare oczy o lekko migdałowym kształcie były podkrążone i wyraźnie odcinały się od bladej cery, której odcień uwydatnił wystające kości policzkowe.
- Rany- jęknęła Ania- wyglądam jak uciekinierka z kostnicy.
Mechanicznie odkręciła kurek z ciepłą wodą. Pomieszczenie napełniło się obłoczkami pary. Niedoszła mieszkanka zakładu pogrzebowego zdjęła z półki niewielki flakonik pełen lawendowego olejku i, niespiesznie odkręcając korek, siadła na brzegu wanny do połowy wypełnionej gorącą wodą. Kwiatowy zapach podziałał kojąco na skołatane nerwy. Dłuższy czas leżała w wannie, czując jak rozkoszne ciepło rozchodzi się po ciele łagodząc napięcie. Nagle to się stało. Potwornie duszno. Ciężar na klatce piersiowej. Płuca rozrywa tępy ból.
- Co jest, do cholery jasnej?!- Myśl w szaleńczym tempie przemknęła przez głowę. Anna odetchnęła. Zabolało. Z trudem podniosła się z wanny. Przed oczyma migały ognistoczerwone plamy. Nagły rozbłysk światła, potem ciemność.
- Serce...- zdążyła pomyśleć, nim świadomość zgasła.
***
Oślepiający błysk. Oko zareagowało z opóźnieniem.
- Słyszy mnie pani? Proszę otworzyć oczy.- łagodny, lecz stanowczy głos dał się słyszeć, jakby z oddali. Na zmianę, przybierał i tracił na sile. Anna ostrożnie, bardzo powoli uniosła powieki. Rozejrzała się wokoło. Czysta, sterylna biel ścian, szum wentylatora nad drzwiami. Wąskie, zasłane jednorazowym prześcieradłem łóżko, kozetka właściwie.
- Cholera...
- Nie, tylko omdlenie.- postać w kitlu uśmiechnęła się łagodnie. - Pamięta pani co się stało?
- Oczywiście. Brałam kąpiel, musiała być odrobinę za gorąca, bo zrobiło mi się słabo...- urwała, jak gdyby zabrakło jej tchu.
Lekarz, który z początku nie zauważył, że dzieje się coś niepokojącego, czekał na dalsze wyjaśnienia. Oczywiście, znał przebieg wydarzeń, był przecież tym, który dyżurował w karetce i przywiózł Annę do szpitala. Musiał, jednak sprawdzić, czy na skutek upadku nie doznała uszkodzenia mózgu. Spojrzał wyczekująco, a to co zobaczył, zupełnie go zaskoczyło. Kobieta leżała z przymkniętymi oczyma, dysząc ciężko.
- Pani Aniu, co się dzieje?- spytał podchodząc bliżej.
- Trudno mi oddychać- wyszeptała otwierając oczy. Rzeczywiście, jej oddech był płytki i nierówny.
- Już dobrze, proszę się uspokoić. Czy co panią boli?
Pacjentka zaprzeczyła ruchem głowy.
- Więc to tylko nerwy. - lekarz uśmiechnął się i dodał - Spokojnie, nic pani nie grozi. To przejściowa reakcja.
Odczekał chwilę, aż Anna się uspokoi i pomógł jej usiąść na kozetce.
- W porządku?- zapytał
-Tak, nic mi nie jest, ale...- znów na chwilę zamilkła - niech mi pan powie, co to, u licha, było?
- Mówiłem już, zwykłe omdlenie. Kobietom to się czasem zdarza i samo w sobie nie jest groźne, tak więc nie ma powodu do niepokoju. Jednak proszę uważać na siebie. Gdyby to się zdarzyło po raz kolejny, proszę zgłosić się do lekarza.
Anna podziękowała i, pogrążona we własnych myślach, opuściła szpital.
Rozdział VIII
Piotr wolno otworzył oczy. Przez niewielkie okienko sączyło się ostre światło słońca. Parne, irackie południe. Skrzypnęły drzwi. Piotr odwrócił głowę. Spodziewał się lekarza, pielęgniarki, lub Andrzeja, toteż nielicho zaskoczył go widok potężnej sylwetki generała Andersona. Uniósł się na wezgłowiu, odruchowo salutując dowódcy. Ten przysiadł na krawędzi łóżka bacznie przyglądając się choremu.
-Witam majorze- rzekł wreszcie- Jak się pan czuje?
-Nieco lepiej, dziękuję generale- Piotr uśmiechnął się z wysiłkiem.
-Słyszałem co się stało, to musi być dla pana trudne.
- Nie aż tak...- major zacisnął zęby, nie chcąc, by dowódca dostrzegł jego prawdziwe uczucia.
- Jesteś silny, chłopcze- Anderson nieoczekiwanie porzucił służbowy ton- ale chyba wiesz, co to oznacza...?
-...demobilizacja. Tak, wiem, generale.- odpowiedź była rzeczowa, na oko, pozbawiona jakichkolwiek uczuć.
Dowódca kiwnął potakująco głową.
- Demobilizacja, przymusowy powrót do Polski, prawdopodobnie renta wojskowa. - uściślił. W tym momencie Piotrowi puściły nerwy.
- Cholera.- zaklął po polsku, po czym natychmiast przeszedł na angielski- I tak do końca życia?
-Niekoniecznie. Nie wiem, jakie są wasze polskie przepisy...- Anderson potarł w zamyśleniu czoło- Sądzę, jednak, że będziesz mógł pozostać w sztabie, jako, nazwijmy to, pracownik administracyjny, czy ktoś w tym rodzaju.
- Ale wspominał pan o rencie wojskowej?
- Tak, to prawda. Chodzi o czasowe przejście w stan spoczynku, przerwę pomiędzy czynną służbą, a pracą czysto biurową. Okres na dostosowanie się do nowej sytuacji. Oczywiście, zachowasz rangę.- dodał.- Cóż, na mnie już czas. Trzymaj się, chłopcze. - uścisnął dłoń Piotra i wyszedł z pomieszczenia.
***
Piotr Spałka leżał wpatrując się w pokryty drobnymi zaciekami sufit. Czuł pustkę. Demobilizacja, powrót do Polski, renta wojskowa, potem, być może, praca w administracji sztabu. Wszystko przez jeden głupi ładunek podłożony przez bandę kretynów- zwolenników Saddama Husseina. Powrót do domu. Czy Ania nadal go kocha?Czy zechce wyjść za nieudacznika, żołnierza- kalekę? Ba, wciąż pozostaje ranga majora.
- Pal diabli- rzucił w przestrzeń- niech sobie wsadzą dystynkcje, chcę tylko być zdrowy!- ze złością uderzył pięścią w koc. Prawa stopa
zapłonęła nagłym bólem.
- Jak to możliwe?! Przecież amputowali do kolana. Boli mnie coś, czego nie ma, no ładnie...A niech mnie, przecież to się nazywa bóle fantomowe- Piotr puknął się w czoło- czyli nie zwariowałem.
Dłuższy czas leżał, wsłuchując się w ciszę. Nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen.
Obudziło go czyjeś dotknięcie. To był delikatny dotyk drobnej, szczupłej dłoni, ale Piotr odruchowo szarpnął się do tyłu. Był żołnierzem, dotyk kojarzył mu się prawie wyłącznie z atakiem, szczególnie tu, w tym piekle na ziemi. Reakcja była instynktowna. Ciało zadziałało, jak automat, zupełnie bez udziału woli.
-Majorze, spokojnie- głos był cichy, jakby stłumiony. Piotr uchylił powieki. Kobieta w bieli. Anioł? Nie, tylko pielęgniarka.
- Przepraszam, to taki odruch- jeszcze raz spojrzał na dziewczynę.
Miała miłą, okrągłą twarz, ciemne, prawie zupełnie czarne, oczy o łagodnym wyrazie, skryte za szkłami okularów. Czarne włosy spięła wysoko, widać po to, by nie przeszkadzały jej w pracy.
- Przyszłam sprawdzić, jak się pan czuje. Wyglądało na to, że ma pan gorączkę, więc...- tłumaczyła zawstydzona-Pozwoli pan?- wyjęła z kieszeni termometr.
Piotr skinął głową. Jakoś nie miał siły mówić. Czuł się źle, jakby właśnie zsiadł z pędzącej karuzeli.
-No tak, trzydzieści dziewięć z kreskami...- pielęgniarka strzepnęła termometr. - Doktorze!
Korpulentny mężczyzna stanął w drzwiach. Był bez fartucha, w samym mundurze ozdobionym naszywkami kapitana.
- Co jest?- zapytał krótko.
- Major gorączkuje.
Jednym skokiem znalazł się przy chorym. Sprawdził odruch źrenic, a następnie odsłonił ranę. Opatrunek przesiąkł niemal na wylot.
-Przynieś środki opatrunkowe i jednorazowe rękawiczki, najlepiej ze dwie pary- polecił dziewczynie.
_Rozdział IX
Południe było tego dnia wyjątkowo parne, nawet jak na środek lata. Słońce błyszczało złociście, niczym ogromna latarnia, oświetlając pobojowisko.
Szeregowy Andrzej Cieślik siedział na gruzach koszar, gniotąc furażerkę w dłoni.Był całkowicie pogrążony we wspomnieniach. Rozmyślał o chwili, kiedy razem z Piotrem podjęli decyzję o wstąpieniu w szeregi Wojska Polskiego. Patrząc z perspektywy czasu, uświadomił sobie, że ten akt właściwie trudno nazwać decyzją. To był impuls.
Któregoś dnia, wiele lat temu, siedząc na podłodze w pokoju Piotra, bawili się zestawem ołowianych żołnierzyków przyniesionym ze strychu. Andrzejowi niesamowicie podobała się odlana z metalu sylwetka, a zwłaszcza precyzyjnie odwzorowana broń.
-Wiesz- zwrócił się do przyjaciela - chciałbym mieć taką pukawkę, tylko prawdziwą.
Starszy kolega zmierzył go badawczym spojrzeniem.
- To da się zrobić. - powiedział
-Naprawdę?
- Pewnie. Wystarczy pójść do wojska, jak na filmach.
- I będziemy mieli zielony mundur, i czapkę, i złote guziki z orzełkiem?- Andrzejowi z zachwytu błyszczały oczy
- Tak i nie tylko. Dadzą pukawki, ale nie takie.
- Nie?- iskierki w oczach młodszego z chłopców lekko przygasły
- Lepsze, niemoto, o niebo lepsze- Piotrek spojrzał na niego z politowaniem- Oj, Jędrek, Jędrek, aleś ty dziecinny. Z takiej to Skrzetuski do Bohuna strzelał- dodał robiąc przemądrzałą minę.
- A ja myślałem, że oni z koni, szablami...
- Szablami i z koni, ale z samopałów też, a wojsku to lepsze mają- Piotrek uśmiechnął się promiennie. -Tylko koni nie mają, bo to nie te czasy. Ale, pal diabli, nie dadzą nam koni, to dadzą czołg, albo inne cudeńko.
- To ty też chcesz do wojska?- tym razem Andrzej naprawdę się zdziwił.
- A coś ty myślał, osiołku, że cię samego puszczę na taką zabawę?
Skomplikowanym ruchem dłoni przypieczętowali układ. Mieli wtedy jakieś dziesięć-dwanaście lat, ale wzajemną obietnicę potraktowali obaj bardzo poważnie.
To nie takie proste, pomyślał Andrzej opierając się o hałdę gruzu. Dali mundur i broń, ale nauczyli też ranić i zabijać. Trzymając karabin mam w dłoniach czyjeś życie. Ode mnie zależy los człowieka. Nie prosiłem o taką władzę. Ba, i to nieprawda. Dowódca ma władzę, ja tylko wykonuję rozkazy. Każe strzelać to muszę. Działam, jak automat. Zmieniłem się i nawet nie wiem kiedy. Dłoń przyrosła do broni, gotowa w każdej chwili pociągnąć za cyngiel. Ile jeszcze we mnie człowieka?
Wyjął broń z kabury i uważnie zlustrował ją wzrokiem. Długa , stalowa lufa zalśniła w słońcu. Dębowe drewno, w które była oprawiona, nosiło na sobie ślady jego przykurzonych palców.
- To dziwne, że jednak zżyłem się z bronią i nie czuję do niej odrazy- szepnął chłopak- Pewnie podobnie czuli się polscy szlachcice w XVII wieku. Prawdopodobnie kochali swoje szable w ten sam dziwny, nieuchwytny sposób, w jaki ja kocham moją maszynkę. Ja jestem Cieślik, a to jest pani Cieślikowa- uśmiechnął się parafrazując wypowiedź Sienkiewiczowskiego bohatera- Swoją drogą, ciekawe czy Piotrek czuje się tak samo...- przed oczyma stanęła mu twarz przyjaciela, taka, jaką ją widział ostatnio. Ciemnobrązowe oczy przepełnione bólem, wokół nich sine obwódki. Policzki zapadnięte, z wypiekami spowodowanymi gorączką, usta mocno zaciśnięte, zapewne po to, by nie krzyczeć z bólu. |
Andrzej wstał, zabrał broń i ruszył w kierunku lazaretu. Nagle poczuł, że musi za wszelką cenę zobaczyć przyjaciela.
***
Andrzej wszedł do namiotu szpitalnego. W nos uderzył go ostry zapach jodyny, leków i jeszcze jakaś lekko słodkawa, mdląca woń, której z początku nie umiał zidentyfikować. Dopiero po chwili dotarło do niego, że tylko ludzka krew może pachnieć w ten sposób.
- Dobry Boże- szepnął klucząc między pryczami w poszukiwaniu tej, którą zajmował Piotr - co za upiorny zaduch, od samego wdychania można wyzionąć ducha.
Siadł na łóżku przy oknie i spuściwszy wzrok, ujął dłoń leżącego. Nie miał odwagi spojrzeć mu w twarz. Bał się, że nie zobaczy w niej życia.
- Piotr?- szepnął cicho. Odpowiedziała mu tylko cisza. Dłuższą chwilę wpatrywał się w nieskazitelnie białą pościel, aż zniecierpliwiony czekaniem, przełamał się i spojrzał ku wezgłowiu.
Major Piotr Spałka leżał nieruchomo jak kukła.Oczy miał zamknięte, usta zaciśnięte w wąską kreskę. Twarz była blada, jak kreda, tylko na policzkach wykwitły ciemnoczerwone rumieńce.
Andrzej powoli podciągnął się na łóżku, tak, by być bliżej przyjaciela. Robił to cicho, nie chcąc zakłócać mu snu.
-Kto tu jest?- usłyszał po chwili cichy szept
-To ja, Andrzej.
- Andrzej...Andrzej...- chory patrzył półprzytomnie, jak gdyby próbując sobie coś przypomnieć.- Ania...zawołaj Anię...- ostatnie słowa sprawiły, że Cieślikowi ciarki przebiegły po plecach. To już chyba koniec, bredzi, pomyślał przerażony. Spojrzał w oczy przyjaciela. Były szkliste i zwężone w ten charakterystyczny sposób, w jaki źrenica reaguje na ostre, jaskrawe światło.. Chory oddychał nierówno, łowiąc ustami powietrze, jak ryba wyjęta z wody. Andrzej wstał, podszedł do stojącej w kącie umywalki i zmoczywszy ręcznik, położył go na czole przyjaciela, drugim natomiast zwilżył mu usta. Piotr powoli odzyskiwał kontakt z rzeczywistością.
Kilkakrotnie zamrugał, aż rozpoznawszy gościa, uśmiechnął się blado
- Długo tu jesteś?- zapytał. Mówił cicho, a jego głos był mocno zachrypnięty.
-Nie wiem, może z godzinę. Za to ty chyba wróciłeś z dalekiej podróży.
- Co ty, chłopie, gadasz? Nigdzie się stąd nie ruszałem, bo niby jak?
- Gadałeś, jak potłuczony. Kazałeś wołać Anię, oczy ci się świeciły, jak lalce. Myślałem, że odleciałeś- Andrzej mówił szybko, połykając końcówki wyrazów- ale już dobrze...
- Bredzisz, jakbyś się naćpał. Nic nie jest dobrze, do cholery jasnej! życie mi się skończyło, a ty mówisz, że wszystko w porządku!- Piotr spojrzał na przyjaciela roziskrzonym wzrokiem.
- Znów masz gorączkę?- Andrzej patrzył z troską- Czekaj, zmienię ci okład, zaraz poczujesz się lepiej. Słuchaj, miałeś wypadek, ale żyjesz, żyjesz i wbij to sobie do tego swojego rozgorączkowanego łba.
- I co z tego?!- prychnął wściekle Piotr- spójrz na to...- odrzucił koc, ukazując rozległą ranę w miejscu, gdzie powinna znajdować się prawa noga.
Andrzeja zemdliło. Dwukrotnie przełknął ślinę, chrząknął i zamrugał.
Jego przyjaciel uważnie obserwował, jak próbuje sobie poradzić z tym, co zobaczył, aż wreszcie uśmiechnął się krzywo i rzekł
- Oj, Jędrek, nie umiesz udawać, zresztą nigdy nie umiałeś. Od razu widać, że nie przywykłeś do takich widoków. A teraz, wyobraź sobie, że musisz to oglądać dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu i tak do końca życia, plus do tego, ból trudny do zniesienia. No, naprawdę "już dobrze", co?- dodał sarkastycznie- Przestań patrzeć na mnie, jak na wariata, dobrze wiesz, że tego nienawidzę!
Andrzej, rzeczywiście spoglądał lekko nieprzytomnym wzrokiem. Próbował uporządkować rozbiegane myśli i uspokoić żołądek, który podchodził mu do gardła.
- Mogę ci jakoś pomóc?- wychrypiał w końcu
-Jasne. Możesz mnie zastrzelić. Masz chyba broń?
-Piotrek, zwariowałeś?!To rzeczywiście trudna sytuacja, ale poradzisz sobie.
- Mówisz, jakbyś nie wiedział, co taka rana oznacza dla żołnierza- głos majora stwardniał, gdy przez zaciśnięte zęby wymawiał kolejne słowa.
- Demobilizacja. Renta wojskowa. Praca w administracji sztabu. Wszystko, jak podkreślał generał Anderson...
-Anderson był u ciebie?!- Cieślikowi niemal oczy wyszły z orbit ze zdziwienia
-...z zachowaniem dystynkcji. Oczywiście, że był, ośle jeden. Niby jak inaczej miałbym z nim rozmawiać?
-Telepatycznie?- Andrzej wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Obaj mężczyźni, jak na komendę parsknęli śmiechem.
- No stary, uszy do góry- Andrzej pierwszy spoważniał.- To wszystko nie jest takie złe. Wszyscy skaczą koło ciebie, jak koło książątka. Każda z tych zgrabnych pielęgniareczek tylko czeka na twoje skinienie. Śpisz sobie do południa, podczas gdy my tam zachrzaniamy, jak dzikie osły przy odbudowie koszar. Do domu też wrócisz wcześniej i to nie byle jak, ale klimatyzowanym samolotem, do tego z eskortą. W Polsce też będzie wesoło. Będziesz miał mnóstwo czasu dla siebie. Żadnego wstawania bladym świtem, żadnych apeli, biegów przełajowych z kałachem przerzuconym przez ramię. Całe dnie będziesz mógł spędzać przed telewizorem, tuląc tę swoją śliczną, złotowłosą księżniczkę...- urwał myśląc o Ani. Jak ona zareaguje? Jasne, nie zostawi Piotra, nie ten typ kobiety, ale ile ją to będzie kosztowało? Ile łez wyleje w poduszkę, pod osłoną nocy? Ania przez lata znajomości stała się dla Andrzeja, jak młodsza siostra. Kochał ją na swój prosty, żołnierski sposób i dlatego bolała go myśl o jej cierpieniu.
- Anulka ma kasztanowe, a nie złote włosy, matole jeden- prychnął Piotr- I co, fantasto od siedmiu boleści, skończyły ci się pomysły na układanie mi życia?!- dodał sarkastycznie, wykorzystując milczenie przyjaciela. - Idź już, jeżeli nie masz nic ciekawszego do powiedzenia.
- Jak chcesz.- Cieślik nieprzyzwyczajony do takiego zachowania ze strony towarzysza wstał i ruszył w kierunku drzwi.
- I jeszcze jedno- rzucił Piotr za wychodzącym- popracuj nad gadką, bo nie brzmisz dobrze. Od razu widać, że kłamiesz.
Zmienił się, bardzo się zmienił, ale może ja też, pomyślał Andrzej opuszczając szpital.

Data:

 jakiś czas temu

Podpis:

 usia

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=55236

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl