DRUKUJ

 

Ostatnia kolonia

Publikacja:

 07-11-01

Autor:

 Domelek
Rozdział 1-Wyjazd

To czego zawsze się obawiałem czyli zjawisk paranolmalnych prześladowało mnie przez całe moje życie aż do czasu gdy strach zmienił się w ciekawość i dzięki niej pogłebialem tajniki okultyzmu.
Myślałem ba, byłem pewny ,że jest to całkiem bezpieczny precedens.Moje nastawienie zmieniło się owego późnego wieczoru w zapadłej mieścinie gdzie postanowiliśmy wywołac cholerne duchy.Dzięki mojej wiedzy okultystycznej stało się jasne ,że to nie będzie zabawa tylko pełnowartościowy seans spirytystyczny.
I to właśnie sprawiło ,że uciekaliśmy stamtąd jak jakieś wysztraszone,spłoszone zwierzęta ...
o o o
No ale zacznijmy od początku.Jestem Andzej Ponde.Mam 15 lat i ok. 175cm wzrostu.Mam włosy o kolorze ciemny blond choć trzeba zauważyć ,że gdy byłem młodszy były super jasne niczym tlenione.Nigdy nie byłem uważany za jakiegoś rambo a mój lalusiowaty wygląd sprawiał że nie byłem choćby godny dostać w pierdol.Jednak wielu się na tym przejechało i z tego jestem dość dumny.Chciałbym żeby była jasność i nie będe opisywał tu moich heroicznych wyczynów bo ich nie było.Choć okultyzm zobowiazuje do jakiegos typu ubrań dla mnie nie miało to żadnego znaczenia.Nosiłem się najczęściej w niebieskich jeansach i jakiejś koszuli w krate,oczywiście rozpiętej.
Kolonia przewidziana została na 31 czerwca a więc miałem troche czasu się przygotować. Codzienne wyprawy do bibloteki były u mnie normalne gdyż poszukiwałem wczystkiego choć troche wspólnego z okultyzmem i wiedzą tajemną.
Biblotekarka była trzydziestoletnią melomanką i gdy wychodziła jakaś książka którą warto przeczytać ona zawsze miała ją pierwsza i z brakiem skromności mówiła każdemu ,że nigdy nie przeczyta tyle książek co ona.Różniła się jednak od zastępu starych nudnych biblotekarek bo prowadziła dwa życia.W ciągu dnia siedziła w biblotece miała właczone radio i popijała kawkę bez cukru.Ubrana zazwyczaj w to samo czyli wytarte jeansy i koszulke z napisem "Nienawidze sportu-kocham książki" grzecznie witała kazdego i stanowczo przestrzegała przed hałasem.Nie miała żadnej pomocniczki bo liczyła tylko na siebie.Natomiast w nocy była kimś zupełnie innym.Ostro wymalowana i wyzywająco ubrana w różowa bluzeczke z ogromnym dekoltem i spódniczke mini bawiła sie w mało popularnych klubach trójmiasta.Skąd o tym wiem?Bo ja sam często bywałem w klubie"Non Stop".Mało osób znało ta tajemnice i właśnie dla nich była najmilsza i często dzięki niej zdobywałem ksiązki mówiące o magii.
Na każdej mojej ścianie było po kilka pentagramów i rożnej maści magicznych alfabetów.Nikt z rodziny (no może poza siostrą) nie pochwalał moich zainteresowań i do tego głośno je krytykowali.Powstrzymać mnie nie mogli.
Nie dziwie się ,że próbowali gdyż mój ojciec ,niezbyt wysoki brunet,choć widać było już ślady siwizny ale to nie dziwiło bo miał 47lat,kochał tylko rzeczywistoś.Nienawidził fantasy czy s-f i gdy film z podobnego gatunku ukazywał sie w telewizji od raz zmieniał kanał głośno go komentując.Był chrześcijaninem i chyba potrzebował tej wiary.Jako jedyny w domu wyznawał jakaś religie nie licząc tego ,że ja byłem do niej zmuszany.
Matka nie była lepsza tyle ,że ona nie posiadała wiary w Boga.Wieczorami czytała książki,szybciej nie miała czasu bo najpierw praca potem dom czasem w innej kolejnośni bo to zależało od zmiany w pracy.Miała 44lata i długie ciemne włosy starość jednak jej nie oszczędziła i nak czasu wyry znaki 44lat na jej twarzy.
Pamiętam kiedy pierwszy raz do mojej ręki wpadła książka okultystyczna.Wiem ,że nie był to żaden ważny tom tylko poprostu podstawowy podręcznik z głównymi informacjami.On mnie zainspirował do zagłębniania tajników sztuki tajemnej.Tylko po co go wypożyczyłem.Bo moja ulubioną książka był wszystkim znany Harry Potter.Twierdziłem że skądś autorka tej książki (J.K.Rowling) wzieła tą fantastyczną historię.Tylko ,że naprawde było to dużo bardziej skomplikowane niz machniecie różdzką.No i każdy miał w sobie magie ale większość nigdy się na nią nie otworzyla.To nie dziwiło mnie nigdy,Mentalnośc ludzi była straszna a zjawiska paranormalne ich przerażały choć zarzekali sie ,że w nie ,niewierzą.
Tak więc do torby podróżnej spakowałem wszystko co niezbędne ale także księgi okultystyczne jak i mojej własne roboty amulety niektóre choćby ze skóry zwierzęcej której zdobycie kosztowalo mnie wiele czasu. Zestaw noży potrzebnych do seansów w tym nóż do ofiar którego do tego czsu użyłem jedynie by zdjąć skóre z martwego psa leżącego na ulicy.Najważniejszy był sztylet zdobiony 3pentagrami-złym dobrym i moim własnym.Kilka kadzidełek jak i po 5 świec czarnych i bialych.Niezbędna była takżę laska z drzewa leszczynowego ktorą wystającą włożyłem do ogromnej torby.Tak przygotowany wymówiwszy odpowiednie modlitwy na dzień 4, tygodnia ruszyłem samochodem,był to peugot 206 który dobrze sprawował sie już kilka lat i spełniał zadanie samochodu rodzinnego, razem z rodzicami na peron kolejowy.Rodzice rozprawiali na temat koloni i wypraw jaki tam mieliśmy odbyć,bardzo chcieli bym włączyl się do rozmowy lecz ja nie miałem takiego zamiaru.Ciągle powtarzali ,że będe się dobrze bawił skąd mieli wiedzieć ,że tego co sie stanie nikt nawet najbardziej szalony człowiek nie nazwie zabawą.
Rozważałem możliwości seansu spirytystycznego na takiej koloni.Zapewne znajdzie się mnóstwo amatorów wywoływania duchów, bynajmiej ja miałem taką nadzieje.Koniec końców nigdy nie przeprowadziłem w pełni sprawnego seansu bo moi wspólnicy albo uciekali ze strachu albo kręcili sobie ze mnie niezłą beke.Niestety częstszy przypadek to ten drugi.
Dojechaliśmy na miejsce i ojciec zaparkował samochód na parkingu.Dworzec był dośc duzym budynkiem ,jednak juz troche zapuszczonym.Tu bezdomni znajdowali sobie miejsce do życia.Co nikomu prócz nich samych się nie podobało.Dojście na peron było kwestia pięciu minut.Szybko wpakowałem się do pociągu bym nie musiał żegnać się z rodzicami i przeżywać tych uścisków w miejscu publicznym. Znalazłem sobie przedział gdzie siedziała tylko jedna dziewczyna, inne były zapełnione po brzegi. Czarne włosy z lokami zasłaniały jej twarz zresztą ona cała ubrana była na czarno.Były dwie możliwości albo była kimś w moim rodzaju albo poprostu robiła sie na metalówne.Emanował od niej jakiś tajemniczy efekt.Wtedy ujrzałem jakiś dziwny amulet który gdzieś już widziałem a raczej symbol znajdujący się na awersie czyli emblemat Belzebuba zrobiony niesamowicie dokładnie i z wszystkimi szczegołami.Miedziana tabliczka i skóra przyszyta,cała poplamiona krwią.Główny znak zapewne zdobiony prawdziwym srebrem.Prawdziwie profesjonalna robota tak właśnie swoje amulety tworzyli potężni magicy.
-Zajęte?-spytałem i nie oczekiwałem żadnej odpowiedzi więc wszedłem do środka.
-Nie,widzisz by ktoś tu siedział?!-odpowiedziała z sarkazmem i wtedy podniosła twarz i spojrzała na mnie swoimi zajebiście pięknymi zielonymi oczyma.Poczułem wtedy niesamowitą ochotę wyjścia z przedziału.Znam te objawy to musi być penetracja mojego umysłu z zewnątrz, spojrzałem na moją towarzyszke.Patrzyła na mnie skupiona i zdeterminowana.Wymówiłem kilka słów zaklęcia chroniącego umysł.Dziewczyna wygłądała jakby ktoś ją oblał zimną wodą a ja uśmiechnąłem się i usiadłem.Widać że moja nowa koleżanka nie ma ochoty na rozmowe.Wyjąłem więc telefon i napisałem sms do kumpli że jestem w 13 przydziałe i żę mają przyjść jeśli nie mają miejsca.Co za zbieg okoliczności ,że trafiłem akurat do przedziału z numerem 13 który przez większośc był uznawany za pechowy.Dla mnie najważniejszą cyfrą była szóstka i wcale nie przez ukochaną liczbę satanistów 666.Ona po prostu przynosiła mi sczęście które niestety czsami było potrzebne.
Po jakiś 5 minutach przyszli rozgadani rozweseleni.Nawet nie przywitali sie z laską tylko od razu zwrócili się do mnie.
-Elo Andre jak tam?,widze żę znalazłeś sobie nową znajomą!-powiedział Wojtek chłopak który robił wszystko by wyglądać jak najmodniej i by poderwać jak najwięcej kobitek.
-No co ty Wojtas to jego przyjaciołka po fachu-stwierdzil Piotrek ,całkowita odmienność Wojtka nieśmiały nie zwracający uwagi na ubranie czy swój własny wygląd.Łączyła ich jedynie miłość do wkurznia i obrażania mnie a jednak byli dobrymi przyjaciółmi.
Calkiem inny był Łukasz trzeci i ostani z kolegów który był troche lamuchowaty lubił się uczyć i wogule.Zawsze miły i sympatyczny zaiste idealny kumpel.Od razu spojrzał na dziewczyne i gdybym to ja koło niej nie siedział na pewno on by to zrobił.
Jednak podszedł do nie wyciągnął dłoń i powiedział;
-Cześć jestem Łukasz a ty?
-Krysia, miło mi.-Odpowiedziała i uścisneła jego ręke.
No fajnie a na mnie to próbowała jakiś okultystycznych sztuczek.Widać pogodziła się z tym ,że będzie musiała spędzić z nami całą noc i wyjeła książke oprawioną gazetą więc nie widziałem tytułu.
Szkoda bo jestem pewny ,że to jakaś ważna pozycja w magicznej bibliografi.Mogła by byc taktowniejsza i spróbować znami pogadać a nie odrazu wyskakiwać z książką.
-Andre czy ty czasem nie masz takiego samego amuletu jak panna Krysia?-spytał Piotrek
Spojrzałem na dziewczyne i spostrzegłem ,że nasłuchuje naszej rozmowy.
-Nie bo ja wyznaje potęge Astarota nie czuje się na tyle zawansowany by przerzucić się na Belzebuba którego czci Krysia.Rozumiesz?-spytałem
-Nie,czym te dwa cholerstwa się różnią?
Teraz już napewno sluchała bo spojrzała na mnie jakby oczekiwała odpowiedzi
-Jest 7 władców gdzie Lucyfer jako imperator piekieł jest pierwszy dalej Belzebub i Astarot kończy się na Nebirosie.-płynnie odpowiedziałem na zadane pytania.
Wszystkim wystarczyła ta odpowiedz w zupełności.Każdy zajął się swoimi sprawami.Wojtkiem z Piotrkiem słuchali piosenek z discmana Łukasz czytał jakąś książke Krysia pogrążyła się w swej lekturze a ja wyjąłem Dragon Rouge z 1522r jedyną moją książke która była naprawdę dużo warta gdyż jest to jedno z 21 wydań tej pozycji.Niewielu demonologów ma szczęście ją posiadać ale ja poprostu znalazłem ją u babci w domu na strychu.Moja krewna bardzo chętnie się jej pozbyła mówiąc że to jej pradziadek zajmował się okultyzmem.Szkoda ,że nie zostawił po sobie jakiegoś pamiętnika napewno dużo by wiedział o magii skoro zajmował sie nią całe swe życie.
Dzięki tej książce całkiem inaczej zaczałem patrzeć na świat demonów.Jednak cała ta księga napisana była po łacinie a ja tego języka nie potrafie.Pomocny okazał się słownik ale choć czytam już ją 2 lata nadal nie doszedłem do końca.Przęglądałem właśnie te strony jeszcze raz w przedziałe gdy ujrzałem ten sam medalion w tej książce.Jeśli dobrze pamiętam znaczył dokładnie
(Obrońca demonów) i kapłan Belzebuba.Więc po co 15 letnia dziewczyna nosiła go na szyji.To będzie trzeba sprawdzić bo nie mam zamiaru mieszkać pod jednym dachem z oblubienicą i uczennicą Belzebuba księcia piekieł.
-Dobre wydanie-stwierdziła Krysia całkiem wyrywając mnie z zamyślenia.
-Taa, mogę ci pożyczyć jeśli chcesz to przyjdz jutro jak już się oswoimy w pokojach-powiedziałem,wiedziałem ,żę się zgodzi a ja już to wykorzystam.
-No pewnie ,że chcę w domu mam tylko denną podróbkę, przyniosę ci za to jakiś tytuł tego typu.-odpowiedział z uśmiechem.
-No to jesteśy umówieni-stwiedziłem z uśmiechem
-Jasne-puściła mi oko
Jak to łatwo mi przyszło dziewczyna jest zajebiście piękna do tego mamy te same zainteresowania.Gdyby tylko nie była tym o co ją podejrzewam.Z tą myślą schowałem księge demonów do torby i zamknąłem oczy. Za oknami było już ciemno i deszcz miarowao kapał w szybe a pociąg wydawał ten sam monotonny hałas.Usnąłem.
-Andrzej obudz się-ktoś szeptał mi do ucha i próbował mnie obudzić.
Leżałem na nogach Krysi to było moje pierwsze spostrzeżenie.Najpierw się uśmiechnąłem,może dlatego ,że nie zrobiła nic i nie sprzeciwaiała sie jak moja głowa przechyliła sie na jej nogi.
Drugie to ,że przedział był pełen ludzi między innymi dwoma opiekunkami i jakimś dziwnym facetem.Moje akcesoria do wywoływania duchów były dobrze ukryte a ćwiartka alkoholu potrzebna do niektórych mikstur schowana była w śpiworze.Dlaczego o tym mówie bo właśnie przeszukiwali moją torbę.
Wstałem i powiedziałem:
-Co to ma być czy pozwoliłem dotykać moich rzeczy?!-spytałem z grozą w głosie ,nigdzie nie było Wojtka,Piotrka i Łukasza
-Andrzej nie gorączkój się to rutynowe przeszukanie, szukamy narkotyków i alkoholu-oznajmiła mi moja wychowawczyni pani Ania.
Ciekawiło mnie tylko skad ich nagłe zainteresowanie używkami.Trudno było mi uwierzyć w bajke o rutynie.
Ten typ szukał całkiem czego innego, czego nie wiedziałem ale to nie byly używki.Po za tym bawił się moja laską z drzewa leszczynowego.Oglądał ją dokładnie, musiał się znać na rzeczy bo zapytał:
-Skąd masz wydanie Dragon Rouge z 1522r przecież to dzieło jest bezcenne?
-Nieważne!, prosze mi oddać to co pan trzyma w prawej dłoni!?-rozkazałem
-Proszę się nie gorączkować-powiedział i odlożył różdzkę na swoje miejsce z wyraźnym uśmiechem,wiedział ,że mnie zdenerwował.
-Jestem opiekunem zamku z Skarri, waszego noclegu tam przeżyjecie najwspanialsze 2 tygodnie swojego życia-stwierdził i podał mi dłoń
-Zapewne-odpowiedziałem i uścisnołem jego dłoń gdy jego rękaw zsunął się z ręki i ujrzałem tatuarz Lucyfera na emblemacie jaki posiadała Krysia
Spojrzałem mu w oczy i ujrzałem strach czego się najmniej spodziewałem.Odwrócił się i wyszedł widać już byliśmy na miejscu.Czemu nie sprawdzał torby Krysi może dlatego ,żę oni są razem.
Wziąłem bagażę oprócz swojego takżę dziewczyny która nie protestowała. Wyszliśmy razem nie zamieniając ani słowa do przejścia były dwa kilometry a pogrążyłem sie w myślach.
Dorosły kapłan demonów to już jest dużę niebezpieczeństwo.Już tam w pociągu czułem jego moc.Wielokrotnie przewyższała moje umiejętności.Ktoś krzyknął ,że jesteśmy na miejscu.
Odwróciłem się na bok ale nigdzie nie widziałem Krysi.Spojrzałem ponad głowami na majestatyczną budowlę wyłaniającą się z mgły.Zamek był przeogromny musi mieć z 100 lub więcej komnat.Poczułem nagle ciepło w prawą nogę.i dotknąłem jej ale nie mogłem wyczuć miejsca gdzie jest najgorętsza.Włożyłem ręke do kieszeni i poparzyłem sie dotykiem mojego amuletu Astarota.Wyciągnąłem go za sznurek i obejrzałem z awersu i rewersu ale nic nie było widać bo na dworze panowała jeszcze noc.Talizman emanował jednak gorącem jak żylasko.Ciągle szukałem wzrokiem Krystyny chciałem zobaczyć czy jej amulet zachowuje się podobnie ale nigdzie jej nie było.

Rozdział 2-Zamek


Wszedłem do środka razem z grupą dołączyli do mnie kumple, jeden trzymał klucz do pokoju i udaliśmy sie na 1 piętro.Pokój był bardzo duży jak na cene i ekskluzywny.Meble pewnie antyki, wyglądały na nigdy nie używane.Ciekawe czemu trafili w to miejsce skoro mieli być w podrzędnym pensjonacie?
-Tu jest wanna z hydromasażem normalnie jak w domciu-stwierdził Wojtek
-Noo, i to właśnie ten problem znaleźli 2 piwa które miałem w torbie!-powiedzial Piotrek
-To chyba lepiej ,że znaleźli bo nie będziesz pił!-powiedział Łukasz
-A kto mówił ,żę to jest wszystko co mam!-Oznajmił Piotr i dodał z uśmiechem:
-po za tym Andre zawsze ma zapasy do obrzdęku-uderzył palcami w szyje co oznaczało popijawe na maxa.
Te plany mi nie odpowiadały.Tym bardzie ,żę trzeba sie przygotować do przyjścia Krysi.Nie miało to być bynajmniej gorące przyjęcie powitalne.Wziąłem się więc za prace nad amuletami które jak przeczytał chronią przed kapłanami demonów i wywiesiłem je przed dzwiami i na drzwiach pokoju.
-Co to ma być za szajz-spytał Piotrek
-To zagwarantuje ,żę pan opiekun ani Krysia nie wejdą do pokoju bo nie dadzą rady przekroczyć progu-oznajmiłem rzeczowo
-Bujasz założę się o 2 dychy ,że wejdą bez problemu-powiedział Wojtas
-OK tylko byś się wywiązał z płatności-zgodziłem się
Chłopaki robili na szeroką skalę impreze i mieli być zaproszeni dokładnie wszyscy.No możę oprócz opiekunów.Później na kolacji spotkałem Krysie i powiedziała ,żę wpadnie za 3 godzinki trzeba zaznaczyć ,żę balanga rozpocznie się za godzinę więc wszyscy będą widzieli jak Krysia nie opiera się potędze tych starych zaklęć które chronią przed złem.
O 21 zaczeło sie zwalać pełno ludu.Nie powiem kilka lasek mi się spodobało.Dzisiejszy wieczór poświęciłem jednak dla ważniejszych celów.Około 23 ktoś zapukał do drzwi.Otworzyłem jako ,żę dziś chętnie służyłem jako kamerdyner.To była Krysia i moja najlepsza przyjaciółka Magda.To trochę komplikowało sprawę.Spojrzałem po sali i zobaczyłem ,żę Wojtek , Łukasz i Piotrek wpatrują się bacznie w dzwi by sprawdzić kto wygrał zakład.Podałem książke Kryśce i spytałem:
-Wchodzisz?
Widać było ,żę podejmuje wybór była gotowa wejść więc odsunąłem się i zrobiłem miejsce.Madzia weszła pierwsza i nic się nie stało ale Krysia nie mogła przystąpić progu z perspektywy kumpli musiało to śmiesznie wyglądać.
-Może jednak nie będe wchodziła jestem troche zmęczona-powiedziała i spojrzała na mnie oczyma pełnymi nienawiści.
-Jak chcesz a myślałem ,że zatanczymy-Odpowiedziałem udając smutek
Odwrociła się i poszła ale teraz już wie ,żę ma godnego rywala.Ja sam nie przejmowałem się tym co zrobiłem choć Łukasz uważał to za chamskie.Wiedziałem ,żę zapewne miałbym z kim tańczyć ale ku memu zdziwieniu chętnych dziewczyn nie zabrakło.Tak ,żę gdy wybiła godzina 12.00 wszyscy byli całkiem zalani.Nawet Łukasz nie był święty bo wypił dwa piwa i szalał na parkiecie.Tak więc nikt nie zwrócił uwagi na pukanie do drzwi.Zresztą nie były zamknięte więc nie mieliśmy problemu.Grzeczne osobniki już wyemigrowały do swoich pokojów
-Co tu się dzieje?!-krzykneła pani Stella druga z naszych opiekunek.
-Kto mi to wytłumaczy?-spytała pani Ania i weszła do pokoju i zaczeła zbierać alkohol w jedno miejsce i kazała każdemu po kolei chuchać jej w twarz.
To była jedyna okazja by zbadać drugiego kapłana.Złapałem za jeszcze pełną butelke zatoczyłem się i powidziałem do stojącego przed drzwiami opiekuna:
-Możę pan wpadnie na kufelek mamy jeszcze jakieś zapasy.
-Niech pan mu zabierze tą butelkę-rozkazała pani Ania
-Ale ,ja nie moge mam pilne sprawy-odpowiedział niepewnie
-O tej godzinie,najpilniejsze sprawy ma pan tutaj-wtrąciła się Stella
-Przepraszam!-odszedł
Taaak! Udało się, teraz już mam pewność co do obojga.Spojrzałem w strone chłopaków i puściłem im oko.To dla nich musi być bardzo dziwne więc jutro im to wszystko wytłumacze.Tymczasem rozejrzałem się po pokoju.Wszędzie pełno jedzenia i śmieci.Gdzieś na żyrandorze wisiała czyjaś bielizna z pewnością damska.Ciekawe jak ona się tam znalazła.Jeszcze ciekawsze czy ktoś po nią przyjdzie he he.
Najlepsze było to ,żę nauczycielki nie mogły poradzić sobie z tą całą chołotą która do nas przyszła.Na moim łużku leżała jakaś kobitka całkiem nawalona.Po jakiejś godzinie leżeliśmy już w wyrach i rozpamietętywaliśmy wieczór.Pani powiedziała tylko ,żę przyjdzie na inspekcję.Jutro więc z samego rana zrobimy porządek.Dobrze to było mówic teraz i wiedząc co nas czeka normalnie niemoglibyśmy by zasnąć ale po takiej dawce alkoholu wszyscy zasneli odrazu.
Następnego dnia o świcie ubraliśmy się i ruszyliśmy do pracy.Gdyby nie zgrabna organizacja i pomoc kilku koleżanek nie skończylibyśmy do wieczora a tak przed śniadaniem wszędzie lśniło czystością.Opiekunki przyszły kiedy wychodziliśmy na jedzonko więc zostawiliśmy je z problemem.
Gdy szedłem z kumplami przez korytarz zauwarzyłem naszego opiekuna i Krysie rozmawiających.
-Dwa do zera-powiedziałem przechodząc cicho a zarazem na tyle głośno by oboje to usłyszało.
Nie spodziwałbym się, żę któreś zareaguje na tą zaczepke.Myliłem się, typek podszedł do mnie pchnął mnie na ściane i powiedział:
-Ze mną nie wygrasz sługusie.
-Kto to kurwa mówi kapłanie Lucyfera-odpyskowałem na miare możliwości i dołączyłem do grupy dziewczyn zmierzających na stołówke.
Wszystkie po kolei gratulowały mi imprezy i wspaniałej zabawy.Jedną nawet poznałem, to ona była najbardziej zatankowana.Później pytały co zrobiły opiekunki ale ja pogrążyłem się w myślach czemu to mnie nazwał sługusem skoro to on nim jest.
Weszliśmy na obiad i dziewczyny mnie opuściły.Poszły i usiadły z jeszcze większą zgrają dziewczyn gdzieś w głębi sali.Ja usiadłem sam przy sześcioosobowym stoliku choć widziałem kumpli i mogłem się do nich dołączyć ale wolałem pomyśleć.
-Siemka Andrzej, jak tam?-powiedziała dziewczyna która stała nademną.Trzeba zaznaczyć ,że ten głos gdzieś już słyszałem.Podniosłem głowe i ujrzałem najmniej spodziewaną osobę.
-Malwina? Co ty tutaj robisz?-spytałem zdziwiony
-Stoję! Mogę usiąść?-spytała rozbawiona
-Jasne , nie wiedziałem ,że jesteś na tej kolonii-powiedziałem
-Taa, nie miałam ochoty na zabawe wczorajszego dnia-powiedziała
-A była taka fajna impra-stwierdziłem wspominając wczorajszy dzień
No i całkiem odpłynąłem.Malwina była dziewczyna która mi się cholernie podobała.Zawsze marzyłem by z nią chodzić.Tego celu nie osiągnełem nigdy i byłem pewny ,że mi się to już nie uda.Zostaniem tylko przyjaciółmi.Marzenia o malutkim flircie przelałem na inną dziewczyne-Kasie Wrosewską.Po prostu zajebista.
Malwina pomachała do kogoś i zawołała; -Tutaj!
Nagle zauważyłem moją ukochana Kasie i spostrzegłem ,że idzie w strone naszego stoliku.No tak pewnie to ją zawołała Malwina.
-Znasz ją-spytałem cichaczem
Ale nie zdążyła odpowiedziedzieć bo Kasia już usiadła.Cholera jak ja mam się zachować?Znaliśmy się na cześć i tyle czsem smsowaliśmy i nic więcej.Chciałem sie nawet swego czasu umówić ale chęci spłyneły na niczym.Może i zwyczajna dziewczyna (Czarne włosy często zawiązywane w kitek , szczupła i smukła sylwetka, piękne nogi z 165cm wzrostu i zajebisty super tyłeczek)ale miała coś w sobie jakby bijąca niecodzieność, fantastyczne usta i ten nietypowy kształt twarzy no i oczywiście ten głos który sprawiał ,że chciałem ją mieć.
-Siema wszystkim-uśmiechneła sie do mnie-i smacznego-powiedziała. Oczywiscie nikt nie jadł ale tak trzeba.
Nie zdążyła jeszcze usiąść i przyszła jej najlepsza przyjaciółka także Kasia.Oczywiście zawsze kiedy chciałem się z nia umówić nie mogłem dorwać jej samej tylko zawsze towarzyszyła jej przyjaciółeczka. Wkórwiało mnie to, te rozmyślania przerwał fakt ,że otaczały mnie same zajebiste laski.
-Czemu żadna nie odwiedzila mnie wczorajszego dnia na imprze?
-Bo -Kasia przerwała bo Sokół(tak na nazwisko miała ta rzekoma przyjaciólka)spojrzała się na nia morderczym spojrzeniem i nagle ton głosu mojej ukochanej zadrżał.-sie źle czuliśmy-wybełkotała.
-No to była jakaś epidemia-stwierdziłem
Zapanowała cisza, na szczęście przynieśli żarełko więc zajeliśmy się jedzonkiem.Na sale weszla Kryśka i opiekun.Szukali mnie po sali więc im pomachałem.Nikt nie odmachał, a to chamy.
Opiekun podszedł do naszego stolika i zwrócił się do mnie:
-Masz przyjść do mojego gabinetu dzisiaj o 20.00-powiedział
-Nie ma takiej możliwości ,dzisiaj jest dyskoteka więc niestety nie wypełnie pana prośby-odpowiedzialem z usmiechem.
-I tak nie macie zezwolenia od waszych wychwawców za wczorajszy wybryk więc oczekuje ciebie o umówionej porze!!!-Prawie krzyknął
-Spoko będe-odpowiedziałem bo znudziło mnie pyskowanie a po za tym zrzerała mnie ciekawość.
Krysia jakby nigdy nic przysiadła sie do stolika.
-Cześć-zwróciła się do towarzyszących mi dziewczyn oczywiście teatrialnie mnie olewając.
-Siemka-odpowiedziały chórkiem
-To wy się znacie?-spytałem niedowierzającym glosem
-Jasne i to już od czasu gdy zaczęliśmy chodzić do szkoly...-zaczeła Malwina ale nie skończyła bo przerwała jej Sokół.
-tańca oczywiści-skończyła Kasia
-To dzisiejszego dnia nic mnie nie zdziwi, ale skoro znam takie wyborowe tancerki to oczywiście pokażecie co potraficie na imprezie u nas w pokoju za dwa dni-spytałem z śmiechem w głosie.
-Nie niestety nie wpadniemy bo nauczycielki będą miały na wasz pokoj oko i nie chcemy sie narażać-powiedziala Sokół.
-Ale dzisiaj na dysce możemy zatańczyć dla ciebie-tu się uśmiechneła-a właśnie przecież ty nie możesz przyjść-powiedziala Krysia z miną zemsty
To mnie wkórwioło, wstałem podszedłem do Krysi i szepnąłem jej do ucha
-Kotku jak czegoś chce to, to dostaje i żaden zakaz nie jest przeszkodą!-powiedziałem delikatnym głosem
Po tym miłym akcencie poszedłem do pokoju.W drodze dorwali mnie kumple.
-Andre , widzieliśmy ,zę miałeś doborowe towarzystwo-stwierdził Wojtek i opowiedziłem im całą rozmowę i dodałem moje przypuszczenia.Wynikało z nich ,że te wszystkie dziewczyny są z jakiejś sekty a guru jest opiekun.
Doszliśmy do pokoju i rozsiadlismy się na kanapię.
-To zdecydowanie dziwna sprawa ale co nam przez to może grozić?-spytał Łukasz
-No jeśli oni są razem to prawdopodobnie zebrali się tu by wywołać jakiegoś demona-odpowiedzialem swobodnie
-Taa, przecież to tylko bujdy a po za tym to nie żadne wrota piekieł-wtrącil Piotrek
-I dochodzimy do sedna sprawy otóż to bardzo prwdopodobnie to sa wrota piekieł a raczej mroczny portal-przerwałem by zobaczyc reakcję która się nie pojawiła-wczoraj gdy dojechaliśmy i gdy doszedłem do zamku mój amulet zaczął się dziwnie zachowywać jakby dopiero sie uaktywnił.-powiedziałem
-I co zamierzasz z tym zrobić?-spytał Piotrek
-Jak to co, czas na zabawę!-Wykrzyczałem
-Co przez to rozumiesz-spytał dociekliwie Wojtek
-Przeprowadzimy mały seansik-powiedziałem radośnie
- Ja się na to nie pisze!Nawet jak ktos sie nie zna na rzeczy to się boje podzcas wywoływnia duchów a z twoimi zdolnościami to będzie horror-powiedział Łukasz
-A wy, bo myśle o sobocie wtedy jest pełnia i moc Astarota wzrasta pięciokrotnie-powiedziałem i na tym się skończyła nasza rozmowa.Wszyscy opuścili pokój a ja pograżyłem sie w poszukiwaniach na temat jakiegoś demona którego mógłbym przywołać w sobote.Nie chciałem powtórzyć histori z Egzorcysty.
Skończyły mi sie książki a nadal ni znalazłem odpowiedniego obiektu do przywołania.Z tego co słyszałem w tym zamku znajduje się bibloteka może tam jest jakaś okultystyczna księga.Szczerze w to wątpiłem ale warto spróbować.Wyszedłem z pokoju i pogrążony w myślach obrałem sobie za cel bibloteke.Nie mineły jakieś dwie minuty a ja byłem na miejscu.Zacząłem przeglądać rozległe regały.Wtedy natrafiłem na Bedenken von Hexen Joahne Ewicha (1584),De spectris Ludwiga La Vatera (1570), Disquisitiones magicae Martina Del Rio (1590).Najbardziej przydatna okazała się księga napisana przez Leona 3 w 1660 ówczesnego papieża.
Padło na Nebirosa który w z 7 władców był najsłabszy.Z tego rozmyślania wyrwała mnie Lidia,to ta laska która na imprze podwalała się do mnie, pocałowała mnie w policzek i usiadła obok mnie.Gdzieś na krańcu bibloteki wybuch śmiech pochodzący od siedzącego tam klubu tańcerskiego.A dokładniej to: 2Kasie, Malwina i Krysia.
-Przygotowujesz sie na sobotę-spytała słodkim głosem
-A skąd wiesz o sobocie-spytałem szepcząc.Widać plotka o seansie już sie rozniosła co mi cholernie odpowiadało.
-Byłam w twoim pokoju i Łukasz mnie poprosił bym cie od tego pomysłu odwiodła-oznajmiła mi normalnym głosem.
-Taa, on wie jaki wpływ mają na mnie tak piękne dziewczyny jak ty!-powiedziałem z uśmiechem a ona oblała się lekkim rumieńcem.Pogrążylismy sie w rozmowie ale ja ciągle nie mogłem sie powstrzymać by nie spojrzeć na Wrosewską.Gdy nasze spojrzenia sie spotkały ona zamiast odwzajemnić mój uśmiech miała minę jakbym był stworzeniem którym sie brzydziła.
Resztę dnia spędziłem na rozmowie z kumplami.Gdzieś tak koło 17.00 poczułem sie znużony wiec się położyłem na kanapie i zasnąłem.Przyśniła mi się Kasia i powiem szczerze nie był to grzeczny sen.Tym bardziej zdiwiło mnie ,że gdy otworzyłem oczy ujrzałem właśnie jej twarz.
-Czy ja śnie? Bo jeśli tak to bardzo piękny sen!-powiedziałem nie do końca wiedząc co.
-Nie głuptasie-cicho się roześmiała{a trzeba zauważyć ,że śmiech ma delikatny i słodki-przyszłam zadać Ci pewne pytanie-przerwała na chwile a ja to wykorzystałem
-Taa, pewnie czy się z tobą umówie, jasne czemu nie-powiedziałem żartem
-Skąd wiedziałeś? Zresztą nie ważne dostałam pozwolenie na wyjście z zamku w sobote z jedną osobą towarzyszącą.-powiedziała płynnie po czym pocałowała mnie w policzek i wyszła z pokoju.Nie dotarło do mnie ,że właśnie spełniają się moje marzenia.
Rozdział 3-Podwójne starcie
Uśmiechnięty od ucha do ucha spojrzałem na zegarek i ujrzałem na nim ,że mam tylko 5minut do spotkania z dyrektorem więc ubrałem buty i udałem się do jego gabinetu.Kiedy wszedłem była dokładnie 20.00 bo opiekun powiedział
-Punktualność godna podziwu-i gdy skończył już próbował dostać się do mojego umysłu i trzeba zaznaczyć ,żę był dużo potężniejszy od Krysi.Żadne z moich zaklęć nie mogło go powstrzymać ale był sposób.Pomyślałem o morzu niebiesko-zielonym.Nieskalanym przez człowieka, gdzie fale rozbiają się o morskie skały.Utworzyłem tym samym mur czy tak zwaną bariere nie do przebicia nawet dla opiekuna.Na mojej twarzy pojawił się uśmiech-przegrałeś frajerze-pomyślałem.
-Taki z ciebie spryciarz, ciekawe twoja moc dorównuje twojemu obeznaniu-powiedział ale widać było ,że tego się po mnie nie spodziewał.
-Niewiem o co w tym wszystkim chodzi ale jak się dowiem to bedzie najgorszy dzień w pańskim życiu-wykrzyczałem mu w twarz
-Grozisz mi choć nawet mi nie dorównujesz mocą-przerwał by spojrzeć na godzinę-jak więc chcesz się ze mną zmierzyć-skończył i puścił mi oko.
-Taa, puki co wygrywam każde starcie-odpowiedziałem z przekąsem
-Kiedyś skonczą ci się sztuczki i wtedy razem z moimi pomocniczkami pokarzemy ci prawdziwą moc-wybuchnął
-Taki duży chłopczyk a chowa się za spódnicą-prychnąłem-cały czas próbowałem ukryć narastający gniew ale był coraz bardziej widoczny-nie jest pan godny rozmowy ze mną-powiedziałem przez zaciśnięte zęby.Wstałem i skierowałem się ku drzwiom.
-Nie odwracaj się do mnie plecami śmieciu-wykrzyczał i usłyszałem jakąś dziwną inkanacje.
-DEUS KIEL MAKENE-wrzasnął
-PROTECE MAI ASTAROTE-odpowiedziałem z zawzięzością i choć zaklęcie zadziałało idealnie i efekt czaru był widoczny w postaci tarczy z emblematem Astarota to jednak wrogi urok trafil mnie prosto w pierś.Wyrzuciło mnie to na metr w powietrze i wylądowałem na ziemi.Wstałem powoli spojrzałem na agresora i opuściłem pomieszczenie bez słowa.Jeśli to ma tak wyglądać to nigdy nie zwycięże choćby zjawił się sam Astarot i pomógł mi w walce.Niemogłem zrozumieć w czym tkwi problem mojej tak słabej mocy.Choć w sercu czułem tą odpowiedz czyli dobro które próbowałem schować.Zawsze uchodziłem za grzecznego i nie potrafiłem nikogo skrzywdzić.Taa nawet jak na wyznawce demonów nie słuchałem metalu tylko techno bo kocham imrezy.
Dlatego najpierw skoczyłem do pokoju sie przebrać(spotkałem tam smutnych i znudzonych kumpli-oczywiście oni też mają zakaz na wejście-śmiali się ,że mnie i tak opiekunki nie wpuszczą-zobaczymy)potem z pośpiechem wyskoczyłem z pokoju i pobiegłem do dyskoteki.Pilnowała pani Stella, jeden plus bo ona chyba mnie nawet lubiła nie to co Popow.
-prosze pani mógłbym wejść-spytałem błagalnym głosem
-NIE,masz zakaz,dyskoteka i tak nie potrwa zbyt długo bo prawie nikt na znak protestu nie chce się bawić-powiedziała groźnie
-a przeciw czemu oni tak protestują?-spytałem zdziwiony
-noo...-zawahała się czy to powiedzieć-przeciw waszemu zakazowi-powiedziała już spokojniej ale cicho
-co?-teraz się już naprawdę zdziwiłem
-już na początku -jako ,że Wojtek miał być DJ musieliśmy tam postawić człowieka bez niezbędnych umiejetności-powiedziała smutno
-To pani nam przebaczy,Wojtek chętnie usiądzie na miejsce tego tak zwanego DJ-powiedziałem na jednym tchu i kontynuowałem-tylko niech pani po niego pójdzie a ja pogadam z tymi w środku-oznajmiłem
-no dobra, ostatecznie mogę wam przebaczyć-uśmiechneła się do mnie
Weszłem na salę i podeszłem do DJ.Nikt nie zauważył mojego wejścia.
-niech pan to puści i wyjdzie-podałem mu płyte-zaraz przyjdzie DJ Wojtas
Typek zrobił co mówiłem widać miał już dosyć tego zajęcia.Z głośników poleciała ''explosion''-najlepszy przebój dyskotek tego roku.
Wszyscy spojrzeli się w moją stronę.Od razu ruszyły na mnie tłumy i kiedy już im wytłumaczyłem sytuacje przyszła moja ekipa.Zaraz wszyscy zaczeli tańczyć.
Tylko kącik taneczny siedział jeszcze na ławce.Podeszłem do nich i powidziałem:
-ZATAŃCZCIE DLA MNIE TANCERECZKI
I nie czekając na nic wziąłem Kasie za ręke i przyciągnąlem do siebie.Całkie fajnie się tańczyło ale nie było to w jej wykonaniu żadne arcydzieł.Miała ciało i potrafiła nim ruszać.Czemu o tym wspominam bo właśnie dołączyła się reszta dziewczyn na dzwięk 'wyginam śmiało ciało'.Tak więc gdy przyszła reszta mojej he he ''gangsty'' tańczyliśmy w kółeczku.
Chwile później Wojtas zapuścił smętną piosenkę i (tym razem ona)Kasia odciągneła mnie w kąt sali i tam tańczyliśmy w przytuleniu.
-Misiu podobasz mi się...-szepneła mi do ucha
-Koteczku jesteś spełnieniem wszystkim moich marzeń-odpowiedziałem
-Już nie moge doczekać się soboty,kiedy bedziemy sami-powiedziała zaczepnie
-Ja też-powiedziałem i pocałowałem ja lekko w usta na co ona odpowiedziała długim pocałunkiem.Potem przytuliliśmy się i trwaliśmy w tej pozycji jeszcze bardzo długo.Kiedy już wróciłem do pokoju czułem ,że dzisiaj stałem się naprawdę szczęśliwym człowiekiem.
Nie wiedziałem .że to sie tak potoczy.Jęsli tak mają wygladac wszystkie moje starcia z podopiecznymi Opiekuna to marze by było ich jak najwięcej.
Sobotni poranek miał należeć do najgorszych dni w moim życiu.Znowu przeszukanie i znów skonfiskowali troche alkoholu.Tym razem jednak opiekun dorwał się do mojego noża emblematowego.
-jak mniemam panie Ponde jest to pański przedmiot-powiedział z przekąsem i podał narzędzie Popowej
-jezu Andrzeju po co Ci to masz od dzisiaj szlaban na wychodzenie z pokoju-krzyczała z zawziętością
-mam nadzieje chłopcze ,że to-uśmiechnął się z zajadliwością-nie przeszkodzi w twoich planach.Co chłopcze?-zapytał i wtedy zajrzałem w jego dusze(zdecydowanie nie był na to przygotowany)i nie ujrzałem krzty zła w człowieku który w moich oczach uchodził za ziemskie wcielenie Lucyfera.
-Taa-uśmiechnąłem się i dodałem-tak myślałem-blefowałem ale miałem nadzieje ,że przeciwnik tego nie zauważył.
Swego czasu stworzyłem swoisty plan seansu i miałem 2 wyjścia albo dać go komuś kto jest niedoświadczony by za mnie przywołał demona lub złamać zakaz czego zrobić nie chciałem bo mogłem za to zostać wyrzucony z kolonii.Powrót do domu po tym co sie wydarzyło i co sie wydarzyć mogło być najgorszą rzeczą jaka mnie spotkała.Taa, i choć czułem strach w głębi swej duszy wiedziałem ,że chcę skończyć to co zacząłem.Cała ta tajemnica budziła we mnie zajebiste podniecenie i chęć poznania prawdy.Każdy w głębi swej podświadomości czuł przygode i ryzyko tak jak w tej sytuacji ja.Cały dzień myślałem co zrobic i zdecydowałem ,że seans przeprowadzi Piotrek.Jeśli ktos miałby mnie zastąpić to tylko on.Nie na darmo na trzecie imie ma Zachariasz jedna z czołowych postaci w satanistycznej bibli.Godzine omawiałem z nim co ma zrobić a później wyposażylem we wzsystko co może okazać się potrzebne.Miałem nadzieje ,że coś się wydarzy choć czułem ,zę najlepiej by było by nie stało się totalnie nic.Cały ten czas od samego poranku ciągle chodziło za mna przeczucie ,że o czymś zapomniałem i wciąż odganialem od siebie tą myśl choć ona nie dawała mi spokoju.Wszyscy wyszli z pokoju na seans a ja zostałem z złym przeczuciem...



Rozdział 4-Przepowiednia

Ktoś zapukał do drzwi.Pogrążony byłem w cimności bo zgasiłem światło i zasłoniłem okna.Zapikał mój zegarek na ręce.Podświetliłem tarcze i spojrzałem-była dokładnie ósma.Kogo tutaj niesie o tej porze.Zanim dotarłem do drzwi przewróciłem się o krzesło i wpadłem na stół.
-Kurwa-zaklnąłem pod nosem i wreszcie dotarłem do drzwi jednak dopiero po chwili znalazłem klamke.Trzeba zaznaczyć ,że już się troche zdenerwowałem,Otworzyłem drzwi i ogarneła mnie jeszcze większa ciemność.Zobaczyłem sylwetke postaci ,zapewne byla to dziewczyna do tego niższa odemnie.Pomyślałem ,żę to Wrosewska ale chciałem sie upewnić więc sięgnąłem do włącznika światła.Jednak w tym momencie laska rzuciła mi się na szyję.Troche sie zachwiałem i upadłem razem z nia na tapczan.Zaczeliśmy się całować i choć było mi wspaniale wiedziałem ,że robie źle.Może to głupie ale moja wybranka nie całowała aż tak dobrze.Dziewczyna chyba zrozumiała ,że coś jest nie tak więc powiedziała
-Kasia nie mogła mam nadzieje ,że ja Ci wystarcze-powiedział słodkim głosem Sokół.
-Nie powinniśmy-powiedziałem ale nie potrafiłem oprzeć się tak pięknej i cudownej dziewczynie.Sokół dorównywała jak nie przewyszała Wrosewską jeśli chodzi o urodę ale to nie jej wybrałem na cel.Wiem ,że gdyby nie to co stało się w następnych 5 sekundach to zabrnąłbym z moja towarzyszką daleko.O wiele za daleko.
Nagle zrobiło się ciepło i dotarła do nas dziwna siła.
-o nie-zdąrzyła poiedzieć laska i nagle jakby zasneła
Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie.Wybiegłem z pokoju wszędzie ciemno i głucho ale coś we mnie wskazywało mi droge w dół do lochów.Zacząłem biec a trzeba zaznaczyć ,żę chociaż w tym jednym byłem naprawdę dobry.Zbiegłem na dół a im dalej w dół to jednak było cieplej i jaśniej.Dotarłem do jakiejś dziwnej komnaty w której było z trzydzieści ludzi.Wszyscy jakby w transie siedzieli w kółku i trzymali się za ręce.W oddali tliły się czarne,białe świece i kadzidełka.Wszystko wyglądało jak normalny seans poza uczestnikami i znakiem na ścianie.Spojrzałem na niego i ujrzałem w środku tekst który jak mniemałem był do odczytania możliwy nawet przezemnie.
-NASTAŁ DZIEŃ PIEKIEŁ GDY OBROŃCY WŁADCY UPADNĄ A SAM LUCYFER ZSTĄPI NA PIEDESTAŁ ZIEMI I UKAŻE NIEWIERNYCH I NIE BEDZIE JUŻ RATUNKU OD STWÓRCY-tu stanąłem bo zostało już tylko jedno słowo którego się przetłumaczyć nie dało.Było ono wytłuszcone i chyba nie miało żadnego zwiazku z resztą więc poprostu przeliterowałem- R E F I C U L .
Nagle jakby z ściany wyłoniła się postać którą widziałem na milionach obrazków.Był ogromny ale nie jeśli chodzi o wysokość tylko o objętość.Dwa rogi wystawały z głowy i odchodziły w tył.Na twarzy nie było grymasu bólu gorzej jego ogromne zębiska układały się w sposób mogacy uchodzić za uśmiech.Oczy miał żółte podchodzące pod zgniły jednak jasno świecący.Cały jego ciało było ognisto czerwone jednak odrazająco poszarpane.Nie stał na kopytach tylko na podobnych człowiekowi dwóch nogach..Z ściany wychodził Lucyfer-imperator piekła.Najpotężniejszy z demonów wyłaniał się z ściany a ja poprostu stałem i nie robiłem nic by go powstrzymać.Odwróciłem sie w strone wejścia bo ktoś właśnie wpadł do sali.Na czele stał opiekun a zaraz za nim Wrosewska która krzykneła
-NIEEEEEEE-CO ŻEŚ NAROBIŁ-po tym wyjeła laske z drzewa leszczynowego,wymierzyła w potwora i zawołała-DIGREI APOKSALIPS-błysneło przeraźliwie jasnym światłem i ugodzilo stwora prosto w korpus.Zaklęcie rozeszło się po jego korpusie.On jagdyby nigdy nic machnął ręką na nią i rzucił zaklęcie które powędrowało do mnie.
-PROTEGO MAI ASTAROTE-krzyknąłem i pomyślałem o Astarocie,ujrzałem go w sobie i wyczarowałem tarcze która objęła całą moją postać i była niewiarygodnie gruba.Tarcza wchłoneła zaklecie a ja zachęcony chwilowym zwycięstwem krzyknąłem celując w Lucyfera
-NAIME NAIME DEUS KALANTE-zaklęcie poszybowało do celu i zostało złapane przez wroga między ręce.Potwór utworzył ognistą kule i dołączył do niej mój czar i wysłał razem w moją strone.Nie mogłem nic zrobić więc ponowiłem zaklęcie celując w pocisk
-NAIME NAIME DEUS KALANTE-i tym razem zaklęcie nic nie dało i dołączyło do ognistej kuli i było już bardzo blisko mnie.Wtedy ktoś złapał mnie za ręke.Odwróciłem głowe i ujrzałem Kasie w takiej samej tarczy.Wtedy zaklęcie we mnie ugodziło.Wyrzuciło mnie na kilka metrów w tył i uderzyłem głową w ściane...
Otworzyłem oczy i nic nie słyszałem.W głowie kołatało mi się peło myśli.To moja wina,to ja go przywołałem.Przeczytałem ten głupi tekst i sprowadziłem go na ziemie.Próbowałem przypomnieć sobie to zdanie ale w głowie miałem tylko fragment''gdy obrońcy władcy upadną a sam lucyfer zstąpi na piedestał ziemii''.Dlaczego obrońcy władcy mają upaść by Lucyfer miał nadejść.Przecież według logiki oni sa po jednej stronie a jednak ramie w ramie walczyliśmy z demonem.Ja i Wrosewska.Teraz myślę o dziewczynie kiedy Lucyfer chodzi sobie spokojnie po zamku i morduje niczego winnych ludzi.To ja go sprowadziłem i to ja go zniszcze!!!
Wstałem i rozejrzłem się sie po komnacie.Wypowiedziałem cichą inkanacje i z mojej ręki błysneło białe oślepiające światło.Skierowałem je na sufit choć gdybym wiedział co na nim znajdę nigdy bym tego nie zrobił.Patrzyłem na rozmazane po całym sklepieniu zwłoki mojego przyjaciela Piotrka.Odwróciłem wzrok i zwymiotowałem.Co tu się stało?Łza spłyneła mi po policzku nz myśl o stracie przyjaciela którego znałem tyle lat.Musiałem coś sprawdzić.
Pobiegłem na góre wprost do pokoju Krysii i zapaliłem światło ale nie działało.Powtórzyłem więc sztuczke z reką i odnalazłem moją księge.Gdzieś w środku była zakładka.Dokładnie tego miejsca szukałem.Słowa które rozszyfrowałem jako''Obrońca demonów''podpisane było odręcznym pismem''strażnik demonów''.Straznik, dla czego byłem taki głupi i ślepy przecież to wszystko było ukartowane.Opiekun i cały ten jego fanklub miał mnie powstrzymać przed przywołaniem demona.Tylko dlaczego ja i czemu dopiero gdy ja przeczytałem inkanacje zaklęcie zadziałało i co znaczy ''RECIFUL''.Gdzieś w tekście znów odnalazłem przekreślenia.Tym razem nad Lucyferem była strzałka w lewo przeczytałem więc tą nazwę i nie mogłem uwierzyć.Wystarczyło przeczytać imię imperatora od tyłu by go przywołać.REFICUL-L U C I F E R.Na dole strony napisała jeszcze jedno słowo''przepowiednia''.Co to całe cholerstwa ma znaczyć i jak to wszystko ma się do mnie.Może jednak nie znalazłem się w złym miejscu o złym czasie tylko tak miało być.Może tego tyczy się proroctwo ale przecież ja jestem słaby.Los świata nie może zależeć tylko ode mnie-to wszystko musi znaczyć coś więcej.Musze odkryć tą tajemnice do końca ale najpierw odnajde kumpli.Wbiegłem do pokoju i złapałem za telefon.Wybrałem numer Wojtka i zadzwoniłem.Coś usłyszałem jakby z korytarza.Miarowy dzwięk telefonu który jakby zbliżał się do pokoju.Coś złapało za klamke i podniosło się na niej.To był Wojtek podbiegłem i próbowałem go złapać za drugą ręke ale tej nie było razem z sporym kawałkiem ciała.Zdążył powiedzieć.
-jest ich więcej-i skonał,zapadła cisza którą raz po raz zakłucało jakieś dziwne oddychanie.Wstrzymałem oddech i dalej słyszałem ten dzwięk.Spojrzałem na Wojtka ale on leżał w kałuży krwi i to nie on powodował ten hałas.Obejrzałem się i ujrzałem pare czerwonych oczu.Były nisko nad ziemią więc właściciel nie był za wysoki.Stwór skoczył na mnie i już był blisko twarzy gdy uderzyłem go pięścią w niewiem zbytnio co ale poskutkowało bo to znów wylądowało na ziemi.Kopnąłem z całej siły w miejsce gdzie świeciły oczy i to cos wydało ostatnie tchnienie.Tym razem wybrałem numer Łukasza z nadzieją ,że chociaż on przeżył.
-Daniel to ty?-usłyszałem głos który zawierał zarówno strach jak i zdziwienie.
-Pewnie ,że ja co Cie tak dziwi?-spytałem
-Bo ty...ty...-zająkał się
-no dokończ co ja?-wrzanąłem do słuchawki
-ty...ty umarłeś-wykrztusił to z siebie z panika w głosie
-co to kurwa ma znaczyć?-zatrzymałem się na chwile ale i tak nie udało mi się zmiększyć tonu-dlaczego uważasz ,że ja pierdolnąłem w kalendarz-spytałem z wrzaskiem
-dotknij swego serca-usłyszałem głos Wrosewskiej.Cichy spokojny i ciepły.
-o co ci chodzi?-spytałem już spokojniej
-dotknij miejsca gdzie masz serce-powiedziła tym samym opanowanym tonem
-sprawdziłem bicie serca i odziwo nie było żadnego ruchu-uświadomiłem sobie o co chodzi-moje serce nie bije,ja nieżyje-upadłem na kolana.Rzuciłem telefonem co było najgorszą rzeczą jaką mogłem zrobić.Roztrzaskał się on na kawałki.O co tu chodzi,dlaczego chodze mówie skoro powinienem leżeć martwy.Zamknąłem oczy i ujrzałem demona nie istniał on naprawde lecz tylko w mojej świadomości.Próbowałem otworzyć oczy ale to nic nie dało widziałem tylką ta straszną postać która o dziwo przemówiła.
-Jam jest Astarot przywołałeś mnie swą mocą
-przecież ja nic nie zrobiłem-dałem upust swej rozpaczy
-opowiedziałeś się po stronie dobra używając sił zła a tylko dwóch demonów tak robi-powiedział rozejrzał się jakby oczekując kogoś i kontynuował-tylko ja i mój starszy brat Belzebub możemy pokonać Lucyfera na ziemi używając do tego smiertelników-skończył
-ale co ja mam z tym wspólnego-spytałem z strachem w głosie
-czy nie słyszałeś przepowiedni-spytał i nagle jego postać zaczeła się rozmywać ale zdążył wypowiedzieć dwa ostatnie słowa-JESTEŚ WYBRANY ANGELUSIE-zniknął
Angelusie?Tej ksywy urzywałem w grach komputerowych i na czacie tylko nieliczni wogle wiedzieli ,że to ja.Był to skrót od DarkAngela czyli Anioła Ciemności.Tylko dlaczego On mnie tak nazwał.To właściwie był komplement Anioły Ciemności uważane przez wielu za symbol zła.Ja jednak jak i kilku wpływowych okultystów uważałem ,że to Aniołowie którzy zostali wybrani przez Boga by złem zło niszczyć ale tylko wtedy gdy zawiedzie dobro.Własnie teraz znalazłem się w takiej chwili gdy tylko zło może uratować świat.To co powiedział Astarot można było odebrać ,że oni tez są Dark Angels.Demon w samym określeniu nie powinien istnieć bo to w rzeczywistosci upadły anioł.
Teraz mogłem tylko i wyłącznie odszukać Lucyfera i go zniszcyć.Choć nie wiedziałem jak i tak nie miałem nic do stracenia przecież nie żyje.Po głowie chodziła mi jedna myśl-słowo przepowiednia musze ja poznać choćby zawierała w sobie pesymistyczną wieść.
Ruszyłem korytarzem pewnym szybkim i zdeterminowanym krokiem.Za zakrętem wpadłem w pajęczyne może bym się tym nie przejął ale ona zakrywała cały korytarz więc się nią nieźle okleiłem.Przedzierajac się przez nia wpadłem na dziwny zwinięty rulon.Całość wyglądała jak podłużny kłębek pajęczuny.U góry była dziura więc ostrożnie przez nią spojrzałem.Z początku nie ujrzałem nic tylko jakiś dziwny materiał.Wtedy zrozumiałem za co patrze.To była ludzka skóra.Odwróciłem głowe w drugą strone ale zrobiłem to zbyt energicznie i zwymiotowałem na ziemie.Czułem się jakby całe wnętrzności podchodziły mi do gardła.Czy byłem aż tak podatny na taki straszny widok.
Usłyszałem głuchy dzwięk stapania po posadzce.Od czasu gdy jestem nieumarłym nie wyczuwam strachu tylko dreszcz podniecenia.Jeśli to coś co nadchodziło przyszło razem z Lucyferem w moim obowiązku było to zabić.Unicestwić te wszystkie przeklęte demony.
Spojrzałem na pajęczyny i miałem jasną odpowiedz tego co nadchodziłoTo był pająk nie brałem pod uwage ,że może być ich więcej a powinienem.Na drugiej stronie korytarza gdzieś na wysokości mojego brzucha unosiło się osiem oczu.A to bydle.Szczerze to moje szanse zależą od jego szybkości.
-NAIME NAIME DEUS KALANTE-gdy zacząłem mówić inkanacje spojrzał się wprost na mnie.Gdy pocisk zbliżał się w jego strone wskoczył na ściane unikajac zaklęcia.
-NAIME-z 5 metrów ode mnie -NAIME-był już jakieś trzy metry przedemną-DEUS KALANTE-skoczył na mnie wprost gdy zaklęcie wypaliło z mojej dłoni.Jego ciało poszybowało jakieś siedem metrów i głucho pacneło na ziemie.Nogi skręciły się dziwacznie.O dziwo całkiem dobrze widziałem w ciemności to chyba z przyzwyczajenia.Ciekawe jaka jest godzina.Straciłem poczucie czasu nie dziwne skoro od jakiegoś czasu jestem martwy.Zachichotałem,przecież chodze i oddycham jak moje serce mogło przestać bić tak poprostu.Nie czułem by pocisk Lucyfera był juz tym ostatnim który odebrał mi życie.
Zawsze marzyłem by zostać wampirem.To dosć osobliwe marzenie ale chciałem mieć ich wielka siłe i co najważniejsze niesmiertelność.Jaka istotą jestem teraz.Nie zombi bo nie gnije ani nie ghoulem bo myśle.Czym więc stałem się i czy kiedyś znów poczuje się śmiertelnikiem.Najważniejsze jest jednak pytanie:
-DLACZEGO JA!!!!!!!!!!!!!!!!!-wykrzyczałem to i mój głos odbił się echem po całym zamku i gdy powinna nastać całkowita cisz usłyszałem odgłos tysiąca nóg na ziemii.Gdzieś w oddali a jednak zbliżające się w moją strone z zawrotna predkoscią.Jednak znów nie czułem strachu raczej bezradnośc na to co moze się stać za chwile.
W oddali dosłyszałem okropny krzyk tyle że był zakłucony przez tupanie całej masy pajaków.Nagle ucichło wszystko.Nastała przerażająca cisza.Wolałem już jak panował hałas.Nie czekałem aż zatakują.Zrobiłem cos czego nigdy nie robiłem czyli ukróciłem zaklęcie.Musiałem być szybki.Tyle ,że tak robili tylko najpotężniejsi okultyści.
-IGNIS MARE-ognista kula wystrzeliła i dotarła do końca korytarza w momencie gdy jeden z tych kudłatych drani wpadł na korytarz i się podpalił.Usłyszałem straszny pisk gdy stwór się spalał i nagle cały spłonoł i nie pozostawił po sobie żadnego śladu.Choćby źdzbła siersi której miał na sobie odpowiednio propolcjonalnie tyle co tej wielkości miałaby tarantula.Zresztą duzo się nie różniły no może poza jakims dziwnym znaku na ciele.
Każdy demon miał swój własny znak rozpoznawczy.Czasami niwiele się one od siebie rózniły ale zawsze musiały być choć troch inne.Nawet inna barwa oznaczała innego potwora ale żeby spamietać wszystkie trzeba odznaczyć się nie lada pamięcia i umiejętnościmi magicznymi.Ja osobiscie nie wiedziałem nawet jak wygladają znaki siedmiu najważniejszych demonów piekielnego imperium.
W tym momencie musiałem jednak działać a nie myslec więc właśnie to robiłem.
-IGNIS MARE-trzecia ofiara
-IGNIS MARE-kolejne zwłoki
-IGNIS MARE-i nastepne ale bylo ich za dużo musiałem przybrać inną taktykę
-PARAFEUS-krzyknąłem raz-PARAFEUS PARAFEUS-po raz drugi i trzeci.
Wielka fala uderzeniowa szła w ich kierunku.Zanim dotarła do nich probowali uciekać ale gdy juz ich dopadła poddali się bezruchowi.To było zaklęcie obezwładniające i zadzialało ponad oczekiwania.Moje i ich zasmiałem się ale tym razem głośno i gardłowo.Strasznie to zabrzmiało.
-i co teraz pajączki?-spytałem wyzywajaco
-ognicho-sam sobie odpowiedziałem
-DEUS TALONIS-to juz nie był zwykły ogniowy pocisk to byla fala ognia.
Leciał w stronę bezbronnych pajaków.Zapalając przy okazji ściany.Gdy dotarła do celu sfajaczyła pająki tworzac piekło na ziemi.Czy możliwe ,że posiadałem aż taką potęge mocy.Kiedyś trudno wogle mi było sprowadzic ogień ale teraz potrafiłem spalić wszystko.Wiedziałem jednak ,że choćbym starał się niesamowicie i tak ogniowe zklęcia nie zadzialają na Lucyfera.Nawet go ni zadrasną.Potrzebowałbym prawdziwej wszechmocy by go zniszcyć.Tyle ,że ja jej nie posiadałem a jednak musialem go zabić.
-i co pajaczki jak w domciu,co?-spytałem lecz sam znałem odpowiedz.Te pająki żyły w najzimniejszych i najciemniejszych zakątkach piekła.Nie wszędzie wbrew ludzkiemu przekonaniu lała się lawa i płonął ogień.Były miejsca gdzie nie chciałby trafić choćby któryś z ognistych demonów.Tam władze utrzymywały Molochy.Istoty tak straszne ,że sam ich widok może przerazić na śmierć.Tam właśnie pjąki pożerały dusze które nie zasługiwały na kąpiel w lawie.Poszedłem na koniec korytarza urzywając uprzednio zaklecia:
-BEATRI MUNDO AQUA-zgasiło ono wszelkie płomienie pozostawiając gołe ściany.
Po prwej stronie był pusty zaułek wyczułem w nim ruch.Oświetliłem sobie dłoń jak robiłem szybciej i skierowałem w tamtą stronę.Gdybym wiedził co zobacze nigdy bym nie oświetlił tego miejsca.Był tam największy pajak jaki istniał.Trentacruela matka wszystkich pająków w piekle skoczyła na mnie i przygwoździła mnie do ziemi.Dwie włochate nogi przytrzymywały mnie tak dokładnie ,że nie mogłem choćby ruszyć palcem.To było straszne tym bardziej ,że ona nie chcial mnie skokonować tak jak zrobiła z poprzednimi tylko zjeść.Jeden z kokonów w jej sieci poruszał się.
W umyśle wymowiłem inkanacje zklęcia
-MENTA POTENS-tak się składa ,że te zaklecia nie musialy być wymówiane na głos miały jednak stosunkowo słabą moc.Odrzuciło to pajaka na jakieś trzy metry do tyłu.
Nie mogłem użyc zaklęcia ogniowego bo zabiłbym istote z tyłu.Może i dobrze.Niewiedziałem czy to człowiek pajaki nigdy nie brzydzily demonami.Nie zawsze mogli ludzmi wykarmić całe stado.Musiały czasami sięgac po te kąski które się potrafiły bronic czyli potworasy.W najgorszych czasach zjadały się nawzajem!
-PROJICERE TERRA-taa zaklęcie ziemi.Z podłogi wyłoniły się ogromne skały i uwięziły pająka niestety nie na długo.Podbiegłem do kokonu i rozerwałem go.Z środka wypadła dziewczyna.Ta sama która leżała spita u mnie na łóżku po imprezce czyli Lidia.Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna.Poprostu idealne ciało i twarz.Do tego długie brązowe włosy które dodawały jej kobiecych rys a z tego co wiem miała dopiero czternaście lat.Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w głąb korytarza.Dokładniej to w lewą strone.
Ruszyłem sie biegiem.Ściany były dziwnie wilgotne.Coś kapało z sufitu i nie była to woda.Miałem dziwne wrażenie ,że wiem co to jest.Jedno tak proste słowo które jednak nie chciało przejść mi przez gardło.
-Krew-powiedziała dziewczyna w moich ramionach.Jej głos byl okropnie beztroski.Jakbyśmy byli na pikniku.
Zaczeła się wiercić więc postawiłem ją na nogi.
-Gdzie pająki-spytała z przerażniem jakiego jeszcze u człowieka nie widziałem.
-Martwe-powiedziałem to sucho,bez żadnego uczucia.
-Zabiłeś je wszystkie,tą SUKE też-spytała z groźbą
-no nie całkiem nie wiedziałem zbytnio jak ją uśmiercić-odwróciłem wzrok by nie patrzec jej w oczy
-Musimy wrócić do domu,wiesz jak stad wyjść-spytała z nadzieja.
Nie chciałem jej mówić ,że po drodze musimy zabic wszystko co zdołało się przedostać do naszego świata!Zresztą ona tez nie kwapiła się z wyjaśnieniami co tu się stało.Z tych rozmyslań wyrwał mnie jej głos.
-ona jest szalona-powiedziała by zwrócić moją uwagę,spojrzałem się na nią z początku myślałem ,ze mówi o Trentacruela-ta twoja dziewczyna wciąż powtarza ,że musi go zabić a potem zająć się tobą-wymówiła to beztroską
-jaka moja dziewczyna co znaczy ,że ona musi się mną zająć?-spytałem wkurzony
-mówiła ,że to co nas spotkało to wszystko twoja wina-zapłakała-to samo krzyczała gdy pająki mnie zabrały a ona uciekała-''to tylko i wyłącznie wina Andrzeja''-przytuliła się do mnie -ty mnie uratowałeś i tylko ty możesz uratować reszte-rozpłakała się na dobre.
Niewiem ile czasu stalismy w przytuleniu ale wiedziałem jedno to wszystko jest pojebane.Wrosewska mnie o wszystko obwinia a sama nie potrafi zadbać o ludzi którzy ja otaczają.Czy jest aż taką sadystka i widzi tylko jeden cel.Zabic Lucyfera i mnie.Skoro nie potrafiła poradzić sobie z pajęczakami to jak mogła chcieć zabić mnie.No dobra może jestem zbyt pewny siebie ale moja moc ostatnio faktycznie wzrosła.Napewno sama nie pokona Lucyfera.Dlaczego wtedy złapała mnie za ręke i po co wogle była ta szopka ,że mnie tak bardzo lubi.Znów pełno pytań zero odpowiedzi.Jak ja tego nienawidze.Musze ją znaleźć tylko ona może znać tajemnice przepowiedni.
Szliśmy trzymając się za ręce.Powoli by nic nas nie zaskoczyło.Każde z nas rozglądało się z obawą.Wiedzieliśmy ,że totalnie wszędzie czyhać może niebezpieczeństwo.Miałem wielka nadzieje ,że znajdę Kasie i dostane odpowiedzi na trapiące mnie pytania.Czułem ,że mój cel jest bliżej niz mogłoby się wydawać.
W tym momencie za zakrętu wyszedł człowiek.Szedł ociekając jakąs mazią.Z początku była to dla mnie tylko woda ale znów Lidia czarująco spokojnym głosem wyprowadziła mnie z błędu.
-to krew-schowała się za mną
Poczekałem chwile aż dojdzie w pole mojego wzroku.To coś co się zbliżało było bladoszaro-zielonkawe.Usta były zmkniete no może poza wywieszonym jęzorem jakby typek zapomniał go schować.Nie miał jednej ręki ale tam gdzie ona powinna się znajdować wisiał naderwany zgniły kikut.Miał podarte jeansy i jednego trampka.Nie miał górnej części ubioru a na klacie widniało mnóstwo blizn i pocięć.W całej ręce trzymał ogromny topór obusieczny.Jak tak dobity człowiek mógł dzwigać taki cieżar było dla mnie zagadką ale tylko do czasu.Nagle zrozumiałem ,że to kurwa nie jest człowiek tylko zombi-chodzący trup.
Zamachnął się na mnie toporem i prawie pozbawił mnie głowy.Zrobiłem zajebiscie szybki unik i podciołem go tak ,że on wyladował na ziemi.Chciałem wyrwać mu broń ale on zaciekle trzymał ja w obu rękach i nawet kopniaki w twarz nie pomagały mi zyskać przewagi.
-MENTA POTENS-wymówiłem na głos inkanacje tego psychicznego zaklecia jednocześnie myśląc o nim intensywnie.Efekt był wprost zdumiewający.Zombi odleciało na koniec i uderzyło w coś co stało wprost przy ścianie.
Nagle światło rozeszło sie po korytarzu a postac w która uderzył trup znikneła.Zdążyłem zauważyć tylko jego ubranie czyli długi czarny płaszcz z kapturem który wszystko zasłaniał.Było coś jeszcze 4 kolejne postacie trupów zbliżały się tylko dużo szybciej niż poprzedni.Lidia chyba też to widziała bo jekneła cicho za mną.
-Uciekaj-krzyknąłem i trzeba zauważyć ,że nie czekała na nic tylko spełniła rozkaz.
Teraz wszystko zależąło od mojej decyzji.Postanowiłem czekać na to aż się zbliżą.Smród otaczał mnie z każdej strony.Powoli traciłem możliwość oddechu.Truposzów było coraz więcej, wtedy dopiero przypomniałem sobie o przyjaciółce której kazałem brać nogi za pas.Z drugiej strony także widać było nadchodzące zombie.To znaczy ,że już po Lidii i to właśnie ja skazałem ją na śmierć.Ale wciąż miałem nadzieje dlatego:
-DEUS TALONIS-wysłałem fale ognia w strone gdzie niegdyś znajdowała się zakapturzona postać.
Nic nie oparło się temu zaklęciu.Ściany paliły się a zombie kwiczały na ziemi płonąc niemiłosiernie.Ale tylko przez chwile,potem to co zostawało próbowało wstać.I gdy tylko im sie udawało ruszały w moją stronę.Niemiałem potężniejszych zaklęć więc przeklnąłem w podświadomości i podniosłem miecz leżący na ziemi.
-IGNISIS-zapaliłem miecz niegasnącym płomieniem.W pomieszczeniu zrobiło się strasznie duszno a blask miecza dawał widoczność na co najwyżej metr.Było ich coraz więcej.Jeden z nich wybił mi miecz wielkim młotem.I nagle wszystko ustało...


Rozdział 5-Wędrowiec

Zombi staneły otaczając mnie.Byłem bez mozliwości ucieczki.Zaczął wiać przeraźliwy wiatr.W korytarzu było jakby ktoś otworzył próżnie.Nawet ogień mego miecza zgasł a zombich wywiało na koniec przejścia.Cały ten podmuch jakby całkowicie unikał mojej osoby.Czułem się jak w oku cyklonu.Zaczęło zamrażać ściany,podłoge i sufit.Tylko w małym okręgu na ziemi było ciepło.W miejscu którym stałem.Powoli robiło się ciepło by za chwile wszystko oprócz mojej osoby zapłoneło.To także po chwili mineło i korytarz zaczeła wypełniać woda.Stałem jak wryty widząc ,że woda tak jakby posiadała inteligencje i nie dotykała mojej osoby.Niewiedziałem co robić gdy nagle cała woda znikneła jakby ktoś ją zabrał pstryknięciem palców.Znowu zrobiło się jasno a na końcu korytarza stała ta sama zakapturzona postać co na początku...
-POKŁOŃ SIE ŚMIERTELNIKU!!!-krzyknął na mnie głosem nie z tego świata
-Kim jesteś?-spytałem donośnym aczkolwiek spokojnym głosem żeby nie zdenerwować przeciwnika.
-POKŁOŃ SIE!!!-znów rozkazał
-Nie przestraszysz mnie tymi sztuczkami!-zawołałem tym razem pewniej i głośniej
-GIŃ GŁUPCZE-krzyknął,uniusł ręke i skierował we mnie dziwny promień
-PROTECE MAI ASTAROTE-osłoniłem się znajomą tarczą
Tarcza przez chwile dawała zamierzony efekt ale wrogie zaklęcie było zbyt potężne,by całkowicie mnie ochronić.Widziałem jak moja jedyna ochrona zanika i byłem pewny ,że zaraz wyląduje na końcu korytarza uderzając w ściane.Tak się nie stało.Delikatny powiew wiatru podniósł mnie nad ziemie,i tak wisiałem przez ok 10sekund by nagle poczuć ,że moje ciało płonie.Nie krzyczałem jednak bo czułem ,że wtedy zaboli jeszcze bardziej.Nagle palenie ustało i spojrzałem na ręce z przekonaniem ,że skóra jest spopielona i czarna.Jak bardzo się myliłem.Nic mi nie było i nagle przestałem oddychać.Całe moje płuca wypełniły się wodą zupełnie jak bym tonął.Plułem i wierzgałem ale to tylko pogarszało sytuacje.Woda znikła i wiejący znikąd wiatr zaczął zamrażać moje ciało.Myślałem ,że umrę ale myśl ,że sam skazałem Lidie na śmierć nie pozwalała mi krzyczeć.Czułem jak krew zamarzała w rzyłach.Czy taki był mój koniec?Zadałem sobie to pytane w myślach.Niewiedziałem ,żę odpowiedz przyjdzie z innej strony.
-TY DURNIU,NIE JESTEŚ W STANIE POWSTRZYMAĆ ZWYKŁEGO WĘDROWCA-Oprawca uśmiechnął sie-TO CZEMU WIERZYSZ ,ŻE POWSTRZYMASZ LUCYFERA?!!!
-DEUS TALONIS-krzyknąłem w ataku gniewu.
Przeciwnik sparował uderzenie bez najmniejszego problemu i zadrwił:
-On jest alfą i omegą piekieł a ty robaku chcesz użyć przeciw niemu zaklęć śmiertelników-kontynuował-nie przybyłem cie zabić tylko ci pomóc!
Skorzystałem z chwili ,że przerwał i powiedziałem-W takim razie zabijmy go razem,łącząc siły pokonamy diabła!
-Ja jestem pomocnikiem przeznaczenia,tego co sie musi wydarzyć-uśmiechnął sie-jeśli nie to ten świat przepadnie a inne razem z nim-powiedział ze zgrozą,jednak to nie był koniec jego przemowy.Nie jesteś widze gotów usłyszeć drugiej części przepowiedni,to jeszcze nie czas!
-Wciąż ktoś mówi o przepowiedni,ty wypełniasz jej wole więc musisz ją znać,co zmieni fakt ,że wreszcie poznam ją w całości?-spytałem gniewnie-Jak mam walczyć z IMPERATOREM piekieł skoro nikt mi nie chce pomóc!!!-wykrzyczałem i podszedłem do niego na odległość wyciągnięcia ręki
-Nie widzisz człowieku ,że wszyscy chcą ci pomóc ,że w tobie pozostała nadzieja na uratowanie wszystkich światów.Nie było by mnie tutaj gdyby nie tobie podobni!!!-z jego twarzy wręcz płynął spokój i szczerość-Taka zalezność istnieje od zawsze tylko determinacja i...-zamilkł na chwile jakby nie mógł tego powiedzieć-mogą odeprzeć ataki kohort piekielnych.Faktem jest ,że tylko dwa razy poza tym z piekieł wyłonił sie sam Lucyfer ale nie on jest zmartwieniem.Ludzie już nie potrafią połączyć sił by wspólnie sie obronić.W tobie jest moc której nawet ja nie rozumiem.Coś ponad naszymi wyobrażeniami.-przestałem go słuchać...
Astarot pomyślałem sobie w duchu.Wiedziałem ,że ta myśl jest nie do wyrwania z mego umysłu.Nie da sie przemóc tajemnicy tego z jakiego powodu jeden z demonów piekielnej hierarchi chce mnie wspomóc.Myślami powracałem do naszego spotkania.Do jego zamglonej postaci majaczącej sie w moim umyśle do mocy którą odczuwałem gdy przepływała przez moje ciało.Czy byłem tego godzien?Wiem tylko ,że nie mi to przyjdzie osądzać.Wiedziałem także jak dużo ludzi (i nie tylko) na mnie liczyło.
-O czym myślisz ,że nie moge odgadnąć twego umysłu?-spytał zaciekawiony
-Nic co pomogło by w tej sytuacji-skłamałem z nadzieją ,że tego też nie wyczuje!
-Sądze ,że wiesz więcej niż ci sie wydaje,a jestem pewny ,że gdy poznasz przeznaczenie nie zawachasz sie użyć tej wiedzy.-powiedział
-Teraz czas byś znalazł potęge która zmiarzdzy moc Lucyfera!-widać było na jego twarzy wyraz głębokiej satysfakcji-by tego dokonać zrobimy coś czego nie spodziewa sie sam IMPERATOR...
-Czy jesteś na to gotowy?-spytał z śmiechem wpisanym w postarzałą już twarz wędrowca
-Zaczekaj,niewiem co z....-nie pozwolił mi dokończyć
-dziewczyna żyje póki ja tego chce-powiedział wyniośle
-W takim razie jestem gotowy na wszystko-chciałem by zabrzmiało to twardo i zdecydowanie lecz było w tym czuć mój lęk.
-NAWET NIE WIESZ NA CO SIĘ PORYWASZ BUHAHAHAHA-roześmiał sie strasznie gardłowo aż ciarki przeszły po całym ciele
Powietrze zmatowiało i miejsce w którym przed chwilą stałem zaczeło zanikać.Słyszałem tylko świst powietrza i ciche inkanacje wymrukiwane przez elementaliste.Z sekundy na sekunde a moze były to minuty robiło się coraz goręcej.Zacząłem sie straszliwie pocić.Powoli traciłem oddech a płuca robiły sie coraz pełniejsze jakiegoś pyłu lub sadzy.Nic już nie widziałem,nie miałem siły utrzymywać powiek.Byłem pewien ,że to koniec.Że wędrowiec zrobił to specjalnie by mnie zgładzić.Tylko po co skoro bez trudu mógł to zrobić dużo szybciej.Nie mogłem już logicznie myśleć.Przestałem odczuwać ból,tylko czułem jakby cząstka mnie chciała się wyrwać z poniewieranego ciała-to była moja dusza.Zemdlałem.
Ocknąłem się jakby ze złego snu.Powoli otwierałem oczy.Nie czułem już żadnego bólu.To co wyłaniało sie przed moimi oczmi zatykało dech w piersi.Leżałem na czarnej spopielonej skale.Wszędzie naokoło widać było skalne szczyty.Po ścianach lała sie lawa,otaczał mnie ogień i smród czystej siarki.Gdzieniegdzie przemykały cienie postaci.Gdzieś nademną człowiek o wysuszonej skórze biczował resztki swojego ciała by po chwili zostać pochwycony przez ogromnego pająka.Tą całą scene przerwał mi elementalista który stanął przedemną w całej swojej wyniosłości.Na nim nie robiło to najmniejszego wrażenia.Byłem pewny ,że nie jest tu pierwszy raz.
-Sprawiłem ,że na ten czas uzyskałeś część mojej odporności na przejścia-powiedział-Chyba wiesz gdzie sie znaleźliśmy...-dał mi czas na odpowiedź
-Piekło-powiedziałem dobitnie jakby wszystko było mi jedno
-Taaak to właśnie piekło i to właśnie tu znajdziesz sposób by pokonać Lucyfera-zamyślił sie-TYLKO TU-wykrzyczał
-Gdzie mam sie udać-spytałem zbity z tropu
-Udasz się do ognistego pałacu do sali imperatora i tam po pokonaniu strażników zdobędziesz broń.-wydedukował
Nie wydawało się to trudne aż do miejsca gdzie miałem pokonać strażników.Wiedziałem jednak ,że to wszystko skomplikuje się szybciej niż myśle.Dużo szybciej...
Przed nami rozciągała się droga po której ludzie skazani na piekło kroczyli brodząc w lawie i wykrzykując przekleństwa.Pół-spalone isoty z skrzydłami latały nad nimi oblewając ich czystym ogniem.Może i wędrowiec uodpornił mnie na ogień ale tego smrodu nie mogłem nie odczuwać.Spalone mięso,włosy i cała reszta ludzkich narządów.Zwymiotowałem żółcią dopieru teraz odczuwając brak choćby znikomego posiłku.
Byłem wyczerpany a wiedząc co czeka na mnie u krańca wędrówki uginały mi się nogi.Nigdy bym nie pomyślał ,że odegram taką duża rolę.Misję którą przypłace czystą duszą i za którą nikt nie da mi medalu lub choćby głupawego szacunku.Niewiedziałem czym mam zapłacić naprawdę...
Przeszliśmy kawałek i wreszcie ujrzałem ten cholerny pałac.Kiedyś chyba był biały ale teraz zmienił kolor na czerwony.Nie była to jednak ani lawa ani ogień tylko krew.Ściekała z każdego okna,otworu i zlatywała z dachu.Dziedziniec ścielił się trupami i ludzkim ścierwem którym żywiły się jakieś obrzydliwe robaki i zwierzęta całkowicie lub częściowo obdarte ze skóry.Jeden spojrzał na mnie i ujrzałem jak przeżuwa w swym wielkim pysku ludzką głowe.Wypływał z niej mózg i po chwili wypadło oko które trafiło sie jakiemuś mniejszemu zwierzątku które złapało je w locie.Framuga wielkich wrót wyrzeźbiona został z ludzkich czaszek im bardziej się zbliżałem tym bardziej oczywista wydała mi się odpowiedź na pytanie czemu myslałem ,że ten obrzydliwy budynek był biały.Został całkowicie zbudowany z ludzkich kości.Nie było śladu innego tworzywa,do zlepienia uzyto chyba ścięgien lecz tego nie dowiem sie nigdy.Strach obleciał moje ciało a ,że nie miałem czym zwymiotować prawie zemdlałem z mdłości.
-Musisz być silny i wytrwać,potrzebuje ciebie bardziej niż myślisz-to nie był głos wędrowca jak mi sie z początku zdawało.Pochodził on z wnętrza mnie i jedno jest pewne dodał mi sił odwgi i energi.Dziwnym trafem wiedziłem ,że wrota nie otworzą się za pomoca siły fizycznej.Czy jednak wspomoże mnie zaklęcie które poznałem na Ziemi.
To miejsce wydawało mi się takie odległe.Nawet zamek w którym spędziłem ostatni czas był jakby rajem w porównaniu do tego mówiąc szczerze zadupia.Te wszystkie wspomnienia barw błękitu i zieleni,przesiąknięte pieknym zapachem były tak odległe i nie rzeczywiste.Czy byłem jednak na tyle głupi by myśleć ,że wyjde żywy z pojedynku z Lucyferem.Miałem nadzieje ,że nie będe musiał walczyć sam,że ktoś mnie wspomorze.Na wędrowca nie było chyba co liczyć.Czułem ,że za dużo zależy od tego przejebanego przeznaczenia i przepowiedni której nikt mi nie chce wyjawić.Nie myślą chyba ,że ona tak by zmieniła moje zdanie.Czy zsępując do piekła nie pokazałem ile jestem warty.Na ile można na mnie polegać.Na mym zdecydowaniu.Wtedy pewna myś przyszła mi do głowy.Pewne zaklęcie które ujrzałem przy pewnym seansie ''wywoływania duchów''.Zaklęcie które nigdy nie chciało zadziałać.Czar jakiego jeszcze tak silnie nie odczuwałem wypowiadając inkanacje i nie widziałem znikomych efektów.
-INTENSION OF DEUSOS-wrota zaczeły się otwierać a elementalista spojrzał na mnie z uznaniem i wskazał drogę do środka.Stało się jednak coś jeszcze.Wszystkie struchlałe zwierzęta z dziedzińca rozpierzchły sie na boki.Pozostawiając morze ciał i krwi swojemu losowi.Nie przypuszczałem ,że to zaklęcie okarze się takie potężne.Nareszcie moje wargi ukształtowały sie w szerokim uśmiechu.
Weszliśmy,nie spodziewałem się tego co zobaczyłem.Był to korytarz długi na 200metrów kwadratowych i był cały poprzecinany systemem mostów o szerokości 2metrów i co jakiś czas położonych tam platform.U dołu ziała ogromna przepaść i morze płonącej lawy.Szliśmy mostem prowadzącym na sam koniec korytarza.W odległości 10 metrów od wejścia staneły przed nami 2 szkieletory wymachujące kościanymi mieczami.
-INTENSION OF DEUSOS-krzyknąłem pewnie i zdecydowanie,zaklęcie podziałało z satysfakcjonującym skutkiem.Ucieszyłem sie ogromnie.Zacząłem się śmiać i nie mogłem się od tego powstrzymać.
-GŁUPCZE!-wrzasnął wędrowiec-TO NIE BYLI STRAŻNICY,TERAZ DOPIERO POCZUJESZ MOC PIEKIEŁ-wykrzyczał,machnął ręka i zniknąl
Dopiero teraz zauważyłem to co on musiał wiedzieć.Kości szkieletorów unosiły się i zaczeły tworzyć jedną całość.Ze ścian odrywały się szczątki materii ludzkiej i tworzyły wielki organizm.Wiedzaiłem ,że to nie wróży nic dobrego.Nie potrzebowałem zaproszenia.
-DEUS TALONIS-Zaklęcie zadziałało jakbym chciał rzucić kamieniem odrzucając trzy kosci ogromnego kręgosłupu.
-INTENSION OF DEUSOS-zaklęcie odrzuciło całą materie do tyłu.Znowu czułem smak zwycięstwa.Wtedy stało sie coś nie oczekiwanego.Prosto pod nami z morza lawy,wyleciało coś ognistego co połączyło sie z ciałem które jak myślałem pokonałem szybciej.
-INTENSION OF DEUSOS-warknąłem znowu,czując jakąś dziwną przewage ale on się tylko na chwile zatrzymał by po chwili równym krokim ruszyć na mnie.Nie mogłem przypomnieć sobie co to za stwór.Cholercia chyba przeszkodziłem mu w całkowitej odbudowie ciała i dlatego teraz wyglada jakby niedorobiony.Ale postura i ruch tego stwora powiedział mi ,że to moloch a ja na szczęście wiem jak sobie z nim poradzić.Tyle ,że to napewno nie jest łatwe.Rozejrzałem się po pomieszczeniu i ujrzałem wiszącą na drzwiach do drugiej sali tarczę z mieczem.
-XARSOS-powiedziałem w ich stronę i z ogromną szybkością poleciały w moją stronę tak ,że miecz odciął ręke stworowi.Z rany ciekła obrzydliwa czarna krew.A kończyna spadła w lawe i spaliła się całkowicie.Bardzo mnie to ucieszyło.W lewą rekę złąpałem miecz a w prawą tarcze.Przygotowałem się do szarży potwora.Uderzył prawą zdrową ręka i odrzucił moją tarcze.
Odsunąłem się i stanąłem gotowy na wszystko.Zionął ognistym pociskiem prosto w mój miecz i zapalił go.Skóra na rękach zaczynała mnie piec.Moja odporność na ogień malała... Wtedy wapdłem na dość dziwny pomysł kombinacje dwóch zaklęć.
-BEATRI MUNDO AQUA-i zaraz potem gdy woda zagasiła ogień na mieczu użyłem kolejnego-ARKTIS WANITER-Co zamroziło miecz.
Zaraz potem potwór zaszarzował i nadział się na mój miecz.Trafiłem prosto tam gdzie powinno być serce.Moloch uniósł mnie razem z mieczem i tak przebiegł z 2 metry.Prosto by stanąć nad przepaścią.Wisiałem trzymając się miecza a czarna krew oblewała moje ciało.Coś się działo z moim ciałem,umysłem,sercem i duszą.Czułem jak dobroć mnie opuszcza.Jak zalewa mnie fala nicości.Jak moje wnętrze szarzeje.Nagle pomyślałem o Kasi,o tym co do niej czuje.Zapłoneła we mnie iskierka nadzieji...Usłyszałem jakby z oddali:
-AUROSOS ANARCHY-krzykneła Kasia,niewiem skąd się wzieła ale jej zaklęcie ale dodało mi wigoru ale nie fizycznie tylko duchowo.Czułem się co dziwne jakby po spowiedzi.
-MAM-krzykneła Kasia i znowu odczuwałem efekt przenoszeneia do innego świata...

Rozdział 6-Ostateczna Alternatywa

Podniosłem sie do góry i ujrzałem dziwną scene...
Kasia wraz z Wędrowcem stali w odległości stu metrów ode mnie.Dziewczyna trzymała dziwną koronę która oświetlała swoim blaskiem całą okolicę.Za nimi stało pół ekipy ludzi którzy byli na tej kolonii.Przestraszeni i pobrudzeni wygladali jak zgraja żebraków i szmaciarzy.Oni też przeżyli koszmar.Ich przyjaciele pogineli a oni sami nie widzieli już pewnie dla siebie ratunku.Czy wiedzieli ,że wszystko zależy jak się domyslam od tej korony.Czułem co trzeba zrobić a Kasia juz się chyba do tego zabierała.Musimy sie oboje na to zdecydować.Szedłem w ich kierunku gdy obok zmaterializował się Lucyfer wraz z dwoma molochami.Dobiegłem do wędrowca i wtedy Kasia to zrobiła...
-PROTECE MAI BELZEBUBE-krzykneła skrzyżowała ręce i złapała koronę dłońmi.Po tym tak jakby ją zmroziło i przestała oddychać.Bicie jej serca słychać było jesli ktoś zbliżył się do korony ale ja słyszałem je w całej swojej głowie.Wtedy zauważyłem także inny mankament.Poczulem bicie także swojego serca a przecież one przestało bić gdy Lucyfer pojawił się w naszym świecie.Kasia mnie o tym poinformowała.A teraz odzyskałem stracone uczucie.Poczułem starch paraliżujący całe moje ciało.Kto wskrzeszył moje serce.Spojrzałem na wędrowca ale w jego obliczu ujrzałem tylko niecierpliwość.Kasia wyglądała jak martwa ale stała trzymając najstraszliwszy przedmiot wszystkich światów.Koronę imperatora piekieł.Coś mnie podkusiło by spojrzeć na Lucyfera...
Swoim szponem dotykał miejsca gdzie powinno być jego serce.A na szpetnym pysku pojawiał się uśmiech i nagle wybuchł śmiechem....
-I CO-spytał straszliwym głosem-TERAZ MASZ WIĘCEJ DO STRACENIA CO NIE?-zadał to pytanie z przekonaniem a ja nie potrafiłem ukryć zdziwienia,Nie miałem pojęcia o co mu chodzi.
-CZYŻ NIE POZNAŁEŚ PRZESŁANIA PRZEPOWIEDNI?-cholera no cóż nikt mi go nie wyjawił pomyślałem i spojrzałem na Elementaliste.Lucyfer zrobił to samo.
-TO DLATEGO CHŁOPAK JEST TAKI ODWAŻNY,ZATAJIŁEŚ PRZED NIM KONIEC TEJ PIĘKNEJ HISTORII,CZY TAK WĘDROWCZE?-spytal i zaraz dodał
-CZAS SKOŃCZYĆ TE BAJKĘ-...
Wedrowiec odkrył płaszcz i czterema rękoma skierował dziwny promień w strone Lucyfera.Molochy znikneły a z Imperatorem działo się coś dziwnego.Jego usta się zasklepiały,Elementalista podchodził coraz bliżej swojego wroga.Aż w końca usta się całkowicie zaskleiły i nie było po nich śladu.Lucyfer jednym szarpnięciem zabił stojącego za blisko Wędrowca.Pierwszy raz poczułem niechęć do Elementalisty a sympatie do Imperatora...
Spojrzał na mnie a ja mu skinałem głową.Przez ta chwile nie widziałem w nim wroga.Zaczął pisać w powietrzu krwistymi literami treść przepowiedni:
NASTAŁ DZIEŃ PIEKIEŁ GDY STRAŻNICY WŁADCY UPADNĄ A SAM LUCYFER ZSTĄPI NA PIEDESTAŁ ZIEMI I UKAŻE NIEWIERNYCH I NIE BĘDZIE JUŻ RATUNKU OD STWÓRCY. . .
. . .WTEM GDY NADZIEJI NIE BĘDZIE WIDZIAŁ JUŻ NIKT ŚMIERTELNOŚĆ I POŚWIĘCENIE LUDZKICH DUSZ WYBAWI ŚWIAT Z OPRESJI PIEKIELNEJ A PRZEZNACZENIE WYPEŁNI SIĘ ŻĄDAJĄC PRZY KOŃCU DWÓCH LUDZKICH OFIAR.
-Dwóch ludzkich ofiar?-pomyślałem i nie trudno było zgadnąć o kogo chodzi!O mnie i o Kasie,ale czy to jedyny sposób na pokonanie potwora.Czy tylko w ten straszliwy sposób można zabić diabła?Te pytania nie dawały mi spokoju.Tu nie chodziło o mnie ale o Kasie a dziwne przeczucie mówiło mi ,że jeśli zniszcze korone zginie wszystko co w tej chwili stało tak blisko nas.Czyli także inni członkowie kolonii.Nie mogłem na to pozwolić.Chciałem ostatni raz spojrzeć na Lucyfera.Z jego twarzy nic nie mogłem przeczytać.Był jakby gotowy na to co się stanie.To już kiedyś się zdarzyło i to nie raz.Zawsze ludzie odnajdywali przedmiot w którym zaklinał swoja moc i tym razem to sie zdarzyło.Tylko nigdy nikt z wybrańców nie miał takich wątpliwości z jakimi teraz ja musiałem stoczyć bój w swojej głowie.Imperator nie mógł przeszkadzać w tym rytuale,nie miałem pojęcia dlaczego ale stał tam czekając na swój niechybny koniec,ale czułem dług wobec tego potworasa.To on pomógł mi odkryc w sobie prawdziwą potege mocy.To od niego dowiedziałem się jak brzmi druga część przepowiedni.Pewnie już byłby martwy gdyby nie wyjawił mi reszty tajemnicy.Co gorsze on mi przedłużył życie,czyli tak jakby uratował mnie od śmierci.A teraz mam go w ten podły sposób odsyłać do domciu w piekle.Tylko jaki mam wybór?Odpowiedz jest jedna-ŻADEN!!!
-PROTECE MAI ASTAROTE-powiedziałem głośno i donośnie,skrzyżowałem ręce i wtedy gdy tarcza się utwardzała i ochraniała cała moja postać usłuszałem w mojej głowie cich szept:
-To tylko słowa-wyszeptał Astarot
Przepowiednia?Pomyślałem ale jakie mam inne wyjście?Jakby sam do siebie i nie oczekiwałem odpowiedzi ale ona znów przyszła do mojej głowy.Jedno krótkie ale jakże treściwe słowo-walcz-Czułem w sobie ogromna siłe a tarcza zamiast znikać wraz z upływem czasu umacniała się i teraz świeciła przeraźliwym blaskiem.
-Wiesz Lucyferku-zaśmiałem się jakby z dobrego żartu-skoro jesteśmy w moim świecie,powinniśmy troszke powalczyć-usmiechnąlem się do niego-co Ty na to?-spytałem
Jego usta znów się pojawiły.To nie pasowało do sytuacji.Oddaliłem się od Kasi żeby jej się nic nie stało,
-GŁUPCZE!!!-krzyknął uśmiechając się do mnie-NIE POKONASZ MOCY PRZEPOWIEDNI!-zaśmiał się twardo
-JA NIE WIERZE W PRZEZNACZENIE!-krzyknąłem i dodałem już troche ciszej-A teraz giń!
Lucyfer nie czekał na mnie tylko uderzył falą jakiegoś zaklęcia a ja pod nosem szepnąłem
-DEVASTING TERRANIUM-i cała moc jego zaklęcia znalazła się w moich rękach.Ten przerośnięty mutant myślał ,że moja tarcza wytrzymał atak dlatego gdy krzyknąłem
-DIGREI APOKALIPS-i połączyłem zaklęcia w jeden pocisk imperator nie przygotowany na ten atak wyleciał na pięć metrów do tyłu i spadł na pysk.To mógłby być już koniec.Wcale by mnie to nie zasmuciło.Ale czy ta prosta sztuczka wystarczyła by go pokonać.
Imperator wysłał w moją stronę fale śmierci.Ja znowu uczyniłem to samo
-DEVASTING TERRANIUM-połączyłem jego moc i dodałem swoje zaklęcie tym razem ze sfery śmierci-INTENSION OF DEUSOS-tworząc zabójczą kombinację dwóch najstraszliwszych zaklęc piekielnych.Wyniszczająca fala płyneła w stronę diabła niszcząc całą zieleń i czyniąc ziemie jałową.Kiedy go dosięgneła to powstała implozja i przez chwile nic nie było widać.To musiał być już koniec,pokonałem tego frajera.Nareszcie mi się to udało.Jak bardzo się myliłem.
Zanim jeszcze opadł kuż zobaczyłem pędzącego w moją stronę odmienionego Lucyfera.Tak jakby stracił rozum.Ale wiedziałem ,że tu chodzi o co innego.On stracił świadomość i prwadopodobnie nieśmiertelność.Nie było czasu by myśleć.
AUROS ANARCHY-pocisk powędrował na miejsce docelowe ale zaklęcie się tylko odbiło od Imperatora a raczej tego co z niego zostało.Podbiegł do mnie uderzył swą ciązką łapą powalając na ziemie.To był już koniec.Diabeł skierował łapę by zmiażdzyć moją głowę.Usłyszałem w swej podświadomości głos Astarota.
-Walcz,czas byśmy połączyli swą potęge-coś się zaczeło we mnie dziać.Czułem przypływ ogromnej siły fizycznej.Coś dało mi ogromny dopływ wigoru.Skóra na całym ciele przybierała błękitny odcień.Prawą ręką powstrzymałem jego łapę przed zgnieceniem mojej czaszki.Skierował swój drugi przeszczep i tym razem moja lewa ręka uratowała mi życie.Długo sie tak siłowalismy i znów coś się zaczeło dziać z moim ciałem.Zmieniałem sie w jakiegos potworasa.Całe moje ciało zmieniało się jakby pod wpływem zaklęcia.Kończyny mi rosły a skóra twardniała.W oczach Lucyfera po raz pierwszy ujrzałem strach i niedowierzanie.
-TO NIE MOŻE SIĘ TAK SKOŃCZYĆ-zawył przerażliwym głosem jakby zwierzęcia a ja z nową mocą odrzuciłem jego słabe ciało na bok.Złapałem za głowe i za obie nogi i oderwałem te wątłe członki od siebie.Rozszarpałem jego ciało na kawałki i gdy już to uczyniłem ono poprostu znikneło.
Spojrzałem wokół siebie i ujrzałem za sobą bliźniaczy wizerunek diabła do tego jak teraz wyglądam.
-Dziękuje śmiertelniku ,zanim zdążysz mi odpowiedzieć staniesz się spowrotem sobą ale nigdy Ty ani reszta ludzi których widzisz wokoło nie zapomni tego co tu się stało.To jest prezent dla ciebie-gdy to powiedział na mojej już ludzkiej dłoni pojawił sie wielki niebieski pierścień-noś go zawsze przy sobie albowiem tym co zrobiłeś dzisiejszej nocy pokazałeś jak potęzni mogą być śmiertelni.Nadejdzie kiedys dzień gdy ktos upomni się o ten pierścień gdyż nosząc go stajesz się władcą piekła.Gdy dostaniesz w swe ręce drugi z nich czyli koronę piekieł staniesz się władcą wszystkich demonów a trzeci który teraz należy do twej przyjaciółki da Ci władze nad ludzkimi umysłami.Pamiętaj ,że Piekło i Ziemia są jednymi z bardzo wielu światów i teraz ty jesteś obrońca dwóch wymienionych.Użyłeś zła przeciw złu nigdy już nie poczujesz błogosławieństwa Boga gdyż na zawsze zbiesiłeś swoją dusze.Żegnam cie teraz ale nie na zawsze.Kiedyś się spotkamy by znów ramię w ramię walczyć z przeznaczeniem.Pamiętaj ,że nic nas nie pokona a legenda o twoim czynie nigdy nie umrze.Wiedz ,że teraz zyskałeś nieśmiertelność w sposób któremu ja nigdy nie sprostam.A symbolem naszego połączenia będzie moc która z twojego rodu nigdy nie odejdzie.
Wszystko stało się spowrotem takie samo.Słońce wschodziło na horyzoncie.Kolonisci patrzyli sie na ,mnie gdy ująłem koronę piekła rozwierając dłoń Ani.W mojej dłoni zmieniła sie ona w czerwony pierścień który założyłem za palec.Wziąłem Anie na ręce i ruszyłem droga prowadzącą na północ ku domu.
Wszyscy pozostali także ruszyli w moja stronę.
Z czasem robiło mi się ciężej.Upadłem na ziemi.Zamroczyło mi przed oczami.Zdążyłem usłyszeć dochodzący z oddali głos syren...




The End

Data:

 2005

Podpis:

 Domelek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=39964

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl