DRUKUJ

 

Dekatalog

Publikacja:

 08-02-03

Autor:

 krass
RAZ!

Wśród licznych wschodzących gwiazd Bastion wyróżniał się tym, że specjalnie nie posiadał żadnych talentów, był raczej brzydki i niezbyt rozgarnięty. Poza tym nie miał aspiracji w kierunku gwiazdorstwa. Prawdę mówiąc w ogóle nie miał żadnych aspiracji.

Urodzony w Brzegu Germańskim, połowę życia spędził na zbijaniu bąków i zapuszczaniu brody. Był milczkiem, wiele zwierząt sądziło nawet, że nie potrafi mówić. Potrafił, ale nie odzywał się, gdyż nie miał nic do powiedzenia. Nie umiał za to czytać ani pisać. Tak się złożyło, że rodzice nie posłali go do szkoły, a to z tego prostego względu, że oboje zmarli przy porodzie, natomiast Bastion sam z siebie wcale się do nauki nie rwał i już jako siedmiolatek postanowił zostać obibokiem. W tym celu uciekł z sierocińca dla ubogich sierot i opuścił Brzeg Germański, ukryty w worku z paszą dla świń na pace pewnej rozklekotanej ciężarówki.

W wieku siedmiu lat Bastion znalazł się w lesie, do którego zawitał wyskoczywszy uprzednio z worka z paszą dla świń i paki pewnej rozklekotanej ciężarówki.

W lesie niełatwo być obibokiem, uwierzcie mi. W końcu trzeba coś jeść, mieć gdzie spać i tak dalej. Bastionowi zupełnie nie podobało się, że musi zbierać grzyby i jagody, żeby móc zaspokoić apetyt. Nawet do głowy mu też nie przyszło, żeby postarać się coś upolować - w tym celu musiałby przecież wykonać szereg czynności, które złożyłyby się na powstanie procy, łuku, karabinu maszynowego MG 34, czy czegoś w tym stylu. A poza tym, do kurwy nędzy! - chłopak miał dopiero siedem lat!

Mimo tego potrafił sprytnie rozwiązać swój problem. Pewnego dnia natknął się na spiżarnię dzikich wiewiórek, którą zaanektował bez pardonu i problemu. Gdy skończyły się piaskowe orzechy, poszukał innej spiżarni. I znalazł - roczne zapasy stada dzikich wieprzy, które jednakże nie oddały swych zbiorów bez mrugnięcia okiem. Rozgorzała walka, wieprze były wściekłe. Zresztą, kto by nie był. Summa summarum Bastionowi w końcu udało się zająć spiżarnię, co przypłacił jednak utratą oka, ucha, ręki i nogi; zyskał za to bezcenne doświadczenie i postanowił nigdy więcej nie wdawać się w walkę z czymś większym od szarawego zajęca.

Mijały lata, a Bastion byczył się - tak jak chciał. Jadał zajęte zwierzęce zapasy, pijał wodę ze źródła i całymi dniami lenił się, nie obciążając nawet specjalnie mózgu jakimś nadmiernym myśleniem, czy czymś w tym rodzaju.

Zapytacie pewnie jakim cudem nie zamarzł na śmierć podczas mroźnych zimowych nocy? Nie wiem, jak Boga kocham, nie wiem.

Pewnego dnia, gdy Bastion leżał jak zwykle pod drzewem, przeżuwając leśną sałatkę, którą zrabował pewnemu lisowi palczastozębnemu, z błogiego stanu otępienia wyrwały go ludzkie głosy.

- No i gdzie te grzyby? - mówił głos cienki, piskliwy, trudny do zniesienia - Mówiłeś, że tu będą. Że całe masy prawdziwek; że trzeba będzie ciężarówkę pożyczyć od Kosmowskiego.
- Nie prawdziwek - odparł głos niski, basowy, zupełnie odmienny od poprzedniego - tylko borowników. I mów ciszej, proszę, bo je przepłoszysz.
- Grzyby mu przepłoszę! - piszczał dalej pierwszy głos, tylko głośniej - Nie ma ani prawdziwek, ani borowników, ani nawet kurki podwórkowej. Jedyne, co znaleźliśmy, to jeden marny rudy rydz! Sam będziesz świecił oczami przed sąsiadami, ja wyjeżdżam do matki co najmniej na miesiąc.
- I bardzo dobrze - odparł drugi głos.
- Tak? Tak? - rozwrzeszczał się pierwszy głos, już na dobre - Ja wyjadę, a ty się będziesz łajdaczył z tymi swoimi kurwiszonami! Niedoczekanie twoje - nigdzie nie wyjeżdżam!
- Jak uważasz...
- Tak właśnie uważam! Nigdzie nie pojadę, ale do domu też nie wrócę, żeby świecić oczami przed sąsiadami! Pojechali na grzyby, jak głupcy w środku wiosny i wracają z niczym! Będziemy pośmiewiskiem dla całego bloku. I okolic!

Drugi głos nic nie odpowiedział i zapanowała cisza. Bastion w tym czasie zakopał się pod liśćmi z poprzedniej jesieni, które trzymał na podobną ewentualność (nie był całkiem głupi - po prostu był mało rozgarnięty, ot co).

Cisza panowała nadal. I znowu.

I jeszcze trochę.

Bastion wygrzebał się w końcu z liści i wychynął zza drzewa, by stwierdzić, że intruzi już się oddalili. Mógł to jednak stwierdzić jedynie połowicznie. Jednego intruza już co prawda nie było, ale drugi pozostał i w ciszy coś zakopywał podręczną łopatą. Bastion ucieszył się, sądząc, że może być to coś dobrego do jedzenia. Od dwunastu lat, czyli od momentu przybycia do lasu, nie miał w ustach niczego innego niż piaskowe orzechy, szyszkowe marchewki, jagódki niewygódki, leśne sałatki i inne dodatki.

Intruz, ogromny człowiek z wielkim brzuchem i kędzierzawą czupryną skończył w końcu zakopywać to, co zakopywał. Z zadowoleniem pokiwał głową i pisnął pod nosem:

- Przynajmniej będę mogła teraz powiedzieć, że nazbieraliśmy całe mnóstwo prawdziwek, borowników, muchogrzybków i gąsieniczków, ale pechowo męża porwali kosmonauci z Marsa razem z tysiącami skrzynek grzybów, które nazbieraliśmy.

A potem intruz wrzucił łopatę do dziupli w drzewie, zabijając tym samym niechcący puchnacza i jego kochanka - sowizdrzała, i w końcu sobie poszedł.

Bastion odczekał jeszcze dla bezpieczeństwa kilkanaście lat, a potem w radosnym podnieceniu odkopał to, co intruz zakopał. Jakież było jego rozczarowanie, gdy zamiast czegoś dobrego do jedzenia, znalazł kupę kości i zegarek.

Mijały kolejne lata, które upływały Bastionowi na zbijaniu bąków i zapuszczaniu brody. Trzeba przyznać, że i w jednym, i w drugim Bastion osiągnął mistrzostwo Europy. Potrafił zbić bąka jednym celnym rzutem szyszką, rzecz jasna jeśli akurat miał ją pod ręką, z odległości czterystu metrów, przy przeciwnym wietrze, zawierusze, trzęsieniu ziemi i nasileniu grawitacji ziemskiej. Co do brody Bastiona, to osiągnęła ona rekordową w Europie długość - dwudziestu czterech i pół metra.

Był tylko jeden człowiek na świecie, który miał lepsze osiągi w obu konkurencjach. Mowa o niejakim Plastronie, mieszkańcu amazońskiej dżungli, który zbijał bąka z odległości blisko pięciuset metrów, a jego broda mierzyła dwadzieścia sześć metrów.

Swoją droga to dość interesujące, że rekordy świata i Europy we wspomnianych dziedzinach należą do mężczyzn o imionach Bastion i Plastron.

Z tym, że z brodą mogłoby się jeszcze wszystko zmienić. Plastron bowiem miał wkrótce umrzeć, zabity przez szalonego pumoskoczka i jego zarost miał zaraz potem przestać rosnąć. Bastion miał za to żyć jeszcze dosyć długo.

Ale zanim pobił rekord świata - zgolił brodę.

Bastion i Plastron nigdy się nie spotkali. Między nami mówiąc, nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu.

Ani o konkurencjach, w których uczestniczyli, zdobywając mistrzostwa kontynentu i globu.

Pewnego, krytycznego dnia Bastiona obudziło szczekanie psa. Od razu poznał, ze nie miał do czynienia z odgłosem jaki wydaje zwykły leśny pies, ani tym bardziej wilkołak ściółkowy. Nie, było to zupełnie inne szczekanie - pewne siebie, głupkowate, miejskie, bezcelowe i zupełnie nie na miejscu. Bastion natychmiast zakopał się w liściach z przyszłej jesieni. Niewiele to jednak pomogło, gdyż szczekanie zbliżało się i zbliżało, a potem jeszcze bardziej i bardziej. W końcu zbliżyło się na tyle, że Bastion musiał zasłonić sobie jedyne ucho jedyną ręką, w przeciwnym wypadku niechybnie by ogłuchł od tego szczekania. Na domiar złego pies zaczął kopać w liściach i wkrótce na twarzy Bastiona znalazł się język dość przyjaźnie nastawionego do obcych ludzi psa imieniem Proboszcz.

Bastion próbował z powrotem się zakopać, ale Proboszcz zupełnie nie rozumiał jego zamiarów i bardzo mu ich realizację utrudniał, drapiąc go przyjaźnie pazurami i wesoło wgryzając się w twarz. W końcu Bastion dał za wygraną i przestał się zakopywać. W tym samym momencie Proboszcz dał sobie spokój z drapaniem i gryzieniem. Trwali nieruchomo blisko pięć godzin. W końcu psu się znudziło i już zamierzał odejść, a Bastion ucieszył się bardzo z tego powodu, gdyż mógłby wrócić do swej bezpiecznej wegetacji, gdy obaj usłyszeli głos:

- Proboszcz! Proboszcz, skurwysynie, gdzie żeś się podział?

Po tych słowach oczom Bastiona i Proboszcza ukazała się postać w przebraniu leśniczego, na widok której pies poderwał się i usłużnie zasalutował.

- A coś ty tam wygrzebał, stary skurwysynie? - zwrócił się do Proboszcza mężczyzna, patrząc jednak na Bastiona.
- Hau, hau - zaszczekał w odpowiedzi pies, co prawdopodobnie miało oznaczać „to leśny człowiek, znalazłem go i odkopałem!”, ale zabrzmiało jak zwykłe, bezsensowne psie szczeknięcie, tyle że tzw. zdublowane.
- O, leśny człowiek - zdziwił się mężczyzna - To świetnie, że go znalazłem!
- Hau, hau - wtrącił Proboszcz, co miało zapewne oznaczać sarkastyczne „tak, ty go kurwa znalazłeś!”, ale zabrzmiało bardzo podobnie do poprzedniego zdublowanego szczeknięcia.

A potem, wbrew protestom Bastiona, które wyraził poprzez przyspieszone mruganie jedynym okiem, mężczyzna związał go, wsadził do worka, przerzucił sobie przez ramię i wyniósł z lasu.

I tak skończyła się leśna przygoda Bastiona.

Jego życie miało się jednak toczyć dalej.

Z tym, że po innej pochylni.

Bardziej stromej, powiedziałbym.

Ale też bardziej najeżonej kolcami.

Czy coś w tym stylu.

DWA

Pierwszy telewizyjny wywiad, jakiego udzielił Bastion był bardzo krótki. Prowadzący zdążył zadać tylko jedno pytanie, gdy Bastion siedział już zakopany pod kupką liści, które zawsze nosił na wszelki wypadek w kieszeni. Był bardzo płochliwy.

A szkoda, bo wyglądał całkiem nieźle. Już dawno go ostrzyżono, ogolono, doszyto mu nową rękę, nową nogę i nowe ucho, przeszczepiono mu z centralnej powierzchni między pośladkami nowe oko i tak dalej. Ubrano go również elegancko i poproszono o ładne wysławianie się, gdy okazało się, że potrafi mówić.

Cóż z tego jednak, skoro Bastion, zanim zakopał się w liściach, powiedział tylko jedno słowo:

- Ugh.

Mimo tego otrzymał gromkie brawa i stało się dla wszystkich jasne, że Bastion jest postacią niezwykle medialną. Istnym zwierzęciem telewizyjnym.

Podczas kolejnych wywiadów, udzielanych mass mediom, Bastion powoli rozkręcał się, mówiąc kolokwialnie. Mówiąc mniej kolokwialnie - oswajał się z nową rzeczywistością, nabierał odwagi i równocześnie zaczynał powoli tęsknić za spokojnym, leśnym życiem.

W jednym z wywiadów Bastion opowiedział historię, która przed laty wydarzyła się w lesie, a dotyczyła pary, która zakłóciła jego spokój, poszukując grzybów. Jakież było zdumienie prowadzącego, zgromadzonej w studiu publiczności i milionów telewidzów, gdy okazało się, że bohater programu opisuje ,ni mniej ni więcej, morderstwo dokonane z zimną krwią.

Tuż po zakończeniu talk-show organa ścigania uruchomiły odpowiednie procedury, sprawdziły wiarygodność słów Bastiona, odkopując w lesie szczątki pechowego grzybiarza i aresztując domniemaną sprawczynię przestępstwa. Wkrótce odbył się proces, w wyniku którego oskarżona została skazana na powieszenie przez rozstrzelanie, a Bastion został okrzyknięty Leśnym Detektywem.

Jego kariera nabierała rozpędu. Jego gwiazda świeciła coraz jaśniej. Był zapraszany do najbardziej prestiżowych klubów, bywał na najważniejszych galach i koncertach, gościły go największe sławy polityki, szołbiznesu, sportu i rekreacji.

Bastion na tyle oswoił się z nowym życiem, że zaprzestał nawet noszenia ze sobą liści, pod którymi mógłby się w razie czego zakopać.

Coraz bardziej też pragnął wrócić do lasu.

TRZY

I wrócił.

Ale co z tego, skoro sztab dziennikarzy, policji i amatorskich poszukiwaczy odnalazł go zanim ten zdążył ściągnąć spodnie od garnituru, aby czuć się w lesie swobodnie, i sprowadził z powrotem do, hę, normalnego życia.

CZTERY

Mijały lata, a popularność Bastiona nie malała. Trudno to sensownie wytłumaczyć, niemniej jest to niezaprzeczalny fakt. Ludzie uwielbiali swojego Leśnego Człowieka, Leśnego Detektywa, Leśnego Śpiewaka (Bastion za namową wytwórni płytowej Warner Sisters nagrał kilka rekordowo sprzedających się singli), Leśnego Skoczka (zupełnie przypadkowo okazało się, że Bastion potrafi wysoko skakać, dzięki czemu na paraolimpiadzie w Antenach w konkurencji skoku wzwyż zajął osiemdziesiąte dziewiąte miejsce), Leśnego Poetę (napisał najkrótszy i najbardziej treściwy wiersz w historii liryki, zatytułowany „Las”; cytuję: Las pas), czy Leśnego Jebakę (był podobno świetny w łóżku - istna bestia, jak twierdziły kobiety, które miały z nim do czynienia).

Bastion mieszkał na przemian w kilkudziesięciu rezydencjach, których stał się właścicielem, rozmieszczonych w najbardziej malowniczych zakątkach świata.

I nie potrafił zaznać spokoju.

Tak to już czasem bywa.

PIĘĆ!

Pewien mały chłopiec, zapytany kiedyś przez ojca kim chciałby zostać, gdy dorośnie, odparł:

- Jezusem Chrystusem.

Dostał za to straszne lanie, w wyniku którego zmienił zdanie. Zapytany o to samo później, zwykł odpowiadać:

- Leśnym Człowiekiem.
Albo:
- Leśnym Detektywem.
Lub też:
- Leśnym Śpiewakiem.
- Leśnym Poetą.
- Leśnym Skoczkiem.
A w skrajnych przypadkach:
- Leśnym Jebaką.

I tak dalej.

Podobne przypadki zdarzały się nagminnie.

***

W salonach tatuażu smoki, tygrysy, serca, róże, wzory celtyckie i tzw. tribale przestały być najpopularniejszymi wzorami, które chcieli uwiecznić na swych ciałach klienci tychże salonów. Najchętniej tautowali sobie podobiznę Bastiona, ewentualnie zdobiony ornamentami dziko-roślinnymi napis „Leśny Człowiek”, „Leśny Detektyw”, „Leśny Śpiewak”, „Leśny Poeta”, „Leśny Skoczek”, a w skrajnych przypadkach „Leśny Jebaka”.

I tak dalej.

***

Niemal całkowicie zaprzestano nadawania nowonarodzonym dzieciom tradycyjnych imion. Zamiast tego chrzczono niemowlęta podwójnymi imionami: Leśny Człowiek, Leśny Detektyw, Leśny Śpiewak, Leśny Poeta, Leśny Skoczek, a w skrajnych przypadkach Leśny Jebaka.

I tak dalej.

***

Najbardziej popularnymi programami telewizyjnymi, radiowymi itp. były te z udziałem Bastiona. Najlepiej sprzedawały się książki, które opisywały jego życie, a rekordy sprzedaży pobiła autobiografia Bastiona (podyktował ją sztabowi zatrudnionych specjalnie do tego celu najlepszych pisarzy i dziennikarzy).

Wszystko co naj wiązało się z Bastionem.

Dosłownie wszystko: nawet na największych cyckach świata (ok. 250 cm obwodu, ponad 30 kg wagi), należących do pewnej kobiety z Puerto Richard, widniała wytatuowana podobizna Bastiona.

I tak dalej.

***

I jeszcze dalej.

***

Itp.

***

Prawdę mówiąc doszło do tego, że niemal w każdym wydaniu wiadomości można było przeczytać lub usłyszeć informacje o Bastionie. Czasami naprawdę mało istotne.

Typu: „Leśny Człowiek pierdnął”.

Itp.

SZEŚĆ...

Była tylko jedna osoba na całym świecie, która nie uległa szaleństwu na punkcie Bastiona. Był to niejaki Festiwal, mieszkaniec poniemieckiej wioski na południowym zachodzie. Z zawodu był on inżynierem basowego dźwięku, jednak pracował jako felietonista w jednej z nieistniejących, wyimaginowanych gazet, jakich na południowym zachodzie pełno.

Festiwal nie tylko nie uległ szaleństwu na punkcie Leśnego Człowieka, ale twierdził nawet, że nie ma w nim niczego takiego, czym warto byłoby sobie zaprzątać głowę, nie mówiąc już o uleganiu szaleństwu na jego punkcie.

Kimże on jest? - pytał retorycznie Festiwal w jednym z wyimaginowanych felietonów - Co takiego osiągnął, co odróżniałoby go od setek gwiazdek popu, które nie mają do zaoferowania nic, poza jednym przebojem sezonu? Skąd bierze się fenomen Leśnego Człowieka?

Bastion kiedyś umrze - prorokował w tym samym felietonie Festiwal - A wtedy okaże się, że na jego nagrobku nie będzie czego napisać, poza tym, że całe życie się lenił lub próbował się lenić, a ludzie z niewiadomych powodów pokochali go za to.

Bastion, gdyby przeczytał ów felieton, zgodziłby się z nim w stu procentach. Ale po pierwsze nie potrafił czytać, a po drugie Festiwal, zanim zdążył go opublikować, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, ukamienowany wcześniej przez tłum rozszalałych wielbicieli Leśnego Człowieka.

SIEDEM

Bastion wielokrotnie próbował uciekać do lasu. Raz nawet zaszył się w amazońskiej dżungli (niestety długo po śmierci Plastrona, więc, tak jak wspominałem, nie dane im było się spotkać). Niestety, za każdym razem tłum dziennikarzy, organów ścigania i zwykłych fanów-poszukiwaczy, odnajdował Bastiona i sprowadzał z powrotem do, hę hę, normalnego życia.

Leśny Człowiek stał się zatem bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Sława ciążyła mu, a zamieszanie wokół jego osoby - męczyło do granic wytrzymałości. Prawdę mówiąc w przeddzień swoich którychś z kolei urodzin, Bastion był bliski popełnienia skrytobójstwa na swojej osobie. Niestety, był na tyle mało rozgarnięty, że jako sposób wybrał otrucie się kilogramem świeżych mandarynek, co odniosło skutek niewielki, poza rzecz jasna dostarczeniem organizmowi odpowiedniej dziennej dawki witaminy C.

Życie bywa jednak przewrotne. Właśnie w chwili, gdy Bastion sądził, że nie ma już dla niego ratunku, ów ratunek pojawił się ni stąd ni zowąd, ani nie zapowiedziany, ani nie spodziewany.

Było to pewnego zielonego poranka. Słońce świeciło jak zwykle o tej porze dnia i roku, a monsuny i tajfuny szalały poza zasięgiem wzroku i wiedzy Leśnego Człowieka. Bastion, jak co rano, próbował nic nie robić, gdy rozdzwoniły się telefony, jego rezydencję zaczęli oblegać dziennikarze, wielbiciele itp., a wielkie megafony zamontowane w sypialni wrzeszczały słowa uwielbienia pod jego adresem oraz cytowały jeden jedyny wiersz, jaki Bastion kiedykolwiek napisał - „Las”.

Bastion, jak co rano, pomyślał, że dobrze byłoby zakopać się w liściach, ale wiedział doskonale, że żadnych liści w pobliżu nie ma, gdyż wiele lat temu, od momentu gdy dał się oswoić, przestał je ze sobą nosić.

Bastion, jak co rano, pomyślał też, że chciałby z powrotem znaleźć się w lesie i w spokoju zbijać bąki.

Po raz pierwszy w życiu jednak powiedział to na głos.

I wtedy z wielkiego akwarium, które Bastion otrzymał w prezencie od Ministra Wędkarstwa i Rybołówstwa, wraz z parą kadłubków (nonmanus nonpes), dawno zresztą zdechłych na amnezję, dobiegł głos złotej rybki, która zalęgła się w akwarium szczęśliwie właśnie tego poranka.

- Czy to jest twoje życzenie? - zapytała złota rybka (carrasius auratus) głębokim basem, nad którym zresztą pracował Ś.P. Festiwal podczas studiów naocznych.

Bastion nie zdziwił się. Był na tyle mało rozgarnięty, że nie wiedział czy ryby mówią czy nie, a tym bardziej czy spełniają życzenia, czy też ich nie spełniają. Już miał odpowiedzieć twierdząco, gdy zakrztusił się własną śliną i zamiast „tak” wyszło mu coś w stylu:

- Błeee.

Złota rybka wzruszyła płetwami.

- Jak sobie chcesz. Wobec tego spełnię następne życzenie, jakie wypowiesz na głos. Tylko jedno - dodała - bo to jakaś bzdura, że złote rybki spełniają trzy życzenia. Chyba, kurwa, w bajkach!

Bastion skończył krztusić się śliną (co chwilę trwało, bo ślinę miał wyjątkowo twardą, jak na tak stosunkowo niewysokiego człowieka), gdy w oknach pękły szyby i do pomieszczenia wlał się tłum dziennikarzy oraz wielbicieli. Przerażony Bastion próbował zakopać się pod własnymi włosami, bo niczego innego nie miał pod ręką, ale zapomniał, że kilka lat temu zaczął poważnie łysieć.

Tłum obległ Bastiona i zasypał go pytaniami oraz wyrazami uwielbienia. W wyniku nacisku, z nosa Leśnego człowieka popłynęła strużka nafty. Jego oczy zbladły, a język wysuszył się na wiór.

I nagle coś w Bastionie pękło. Była to kość skokowa. Rozwścieczyło to Leśnego Człowieka na tyle, że ostatkiem sił, przezwyciężając ból w złamanej nodze, wyskoczył wysoko ponad tłum i wrzasnął:

- A wypierdalajcie wszyscy na Galaretos i dajcie mi święty spokój!!!

I złota rybka spełniła jego życzenie. Oczywiście tylko pierwsze, ale o tym za chwilę.

***

Rzecz jasna nie istniało nic takiego jak Galaretos (Bastionowi być może chodziło o Galapagos, o którym opowiadał mu kiedyś pewien wielki, nieżyjący amerykański pisarz germańskiego pochodzenia - jeden ze spisujących jego autobiografię), a przynajmniej nie było żadną znaną złotej rybce nazwą geograficzną, w związku z czym musiała je na potrzeby życzenia Bastiona stworzyć.

I stworzyła.

Galaretos stało się więc w jednej chwili łańcuchem wysp, odpowiednio dużych, by pomieścić wszystkich ludzi świata, za wyjątkiem Bastiona rzecz jasna. Tym sposobem ponad 6 miliardów ludzi znalazło się zupełnie dla siebie niespodziewanie na kilkudziesięciu wyspach gdzieś w środkowej części Oceanu Atlantyckiego.

A Bastion miał w końcu spokój.

Przynajmniej przez jakiś czas.


***

A konkretnie do chwili, gdy ludzie na Galaretos ochłonęli z szoku i zaczęli budować mniej lub bardziej udane tratwy, którymi części z nich udało się dostać do Argentyny. Potem już było z górki. Znalezionym na lotnisku w Rio Gallegos samolotem pasażerskim (na jednej z tratw znajdował się pilot) przetransportowano pierwszą część chwilowych mieszkańców Galaretos na kontynent, a następnie wszelkimi sensownymi środkami transportu (statki, samoloty, rowery wodne) przywrócono domom, chatom, tipi, szałasom, igloo, wariatkowom, podmostom itd. ich mieszkańców.

Trwało to kilka miesięcy.

Jak wspomnieliśmy, złota rybka, tak jak zresztą obiecała, spełniła tylko jedno życzenie Bastiona - to, dotyczące wypierdolenia wszystkich na Galaretos.

Święty spokój Bastiona był natomiast już jego drugim życzeniem.

***

Bastion spędził kilka cudownych miesięcy na zbijaniu bąków w lesie. Pozbawiony ubrania i środków czystości czuł się wolny i był wolny. Ale co z tego, skoro w końcu para podróżników-poszukiwaczy odnalazła podściółkową kryjówkę Leśnego Człowieka i przywróciła go światu.

OSIEM

Szaleństwo na punkcie Leśnego Człowieka przybrało teraz na sile. Oprócz tego bowiem, że był przecież Leśnym Człowiekiem, a także Leśnym Detektywem, Leśnym Śpiewakiem, Leśnym Poetą, Leśnym Skoczkiem i Leśnym Jebaką, stał się teraz kimś stokroć potężniejszym - Leśnym Bogiem. Któż inny bowiem jak Bóg potrafiłby w jednej chwili za pomocą mocy swych słów jedynie, przenieść ponad 6 miliardów ludzi na, nieistniejący na dodatek wcześniej, archipelag?

I tak Bastion - powiedzmy sobie szczerze, jakkolwiek by nie wydało się to ironiczne - na własne życzenie, miał mieć teraz, mówiąc kolokwialnie, przesrane podwójnie. Mówiąc mniej kolokwialnie wychodzi na to samo. Leśny Bóg nie miał już bowiem ani sekundy spokoju, a lenić to się mógł tylko w snach, które zresztą przestały mu się śnić od momentu ponownego powrotu z lasu.

Życie Boga stało się teraz prawdziwym piekłem.

DZIEWIĘĆ

Bastiona - mimo tego, że był dość mało rozgarnięty - naszła jednak kiedyś pewna myśl. Gdyby znalazł jakąś inną złotą rybkę, która zgodziłaby się spełnić choćby jedno jedyne jego życzenie, wiedziałby czego sobie życzyć. Wystarczyło, że raz spaprał sprawę.

Od tej pory zaczął poszukiwać złotej rybki. Ta jego, w akwarium, nie przemówiła już więcej - być może też dlatego, że zaraz po powrocie Bastiona do rezydencji zdechła, rażona prądem morskim, który nie wiadomo skąd zalęgł sie w akwarium.

Leśny Bóg szukał złotej rybki w bardzo amatorski sposób. Zaglądał pod łóżko, grzebał w śmieciach, raz nawet otworzył sobie żyły, aby sprawdzić czy coś w nich nie pływa. Umówmy się, gdyby nie dopisało mu szczęście, nigdy by złotej rybki nie znalazł.

Ale szczęście mu dopisało. Bo jak inaczej nazwać fakt, że Bastion znalazł w końcu złotą rybkę w puszcze ze szprotkami?

Była to co prawda złota rybka innego gatunku niż ta pierwsza, ale też spełniała życzenia, o czym Bastion dowiedział się wkładając ją do ust nadzianą na widelec.

- Nie zjadaj mnie - powiedziała złota szprotka (sprattus auratus) - a spełnię jedno twoje życzenie.

Bastion nie posiadał się z radości. Rzecz jasna natychmiast ściągnął rybkę z widelca i wrzucił ją do niezamieszkanego przez nikogo akwarium.

Nie musiał długo zastanawiać się nad życzeniem, gdyż znał je już na pamięć - tak długo je sobie powtarzał, żeby tym razem nie palnąć jakiegoś głupstwa.

DZIESIĘĆ

- Niech mam święty spokój - zażyczył sobie Bastion.

I umarł.

Data:

 po śmierci Bastiona

Podpis:

 Krass

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=43207

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl