DRUKUJ

 

Historyjka nie całkiem fikcyjna.

Publikacja:

 08-09-04

Autor:

 competer
Wesołe piekło na wózku!
Wstęp
Opowieść swą zaczynam pisać leżąc na brzuchu ponieważ mam niewielkie odparzenia po za długim siedzeniu na wózku. Nie wiem jak długo będę w tej pozycji. Stukam jednym palcem. Klawiatura leży na podłodze. Pisze bo chce cos robić. Nic już chyba w tym życiu nie osiągnę wiec chce chociaż opisać to co przeżyłem przez ostatnia dekadę. Cierpiałem z uśmiechem i poprzez rozrywkę spychałem problemy na margines. Sam sobie jestem psychologiem i sam wyznaczam tor jakim mam iść. Poznałem mnóstwo ludzi a opisane flirciki to już chyba tylko uśmiech losu. Nie lubie być sam. Zastanawiałem się czy kobiet nie wyciąć. Zostałby tylko bol i cierpienie. Nie to nie o mnie by było. Ja za bardzo kocham zwariowane Życie.
Opowiem swoją historię! Historia człowieka pełnego humoru, przyjaźni do ludzi którego los rzucił w otchłań jak to niektórzy nazywają piekła! Ja nie dramatyzowałbym aż tak bardzo. Choć życie moje nie należy do lekkich jednak potrafiłem się w nim odnaleźć no może nie całkiem do końca! Mam złamany kręgosłup no i po części Życie! Stało się to jak wiele takich przypadków na ulicy. Broniąc młodego człowieka przed bandą pijanych opryszków sam stałem się ich ofiarą! Nie wiem jaki był przebieg tego zajścia ponieważ dostałem jakimś przedmiotem w głowę i niektórych szczegółów do dzisiaj nie pamiętam. A pełną świadomość zacząłem odzyskiwać dopiero po trzech latach. Szczegół po szczególe analizowałem i zbierałem do kupy! Sprawców rozpoznałem trzech! Nawet dwóch z nich osądzili ale wyszli wcześniej z wiezienia niż ja ze szpitala. Może to i dobrze bo więcej złego by się tam nauczyli. Takie mamy prawo niestety. Trzeciego Ci dwaj wypchnęli z pociągu bo chciał ponoć opowiedzieć o całym zajściu policji. Chłopak wypadając z pociągu uderzył w slup i trup na miejscu. Dwudziestolatek i lezy w piachu. Ktoś od dzieciństwa nauczył mnie szanować ludzi, zwierzątka, przedmioty. Do dziś nie żałuję ze nie wyrosłem na bandytę. Ktoś zadał mi pytanie czy wolałbym ich pozabijać i siedzieć w wiezieniu zdrowy czy tak zostać jak jest teraz? Nie byłbym sobą jakbym miał na sumieniu takie coś jak oni zrobili. Wolę swoją krzywdę i czyste sumienie. Zacznę od tego jak ocknąłem się w środku nocy na ulicy na obrzeżach miasta. Nie mogłem się podnieść ani poruszać nogami. Przez głowę przeszła mi myśl że mam uszkodzony kręgosłup. Pewnie wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy jakie to mi przysporzy przygody. Bo czym jest życie jak nie wielką przygodą? Leżałem tak może z trzy godziny dopóki nie zaczęło świtać a ludzie zaczęli powoli ruszać z domów do pracy. Dzisiaj już nie pamiętam kto mnie znalazł. Jakiś tam dalszy znajomy. Leżąc nie zastanawiałem się nawet co mi się takiego stało. Do domu było blisko bo około dwóch kilometrów. Niestety zbyt daleko bo wróciłem do niego dopiero po jakichś dwóch latach.
Puławy - ortopedia I
Wezwane pogotowie zawiozło mnie do szpitala rejonowego na oddział ortopedii w moim mieście. Z resztą to jedyny szpital. A raczej wykańczalnia. Ze mnie tu od razu postawia na nogi nie mogłem liczyć. Oczywiście liczyłem na jakakolwiek pomoc. Zrobiono mi podstawowe prześwietlenie kręgosłupa i stwierdzono złamanie! Ułożono w niezbyt wygodnym łóżeczku. Tylko kilka epizodów pamiętam. Ze obracała mnie taka fajna grubiutka pielegniareczka i ze założono mi kołnierz na szyje. Ciekawy jestem po co?
Lublin- rehabilitacja
Po nocy przebytej na tym oddziale przewieziono mnie do Kliniki medycznej w Lublinie. Tutaj już dysponowano lepszym sprzętem i zrobiono mi tomografię komputerową uszkodzonego odcinka kręgosłupa. Mila twarz asystenta profesora towarzyszyła mi podczas badań. Stwierdzono poważny uraz z pofragmentowanymi kręgami które wbiły się w rdzeń kręgowy. Pomyślałem pewnie ze czeka mnie jakaś operacja krótka rehabilitacja i wrócę do normalnego życia. No trochę było to naiwne myślenie bo operacja nie dawała żadnych gwarancji a doktorzy od razu założyli że nie mam szans na chodzenie i skazany jestem na wózek. Wtedy jeszcze to do mnie nie docierało! Denerwowało jednak to powtarzanie o poważnym uszkodzeniu kręgosłupa. Myślałem ze to się dzieje tylko w książkach i w filmach. No to jak tak to chyba zostałem aktorem swojego scenariusza. Scenariusz napisało Życie. Dla mnie nie było rzeczy niemożliwych. A jednak. Denerwowało mnie niekontrolowane oddawanie moczu i kału! Wiadomo stresujące to jest i niestety na tamtym etapie potrzebowałem pomocy pielęgniarek lub salowych. Bez ich pomocy leżałbym zabrudzony a wiadomo jakie niesie to następstwa. Rodzina mieszkająca 50 km od szpitala nie mogła zapewnić mi dostatecznej higieny. Odczuwałem brak nikotyny a palaczem byłem zawziętym. Wiec co? Zajadałem. Jak jadłem to i srałem. Niestety jak jest przychód musi być i odchód.
Pozostało mi cierpliwe czekanie na zbawienny dla mnie zabieg. A jadłem przeważnie dużo jabłek bo obok mnie leżał sadownik i synowie dostarczali mu tych jabłek nie do przejedzenia. Oprócz tego zjadałem dużo pieczywa no i tyłem. Jadłem właściwie wszystko co dało się przegryźć. Przytyłem z 10 kg. Po pertraktacjach z doktorami ustalono mi zabieg za tydzień. Mama chciała mnie wywieźć do specjalizującej się kliniki w leczeniu urazów kręgosłupa. Doktorzy w Lublinie zapewniali że nikt od nich lepiej tego nie zrobi a po za tym nie chciano mnie skierować do innego szpitala. W międzyczasie przeprowadzono mi niezbędne badania. Koledzy i rodzina oddali dla mnie kilka wiader krwi. Przyszedł dzień operacji a tu zaskoczenie! W banku nie ma dla mnie tej ratującej życie cieczy. Nie pamiętam co czułem wiedziałem że mogą mnie najwcześniej zoperować za tydzień bo oddział na którym leżałem nie miał swojej sali operacyjnej tylko raz w tygodniu dzierżawił od innego oddziału. Czekanie! Znowu myślenie co będzie? Jaka przyszłość przede mną. Już zdążyłem zapoznać się szerzej z podobnymi urazami do mojego i poglądem chorych leżących ze mną na ten temat. Budowałem swój świat na wózku choć sam w to nie wierzyłem. Potrzebny byłem w domu zdrowy. Ojciec jest zbyt prosty żeby pojąć ze inwalida to tez człowiek. Przyszłość pokaże ze miałem słuszne obawy. Dla niego noszenie okularów to już kalectwo. Wróćmy do szpitala. W dzień przychodziła siostra z jakimś stymulatorem na nogi który pobudzał moje mięśnie. Oczywiście ja tego nie czułem i podchodziłem do tego sceptycznie. No ale jak to miało pobudzić moje zdechłe nogi do chodzenia to co mi tam. Niech testuje na mnie ten aparat. Siostry obracały nasze zleżałe tyłeczki dokładnie co dwie godziny i oklepywały nam nasmarowane ciałko spirytusem. W koło unosiła się dusząca woń tego specyfiku. Chroniło nas to przed odleżynami. Pod tym względem nie spotkałem już oddziału żeby dbał tak o profilaktykę przeciwodlezynowa. Nie obrażając tu innych placówek gdzie też kładzie się wysoką wagę na profilaktykę. Jakby nie było tylko w Lublinie obracany byłem co 2 godziny. Na oddział ten przyjmowano w większości pacjentów z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Z dwu i czterokończynowym porażeniem. Do tych drugich potrzeba było dodatkowego personelu do karmienia. Przychodziły w tym celu siostry z innych oddziałów. Nie raz można było pomyśleć ze jest ich więcej niż pacjentów. Ja jadłem sam. Rurka piłem napoje i zupkę a resztę ząbkami. Zawsze pełno okruchow miałem pod plecami. Nadszedł dzień zabiegu. Poświęcę chwilkę podejścia ludzi do zabiegu. Podobno tylko głupi nie boi się. Ja nie boje się i nigdy nie balem zabiegów. Nie wiem czym jest to podyktowane. Mogę powiedzieć ze jestem nimi zmęczony bo w chwili pisania książki byłem po dwunastu operacjach. Przecież idąc pod nożyk zdaje sobie sprawe ze będzie bol ze mogą być mdłości może być tysiące zdarzeń. Czego jednak się bac? Tak jak nie boje się pójść z kobieta do łóżka. Tak nie boje się położyć na stole operacyjnym a przecież i tu i tu można fujarkę stracić hihihi. Teraz już przekonany że mnie pokroją z uśmiechem i optymizmem czekałem na transport na salę operacyjną, a tu wpada doktor i zrywa napis "OPERACJA". Zdenerwowanym głosem krzycząc: "Operacji nie będzie"! No zmartwiłem się trochę bo mimo doskonałej pielęgnacji to przy każdym ruchu odczuwałem dotkliwy ból! No i to upokorzenie które czułem po każdym wypróżnieniu. Do dzisiaj mam to że jak czuję zapach gówienka to zaraz myślę że to ode mnie. Tak myślałem i wtedy. No i za każdym razem stres i łzy w oczach. I wściekłość do całego świata i siebie. Bo gdzie to żeby niespełna trzydziestoletni facet robił pod siebie. Pogodzić tego nie sposób. Nawet po latach jest to dla mnie coś okropnego choć w dużym bardzo stopniu nauczyłem się z tym radzić. Wróćmy do oczekiwań na operację. Nadszedł upragniony dzień. Zawieźli mnie na salę operacyjną. Tam po narkozie oczywiście widzę ciemność, ciemność widzę hihihi. Zabieg trwał ok. 5 godzin. Pobrano przeszczep z biodra i uzupełniono zniszczony fragment kręgosłupa. Włożono jakiś metal żeby to wszystko było stabilne. Bolało bo część tej nazwałem to drabinką, wystawała na części nieporażonej. W dodatku leżałem na wznak i to wszystko wpijało się we mnie. Takie odnosiłem wrażenie. Minęła noc. Pierwsza przespana od 3 tygodni. Pierwsze śniadanie po głodówce - jajeczko. Bardzo głodny zjadłem je migiem i za pół godziny już było na prześcieradle. Tak szybko to jeszcze nie trawiłem. Przeleciało po prostu przez kiszki jak przez lejek. Pierwszy opatrunek i leżenie na brzuchu. Koszmar. Zacząłem się dusić ale nie miałem wyjścia bo jak inaczej zmienić opatrunek na plecach? Podczas zmiany opatrunku pielęgniarki plotkowały sobie. Nagle jedna zaczęła szlochać. Zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie. Niewiele rozumiałem z tego o czym mówią. Rozmawiały o pacjencie któremu robiono operacje i bez dokończenia zaszyto. Po latach dopiero wydedukowałem że to o mnie chodzi. Napiszę o tym potem gdyż będzie to wykryte po szczegółowych badaniach. Wtedy nie skojarzyłem tej rozmowy z sobą. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Jak później się okazało zmieniło by to trochę bieg mojej historii. No i tak z dnia na dzień miałem dochodzić do siebie. Przyszedł doktor zmierzył szerokość mojego tyłka i mama przyprowadziła mi wózek ze sklepu ortopedycznego. Teraz dopiero po latach doceniam to ile ta kochana kobieta dla mnie zrobiła. Wlazłem na wrażliwy dla mnie temat: MAMA! Teraz sama jest po wylewie a ja niewiele mogę jej pomóc. No ale pomagam jak mogę. To mój obowiązek, a może źle to nazwałem bo, to tak powinno być. Posadzono mnie na wózek. Przedtem krótka pionizacja czyli, przyzwyczajanie do pozycji pionowej na specjalistycznym stole. Pojeździłem trochę i z powrotem na łóżko. Ból w plecach nie do wytrzymania. Wmawiano mi że to przejdzie. Musi tylko wygoić się. Nie dość że ból, to jeszcze ograniczało mi to ruchy. Nie mogłem odkręcić się na bok. Guzik to kogo obchodziło. Codziennie jeździłem na godzinkę poćwiczyć na salę gimnastyczną. Ćwiczyłem oczywiście rączki na atlasie. Wiem że dużo marzyłem już wtedy. Największym moim marzeniem było żeby samodzielnie usiąść na łóżku samemu się ubrać. Na tym etapie było to niewykonalne z tego powodu że nie trzymałem pionu na siedzący. Takie malutkie marzenie dla zdrowego a dla mnie wielkie wyzwanie. Z zapowiedzianej rehabilitacji na sześć tygodni, już po dwóch wypisano mnie do rejonu. Siostry które wkładały mnie do karetki dawały mi ostatnie rady jak mam postępować ze sobą i o co dbać! Przestrzegały żebym nie leżał w mokrym i żeby zawsze prześcieradło było dobrze napięte. Przedtem wydawały się takie złośliwe teraz okazały się takie miłe.
Puławy - rehabilitacja
Przyjechałem do szpitala w Puławach na oddział rehabilitacji. Tutaj znajome twarze pielęgniarek. Z widzenia przeważnie. Puławy to małe miasto przecież. Na co dzień zlecony mam masaż i ćwiczenia bierne nóg. Ćwiczenia wykonują przeważnie praktykanci ze studium medycznego. Tak samo jak w Lublinie o czym zapomniałem wspomnieć. Masaż miałem tylko kilka razy. Pech chciał ze jak miał mnie masować to popuściłem i koniec z masażem. Znowu posadzono mnie na wózek i znowu ból i okropne pieczenie w stopach. Przyszła mama nalała mi zimnej wody w miskę i zacząłem te nogi moczyć. Bez rezultatu. Takie odczucia będą mi towarzyszyły jeszcze przez długie lata. Takie lub inne. Na razie jestem zupełnie wiotki ale za parę lat spastyczność ciała będzie nie do wytrzymania. Po kilku dniach wszystkie siostry włożyły mnie do wanny celem wiadomo kąpieli. Miały przy tym niezły ubaw. Niestety zostawiły mnie na kilkanaście minut. Woda wystygła ja nie mogłem sięgnąć żeby dolać ciepłej i wypełzłem w złości z wanny. No i zaczęła się afera. Dlaczego? Po co? Itd. Silne kobiety wrzuciły mnie szybko z powrotem do wanny. Pomogły się umyć i zawiozły na salę pachnącego Piotrusia. Ja tego bardzo nie pamiętam ale podobno tutaj planowałem z kolegami próbę samobójstwa. Tak mi mówi mama. Ja zaprzeczam. Wydaje mi się że żartowaliśmy wtedy. Za bardzo kochałem życie żeby jeszcze wtedy o tym myśleć. Podobno przygłuchy doktor podsłuchał naszą rozmowę i rozdmuchał to po oddziale. Nie omieszkał powiedzieć też o tym mamie. Która zaraz zalała się łzami. No i trochę mi się od niej oberwało. Jeden z kolegów z którymi o tym gadałem popełnił samobójstwo. Miał guza w mózgu i powiesił się zaraz po wyjściu ze szpitala. Podsumujmy staż mojego urazu. W Lublinie cztery tygodnie no i tu już w Puławach tydzień. Mama cały czas nie dawała za wygraną i szukała dla mnie ratunku w innych szpitalach. Znowu łzy mi napłynęły. Mimo zapewnień lekarzy w Lublinie i Puławach że dla mnie nie ma żadnych szans moja kochana kobieta nie poddawała się. Pytała każdego. Wiem że poszłaby wszędzie żeby mi pomóc. Nie wiem nawet czy na to zasługiwałem. Tylko że matka nie patrzy na nic. Dzisiaj to rozumiem i doceniam. Wtedy nie zwracałem na to uwagi. Ja zdążyłem już pogodzić się z losem. Chwilowo jak okazało się potem. Podczas wizyty cioci powiedziałem jej że nie chce żeby ktokolwiek do mnie przychodził. Leżałem obolały i zestresowany. W dodatku żarłem co mi podeszło pod rękę. Jadłem i s….. na okrągło. Nie mogłem się powstrzymać. Mama wreszcie znalazła szpital gdzieś pod Warszawa. Pojechała tam w nocy żeby dostać się do profesora z tamtej kliniki trzeba było już wcześnie rano zająć kolejkę do rejestracji. Pamiętam ze wyjeżdżaliśmy o 6ej rano. Byłem już ubrany i spadł mi cewnik. Kurcze musiał akurat wtedy. Szybciutko przebrałem się.
Otwock - XII
Wynajętą karetką pojechaliśmy na konsultacje. Przyjął nas bardzo miły dziadek. Szybko wydał polecenia żeby mnie prześwietlono. Dziadek chwile popatrzył pod światło na zdjęcie rtg po czym stwierdził ze mój rdzeń kręgowy nie jest wcale odbarczony. Tylko cały czas jest uciśnięty. Werdykt! Konieczny zabieg który może mi przywrócić jeszcze 15% funkcji organizmu. Popsuło mi to humor bo wiedziałem ze przede mną jeszcze dwie operacje. Co miałem robić? Grzecznie ze łzami w oczach dałem zawieźć się na oddział którego kierownikiem był dziadek z przychodni. Bez żadnego smaku w uśmiechu przywitała mnie tam sekretarka. Krótkim, witam w piekle. Położono mnie pod oknem na 10-cio osobowej Sali. Leżeli tu pacjenci z różnymi schorzeniami kręgosłupa. Jeden tylko leżał z czymś podobnym do mojego! Szybko nawiązaliśmy nić koleżeństwa . Powiedzmy że niteczkę bo kolega pochodził z Kurpiów a tam ludzie mają trudny charakter. Ciągle musiałem znosić jego uwagi na temat moich rozmiarów które od pobytu w Lublinie zwiększyły się znacznie i już wtedy ważyłem chyba ok. stu kilogramów. Z dnia na dzień poznałem personel. Zacznijmy od salowych. Były kobiety do rany przyłóż ale spotykały się też takie fleje że jak mnie myły to tylko chyba po to żebym się nie przykleił do prześcieradła. Leżałem nie raz taki rozmazany i śmierdzący. Sam miałem ograniczone ruchy. Pozostała tylko cierpliwość i nadzieja że długo tu nie poleżę. Pielęgniarki jak pamiętam to tylko dwie które wiedziały po co tam są. Reszta to chyba tylko nazywana była tym mianem. Najbardziej w głowie utkwiła mi taka jedna o dźwięcznej nazwie "Paryżanka". Pasowało to do niej bo przy swojej chudej dość budowie wyginała się idąc z basenem jak modelka w Paryżu na rewii mody. Po tym jak mnie straszyła tekstem "ty z białymi fartuchami nie wygrasz" skojarzyłem ja jako kochankę pewnego doktora o dość francuskim nazwisku. Po latach pytałem jej koleżankę i mówiła ze trafiłem z tym w dziesiątkę. Za tani koniak i z reszta na bank podrobiony te biedne dziewczyny oddały by dusze. Tam straciłem szacunek do tego zawodu. Na długie lata. Dopóki znów na swojej drodze nie spotkałem kobiet które ten zawód traktują więcej niż poważnie. Wróćmy na ten oddział którym rządzą jak mi to powiedziała Paryżanka, białe fartuchy z którymi się nie wygra. No i leżałem w tym piekiełku gdzie rządziły pielęgniarki zafascynowane tanim koniakiem od młodych lekarzy. Zastrzegam że nie wszystkie!!! Miło wspominam szczuplutka młodą siostrę która nigdy nie odmówiła pacjentowi pomocy. Resztę wsadziłbym do worka i zaniósł do Wisły. Wracajmy już do schorzenia a pielęgniarki niech sobie żyją dalej. Może to ja mam takie szczęście już że ktoś mnie czepia za nic?! Po obchodzie dowiedziałem się konkretnie co będę miał operowane. Mieli mi najpierw wyjąć to żelastwo z pleców a następnie badanie rezonansem magnetycznym. No i po dokładnym badaniu zabieg odbarczenia rdzenia kręgowego. Na ten rezonans też czekać trzeba w długiej kolejce. No i mnie w taką zapisano. Tylko lekarz który opiekował się salą zapominał mnie co tydzień zapisać na tą listę i tak leżałem i dojrzewałem sobie. W sumie to i tak nie miałem koncepcji co mógłbym robić na wózku. Tak czekałem na to badanie chyba z trzy miesiące. W międzyczasie leczono mnie piwem na kamienie nerkowe. Skończyło się tylko na zakupie tego lekarstwa. Stało sobie na szafce dopóki ktoś się nie dorwał i nie wyżłopał. Za kilka moich rent tata kupił mi telewizor. Zrobiło się weselej na Sali. Prędzej płynął czas. Nauczyłem się z powrotem palić. Nie paliłem już wtedy cztery miesiące. Zapach Marlboro jednak wziął górę i po pociągnięciu macha i małym szmerglu znów stałem się czynnym palaczem. Tylko z klasą bo paliłem mało i tylko Camel. No i tak ludzie przychodzili i wychodzili a ja leżałem i czekałem. No i się doczekałem. Pojechałem na to zbawienne badanie. No i wkrótce potem zoperowano mnie. Tak jak zapewniał dziadek czyli profesor część funkcji fizjologicznych wróciła. Z wiotkiego zrobiłem się bardziej spięty. Czyli dostałem tzw. spastyczności. Powróciło parcie na jelito grube i czułem kiedy mi się chce kupcie i siusiu. Oczywiście tylko tyle bo oczywiście zwieracze były zaburzone i nie kontrolowałem ich. Dobre i tyle. Cieszyłem się z tego sukcesu. Liczyłem że reszta z czasem się sama ustabilizuje. No cóż za mało chyba miałem wtedy wiedzy a za dużo nadziei. Optymizm zawsze towarzyszył mi w każdej sytuacji. Po operacji z dnia na dzień odzyskiwałem siły. Mogłem się już sam umyć i obrócić na bok. To dużo zważywszy na to że do tej pory byłem tylko skazany na leżenie i czekanie aż mi ktoś pomoże w tych czynnościach. Teraz mogłem oprócz palenia także umyć się samodzielnie. Toaleta ważna sprawa jeśli chce się uniknąć odleżyn. Dobrze wypielęgnowana dupka ma mi służyć przez resztę życia do normalnego funkcjonowania. Czekałem cierpliwie aż wreszcie wstanę i usiądę na kibelku i spokojnie się załatwię w miejscu które jest do tego przeznaczone a nie jak dotąd ciągle na łóżko. Oczekiwałem również aż przeniosą mnie na oddział rehabilitacji i tam zacznę ciężko pracować żeby stanąć na nogi. Powoli jak ustępowały bóle to zaczynałem myśleć o kobietach. Były to raczej jakieś dziwne marzenia. W tamtym okresie nie wyobrażałem sobie związku z kobietą nie mówiąc już nawet o sexie. Mimo że byłem porażony a moje narządy nie funkcjonowały tak jakbym chciał to jednak nie wyobrażałem siebie bez kobiety. Tylko nie miałem koncepcji jak miałby wyglądać taki związek. Moja wiedza na ten temat też była zbyt uboga. Było to dla mnie coś nowego. Nie poruszałem tego typu tematów z nikim bo wiedziałem że nikt z tu obecnych nie ma w tych sprawach doświadczenia. Moje myślenie było krótkotrwałe i bezowocne bo zazwyczaj nie wyciągnąłem żadnych wniosków. Do pewnego czasu gdy na oddziale pojawił się kolega z uszkodzeniem rdzenia. Wraz z nim piękna dziewczyna. Oczywiście tak jak ładniutka jak i zdrowiutka. Teraz na sali zaczęły się komentarze. Jak to możliwe zdrowa kobieta z inwalidą? Nie słuchałem tych bzdur wypowiadanych przez zazdrość. Snułem swoje małe plany i marzenia. Jeszcze nie widziałem zdrowej kobiety dla siebie ale pomyślałem jakby to mogło wyglądać. Nie wiem też dlaczego pomyślałem o zdrowej kobiecie. Pewnie dlatego że były to chęci do powrotu straconych nadziei. Ostatnie igraszki miałem ze zdrową dziewczyną. Nigdy nie miałem kontaktu z inwalidką. To jedynie tak mogę wytłumaczyć. Zawsze brały się za mnie zdrowe dziewuchy hihihi. Nie zaprzeczam że jakbym spotkał na swojej drodze dziewczynę na wózku to nie darzyłbym jej uczuciem. Przecież tak samo jak i ja ona tez zapewne miałaby takie same potrzeby. Niestety nie spotkałem takowej. Prowadziłem tryb życia osiadły a w swoim otoczeniu miałem zdrowe osoby. Nie mam zahamowań co do rasy, wyznania czy stanu zdrowotnego. Kocham wszystkie istoty. Nawet te co wypiły ze mnie dużo dobrej krwi. Wracajmy z tego świata marzeń. Koledzy pewnego dnia posadzili mnie na wózek i pojechaliśmy na spacer. Szybko ubrali i był to chyba ostatni raz kiedy na to pozwoliłem. Zaraz wytłumaczę dlaczego. To lekcja którą zapamiętałem bo dała mi dużo do myślenia. Koledzy ubierali mnie tak przez miesiąc i było fajnie i szybko i wygodnie. Po miesiącu wyszli ze szpitala a mi ciężko było zebrać chęci żeby samemu ubrać się i wskoczyć na wózek. Teraz czynności te najchętniej wykonuje sam a jeżeli ktoś chce mi w tym pomóc to kręcę noskiem. Inwalidy nie należy rozpieszczać zbyt częstym wyręczaniem go z czynności które powinien wykonywać sam chociażby w ramach rehabilitacji. Pamiętam ze jak pierwszy raz na tym oddziale siadłem na wózek to pojechałem do ubikacji i znów siadłem na porcelanowym naczynku. Jedno z moich marzeń spełniło się. Nawet bez udziału złotej rybki. Na wózku czułem się jak pierdoła. Jeździłem i kiwałem się z boku na bok. Z dnia na dzień jednak nabierałem wprawy. Za kilka dni przeprowadzka na oddział rehabilitacji. Rehabilitacja. Doczekałem się.
Rehabilitacja - 8
Jestem już pod okiem rehabilitanta. Oddział jak kurort. W dzień trening, a popołudniu i wieczorem luz. Niestety ja wolny czas wykorzystywałem na ćwiczenia usprawniające. Najpierw zrobiono mi łuski z gipsu. Suszyłem ten gips 2 dni. Rozcięty zakładano mi obie połówki na nogi i opasywano bandażem. Usztywniało mi to kolana. Stawiano mnie przy drabinkach i stałem jak manekin. Pomysł z łuskami wytrzymał też ze dwa dni. Pokruszył się gips i zostałem bez przyrządu do ćwiczeń. Nie na długo. Już nie pamiętam skąd przyszedł pomysł żeby mi załatwić specjalne letory do chodzenia. Jest to fajny przyrząd bo można go szybko założyć i zdjąć bo wszystko jest na rzepy. Niestety sam go nie byłem w stanie założyć. Przeszkadzała mi w tym moja spastyczność. Rosła wraz z moimi ćwiczeniami ponieważ rosły mięsnie a nie miałem nad nimi kontroli. Widziałem setki ludzi ze spastycznością, ale z taka jak moja nikogo. W jednej chwili potrafiła zrzucić mnie z wózka. Bałem się jeździć normalnie na wózku bo po upadku nie miałem siły na tyle żeby się wgramolić na siedzenie wózka. Jestem na tym oddziale już ładnych kilka dni. Zaprzyjaźniłem się z Heniem. Kolegi tego też nie jest łatwo zapomnieć. Bardzo dużo mi pomógł. Tylko my dwaj z ośmioosobowej Sali zostawaliśmy na weekend z powodu dużych odległości do domu. Codziennie zaprowadzał mnie do żeńskiego kibelka na specjalnym wózku z otworkiem służącym jako kabelek. Henio pod drzwiami pilnował żeby nikt mi nie przeszkadzał. Czyli pod tym względem miałem idealny komfort. Henio przyszedł kilka dni po mnie ale już zdążył zapoznać wszystkie kobiety na oddziale. Teraz rozumiem dlaczego znał je przede mną. Ja w tym czasie suszyłem gipsowe łuski a on obskoczył wszystkie sale. Jego nie sposób było nie lubić. Dusza człowiek a po za tym do bólu spontaniczny. No i przystojny. Próbuję sobie przypomnieć moje bytowanie u kobiet. Autorytetem była sponsorka. Wdowa mieszkająca w tej samej miejscowości co szpital. To ona sponsorowała mi codziennie świeże jedzonko bo niestety tylko takie mogłem jeść żeby mój żołądek się nie buntował. Wtedy robiłem z tego duży problem. Byle bączek i wpadałem w panikę. Chowałem się po kątach i sprawdzałem czy mam w gatkach sucho. Moje menu składało się z kanapek z dodatkiem pomidorka obranego koniecznie ze skórki. Na deserek kiwi i kawałek gorzkiej czekoladki oczywiście profilaktycznie na sranko. Teraz mój dzień wyglądał w ten sposób: Pobudka ok. ósmej, toaleta, śniadanko u kobiet i o dziewiątej jechałem poćwiczyć przy drabinkach. Podciągałem się na rekach i stałem dopóki trzymały mięśnie dwugłowe. Tak przez godzinę. Potem przerwa na papieroska i jechałem powyciskać na atlasie. Ledwo wyciskałem siedemdziesiąt kilogramów. Z dnia na dzień dokładano mi po kilka deko. Rosłem w siłę a ta mi była bardzo potrzebna. Ciężko jest przenosić tyłek na rekach. Moje rączki na tym etapie były słabiutkie. No może nie aż tak bardzo ale jakby nie mówić wymagały doskonalenia. Najbardziej wtedy zależało mi na efektownym przechodzeniu z wózka na kibelek. Przy spastyczności trzeba uważać na nogi żeby nie ściągnęły z wózka na podłogę. Szukałem różnych technik i sposobów, ale do każdego potrzeba niestety parki w łapkach. Wiadomo ze na kibelku trzeba utrzymać równowagę. Żeby podetrzeć tyłek zostaje nam jedna ręka do trzymania równowagi i wtedy trzeba uważać żeby nie znaleźć się na podłodze. Nie ukrywam ze nie raz zaliczyłem glebę w toalecie. Do momentu kiedy moje raczki były na tyle silne ze kontrolowałem każdy odruch spastyki. To tyle o siłowni. Przypomnę ze dla inwalidy każdy ruch nawet ubieranie czy mycie to rodzaj rehabilitacji. Wiem na swojej dupci ze szybko uczę się leniuchować jak ktoś mi pomaga wiec wstawiam samokontrole i nie pozwalam zbytnio na to. Kobiety wiadomo w większości sa nadopiekuńcze i nie jedna nie pytając chce pomagać. Nie chcąc robić przykrości pozwalamy na pomoc przy sobie. Nie uważam pomocy przy sobie w momencie kiedy siedzę na wózku i nic mi nie dolega. Licze się z tym i znam to z doświadczenia ze w większości sytuacji jesteśmy zdani sami na siebie i wtedy wyklinamy bo sobie nie radzimy. No i tak usprawniając się biegł mi powoli czas na oddziale rehabilitacji. Zdążyłem zaprzyjaźnić się już z personelem i nie spieszyło mi się do domku. Może raczej był to strach przed powrotem do rzeczywistości. Do obowiązków dnia codziennego. W szpitalu czułem się jak dziecko w przedszkolu. O nic nie musiałem się tu martwic. Miałem opiekę i spokój. Nawet chyba nigdy nie myślałem o wyjściu. Wyglądało to tak jakbym tam mieszkał na stałe. Tak naprawdę to nigdy nie wyszedłem ze szpitala a tylko zmieniłem placówki i to było nawet niezłe rozwiązanie. O tym jednak napisze później bo teraz chce opisać swoje pierwsze myśli samobójcze a raczej jak nie chciałem umierać. Po silnym swędzeniu nóg nastąpiło ich puchniecie. Badanie moczu nie wykazywało żadnych niepokojących zmian. Jedna z pielęgniarek zaproponowała mi środek na odwodnienie organizmu. No i zaczęło się dla mnie piekło. Cewniki których używałem nie trzymały się małego i często zalewałem sobie spodnie. Ten środek dostałem na noc i w tym błąd. W dzień prędzej kontrolowałbym cewnik a tak wziąłem tabletkę i się położyłem. Po chwili czuje ze pływam na łóżku we własnym moczu. Wściekły wskoczyłem na wózek. Dzisiaj wziąłbym prześcieradło i nie robił z tego problemu. Wtedy nie byłem Az tak mądry i pomyślałem o tym żeby wjechać na szpital i skoczyć w dół. Jak pomyślałem tak zacząłem działać. Wsiadłem w winde i pojechałem na góre. Zaskoczony tym ze na dach budynku winda się nie dostane zjechałem wściekły na oddział i wyjechałem na taras. Wiem ze okropnie wtedy płakałem i pomyślałem o córce. Dzisiaj wiem ze ta myśl pewnie uratowała mi Życie. Zacząłem się modlić i pojechałem do szpitalnej kaplicy. Tam pomodliłem się dłuższą chwile i wróciłem na oddział. To był mój chyba ostatni raz kiedy pomyślałem o samobójstwie. A za razem tak bardzo chciałem żyć tylko nie widziałem się jeszcze w tym życiu. Nie miałem na niego sposobu czy pomysłu raczej. Gubiłem się w tych sytuacjach bo nie znalem swojej anatomii na tyle i nie wiedziałem ze można z tym żyć i dobrze sobie radzić. Nie miał mi kto tego przekazać.
Spała
Dopiero na zgrupowaniu w Spale gdzie pojechałem niby na rehabilitacje poznałem ludzi w tej samej sytuacji mniej więcej tylko z większym stażem. Pojechałem karetka prosto z oddziału. Turnus trwał 12 dni. Przez pierwsze 5 chyba dni nie myślałem o niczym innym jak tylko uciec stamtąd. Ludzie którzy nas tam uczyli życia i radzenia sobie na wózku byli weteranami. Każdy tak jak ja z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Wpajali nam swiezakom ze już nigdy nie będziemy chodzić i ze powinniśmy nauczyć się jak najszybciej jak jeździć na wózku, wsiadać na niego z podłogi czy do samochodu. Jak pokonać schody czy tory tramwajowe. Pomyślałem na co mi to. Ja musze chodzić. Jednak z dnia na dzień przywykłem do tego stada i myśl o chodzeniu i cale marzenia z tym związane umarły we mnie bezpowrotnie. Zacząłem uczyć się tego życia bo co mi pozostało jak posłuchać rad doświadczonych przez Życie ludzi. Zajęcia wypełniały cały dzien. Przerywane tylko przerwami na wspaniałe posiłki. Wstawałem o szóstej żeby dokładnie się umyć i jak idiota nie czekać na wolna łazienkę. Zajecia były od ósmej. Nauka jazdy z mila blondynka i dwoma chłopcami którzy mieli także porażone rece. Wtedy oni jeździli lepiej ode mnie. Mimo moich sprawnych rak. Nie miałem techniki. No i dobrego wózka. Ich szwedzkie panterki jeździły jak mercedes a moja landara prowadziła się jak syrenka na wstecznym. Jednak musiałem nadążać za wszystkimi. Tam nie było ulgi. Nikt nie popchał. Tam pierwszy raz wlazłem z ziemi na wózek. Zapociłem się niemiłosiernie. No ale wlazłem. Do samochodu nie uczyłem się włazić bo wydało mi się to proste a po za tym o samochodzie nie myślałem. Ciekawe z zajęć było strzelanie z luku które wyrabiało w nas równowagę na wózku. Z zajęć rekreacyjnych była koszykówka i rugby. Całość zamykały ćwiczenia na siłowni lub pływanie w basenie. Ja na basen się nie załapałem bo miałem gdzieś na piecie odleżynę i ktoś to zauważył i tyle z pływania było. Po kolacji spotykaliśmy się na pogadanki. Uświadamiano nas co może człowiek na wózku. Jakie ma prawa urzędowe i najciekawsza pogadanka na temat sexu niepełnosprawnych ze zdrowymi partnerami. Nie ukrywam ze słuchałem wszystkiego i kodowałem w mózgownicy bo ten aspekt mnie interesował. W sumie byłem 30 latkiem który miał jakieś tam potrzeby i nie chciał sexu odkładać do szafy. To były mądre wykłady jak sobie radzić z niepłodnością i impotencja. Medycyna już wtedy nam w tym pomagała i można było śmiało zakładać rodzinę. Po tygodniu nie śpieszyło mi się już z wyjazdem. Dawałem sobie rade na wózku a także sam wstałem z podłogi na łóżko w pokoju jak się zsunąłem przy przechodzeniu. Oczywiście po takiej męczarni musiałem się znów wykąpać bo trochę cuchnąłem. No ale pokonałem samego siebie i dumny zasnąłem. W przerwach miedzy zajęciami można było zapalić a ze był to ośrodek sportowy wyznaczone były do tego specjalne miejsca. Tam zbierały się grupki ludzi i można było pogadać. Tam zapoznałem dwie sympatyczne 20 latki z wolontariatu. Zaczepiły mnie i pogadaliśmy chwilkę. Śmiały się ze mnie mówiąc ze na lekcji sexu byłem bardzo zainteresowany tematem współżycia ze zdrowymi kobietami. Jakoś zawsze jak gdzieś jestem po za domem to nawiązuje rożne kontakty. Nie koniecznie z kobietami. Proszę w tym momencie nie uważać mnie za kobieciarza bo się mogę pogniewać. Chyba jestem esteta i lubie co piękne i miłe. A ze kobiety w większości maja te cechy to wybaczcie panowie ze mniej chętniej gadam z Wami. Tak wiec miałem na tym turnusie już z kim pogadać i mimo ze dziewczyny te były ładne i mile to nie bardzo bym wiedział co z nimi robić na tym etapie. Temat współżycia odsunąłem na dalszy plan a zająłem się przecież nauka chodzenia już na oddziale rehabilitacji. Jednak czar kobiecy zwyciężył i powróciły marzenia o kobiecym ciele. Zacząłem analizować i myśleć bardziej poważnie o kontakcie z kobieta. Po za pocałunkami w szpitalu nie miałem szans chyba na realizacje praktyczna tego co uczyli koledzy na pogadankach. Zacząłem się zastanawiać co mogę dać kobiecie od siebie przy swojej impotencji. Postanowiłem poczekać na powrót do szpitala do swojej partnerki. Teraz jak miałem tu już kilku znajomych i osiągnąłem lepsza formę to nie chciałem stad odjeżdżać. Z niechęcią liczyłem dni do końca turnusu. Zajęcia coraz bardziej mi się podobały. Dawały mi z dnia na dzień większa kondycje i ja to czułem. Przy obsługiwaniu samego siebie tez zrobiłem duże postępy i byłem zadowolony jak wziąłem porządny prysznic bez niczyjej pomocy. W TV w pokoiku czas wieczorami uprzyjemniał zespół Spice Girls. Byłem zadowolony z tego ze się tam znalazłem. Nadszedł dzień końca i podsumowanie turnusu. Jakieś konkursy i zawody. Wiem ze zająłem trzecie miejsce w ping ponga. Nagroda było pudlo cewników. Sam sobie wybrałem taka nagrodę bo były to cewniki a potrzebowałem ich więcej niż miałem w przydziale medycznym. Ze względu na slaby klej. Po pożegnaniu czekałem jeszcze pół dnia na karetkę i wróciłem na oddział. Tak skończyła się przygoda ze Spala i zaczęło się nowe myślenie o życiu.

Data:

 2008

Podpis:

 Filip Dawidson

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=47391

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl