DRUKUJ

 

Zaginiona księga część pierwsza: Szamani Cienia

Publikacja:

 09-04-26

Autor:

 cloe
Rozdział pierwszy
Ponurak

Niski pagórek. Na jego szczycie dwie postaci wpatrzone w gwiazdy. Jedna z nich to kobieta i nazywa się Viven. Chłopak koło niej, to David.
-Wiesz czasem życie może być okrutne i wspaniałe za razem.-powiedziała wzdychając.
-Zależy, kto co lubi...-stwierdził.
Spojrzała na niego swymi zielonymi oczyma.
-Tylko tyle?
-Że co proszę?- rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
-Zawsze się wykłócasz, a teraz... Sie zgadzasz?
-Nie będę się z tobą spierał. Po całym dniu drogi, nie mam już na to siły. Zresztą, znowu czytałaś tą książkę.
Spojrzała na niego marszcząc brwi.
-Masz coś przeciwko czytaniu?
-Nie, ale u ciebie...hhhmmmm.. Jakby to powiedzieć? Od kiedy ją przeczytałaś, zrobiłaś się strasznie przemądrzała.-spojrzał na niebo.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale chłopak dał jej do zrozumienia, że to koniec rozmowy. Odeszła parę kroków dalej, gdzie rozbili obóz i ogrzała ręce przy ognisku. Nie czekając na swego towarzysza, ułożyła się w śpiworze i usnęła.
***
Gwiaździsta noc ustąpiła porannemu brzaskowi. Nad miastem właśnie wstawało słońce, kiedy głos matki przerwał Susan sen.
-Kochanie wstawaj, zobacz która godzina.
Przeciągnęła się i wstała w łóżka. Spojrzała na swój pokój. Wieczny bałagan, ostro żółte ściany i niebieskie zasłonki. Otwarta szafa, a pod nią książki ukryte pod warstwami ubrań. To właśnie był jej “pokój”, który raczej był pobojowiskiem.
Jakoś weszła między ubrania i spakowała swoje rzeczy do szkoły, wzięła kilka ubrań i unikając kontuzji wyszła z pokoju. Skierowała się do łazienki i w tym miejscu pozostała przez następne dwadzieścia minut. Później zeszła na dół, do kuchni.
Usiadła przy wysokim stole, na którym stał dzbanek mleka i płatki. Ale właściwie to nie była głodna i nie chciała ich jeść. Zrobiła to bardziej z przyzwyczajenia, niż dlatego, że chciała zjeść śniadanie. Wstała i chwyciła w dłoń jabłko, pobiegła po torbę, narzuciła ją na ramię i wybiegła z domu.
-Szósta czterdzieści pięć...-mruknęła do siebie, sprawdzając godzinę.
Pora była co prawda wczesna, ale dla Susan to była normalka. Kiedy chodziła do podstawówki, co dziennie wychodziła o tej porze(czasem wcześniej, jeśli chciała pobiegać), bo chodziła na poranne treningi.
Trenowała sztukę walki nazywaną Capoeira, szczególnie tą jej część, która była potrzeba do walki wręcz. Kiedyś jej życie było serią nieprzyjemnych zdarzeń. Najpierw obrabowali sklep jej matki, później pobili brata, na samym końcu zastrzelili jej ojca. Postanowiła, że nigdy nie pozwoli, aby komuś jej bliskiemu stała się krzywda. Dlatego trenowała. Na początku śmiała się z tego stylu walki. “Co to ma być? Taniec?”- myślała. Ale po pewnym czasie poznała głębię tego sportu i go pokochała.
Skierowała się na pobliskie pola żeby poćwiczyć. Miała problem z treningami. Jej trener doznał poważnej kontuzji, a nowego nie umiała ścierpieć. Jeszcze do tego, ciągle miała dziwne wrażenie, że potrafi więcej od niego. Więc zrezygnowała ze spotkań z tym beznadziejnym facetem i postanowiła sama się zająć swoim kształceniem.
Ułożyła swoją torbę pod drzewem i zaczęła sie przeciągać, kiedy coś innego przyciągnęło jej uwagę.
Spojrzała na drugi koniec pola. W jej kierunku biegło dwóch ludzi, którzy przed czymś uciekali. Jednak nie mogła zobaczyć, przed czym dokładnie. Dopiero kiedy się przybliżyli, zauważyła że jest to pies, wielkości porządnego byka, którego ogon i łapy były całkowicie pozbawione skóry i mięsa, oczy błyszczały się czerwonym płomieniem.
Cofnęła się dwa kroki do tyłu, bardzo zdziwiona tym co zobaczyła.
-Może mam zwidy...-szepnęła.
Przetarła oczy i znów spojrzała. Dalej to samo.
-To jest jakieś chore!-stwierdziła, klnąc w myślach.
Podbiegła do drzewa i zarzuciła torbę na ramie. Kiedy zabierała się do ucieczki, niestety stwierdziła że już za późno. Zauważyła że uciekający się już z nią zrównali. Biegnąca bliżej niej dziewczyna, chwyciła ją mocno za przegub i pociągnęła za sobą. Naprawdę ciężko było jej dotrzymać im kroku, mimo iż była najszybszą biegaczką w mieście.
-Myślę że nie wbiegnie do miasta.- zawołał mężczyzna.
Jeszcze przyśpieszyli. Susan zabolała ręka, bo uścisk był naprawdę mocny, a jeszcze do tego nogi po woli odmawiały jej posłuszeństwa. Jednak kiedy znaleźli się w pobliżu pierwszych budynków, potwór zatrzymał się i cofnął kryjąc łeb pod kościstymi łapami. Parsknął, a z jego pyska wydobył się obłoczek dymu. Rozrósł się przykrywając całą jego postać, a kiedy uleciał w powietrze, psa już tam nie było.
Susan dyszała ciężko, tak jak jej towarzysze. Spojrzała na ich twarze pokryte potem i zaczęła się zastanawiać ile już musieli przebiegnąć. Później jej wzrok zatrzymał się na ich ciężkich bagażach.
-Mówiłam ci że nas zwęszy, ale ty nie chciałeś mnie słuchać.-powiedziała kobieta.
-Myślałem...
-Tak, jak zwykle. Może następnym razem się bardziej postarasz.- przerwała mu w połowie zdania.
-Posłuchaj smarkulo!-skrzywiła się na to stwierdzenie- Nie będę wysłuchiwał twoich narzekań. Ciesz się, że tak szybko go wykryłem, bo nie stałabyś tutaj teraz.
-Smarkulo?! Te dwa lata, które nas dzielą, nie sprawią że będziesz mnie traktował jak dziecko!
-Eeeee... przepraszam?-odezwała się niepewnie Susan.
Spojrzeli na nią. Ona czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, to sie pozabijają. Dopiero teraz mogła się im dokładnie przyjrzeć. Zauważyła, że dziewczyna, ma mniej więcej tyle lat co ona. Włosy miała czarne, opadające na ramiona, zafarbowane na zielono pasemka zasłaniały uszy, oczy miała bardzo zbliżonego koloru. Na sobie miała wytarte gdzieniegdzie dżinsy, czarną koszulkę z napisem “Nie jestem wampirem”, na to narzuconą niebieską bluzę z kapturem, a na plecach plecak.
Facet, ma około dwa lata więcej od niej, co wywnioskowała z rozmowy. Spod grzywki spoglądały na nią ciekawskie, błękitne oczka, a reszta blond włosów odstawała w kilku miejscach, jakby dawno się nie czesał. Jednak nie wyglądało to wcale źle, a dodawało uroku jego zawadiackiemu uśmieszkowi. Ubrany był podobnie do dziewczyny. Nad niszczone spodnie, musiały być modne tam, skąd przyszli, tak samo jak czarne koszulki ze śmiesznymi napisami. On miał na niej napisane: “Nie obchodzi mnie, że nie lubisz mięsa”. Zieloną bluzę miał przewiązaną na biodrach, na plecach taką samą torbę.
W końcu Susan przestała się im przyglądać, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że oni robią to samo z nią.
-Powiecie mi co to było?-zapytała niepewnie.
-To był ponurak.-odpowiedział chłopak nadal jej się przyglądając.
Kiedy zobaczył, że przeszedł ją dreszcz, dodał:
-Nie martw się. To co o nich mówią, to wcale nie prawda. To że widziałaś ponuraka, nie znaczy że umrzesz. Samym wzrokiem cie nie zabije.-uśmiechnął się-Dopiero bliższe spotkanie z nim, może być niebezpieczne.-dodał cierpko.
-Ale skąd on tutaj się wziął?
Spojrzeli na siebie. “Ukrywają coś”-pomyślała Susan.
-To długa i męcząca historia.-stwierdziła dziewczyna.
-No, a ja jestem głodny.
Susan spojrzała na nich. Po chwili ciszy powiedziała:
-To kupię coś do jedzenia i w tym czasie pogadamy. Co wy na to?-spojrzała na nich.- Jestem ciekawa co mnie zaatakowała.
-I nie boisz się dwóch nieznajomych?-zapytał chłopak.
-Ja się nikogo nie boję.-powiedziała i uśmiechnęła się.
Chłopak odwzajemnił ten uśmiech, a dziewczyna przyjęła to stwierdzenie jakoś dziwnie. Ale w końcu poszli razem do ulubionej restauracji Susan, kiedy ta zamawiała jedzenie, oni rozglądali się ciekawie w około. W końcu wróciła do nich i usiadła z tacą pełną trójkątnych kanapek i trzema colami.
-No to może mi powiecie jak się nazywacie?
-Ja nazywam się David Overstreet, a ona to Viven Jones.
-Dziękuję, umiem mówić.-warknęła Viven.
-Miło mi, Susan Taylor.-powiedziała podając im obojgu rękę.
Zaczęli jeść. Viven w ogóle się nie odzywała, tylko czasem jej przyjaciel komentował wystrój kawiarni, lub smak posiłku. Kiedy skończyli, David spojrzał za okno, odetchnął i zaczął:
-Słuchaj. To wszystko nie jest takie proste, więc nie zdziwię się jak czegoś nie zrozumiesz. Ale i tak sądzę że będzie łatwiej będzie jeśli nie będziesz przerywać, pytaniami. Dobra?
Przytaknęła.
-Więc zaczniemy od tego, że powiemy ci co tu robimy. Ścigam pewnego...jakby to powiedzieć, złego faceta. To wszystko jest bardzo skomplikowane...
-Przestań kręcić David. Dobrze wiesz, że ona też jest... no wiesz. Powiedz jej wszystko, od początku.-przerwała mu Viven.
-To jak jesteś taka mądra, to może sama jej to wyjaśnisz?-wzburzył się.
-Mi się nie chce.-stwierdziła.
Wzdychając, spojrzał na dziewczynę.
-No dobra. Wiesz kto to taki szaman?
-Szaman? To ci od duchów, tak?- powiedziała Susan.
-No masz. Zawsze tak jest, jak cie wychowują wśród zwykłych śmiertelników. Zaczniemy od magii. Magia ma wiele zastosowań, odnóg i dziedzin pokrewnych. Jak ty byś to nazwała Szamaństwo, a jak my to nazywamy Seomres lub Loquorespirutus, co po łacinie znaczy rozmawiać z duchami. Chociaż to nie jest do końca rozmowa, ani wywoływanie. Szamani, czyli poprawnie Rozmówcy, zazwyczaj zajmują się sprowadzaniem zabłąkanych dusz do świata podziemnego.
-Do piekła?-przerwała mu Susan.
-Miałaś nie przerywać, ale niezłe pytanie.
“Zachowuje się trochę, jak mój pan z chemii...”-pomyślała.
-Nie ma czegoś takiego jak niebo, czy piekło, ani nie ma Boga. Ani innych bogów. To tylko zabobony ludzkie. Co prawda, każde ciało ma duszę. I to właśnie dusza decyduje czy ma się do świata podziemnego udać czy nie. Pewnie znasz historie o duchach, które mają niedokończone sprawy na ziemi i takie tam. Mają w sobie dużo prawdy, bo dusze często zostają na Ziemi, czyli Inuriterrus, aby dokończyć to czego za życia nie zdążyły. Tyle że nie mogą później same dostać się do Saneterrus,czyli Lepszego Świata.
-Jesteśmy z Davidem rozmówcami, a ty także nim jesteś.-powiedziała Viven.
-Ja? A skąd ta pewność?
-Pamiętasz tego ponuraka?-zapytał David.
-No tak...
-Ponurak nie cierpi zapachu ludzi którzy nie są Rozmówcami, więc uciekłby od ciebie. A jednak tego nie zrobił.
-Dlatego uciekł przed miastem. Ale to głupio zabrzmiało...- stwierdziła.
-Tak dużo tu ludzi... Ten Ponurak, to był główny ogier przywódcy Cieni.
-Cieni?
-To ludzie których ścigamy. Robią coś totalnie odwrotnego niż my. My wysyłamy dusze do Saneterrus, a oni chwytają je i zmieniają w swoich sługusów. Wtedy dusza staje się Niewymowna. Nie wie kim jest, kim była. Istnieją dla niej tylko rozkazy stwórcy. Ale idzie ją uwolnić i stworzyć duszę Nawróconą.
-Czy taka dusza Nawrócona pamięta kim była wcześniej?
-Niestety nie, więc nie można jej odesłać. Musi pozostać na Ziemi, ale to chyba lepsze od wykonywania głupich rozkazów. Po pewnym czasie może sobie przypomnieć kim była, ale to się rzadko zdarza.
David chyba skończył, bo przestał mówić i spojrzał za okno. Susan spojrzała na Viven, jakby chciała, aby ta coś jeszcze dopowiedziała. Ta jednak milczała, spoglądając na kubek po napoju. Dziewczyna nie wytrzymała, stała gwałtownie. Burza brąz włosów przykryła na chwilę jej twarz, a kiedy opadła wściekłe czekoladowe oczy spoglądały na siedzących przed nią nastolatków.
-I to wszystko?-warknęła.
-Że co proszę?-odezwał się David, wyrwany z kontekstu.
-Nauczcie mnie tego, co wy robicie!
-Chyba sobie żartujesz dziewczyno. Nie mamy na to czasu. Musimy iść.-powiedziała czarnowłosa.
-Weźcie mnie ze sobą...-powiedziała, a wtedy za oknem coś wybuchnęło.

Data:

 16 marzec 2009

Podpis:

 Cloe

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=53195

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl