DRUKUJ

 

Impresja

Publikacja:

 07-08-21

Autor:

 balianna
Zabawy plastyczne

Czysta, biała kartka na środkowym zgięciu przyjmowała czarną substancję. Naturalnie, bez żadnych oporów wchłaniała tusz. Pod dłonią pulsowały rozrastające się plamy, tworząc bardziej lub mniej konkretne kształty. Zaczynały żyć własnym życiem. To ją pasjonowało. Na moment zamknęła oczy i oddała się marzeniom. Mocno i z namaszczeniem, przyciskała kartkę, jakby chciała wpoić w swe dzieło odrobinę magii.

Tymczasem Jacek już obracał swoją kartką od bloku we wszystkie strony. Wpatrywał się w nią zamyślony i coraz bardziej zirytowany.
- I co ci się ukazało? – zapytał wesoło, z nutką niegroźnej kpiny kolega z ławki.
- Hm… - westchnął zapytany. – Może zrobię z tego piłkę.
- Chyba wypompowaną.
Zaśmiali się obydwaj.
- A może ty masz czym się pochwalić? W końcu przy odrobinie wyobraźni….
- Zrobię z tego odpoczywające źrebię – zawyrokował Andrzej, machając częściowo zabarwioną kartką.
- Jeśli spojrzysz pod tym kątem, będziesz mieć lwa – Jacek patrzył okiem eksperta, a na jego czole pojawiły się przelotne zmarszczki zamyślenia.
- Super, namaluję silnego lwa – zgodził się.

Kolory coraz mocniej pochłaniały czerń. Pędzle tańczyły z farbami, raz leniwie sunąc, innym razem w szalonej ekspresji lub płynnymi ruchami tworząc swobodne wypełnienia.

Lucyna wpatrywała się w czarny kształt jak zahipnotyzowana. Nie mogła uwierzyć. Te zarysy twarzy z profilu, tak wyraźne. Nawet ich oczy błyszczały. Plastyczne linie brwi, szlachetnie wykrojone usta, z lekka uchylone; usta, które złączył czuły….

- Pocałunek ! – wykrzyczała Patrycja.
- Niesamowite! Lucynie wyszła całująca się para – zaważył Tadek.
- Całkiem wyraźnie, na pierwszy rzut oka – dodał inny obserwator.

Lucyna siłą woli próbowała zmienić rumień policzków na swój naturalny, jasno brzoskwiniowy odcień cery. Sądziła, że usłyszy jakieś żarty, podteksty, ale nic takiego się nie stało. Jednak nie zamierzała podkreślać tworu plakatówkami. Przeciwnie, chciała go unicestwić, zdusić siłą innego dzieła.

- Pożycz zieloną farbę.
- Proszę.
- Dzięki.
- Co ty robisz? – przestraszyła się Patrycja.
- Jak to co? Przekształcam. Za chwilę będą tu dwa zrośnięte drzewa.
- Chyba nie mówisz poważnie? Nie wolno ci!
- Bzdury – pokiwała przecząco głową, zdziwiona.
- Tak dobrze malujesz. Masz okazję stworzyć coś…. cudownego.
- Drzewa też będą cudowne.
- To byłoby takie… romantyczne – dodała jeszcze cichutko koleżanka.
- Nie mogę, po prostu nie mogę. Nie drąż! Nie pytaj już o to! – zniecierpliwiła się autorka.

Emocje chciały wydostać się z malującej uczennicy. Nie poddawała się, ubierając żwawo kartkę. Dawała tyle możliwości…. Wyswobodziła miłosną magię, więc ukryty świat ciągle kusił jej umysł i serce. Słyszała nawoływania do wyswobodzenia pocałunku z niewoli papieru. W mgnieniu oka potrafiła nadawać nowy wyraz, zmieniać kształty i w pewnym stopniu tworzyć formę przekazu. W przypływie emocji, rozlała zieloną farbę, więc więcej liści zapełniło obrazek. Niemal słyszała ich szelest. Kochała drzewa, mogła je dotknąć, chłonąć zapach, poczuć chropowatość kory. Często bawiła się we frotaż, aby zachować na zawsze subtelne nerwy żyłek i zmarszczki kory. Zasuszone liście, jak dawne wspomnienia, mieszkały w starych książkach.

Dwa zrośnięte drzewa, jakby ktoś przed chwilą wspinał się na nie, a ktoś inny odpoczywał w ich cieniu, teraz istniały na obrazku.

„Bardzo podobne do tych, które rosną przed moim domem” – pomyślała Lucyna.

Za swoją pracę dziewczyna otrzymała ocenę dobrą z plusem. To pierwsza ocena poniżej piątki z tego przedmiotu. Była prawie pewna, że nauczycielka dostrzegła pocałunek ukryty w drzewach. Lucyna zauważyła ten lekki ruch głowy wyrażający niezadowolenie, a może tylko jej się zdawało.

Tego wieczoru wpatrywała się w przesuwające się po niebie chmury. Kształty zmieniały się, wielkie pochłaniały małe, bezbronne, by później je wypluć. Te małe wróbelki, gołąbki, stawały się demonicznymi potworami. Im dłużej patrzyła, tym chmury przybierały bardziej wyrafinowane, jakby wyrzeźbione palcami aniołów formy.

Po chwili niebo zapełniły istoty zaklęte w nieśmiertelnym pocałunku.

Do jej okna zaglądały młode gałęzie drzew. Jabłonie przestały kwitnąć, ich kwiaty bezustannie umierały. Zbuntowane, uderzały o szyby. Coś ożywiało te drzewa, dotąd łagodne, piękne, lecz nie narzucające swego czaru. Uwięziona w nich moc, próbowała się wydostać. Gałęzie były teraz o wiele dłuższe i ciągle rosły. Konary ostre jak brzytwy, zaczynały kaleczyć szkło.

„Ty nas tu uwięziłaś i ty nas uwolnisz.” – szeptały z mocą i wiarą.
Gałęzie już oplatały jej łóżko, wijąc się na wszystkie strony niczym węże. Utworzyły klatkę bez wyjścia.
- Uwolnij nas! – powtarzały z tą samą mocą, a ich szept wzrastał w siłę. Wbijał się boleśnie w jej umysł, aż stał się krzykiem.
- Nie! Nie! Nie! – krzyczała w próżnię.
Znajdując się na pograniczu snu, odsuwała od siebie konary drzew. W końcu wydostała się z więzów pościeli. Pomyślała, że pewnie nieźle się kręciła, czy nawet szarpała, aby tak się urządzić. Nikt jej nie usłyszał. W tym domu wszyscy, oprócz matki, która wyjechała, byli głusi jak pień. Przeszła cały korytarz, chcąc otrząsnąć się z koszmaru. Słychać było tylko miarowe chrapanie ojca. Zobaczyła uchylone drzwi pokoju gościnnego. Bardzo powoli wsunęła się do środka. Lekkie światło lampki nocnej rzucało migotliwe plamki na zacienione ściany. Odruchowo przejrzała się w witrynie i zatrzymała wzrok. Biała, jedwabna koszulka nocna z ozdobnym motywem u góry i takim samym na rękawkach, była jakby szyta wprost na nią. Bose stopy miała niewielkie i zwinne. Brzoskwiniową cerę okalały rozpuszczone włosy, w kolorze dojrzewającego zboża. Najbardziej wyraziste były zielone, ciekawe świata oczy.

Rozejrzała się wokół. Z całą pewnością ktoś tu spał. Tapczan odziany był w błękitną, pachnącą świeżością pościel. Dotknęła jej, była ciepła. Przykryty błękitami, spał smacznie młody chłopak. Pomyślała, że to pewnie ten kolega brata z Krakowa. Wszystko w nim tętniło harmonią i siłą. Jasne brwi okraszały śniące oczy o długich, cienkich, idealnie rozdzielonych rzęsach. Jego mocne, kształtne ramiona mogłyby z powodzeniem utulić, nie tylko do snu. Pod kołdrą rysowały się twarde nogi, których kształt z łatwością nawiedzał jej rozbudzoną wyobraźnię. Te usta mogłaby od razu zacząć namiętnie całować. Nieśmiało przejechała dłonią po jego policzku. Przewrócił się na drugi bok. Serce Lucyny podskoczyło, nagle spłoszone. Zawahała się.
Przez otwarte okno dało się słyszeć odgłosy nocnego życia. Rozrzucone kartki papieru, które momentami lekko unosił wiatr, według dziewczyny współtworzyły znakomitą scenerię do pierwszego pocałunku. Nie wyłączył radia i w tej chwili dobiegała do niej nastrojowa ballada. Firanka, podrzucana przez figlarny wiatr, unoszący brzegi jej koronki, odpowiadała zwiewnym tańcem.

Przybliżyła usta do jego ust. Pierwszy dotyk, zespolenie warg, gorąco, miękkość, słodka wilgotność. Musnęła tylko, ale zbudzone zmysły nie chciały ostygnąć. Zaryzykowała przedłużenie pocałunku. Poczuła ciepło złączonych oddechów. Delikatnie, zwilżonym językiem, rozchyliła jego usta i zasmakowała tej zakazanej chwili. To wystarczyło, aby dreszcz świeżego doznania przeszył jej ciało, aż po czubki paznokci. Ciepły strumień powędrował w kierunku serca i spłynął gdzieś w okolice brzucha. Niczego nieświadomy chłopak wydał jej się wzruszający. Jeszcze tylko przesunęła palcami wzdłuż jego ust i lekko dotknęła ciepłej dłoni. Nawet nie pomyślała, jaką wymówką by się usprawiedliwiła, gdyby się zbudził. Ostrożnie wstała i poszła w kierunku wyjścia. Odwracając się przy drzwiach, miała wrażenie, że jego oczy są otwarte, ale nie była tego pewna.

Dobiegła do schodów prowadzących do sypialni. Nie oświetliła pola widzenia i w pośpiechu upadła, zahaczając o nagą gałąź. Zdziwiło ją to, ale wmówiła sobie, że z powodu przeciągu jedna z gałęzi, złamana wiatrem, wleciała przez okno. To wytłumaczenie ją uspokoiło.

Gdy tylko przekroczyła próg sypialni zapomniała o upadku, gałązce i biegu przez ciemny korytarz. Myślała o swoim pierwszym pocałunku. Z szuflady wyciągnęła sklejkę, ulubione pędzle i akwarele. Wyobraźnia ożywiona pocałunkiem, którego smak wciąż miała na ustach, wprawiała narzędzie w ruch, prawie bez użycia rąk. Palce intuicyjnie dostosowywały się do jego tańca. Młodemu mężczyźnie użyczyła ciemnych włosów całowanego chłopca.
Kobiecie zaś zieleni jej oczu. W głębi namalowała też zarysy okna, przez które wlewała się granatowa noc. Dopiero wtedy usnęła.

Tęskne wołania drzew już nie niepokoiły. Ich zawodzenia przeniosły dziewczynę w zupełnie inny świat.

Rześkie, wiosenne powietrze, wystarczyło jej, aby z energią rozpocząć dzień. Wyciągnęła w górę ręce, jak ptak, chcący wzbić się w powietrze i przeciągle westchnęła.


- Jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać – zaczął nieoczekiwanie pocałowany w nocy chłopak.
Na komodzie w przedpokoju rozsypała układane frezje.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Jestem Łukasz. – dodał po chwili, uśmiechając się czarująco.
Zaniemówiła. Utonęła w błękitnych jak pogodne niebo oczach.
- Dziękuję wam za gościnę.
- Dobrze spałeś? – ośmieliła się zapytać.
- Tak, świetnie, dzięki. Za godzinę mam pociąg. Będę się zbierać.
- Przepraszam… - zareagowała – Jestem Lucyna.
- Miło, że przyszedłeś osobiście się pożegnać.
„Dzięki temu mogę spojrzeć w twoje niczego nieświadome oczy i znów pomarzyć”
- Wiesz, ładnie ci w błękitach – orzekła poważnie.
Przeszukiwał ubranie w celu odnalezienia skrawka tego koloru.
- Każdemu w czymś dobrze…. Na mnie już czas – dodał szybko.

Odwrócił się z rzuconym jeszcze „cześć” i zatrzymał kilka kroków dalej. Niewielkie witraże, malarskie reprodukcje w ekologicznych antyramkach, głównie Moneta, rośliny w doniczkach zawieszonych na makramie, tworzyły ciekawy kontrast z jasną zielenią ścian, przywołującą świeżość wiosennej trawy. Przesunął wzrok nieco na prawo i wtedy zaczął się wpatrywać w wiszący na niej obraz. Tło stanowił granat pomieszczenia, a raczej nocnego nieba, rozświetlonego gwiazdami. W kącie unosiło się coś białego, jakaś materia, coś jakby… firanka? Więc mogli być w pokoju, całowali się, a wiatr bawił się długimi włosami kobiety. „To ulotne i takie eteryczne, zupełnie jak mój sen”. Sen?

- Dobrze ci w bieli – podjął grę nieoczekiwanie.Wyglądasz niewinnie, ale też nieco... fikuśnie, więc pasują żywe dodatki.
- Mówisz jak projektant mody.
- Słabo znam się na modzie,ale potrafię odbierać różne sygnały.Reaguję, gdy coś mnie poruszy.
Milczenie, które zapanowało nie było ciężkie, wręcz przeciwnie, sprawiało, że nawiązywała się nić porozumienia, wymiana myśli.
Przytuliła go tak spontanicznie jak przytula się przyjaciela. Wykorzystała fakt, że naturalnym odruchem jest okazywanie uczuć przez nastolatkę pełną ekspresji. Poczuła te rzęsy na swoim policzku. Wrażliwe zmysły Lucyny wchłonęły tę pieszczotę niemal z ekstazą.
Wtedy zadzwoniła jego komórka. Jakże nienawidziła teraz tego intruza, ułatwiającego życie.
- Tak, wszystko załatwiłem.
……………………………….
- W porządku, spoko.
………………………
- Nie ma sprawy. Na razie.

- Spieszysz się do swojej dziewczyny? – zapytała, zdziwiona własną bezpośredniością.
- Nie, nie mam dziewczyny.

Znów był na wyciągnięcie dłoni. Tak niebezpiecznie blisko.
- Ten Adam ma naprawdę fajną siostrę. Opowiadał jak go wspierałaś. To jest takie … ważne.
Pocałował dziewczynę na pożegnanie, tak jak całuje się kumpelkę. Jednak jakiś tajemny magnez ponownie połączył te pasujące do siebie usta. Szalona dłoń Łukasza paliła jej policzek, szyję. Mocno trzymał dziewczynę w ramionach. Przesuwał dłońmi wzdłuż jej włosów. Jeszcze jedno czułe spojrzenie, podsycone falą pragnienia.

Długo stała na tarasie, choć powietrze już wzbierało chłodem. Dotykała ciągle rozpalonych ust. Wtedy usłyszała rozkoszne westchnienie, dobiegało zza drzew. Poruszała nimi jakaś nienaturalna siła, wstrząsała gałęziami, strzepując liście. Jeszcze wirowały w przestworzach. Przez moment nic nie widziała, bo wiatr zwiększył obroty, zamieniając się w jeden wielki wir. Musiała cofnąć cię, aby jej nie zabrał. Później w oślepiającym świetle, ujrzała dwie promienne postaci. Trzymając się za ręce, wzbili się ponad drzewa i strzelistą wieżę. Oddając się gorącym pocałunkom, zniknęli w chmurach.
Świat znów stał się normalnym światem. Tylko Lucyna niekiedy dawała się ponieść silnym impulsom, podszeptom serca. Świadomie, czy nie, wyzwalała magię, która znalazła w niej dobrą wykonawczynię swoich życzeń.

Osłabione drzewa potrzebowały teraz wiele miłości. Pielęgnowała je więc, nauczyła się ich mowy, rozumiała potrzeby i leczyła. Czasem wystarczył sam szkic, a zdrowiały na jej oczach. Drzewa pokochały dziewczynę za jej oddanie, troskę, czuły dotyk, empatię. Pokochały tak bardzo, że zapragnęły być z nią już na zawsze.
Zbudziła się o świcie, wysoko nad ziemią, a jego ramiona mocno ją oplatały. Zbyt mocno. Lucynie brakowało dawnej siebie, ale każdy kolejny poranek przynosił cząstkę zapomnienia. Próbowała więc czytać w błękitnych oczach nieba.

Data:

 Sierpień 2007.

Podpis:

 balianna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=35992

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl