DRUKUJ

 

Już pod koniec dnia

Publikacja:

 08-08-07

Autor:

 Tołdii
- Gdzie jesteś?
- Właśnie dojechałem do Castoramy.
- Słuchaj, zobacz, czy nie ma tam gdzieś chleba. No i masło. Kup masło,
tylko nie żadne smarowidło masłopodobne!
- Ok, zobaczę. Na razie.
Zadzwoniła, gdy obmacywałem półki z narzędziami, bo oprócz narzędzi
i materiałów budowlanych, nic innego w tym sklepie nie można kupić.
Dostałem więc zadanie: przedostać się załadowanym samochodem z
Castoramy do Tesco i spełnić gorące życzenie Anny.
W pośpiechu i temperaturze owego życzenia zacząłem uwijać się z
zakupami, zgarniając z półek jedynie najpotrzebniejsze i mieszczące się
w wózku rzeczy. Sprawnie przeładowałem wszystko do auta i dopchałem
wózek do parkingowej stajni, aby odzyskać swoje ciężko zarobione 2 złote.
Parkingowy generator adrenaliny już na mnie czekał...
Zaczaił się, jak strażnik miejski na sikającego na trawnik psa i jego właściciela.
Nie mogąc zaklinować wózka w rzędzie, bo z nieznanych mi przyczyn nie
pasował on po prostu do całej reszty, pozostawiłem go obok i nachyliłem tak,
że dwa boczne koła wisiały w powietrzu. W ten sposób można przypiąć klamrę
łańcucha do blokady i wyciągnąć umieszczoną w niej monetę. Zdarzało mi się
już wykorzystywać taką technikę dokowania wózka i czyniłem to bez wyrzutów
sumienia, bowiem - darem losu - to właśnie mnie przyjdzie odpinanie go
kolejnym razem.
Dostąpiłem szczęścia - jeden market z głowy.

21:20 - Zostało trochę czasu, by sforsować bramy paskudnego, angielskiego
molocha. Drzwi przesuwne działają, jak należy - energii elektrycznej jeszcze im
nie odłączyli. Nawet dał się odczuć przyjemny powiew klimatyzacji zaraz przy
wejściu. Wietrzę podejrzenia, że udało im się sprzedać resztki aromatyzowanego
zabójczym odorem drobiu, skoro stać ich na utrzymanie pracy urządzeń.
Spokój i cisza w ciągach komunikacyjnych samu wzbudzały niepokój i zapowiadały
traumatyczny finał zakupów. Masy sztucznych, ubarwionych i naszpikowanych
obstrukcyjnymi konserwantami materiałów konsumpcyjnych, zwisając ponętnie
z półek, zachodziły rozkładającym letargiem.
Chleb był już mocno elastyczny, ale nie miałem wyboru. Pochwyciłem jeszcze
w biegu kostkę masła i opakowanie orzeszków pistacjowych dla urozmaicenia
sobie ciężkiego żywota.
Zapowiadający się koszmar dał się zauważyć już z głębi stoiska.
Czynne były tylko 3 kasy, a najbliższą (kasa do 10 artykułów) poprzedzała
kilkunastu metrowa kolejka. Popłynął pot z czoła. Ozdobił wiszącymi kropelkami
brwi i nos, a ściskane w dłoni masło zmieniało stan skupienia w błyskawicznym
tempie.
Zostałem skazany na dłuższe towarzystwo kolejkowych grubasów, penetrujących
namiętnie składowiska przecenionego żarcia o tej porze. Za mną gość w podobnej
sytuacji, dalej starsze małżeństwo, które głośnym szeptem manifestowało
sklepową drożyznę, a przede mną gość z dalekiego wschodu - tradycyjnie
niewielkiego wzrostu, niekształtny z twarzy Azjata (prawdopodobnie Koreańczyk).
Trzymał swe zakupy w małym woreczku, a w lewej dłoni telefon komórkowy,
którym bawił się bez przerwy, przytupując przy tym nerwowo swoimi krótkimi
nóżkami.
Kolejka przemieszczała swych uczestników w kierunku kasy z ledwo wyczuwalną
prędkością, a w niej moja filigranowa postać. Krople potu zaczęły wysychać, a
pod palcami czułem ciepłą, lepką, maślaną ciecz, która w tym momencie zaczęła
mi przypominać coś zupełnie innego, acz również organicznego - rozmarzyłem się...
- Przepraszam!!! - Niemalże męski, bełkotliwy głos rozsypał moje słodkie marzenia
po nierówno wykafelkowanej podłodze, dreszcze na plecach ugasił wstrząs
akustyczny.
Pokaźnych rozmiarów kobieta z jogurtem w ustach, wyglądająca, jak torba
wypełniona po brzegi popcornem, zbliżała się w w stronę naszej, prywatnej kolejki
z zawrotną prędkością, a przed nią wprawiony w ruch siłą ogromnych mięśni,
wózek załadowany kilogramami wszystkiego, co była w stanie wywęszyć.
Usłyszałem tylko łoskot kółek wózka za swoimi plecami, gdy się uchyliłem i świst
powiewającej sukienki pani z kolejki.
Po chwili - jak gdyby nigdy nic - wszystko wróciło do naturalnego rytmu,
długość kolejki rosła, część ludzi radośnie żegnała kasę, taśma przesuwała się
powoli, przenosząc rzeczy kolejkowiczów.
Przyszedł czas na Koreańczyka.
Znudzeni oczekiwaniem, wszyscy leniwie obserwowaliśmy otoczenie i wszystko,
co wędrowało na taśmę. Na podstawie zakupów tworzyliśmy w wyobraźni obraz
bieżących potrzeb każdego z nas. Młodzież z przodu zgarnęła do reklamówek
napoje, wędlinę, sztućce plastikowe. Pani za nimi odbierała sukcesywnie od
kasjera: nabiał, papier toaletowy, mrożonki, jakieś drobiazgi warzywne.
Monotonię przepływającego przez kasę asortymentu zwyczajnych potrzeb
przerwało zawiniątko Koreańczyka. Wyłożył 5 produktów: dwie duże paczki
prezerwatyw, dwa batoniki "LION" z orzechami i... krem "NIVEA".
Pan za mną i ja spojrzeliśmy na siebie odruchowo
Na diabła mu te batony z orzechami!? - wyczytałem w jego myślach.
Starsza pani tuż za nim nie umiała odczytać jego myśli, za to zerkała badawczo
na wyłożone na taśmie artykuły z otwartymi szeroko ustami, jakby chciała
wchłonąć owe batoniki głęboko oralnym kęsem.
Znad taśmy zaczął dobywać się intensywny zapach konsternacji i moralnego
niepokoju...
Nie wiem, czy moje paranormalne skojarzenia podzielało w 100% środowisko
kolejkowe.
Nie wiem, czy mój zmęczony organizm dotrwa do opuszczenia tego miejsca
i błogosławienia działających jeszcze drzwi wyjściowych?
Jest 22:35 - chcę do domu, pod prysznic i do łóżka...

Data:

 07.08.2008

Podpis:

 Tołdii

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=46976

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl