DRUKUJ

 

Trzy Życia

Publikacja:

 08-08-21

Autor:

 carnesir
Trzy życia

16 sierpnia 1992 roku, Warszawa - Dworzec Centralny,
godzina 19.10


- Nie mam już do Ciebie siły. Dalej się do tego nie przykładasz! Wszystko musisz spieprzyć! -Bartek nie mógł już ukrywać obrzydzenia, jakiego doznawał widząc swojego starego przyjaciela.
- Dobra już dobra, nie praw mi tu kazań. Daj ten ostatni raz cholerne trzydzieści zeta i nie będę cię już męczyć, nie bądź sknerą…
- Nie chodzi mi o to, że żałuje ci kilku złotych, chodzi mi o ciebie, o twoje życie stary... Prochy nie zagwarantują ci ani szczęścia, ani przyszłości. Uwierz mi proszę!
Błagalny wyraz twarzy Dębskiego, wyglądał naprawdę szczerze, ale Maciej Skalski nic sobie z tego nie robił. To wszystko trwało już zbyt długo.
- Szczęście? a czym ono jest, czym jest przyszłość tego, co nazywacie wszyscy wy pieprzeni racjonaliści, życiem!?. Dla mnie ta szara rzeczywistość nie znaczy nic, mniej niż nic.- nagle zamilkł i popatrzył głęboko w oczy przyjaciela.
Po chwili milczenia wybuchnął dzikim śmiechem. Jego rozmówca nawet się tym nie zdziwił.
- To na co czekasz, odbierz sobie życie, nie męcz się więcej…
- Żebyś kurwa wiedział, że tak zrobię, tylko daj mi wpierw przyćpać.- dodał nalegającym tonem.
- Nawet nie mów mi takich rzeczy, nie wierzę ci. Jesteś słaby, za słaby, nie masz odwagi! Jesteś tylko gówniarzem, który nie radzi sobie z życiem. Jesteś śmiesznie żałosnym dupkiem.
- Próbowałem i sam widzisz…
- Co widzę?!, Myślisz, że to tak z dnia na dzień i już, trzask i po wszystkim?!- dodał poirytowany naiwnością Skalskiego.
- Ja już nie mogę czekać, dawaj forsę i idź do diabła…- dodał niemal błagalnym tonem.
Dębski już nie mógł, tu zaczął się jego początek końca tolerancji.
- Nic ci nie dam, nic! rozumiesz! Musisz spróbować jeszcze raz, uda ci się pomogę ci, będzie dobrze…- Maciek usiłował nadać swoim słowom wyraz pocieszenia i otuchy, ale rozmówca gwałtownie mu przerwał.
- Jakie będzie dobrze, nic nie będzie! Dla mnie już nic nie ma...
- O nie! Nie pozwolę, zbyt długo się znamy, za bardzo w ciebie wierzę.
- To nie wierz!, Dla mnie nie ma już nadziei, dawaj kasę albo sam ci ją wezmę!
- Nie Maciek, dość już tego. Pogadamy jak ochłoniesz, wiesz gdzie mnie szukać.- Po chwili, dodał- Liczę na ciebie.
- Pieprz się!!
Nie chciał już dłużej z nim rozmawiać. Zapiął kurtkę pod samą szyje, odwrócił się i odszedł wolnym krokiem.
Tego, co się stało chwile później nie mógł podejrzewać. Skalski wyciągnął z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki nóż. Pobiegł za Bartkiem Dębskim. Pchnął go nożem, aż osiem razy. Twarz ofiary, wykrzywiła się w grymasie bólu.
Chciał krzyczeć, wzywać pomocy, ale Maciej przysłonił jego usta drugą dłonią. Słyszał jak krople ciepłej posoki spadają na twarde podłoże.
- Doigrałeś się skurwysynu…
~ Jak on może? Znamy się od piaskownicy, razem chodziliśmy do podstawówki, do liceum.
Wśród obskurnych murów, zabazgranych graffiti, odszedł na drugi świat... Ból odczuwał tylko na początku, później już tylko powoli usnął. Do kiedy starczało mu sił patrzył na swojego zabójcę. Już nie widział w tej postaci starego przyjaciela. Widział już tylko wrak człowieka, którego było mu żal.
Ludzie mówili później, że nikomu nie można życzyć gorszego końca. Gdyby znali wszystkie fakty, wiedzieliby ile prawdy było w ich słowach.
Na klepsydrze napisano,,bestialsko zamordowany, przez nieznanego sprawcę, kochany brat i syn”

15 lipca 1988 roku, przystanek autobusowy
na przedmieściach Poznania, godzina 20.26


- No dobra. To widzimy się jutro. Pamiętaj o tym sprawdzianie z biologii, bo później znowu zrobi wywiadówkę.
-To by było w jej stylu.- Po chwili namysłu dodał – ale mniejsza z tym, coś mi się przypomniało. Jutro jest impreza u Wojtka. Napiszemy ten sprawdzian, a potem urwiemy się z dwóch polskich i zdążymy jeszcze zostawić w domu wszystkie rzeczy. Chyba zdążymy?
-Jesteś geniuszem- jednocześnie parsknęli śmiechem- pani profesor będzie w siódmym niebie jak nie będzie nas na lekcji.
- Z całą pewnością – dodał naśladując głos polonistki.
Robiło się już późno. Zazwyczaj wracali ze szkoły o wiele wcześniej, ale bywały dni, kiedy jakoś nie mogli trafić szybko i skutecznie do domu.
- Muszę się zbierać, bo znowu mnie starzy ochrzanią...- Stwierdził z ponurą miną.
- Bo to sobie mały Bartuś nie umie wychować rodziców.- Odparł ironicznie – powiedz im, ze byłeś na dodatkowych zajęciach, bo jutro masz sprawdzian.
- Po raz drugi okazujesz się dzisiaj geniuszem- oznajmił beztrosko.-O! mój autobus już jedzie. No to cześć!
- Do jutra- po chwili namysłu krzyknął za biegnącym do autobusu przyjacielem - dzięki że pomogłeś mi się dzisiaj z tym zadaniem z fizyki! Gdyby nie ty na stówę dostał bym pałę!
- No i właśnie, dlatego ci pomogłem!. Nie ma sprawy. Do jutra - Ostatnie słowa wykrzyczał, gdy stał już na progu autobusu.
Skalski powolnym krokiem ruszył do swojego domu. Wiedział, że jego matka będzie zła, że tak późno wraca. Ale wcale nie żałował.
~ Zawszę się wścieka, a jak jej powiem, że byłem z Bartkiem to zaraz jej przechodzi. Chwile się powydziera i jej przejdzie.
Gdy się już przekonał do własnej myśli ruszył w dalszą drogę. Było tak jak przewidział.

16 sierpnia 1992 roku, Warszawa- Dworzec Centralny,
godzina 20.04


Pracownicy kolei wcześnie odkryli zwłoki studenta. Bezzwłocznie zawiadomiono policje.
Nawet doświadczeni funkcjonariusze byli wstrząśnięci brutalnością oprawcy. Ofiara siedziała oparta o ścianę, w ciemnej kałuży krwi. Na kurtce zmarłego było wiele śladów cięcia nożem. Szeroko otwarte oczy młodego człowieka zamarły jakby wpatrzone w jeden punkt.

*** *** ***

W czasie, gdy policja badała zwłoki niejakiego Bartłomieja Dębskiego, Maciej przeżywał radość,,odlotu’’. Pieniądze, które zabrał swojej ofierze, wystarczyły mu na kilka działek. Wziął wszystko na raz. Nie myślał o minionych wydarzeniach. Drżącymi dłońmi wstrzykiwał do krwi „wolność”.

Śmiech, radość, opętanie boskim uczuciem lekkości. Czas, który się zatrzymał. Czy w życiu trzeba czegoś więcej??

16 sierpnia 1992 roku, Warszawa- Sady Żoliborskie,
godzina 20.40


- Cześć, jestem już.- Zawołał od progu.
Czteroletnia dziewczynka o blond włosach pobiegła przywitać ojca powracającego do domu. Rzuciła mu się na szyję.
- A, ty córeczko jeszcze nie śpisz? Już jest przecież tak późno.- Spojrzał czule na małą istotkę, która wciąż się do niego tuliła.
- Czekałam na ciebie tatusiu.- Stwierdziła rzeczowo- Żebyś mi bajkę opowiedział, bo przecież ty opowiadasz najlepsze.- Rzekła tonem znawcy.
- A więc dobrze. Tata opowie ci ciekawą historyjkę.-Dodała Ania- a ja przegotuje kolacje.
Podeszła do męża i pocałował go w policzek. Dobrze, że już jesteś. Zaczekam na ciebie w kuchni.
Madzia zmęczona oczekiwaniem usnęła szybko. Wystarczyła tylko naprędce zmyślona historyjka o małej dzielnej dziewczynce o imieniu Magda. Zbyszek zawsze zastanawiał się skąd ma tyle pomysłów. Ojciec nakrył ją dokładnie ciepłym kocem i na palcach wyszedł z pokoju.
- Już śpi.- Powiedział zmęczony.
- Powinieneś kochanie mniej pracować- odrzekła zmartwiona - Magda tak rzadko cię widzi i tak bardzo tęskni.
- Od przyszłego tygodnia, będziemy mieli nowego pracownika i będę miał mniej papierkowej roboty.- Stwierdził zadowolony.
Ania objęła go i mocno się przytuliła. Podobnie jak ich mała córka wyczekiwała na jego powrót.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę. W szczególności, ze stało się coś wyjątkowego.- Zbyszek spojrzał na żonę z zainteresowaniem.
- Chciałam ci powiedzieć, ze jestem w ciąży.- Lekko się uśmiechnęła do męża.
Zbyszek bardzo się ucieszył na tą wiadomość. Wyczekiwał takiej informacji od dłuższego czasu. Od roku odkładał już nawet pieniądze, żeby kupić większe mieszkanie. Tego dnia zasnął z uśmiechem na twarzy.

17 sierpnia 1992 roku, w dalszym ciągu
Warszawa-Dworzec Centralny, godzina 5.25


Leżał w kącie, zatęchłej poczekalni PKP. Nie miał siły podnieść się na nogi. Wymiotował pod siebie, tak długo, dopóki pozostała sama żółć. W własnych wymiocinach, zwinięty w kłębek, trzymając podkurczone kolana czekał na kolejny dzień. Czekało go poszukiwanie pieniędzy żeby kupić, jak to określał „czegokolwiek, co daje kopa”. Pierwsze promienie światła, wdzierały się przez wąskie otwory w ścianie.
~ Dzisiaj muszę coś zorganizować, coś mocniejszego, to jest niedobry dzień…
Ból w żołądku i gorączka nie pozwalały mu jednak w dalszym ciągu na podjęcie jakichkolwiek kroków.

17 sierpień 1992 roku, centrum Poznania,
godzina 11.30


- Nie rozumiem, co się dzieje?! Szukają go już od dwóch tygodni, a teraz okazuje się, że Bartek nie żyje…
Twarz z wieloma zmarszczkami zmartwień, stała się jeszcze bardziej zeszpecona, czerwona, napuchnięta od łez.
- Ja tego nie zniosę, tylko on nam został. Nawet biednemu Tadziowi nie było dane żyć dłużej, ale on! On może mieć jeszcze wszystko. Też mu pewnie było ciężko, od kiedy zmarł mu ojciec, ale przecież ma nas.- Kobieta nie przestawała płakać, jej spazmatyczne łkanie wzruszyło córkę.
- Nie martw się, będzie dobrze…-odpowiedziała tonem, który miał dodać otuchy.
~ Będzie dobrze, to takie idiotyczne…, co by się nie działo zawsze w słowach pocieszenia słyszymy,, będzie dobrze”. A gdyby tak było, to...
- Zadzwoń jeszcze raz, może coś wiedzą, cokolwiek…
Stara, zmarnowana życiem matka zapłakała jeszcze głośniej i gwałtowniej.
- Mamo dzwoniłam już pół godziny temu, dalej nic nie wiedzą…- odpowiedziała załamana siostra Maćka.

17 sierpnia 1992 roku,
Warszawa-Agencja detektywistyczna Sherlock, godzina 16.50


- Chociaż jedna sprawa z głowy- powiedział usatysfakcjonowany szef agencji.- Dzięki za pomoc, Zbyszek. Gdybyś nie zadzwonił po tych z kryminalnej to mogłoby być ciężko. Papiery już też załatwione, odesłaliśmy na komendę wszystko, co trzeba. Możesz już iść do domu.
Marzył o tym od godziny. Był potwornie zmęczony i śpiący. Szare wnętrze budynku dodatkowo go przygnębiało. Jego przełożony również wyglądał jakby miał za chwilę usnąć przy biurku.
- Na pewno? Bo jak trzeba to ja zostanę jeszcze...
- Na pewno. Idź już, córka i żona na ciebie czekają.
Zbyszek spojrzał przez okno. Było równie szaro jak w biurze. Wieczór był wyjątkowo chłodny. Do tego wciąż kropił deszcz.
Zabrał swój czarny przeciwdeszczowy płaszcz i powolnym krokiem wyszedł z przygnębiającego pomieszczenia.
-Dobranoc szefie
-Dobranoc Zbyszku i jeszcze raz dziękuje.

17 sierpnia 1992 roku,
Warszawa-Dworzec Centralny, godzina 17.20


Chodził głodny, zmęczony, zaglądał do koszy na śmieci. Kilka razy schował się przed policjantami, którzy dzisiaj wyjątkowo często patrolowali okolicę dworca. Gdy teren był ,,czysty”, żebrał wśród oczekujących pasażerów. Nie dostał nawet złotówki. Jedynie starszy pan, poczęstował go swoim drugim śniadaniem.

*** *** ***

- No, cześć jedziemy dzisiaj, masz towar?- Zapytał zadowolony.
- Stary, nie mam kasy, jak coś wykołuje, to dam znać.- Mruknął.
- Ty nigdy nie masz,a potem i tak jakoś jest. Będę wieczorkiem, jak zwykle, trzymaj się Maciek.
-Do zobaczenia.- Wyszeptał zmęczony.
Michał student drugiego roku Akademii Fizycznej, zaczął oddalać się od kumpla, z którym,,dobrze się bawił”(jakkolwiek głupio by to nie brzmiało)
- A nie pożyczyłbyś mi dzisiaj? Jutro oddam, serio!.- Krzyknął za odchodzącym.
- Aż, tak przy kasie to ja nie jestem, nara!
- No, cześć…
Skalski po raz wtóry został skazany na,,poszukiwania”. Głód wciąż narastał. Było mu na przemian zimno i ciepło. Wszystko go irytowało.
~ Szybko cholera, wymyśl coś, no dalej…
Jednak żadne rozwiązania nie przychodziły Maćkowi do głowy. Dalsze próby żebrania nie przynosiły efektu. Nie miał już nawet niczego, co mógłby sprzedać. Jedyne, co miał to stare jeansy, czarną bluzę, która kiedyś była szara i skórzaną krótką kurtkę…

*** *** ***

- Niech pan pomoże, wystarczy kilka złotych…-zaczął łagodnym tonem.
- Już ja was znam, pijaki jebane, nic ci nie dam!- Warknął zniesmaczony.
- Ale to nie na wódkę…
- Odejdź człowieku, bo zadzwonię po policję!!- Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że nie żartował.
Kolejne próby i znowu, nic. Głód narastał, ale wciąż powtarzał sobie w myślach:


~ Teraz się uda, załatwię forsę i zaraz przygrzeje, będzie dobrze…
Gdzieś koło godziny siedemnastej był tak zrozpaczony, zmęczony i wygłodniały, że nie był wstanie kontynuować prób zdobycia potrzebnych funduszy. Leżał pod ścianą, zalany łzami bólu. Uciskający ból w okolicach żołądka i brak możliwości skupienia myśli choćby przez moment, osłabiały go nieustannie.
~ Już mi nikt nie chce pożyczyć, nie mogę… jak nie wezmę, to nie wiem, co będzie....
Wysiłki przy próbach wstawania nie przynosiły oczekiwanych efektów. Jego nogi uginały się pod ciężarem ciała. Brudne jeansy nie pozwalały na wyprostowanie nóg.
Gdzieś daleko jechał pociąg. Jeszcze go nie widział, ale już było słychać charakterystyczne dudnienie.
~ To, na co czekasz, odbierz sobie życie, nie męcz się więcej…
~ I racja dość tego. Skończę z tym, raz na zawsze! Myślał, że nie dam rady, a to się przeliczył dupek, już ja wiem, co mogę…
Maciek podjął niemal heroiczną próbę, dotarcia do torów. Czołgał się po popękanym betonie, usiłował iść na czworaka. Włożył w swoją ostatnią drogę wszystkie siły, jakie jeszcze miał.
~ Jest już późno nikt mnie nie zauważy, uda się…
I powiodło się, doczołgał się do upragnionego celu. Położył głowę, na torach. Palce u jego dłoni lekko drgały. Chyba jednak nie z powodu strachu, raczej z głodu. Tory niosły dźwięk metalowych kół lokomotywy i wagonów.
~ Boże czy bogowie, jeśli tylko jesteście, dajcie mi szybko umrzeć…
Ból zdawał się go przeszywać w całości. Ostatkami sił wyszeptał:
- Proszę, jedź już…nie chce więcej...
Ale on jak na złość wcale nie nadjeżdżał. Starał się go wysłuchiwać, ale ciągle nic. Głucha cisza, zakłócana jedynie niedającym się zapomnieć cierpieniem.
Wbił wzrok przed siebie, w najciemniejszy punkt tunelu. Pomarańczowe światła reflektorów zawieszonych u sufitu wyłowiły zbliżający się kształt.
Maciej spoglądał na wydłużający się cień. Zbliżał się miarowo, jak dudniący dźwięk niesiony przez stalowe tory.
W końcu zobaczył kroczącą postać w czarnym płaszczu. Przypomniał sobie wczorajszy dzień. Zmotywowany, niemal uskrzydlony, zachęcony iskierką nadziei, która była dla nie pożarem, zerwał się na równe nogi. Pobiegł za przybyłym człowiekiem. Ból nadal nie ustępował, ale teraz nie liczył się tak jak na torach. Wiedział, że może zrobić wszystko.
- Proszę zaczekać!!- Wychrypiał zmęczony.
Wyjął swój splamiony, zakrzepłą krwią nóż sprężynowy i szybko schował go za plecy, aby nieznajomy go nie ujrzał.
Pan w średnim wieku, odwrócił się w stronę wołającego.
- Tak, słucham?- Zapytał zniechęcony.
Skalski wyciągnął broń.
- Dawaj forsę skurwysynu!!
Nie mógł o tym wiedzieć, ale to nie była taka ofiara, jaką był jego przyjaciel…
Mężczyzna wyciągnął z kabury Glocka 18. Nacisnął spust, mierząc w stronę napastnika z nożem.
Maciej złapał się za brzuch, ciepła krew wylała się na jego białe palce.
Nieznajomy nacisnął spust po raz drugi, trzeci i czwarty. Miał niemal grobową minę, w chwili wystrzału nawet nie drgnęła mu powieka.
Maciek zatoczył szerokie koło i spadł na tory. Wciąż słyszał echo wystrzałów. Przeraźliwy, ogłuszający huk.
Dwadzieścia sekund później, nadjechał pociąg. Lokomotywa wraz z dziesięcioma wagonami relacji Szczecin-Kraków, przemknęła z dużą prędkością. Z ciała Maćka, nie zostało zbyt wiele…
Mężczyzna w czarnym płaszczu był oszołomiony, dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Gdy się otrząsnął i nieco ochłonął, zadzwonił po policję.


Epilog

Oto fragment artykułu, który ukazał się 19 sierpnia 1992 roku:


Dnia 17 sierpnia bieżącego roku,w godzinach wieczornych, na dworcu Centralnym w Warszawie doszło do tragedii, która wstrząsnęła całym krajem.
Dwudziesto trzy letni student Politechniki Warszawskiej, Maciej Skalski z Poznania, został zamordowany przez Zbigniewa K. Dokładne dochodzenie zostało wszczęte w dniu 18 sierpnia b.r.
Jak dowiedzieliśmy się z nieoficjalnych źródeł, podejrzany Zbigniew K. może być uznany za niepoczytalnego.


Magazyn,,Wydarzenia” 22 sierpnia 1992 roku:


W niniejszym artykule chcielibyśmy poruszyć temat zagrożeń, jakie czyhają na bezbronnych pasażerów w centrum Warszawy. W bieżącym miesiącu doszło do dwóch tragicznych incydentów na terenie Dworca Centralnego. W wyrazach współczucia łączymy się z rodzinami Macieja Skalskiego i Bartłomieja Dębskiego. Strata dwóch, inteligentnych młodych ludzi powinna poruszyć każdego. Przemyślmy sprawę i zabierzmy się za naprawę, to już najwyższy czas.


,, Głos Stolicy”, 25 wrzesień 1992 rok.


Dochodzenie w sprawie zabójstwa Macieja Skalskiego, które miało miejsce 17 sierpnia, dobiegło końca. W śledztwie dowiedziono winy oskarżonego, tj.
Zbigniewa K. Sąd postanowił wydać wyrok dożywotniego pozbawienia wolności, bez możliwości wcześniejszego, warunkowego opuszczenia zakładu karnego. Jak poinformował nas prokurator Tomasz Nowicki, wyrok jest prawomocny.

Według ustaleń sądu Zbigniew K. zaatakował bez powodu. Możliwym było,
(lecz nie jest to całkowicie pewne), iż Skalski, prosił oskarżonego o pomoc. W mowie końcowej, prokurator zaznaczył, że tolerowanie takich ludzi jak Zbigniew K. nie jest możliwym w ramach naszego społeczeństwa.” Człowiek, który oddaje cztery strzały do bezbronnego człowieka nie może przebywać na wolności.”- Podsumował sędzia prowadzący rozprawę.

Oskarżony sugerował, iż Maciej był pijany i agresywny. Według relacji świadka miał również w ręku nóż. Sekcja zwłok okazała się nie możliwa z powodu całkowitego zniszczenia zwłok, jakie zostały spowodowane przez jadący z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę pociąg. Nie odnaleziono również noża, o którym opowiadał Zbigniew K. Prokurator Nowicki powiedział w wywiadzie dla GS, że była to tylko” rozpaczliwa i nieprzemyślana próba oczyszczenia się z zarzutów przez oskarżonego.”

Skazany pozostawił na wolności dwie córki oraz żonę. Jak twierdzą przyjaciele Zbigniewa K. było on normalnym, spokojnym człowiekiem i nic nie wskazywało,
na to, że miałby jakiekolwiek większe problemy. Podobnego zdania jest rodzina.
Jednak, jak ustalił sąd, faktem jest, iż oskarżony trzydziestopięcioletni detektyw, pracujący w prywatnym biurze,,Sherlok” dopuścił się tego okrutnego czynu.

Po raz kolejny, chcielibyśmy złożyć kondolencje rodzinie Skalskich z Poznania.
Wielka szkoda tak młodego, tak zdolnego człowieka, jakim był Maciej. Sercem jesteśmy z wami. Polska młodzież solidarnie łączy się, aby uczcić tragiczną śmierć Maćka. Powinniśmy zrobić wszystko, aby zapobiec w przyszłości takim wydarzeniom.




Zbyszek dokończył żywota wśród murów zakładu karnego. Po pięciu latach usiłował powiesić się w swojej celi, jednak strażnicy zapobiegli temu.
Co mam do powiedzenia na koniec? Wszyscy trzej umarli w sposób wart pożałowania. Pamięć o nich przetrwała krótko, bo jedynie tyle ile trwa szał sensacji wywołany przez prasę i telewizję.




,,Sprawiedliwość jest prawdą w akcji.’’

Benjamin Disraeli








?








Ł.S

Grudzień 2006- Sierpień 2008

Data:

 grudzień 06-sierpień 08

Podpis:

 Carnesir. Ł.S

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=47158

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl