DRUKUJ

 

Oczy Topielicy

Publikacja:

 07-10-07

Autor:

 Losek
Wszystkie opisane poniżej wydarzenia, choć przerażające i nieprawdopodobne miały miejsce naprawdę. Przez wiele miesięcy zastanawiałem się, czy powinienem opowiedzieć o tym co się stało w czerwcu trzy lata temu nad jednym z mazurskich jezior. Początkowo postanowiliśmy zachować tamte niesamowite zdarzenia w tajemnicy. Sądziliśmy zresztą, że i tak nikt nam nie uwierzy. Jednak dłużej już nie mogę milczeć. Być może gdy wyrzucę wszystko z siebie odzyskam wreszcie spokój.
Wraz z moim przyjacielem Michałem podróżowaliśmy kajakiem po jeziorach mazurskich. Jedno z jezior, którego nazwę pominę, aby nikt z czytających nie zapragnął go znaleźć, miało, jak wynikało z mapy, niewielką odnogę, o kształcie prawie dokładnie okrągłym, którą to odnogę postanowiliśmy odnaleźć.
Dość długo płynęliśmy wzdłuż zachodniego brzegu jeziora pilnie wypatrując przesmyku którym oba jeziora miały być połączone. Przesmyk ten był wąski i zarośnięty szuwarami tak, że niewiele brakowało żebyśmy go ominęli. Być może gdyby tak się stało nie budziłbym się po tylu miesiącach w nocy, przerażony snami i strasznymi obrazami ukazującymi mi się ciągle we śnie. Czemu, ach czemu bystry wzrok Michała pozwolił nam odnaleźć przejście do tego okropnego świata, świata o którym mieszkający w pobliżu ludzie starali się jak mogli zapomnieć...

Przesmyk był, jak już wspomniałem wąski i zarośnięty. Kajak z trudem przeciskał się przez szuwary. W końcu jednak szuwary się skończyły i wpłynęliśmy na nieruchomą taflę wody. Dziób kajaka cicho pruł wodę, która w świetle zachodzącego słońca przypominała roztopiony metal. Jeziorko było przecudnej urody, ciche, nieruchome, otoczone nie szuwarami ale zwieszającymi się nad wodą gałęziami drzew, w większości brzóz, dębów i jesionów.
Dostępu do brzegu broniły splątane tuż nad wodą korzenie drzew, a miejscami na wpół zanurzone w wodzie zwalone, obumarłe pnie, niektóre jeszcze obsypane liśćmi.
Jak tylko wpłynęliśmy na jezioro odniosłem wrażenie, że coś tu jest nie tak. Michał też coś zauważył, bo przestał wiosłować i przez chwilę uważnie rozglądał się wokoło.

- Niesamowity widok, prawda ? - szepnąłem.

- Tak, ale... - Michałowi w dalszym ciągu coś nie grało - no cóż, i tak musimy tu przenocować.
Płynęliśmy wzdłuż brzegu, aż natrafiliśmy na miejsce wymarzone wręcz na obóz. Brzeg w tym miejscy był płaski, piaszczysty, a tuż obok widać było niewielką polankę ze śladem po ognisku pośrodku. Szybko rozbiliśmy obóz, zjedliśmy coś na zimno i położyliśmy się pod gołym niebem. Zmęczeni natychmiast usnęliśmy. Zbudził mnie plusk wody. Nad drzewami wisiał księżyc w pełni, oświetlając zimnym światłem jezioro. Mimo zupełnie bezwietrznej pogody woda na jeziorze falowała i pluskała. Jakiś duży ciemny kształt przesunął się po wodzie pod drzewami po przeciwnej stronie jeziora. Z tej odległości i w tym świetle nie widziałem dokładnie co to było. Już chciałem zbudzić Michała, ale w tej chwili stworzenie zniknęło pod wodą i więcej się nie pokazało. Przez jakiś czas obserwowałem jezioro, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i zasnąłem.

- Bez wątpienia w tym jeziorze żyje jakiś duży drapieżnik - powiedział rano Michał, gdy opowiedziałem mu co zdarzyło się w nocy - Popatrz , to wymarzone miejsce dla kaczek, a
nie ma tu ani jednego gniazda, ani jednej kaczki z młodymi. Nie ma tu ani jednego pomostu dla wędkarzy. Coś powoduje, że ludzie i zwierzęta unikają tego miejsca. Rozejrzyj się dookoła. To stare obozowisko zostało porzucone w wielkim pośpiechu.
Rzeczywiście gdy zbadaliśmy dokładnie polanę, znaleźliśmy wiele rozrzuconych przedmiotów, strzępy ubrań, stary stelaż od plecaka, szczątki namiotu. Ale najdziwniejszym znaleziskiem były zardzewiałe konserwy.
Pogięte.
Ze śladami zębów.
Ludzkich zębów.
W pewnej chwili Michał pochylił się i podniósł coś z ziemi. Był to zeszyt, oprawiony w skórę zeszyt, zawinięty dla ochrony przed wodą w folię. To co przeczytaliśmy po rozpakowaniu zeszytu z folii sprawiło, że przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Zeszyt ten okazał się pamiętnikiem. Pamiętnikiem osiemnastoletniej dziewczyny o imieniu Monika, która dwa lata wcześniej wraz ze swym chłopakiem, na swe nieszczęście, również odnalazła wąski przesmyk pomiędzy jeziorami. Pamiętnik obejmował okres od stycznia do połowy września, ja jednak przytoczę jego fragmenty począwszy od piątego września, kiedy to oboje wpłynęli kajakiem na małe i jak im się wtedy wydawało spokojne jezioro...

05.09.
Rozbiliśmy obóz nad ślicznym małym jeziorkiem, odnogą większego jeziora. Jest cudownie.
Jeziorko jest małe okrągłe, otoczone przez mokradła, na brzegach nie ma szuwarów tylko zwisające prawie do wody gałęzie drzew. Ale najważniejsze że nie ma tu ani jednego pomostu dla wędkarzy, co oznacza, że nikt tu nie zagląda. Wreszcie będziemy całkiem sami. Odcięci od świata. Nie mogę się doczekać wieczoru...

06.09.
Wczorajszą noc zapamiętam do końca życia. Było wspaniale. Najpierw, o zmierzchu pływaliśmy nago w chłodnej wodzie. Nurkowaliśmy i całowaliśmy się pod wodą aż do utraty tchu. Później kochaliśmy się na piasku na brzegu, a potem jeszcze raz w namiocie. W nocy, około trzeciej, Maciek obudził mnie żebym zobaczyła jak pięknie świeci księżyc i znowu kochaliśmy się, przy świetle księżyca, na piasku tuż nad wodą.
Maciek popłynął kajakiem na przeciwległy brzeg łowić ryby. Sama czuję się trochę nieswojo. Chciałabym żeby już wrócił.

07.09.
Wczoraj wieczorem stało się coś dziwnego. Maciek wędkował na drugim brzegu jeziora i nagle przynętę chwycił duży szczupak. Jak to szczupaki próbował się uwolnić, wystawił łeb nad wodę i potrząsał nim w obie strony. Maciek mówi, że nie widział jeszcze takie sztuki. Szczupak zanurkował bardzo głęboko. Nagle coś silnie szarpnęło wędką, a następnie żyłka opadła zupełnie luźno i Maciek wyciągnął z wody zaczepiony o haczyk łeb szczupaka. Jakiś duży drapieżnik odgryzł łeb szczupaka i zostawił go na haczyku, a porwał całą resztę. Oczywiście Maciek wziął ten łeb żeby mi go pokazać. Na grzbiecie widać było ślady po zębach. Okropność.

08.09
Po zdarzeniu ze szczupakiem bałam się wchodzić do wody po zmierzchu. Nie wiem czemu, ale ta nieruchoma ciemna tafla wody, pod którą nie wiadomo co się kryje zaczęła mnie przerażać.
Znowu kochaliśmy się całą noc. Nadal jest piękna pogoda. Księżyc w pełni. Maciek chce iść na ryby. Chyba pójdę z nim, choć tego nie lubię. Nie chcę siedzieć tu sama.

09.09.
Stało się coś tak strasznego, że nie wiem jak to opisać. Maciek utonął. Wypłynęliśmy na jezioro kajakiem. Maciek wiosłował, a ja opalałam się siedząc z przodu. Nagle coś z dużą
siłą uderzyło w dno kajaka. Odwróciłam się i zobaczyłam sterczący przez dziurę w dnie kajaka drąg. Zaczęłam krzyczeć. Maciek stanął w kajaku i zaczął walić wiosłem w wodę. Naraz coś zachybotało kajakiem, Maciek krzyknął i wpadł do wody. Jakaś siła wciągnęła go pod wodę. Jeszcze raz wypłynął, ale znów coś go pociągnęło. Próbowałam mu pomóc, krzyczałam.
Więcej się już się nie pokazał. Kajak zaczął tonąć. Rzuciłam się do wody i najszybciej jak potrafiłam dopłynęłam do brzegu. Przez kilka godzin siedziałam i płakałam. Nie wiem co robić.

10.09.
Cały dzień przesiedziałam w namiocie. Boże, co ja mam robić? Boję się nawet zbliżyć do wody. Co ja mam robić? W dodatku zbiera się na burzę.

11.09.
Widziałam ją. Widziałam tę istotę która utopiła Maćka. W nocy była burza. Siedziałam w namiocie, drżąc ze strachu i płacząc. I wtedy w świetle błyskawicy zobaczyłam ją jak wychodzi z wody. To jest kobieta. Ma długie potargane włosy i ogromne wytrzeszczone oczy.
Podchodziła coraz bliżej. Zaczęłam krzyczeć. Zapaliłam latarkę żeby ją odstraszyć. Jest niezwykle zwinna, porusza się bardzo szybko. Jej skóra jest cała pomarszczona, ale nie jak u staruszki, tylko jak rozmoczona w wodzie.

12.09.
Nie wiem co robić. Do wody nie wejdę za nic. Z mapy wynika, że dookoła jeziora są same mokradła. Nie wiem czy da się przejść. Przez cała noc nie zmrużyłam oka. Ale nie pokazała się. Może wychodzi tylko w czasie deszczu?

13.09.
Zbiera się na deszcz. Nie mogę dłużej czekać. Nie przeżyję następnej takiej nocy. Wolę już utopić się w bagnie. Pamiętnik zostawię, może ktoś go znajdzie...

Na tym zapisie pamiętnik się kończył. Obaj z Michałem byliśmy wstrząśnięci. Jeśli wierzyć pamiętnikowi, to w jeziorze żyła istota przypominająca kształtem kobietę, która polowała pod wodą, a w nocy w czasie deszczu wychodziła na brzeg. Czy była to ta sama istota którą widziałem w nocy? Choć nie zanosiło się na deszcz postanowiliśmy z Michałem spać na zmiany. Następnego dnia zawiadomiliśmy policję. Na miejsce po starym obozie przypłynęło motorówką kilku policjantów i lekarz sądowy. Zbadali teren. Zebrali pozostałe szczątki, a potem zaproponowali nam, że wezmą nas do wsi po przeciwnej stronie dużego jeziora policyjną motorówką. Kajak zaczepiliśmy z tyłu na cumie. Po drodze usiedliśmy obok lekarza. Od słowa do słowa zaczęliśmy ciągnąć go za język. Okazało się, że miejscowi ludzie od dawna twierdzą, że w małym jeziorze żyje topielica i unikają tego miejsca. W ciągu ostatnich lat kilku ludzi z okolicznych wsi zaginęło bez wieści w okolicy. Miejscowi ludzie twierdzą, że zabrała ich topielica.

- Mówią, że to córka starego Mochnaca mści się za to, że stary wypędził ją z domu, jak zaszła w ciążę - opowiadał lekarz paląc papierosa.

- A co pan o tym myśli - zagadnął Michał.
Medyk popatrzył chwilę na Michała zanim odpowiedział .

- No cóż, faktycznie jakieś osiem lat temu, w listopadzie, stary Mochnac - świeć Panie nad jego duszą - wypędził z domu swą młodszą córkę, jak przyszła z brzuchem. Dziewczyna prawdopodobnie rzuciła się do wody, bo zniknęła razem z łodzią starego. Nigdy jednak nie znaleziono ciała.

- Myśli pan, że to możliwe, żeby przeżyła?


- Czy ja wiem. Podobno nie ma rzeczy niemożliwych. Ale przeżyć całą zimę? Pod wodą? Nie sądzę.
Na tym zakończyliśmy rozmowę z lekarzem. Jednak ta historia nie dawała nam spokoju i późną jesienią powróciliśmy nad jezioro wyposażeni w sprzęt do nurkowania, z zamiarem odnalezienia topielicy. Było to pod koniec września. Gdy wpływaliśmy na jezioro, nad szarą taflą wody wisiała gęsta mgła. Płynęliśmy po nieruchomej powierzchni odcięci od świata przez lepkie, białe mleko, w całkowitej ciszy. Zadrżałem na myśl, co będzie gdy ona nas dopadnie. Miałem jednak nadzieję, że jest już na tyle zimno, że topielica zapadła już w sen zimowy i nie będzie dla nas niebezpieczna. Rozbiliśmy obóz tam gdzie poprzednio. Mimo wszystko baliśmy się obaj jednocześnie usnąć, wobec czego na zmianę, drżąc z zimna i może też ze strachu, skuleni przy małym ognisku, pełniliśmy straż. Następnego dnie przystąpiliśmy do poszukiwań. Bardzo trudno było nam przełamać strach przed pierwszym wejściem do zimnej wody. Ze względu na temperaturę nie mogliśmy zbyt długo przebywać pod wodą, tak, że przeszukanie jeziora zajęło nam dość dużo czasu. Jak mówią doświadczeni nurkowie: " kto sam nurkuje - w samotności umiera". Obaj zgadzaliśmy się z tym stwierdzeniem, wobec czego wszystkie nurkowania odbywaliśmy wspólnie. Pierwsze dni poszukiwań nie przyniosły żadnych rezultatów. Dopiero po tygodniu odnaleźliśmy pierwszy, makabryczny ślad pobytu w jeziorze topielicy. Był to szkielet człowieka, sądząc z cech anatomicznych - mężczyzny. Dokładnie oczyszczony przez ryby tkwił zagrzebany do pasa w mule dennym, przechylony na prawo, jakby podpierający się białą, kościstą ręką. Głowę miał nienaturalnie przechyloną jakby jakaś siła skręciła mu kark.
Dłuższą chwilę tkwiliśmy obaj nieruchomo pochyleni nad szkieletem. Po kilku minutach pokazałem Michałowi wyciągnięty w górę kciuk, znak oznaczający wynurzenie. Zgodził się ze mną, pokazując znak OK. Widok kościotrupa tkwiącego na dnie jeziora tak bardzo nas poruszył, że gdy na głębokości trzech metrów musieliśmy odczekać przepisowe trzy minuty dekompresji, przez cały czas nerwowo rozglądaliśmy się dookoła oczekując niespodziewanego ataku. Nigdy nie zapomnę tych trzech minut. Widoczność pod wodą nie przekraczała dwóch metrów. Wpatrywałem się w komputer nurkowy zapięty na przegubie lewej ręki, to znów nerwowo rozglądałem się wokół, próbując przebić wzrokiem ciemną toń wody. Słyszałem w uszach własny, świszczący, przyspieszony oddech. Nigdy wcześniej, ani później, te trzy minuty nie dłużyły mi się tak bardzo. Wreszcie komputer pozwolił na wynurzenie. Wyciągnęliśmy w górę prawe ręce, napompowaliśmy komory powietrzne kamizelek i wynurzyliśmy się na powierzchnię. Tego dnia już więcej nie nurkowaliśmy. Leżąc wieczorem w śpiworach zastanawialiśmy się z Michałem co zrobimy, gdy znajdziemy topielicę. Obaj byliśmy zdania, że należy uwolnić jezioro od niebezpieczeństwa i zabić ją.
Następnego dnia znów znaleźliśmy kilka śladów jej obecności pod wodą. W jednym miejscu w niewielkim zagłębieniu zgromadzone były liczne kości ryb ptaków i zwierząt, a między nimi i ludzkie czaszki, piszczele i żebra. Wreszcie pod koniec drugiego tygodnia poszukiwań znaleźliśmy ją. Było to już pod koniec dnia, kiedy mieliśmy, z powodu zapadających ciemności zakończyć poszukiwania. Pierwszy zauważył ją Michał i dał mi znać szarpnięciem za łączącą
nas linę. Podpłynąłem do niego. Topielica leżała na dnie częściowo zakopana w mule dennym. W świetle latarek ta blada, całkiem naga istota o pomarszczonej skórze i długich zmierzwionych włosach wyglądała naprawdę przerażająco. Jej szyję szpeciło duże wole - zapewne wskutek przebywania w zimnej wodzie musiało dojść do przerostu gruczołu tarczowego. Jej klatka piersiowa unosiła się z częstością około trzech razy na minutę, co przekonało nas, że kobieta żyje. Palce prawej ręki zaciśnięte były na szczątkach dzikiej kaczki, którą musiała pożerać tuż przed zapadnięciem w letarg, a spomiędzy lekko rozchylonych warg wystawały jeszcze fragmenty ciała nieszczęsnego zwierzęcia. W walce o przetrwanie zimy musiała do ostatniej chwili jeść. Ale największe wrażenie zrobiły na nas jej ogromne wyłupiaste oczy, powiększone znacznie pewnie na skutek nasiąknięcia słodką woda, oczy zbyt duże, by mogły zostać zakryte powiekami, oczy, które nawet wtedy, gdy była nieprzytomna, w letargu, zdawały się śledzić każdy nasz ruch, świdrować nas na wylot. Obraz tych wielkich ślepi widzę do dziś pod powiekami gdy zamknę oczy. Przez cały czas mieliśmy napięte do granic możliwości nerwy i mięśnie gotowe do natychmiastowej reakcji obronnej, bowiem wydawało nam się wbrew logice, że topielica zaraz się ocknie i będziemy zmuszeni walczyć w ciemnych, zmąconych wodach jeziora o życie. Patrząc na tę nieszczęsną istotę z trudem powstrzymywałem wymioty, a całe moje ciało drżało z zimna i obrzydzenia. Do dziś widzę tę scenę w snach i wiem, że Michał także... Spojrzałem na manometr. Na skutek zdenerwowania zużywaliśmy więcej niż zwykle powietrza, trzeba było wracać. Wiedzieliśmy, że topielica jest bezpośrednio pod nami i żadna siła nie mogła nas zmusić to trzyminutowego przystanku bezpieczeństwa na trzech metrach. Ignorując protesty komputera natychmiast wynurzyliśmy się na powierzchnię, oznaczyliśmy to miejsce przygotowaną zawczasu bojką i czym prędzej ruszyli do brzegu...
Choć po tym co zobaczyliśmy nie byliśmy głodni, przygotowaliśmy niewielki posiłek. Gdy siedzieliśmy przy ognisku zapytałem Michała jak, jego zdaniem, udało jej się przeżyć.

- To był listopad – odpowiedział po chwili - Tu na Mazurach zima przychodzi szybko. W listopadzie przeważnie jest już porządnie zimno. Dziewczyna rzuciła się do wody i na skutek niskiej temperatury nie zginęła od razu, ale mogła znaleźć się w stanie hibernacji. Na pewno doszło do niedotlenienia znacznej części mózgu, być może ocalał tylko pień mózgu i teraz to właściwie nie jest już człowiek. Kieruje się najprostszymi instynktami : głodem, strachem.
Dlatego to całe gadanie miejscowych o zemście to moim zdaniem bzdura.

- Je to, co jej wpadnie w rękę, ryby, ptaki – ciągnął dalej Michał - a co do oddychania - no cóż, myślę, że miała dużo czasu żeby się zaadoptować do pobierania tlenu z wody. Przez całą zimę była w letargu. Zdolności adaptacyjne ludzkiego organizmu są niewiarygodne, wystarczy tylko trochę czasu. Jesienią, wtedy kiedy zginęli ci młodzi, kiedy jest zimno, kiedy musi coraz więcej jeść, żeby mieć dość energii na wyrównanie strat ciepła i kiedy musi zdobywać więcej pokarmu, może być groźna. Może traktuje innych ludzi jako konkurentów i po prostu broni swego terytorium?
Prawdę mówiąc nie wiem czy przespaliśmy tej nocy choć minutę. Okropna scena, której świadkami byliśmy pod wodą, a która utkwiła w naszej pamięci na zawsze, nie pozwoliła mi zasnąć.
Nazajutrz ponownie zeszliśmy pod wodę, w miejscu oznaczonym boją, uzbrojeni w harpun, z zamiarem unicestwienia topielicy. Leżała dokładnie w miejscu gdzie zostawiliśmy ją dzień wcześniej, nie poruszyła się ani o centymetr. Jednak wykonanie egzekucji na nieprzytomnej istocie nie przyszło nam łatwo. Michał, choć wiedział, jak bardzo jest niebezpieczna, a także, że nie ma w niej praktycznie nic z żywego, świadomego człowieka, kilka razy podnosił i opuszczał harpun nie mogąc się zdobyć na zadanie jej śmiertelnego ciosu. I choć obaj zgodziliśmy się opowiedzieć o tych tragicznych wydarzeniach, to jesteśmy zgodni co do tego, by zatrzymać dla siebie zakończenie tej historii i to czy w końcu zdobyliśmy się na zgładzenie bezbronnej, nieszczęśliwej dziewczyny...

Data:

 2003-2005

Podpis:

 Witold Losek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=37130

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl