DRUKUJ

 

Nocne stwory

Publikacja:

 07-06-19

Autor:

 thaumiel
Sowa zahukała dwukrotnie, a cienka gałąź uderzyła mocno w okno ciemnego pokoju.
Tommy leżał z otwartymi oczami i próbował nie patrzeć się w stronę szafy. Mama położyła go spać o dziewiątej, tymczasem było już dobre pół godziny po północy, a on wciąż bał się zamknąć oczy. Przyszła do niego wieczorem, ale dziś nie czytała mu żadnej historyjki, która miałaby go rozśmieszyć. Położyła go po prostu w łóżko, przykrywając kołdrą pod samą szyję (choć był środek lata, a jego pidżamka miała długie rękawy i nogawki) i powiedziała, że nie ma czego się bać, bo za oknem nie ma nic strasznego, tylko drzewa i księżyc, i zapewniła, że ona i tata są niedaleko. A potem potargała go po włosach – jak zawsze, kiedy chciała powiedzieć „Tommy, mój mały głuptasku, kiedy wreszcie dorośniesz?” – zgasiła niewielką lampkę w kształcie grzyba (prezent od babci Sue) i wyszła. To było ponad trzy godziny temu. Usiłował zasnąć, usiłować leżeć długo z zamkniętymi oczami aż w końcu mu się to uda, ale nie mógł przestać wsłuchiwać się w odgłosy nocy. Trzy godziny temu mama obiecała mu, że są w pobliżu. Ale mama i tata nie będą mogli mu pomóc, kiedy nadejdzie coś naprawdę strasznego.
Słyszał w międzyczasie, że na dole rodzice oglądali seans nocnego kina (w filmie jakaś pani przeraźliwie krzyknęła i wtedy ktoś ściszył telewizor), i rozmawiali ze sobą o nadchodzącym weekendzie. Mama chciała wyjechać za miasto, do niewielkiego pensjonatu pani Bowles, którą pamiętał z ostatnich wakacji jako starszą panią z siwymi włosami spiętymi w ciasny kok, która pozwoliła mu mówić na siebie ‘babciu’ i która piekła najlepszą szarlotkę z ogromną ilością bitej śmietany. Tata chciał przełożyć wyjazd na następny weekend, a może jeszcze później, bo miał teraz w firmie „gorący okres” a jakiś „cholerny żółtodziób” chciał zwinąć mu sprzed nosa awans na dobrze płatną posadę szefa sprzedaży hurtowej. Tommy’emu pasowała obecna sytuacja i nie chciał, żeby jego tata spędzał w pracy jeszcze więcej czasu niż dotychczas, a potem wracał zdenerwowany do domu. Zawsze wtedy pił to swoje obrzydliwe piwo, a wtedy jego oddech był tak nieprzyjemny, że Tommy wieczorem prosił go, żeby nie czytał mu bajki do końca i robił mu tym samym straszną przykrość. Ale był tylko dzieckiem, a dzieci nie lubią zapachu piwa ani zapachu swoich rodziców kiedy je piją. Takie dni zdarzały się rzadko i Tommy nie pamiętał ich zbyt długo, nie pamiętał też, kiedy ostatnio nie usłyszał z ust taty bajki do końca.
I nie rozmawiali o tym, jak kilka dni temu Tommy zaczął wrzeszczeć, i wrzeszczał, dopóki nie zapalili wszystkich świateł w jego pokoju, dopóki nie znalazł się w objęciach mamy, a tata nie sprawdził, co dzieje się za oknem.
Tymczasem słuchając cichych dźwięków starego horroru przypomniał sobie wakacje, kiedy tata uczył go jeździć na jego pierwszym trójkołowym rowerku, z przymocowanymi do obu uchwytów czerwonymi wstążkami, które powiewały na wietrze dopiero, jak odpowiednio szybko się rozpędził. Tommy znalazł na to metodę, gdy tylko opanował złapanie równowagi i równomierne tempo pedałowania. Wystarczyło przejechać wzdłuż chodnika otaczającego dom (uważając na wybój na zakręcie i rosnące po bokach kwiatki mamy, o które za bardzo dbała, żeby je rozjechać), a potem skręcić na podjazd, a wzdłuż niego zjechać aż na ulicę. Wtedy wiatr powiewa wstążki, a one łopocą obijając się o ręce zaciśnięte na uchwytach. Kiedy rodzice zobaczyli tą zabawę, zabrali mu rowerek na tydzień, a po siedmiu dniach oddali bez wstążek, zostawiając jedynie kolorowe paciorki nawleczone na szprychy, które i tak nie powieją, choćby i jechał z prędkością światła. One jedynie leniwie zsuwały się z od piasty do obręczy i spowrotem, jak najnudniejsza winda świata. Planował, że kiedy będzie starszy (może już za rok) i dostanie większy, dwukołowy rower, wypróbuje podobny zjazd na podobnej górce za szkołą. I nie zapomni przyczepić do niego wszystkich wstążek, jakie znajdzie w domu.
Drzewo zastukało w okno, przypominając o swojej obecności.
- Odejdź – szepnął. Uspokoiło się.
W kilkanaście minut po zakończeniu filmu tata poszedł pod prysznic. Poznał go po odgłosie odbijających się od łazienkowej posadzki gumowych klapek, które niektórzy ludzie noszą jedynie, gdy są w nieznanych łazienkach w motelach, ale jego tata traktował jako wygodne kapcie. Poza tym jego tata zawsze śpiewał w kąpieli stare piosenki, które Tommy znał jedynie z filmów, a jego tubalny głos niósł się niemal tak dobrze, jak odgłos uderzenia w rurę kaloryfera, co kiedyś wytrwale praktykował ze swoim kuzynem Rachelem. Kiedy Tommy był jeszcze mniejszy, jego kąpieli towarzyszyły zawsze co najmniej dwie osoby (przez długi okres babcia Sue upierała się, żeby pomóc córce przy dziecku). Tata zwykle nacierał go miękką gąbką pachnącą truskawkowym mydłem dla dzieci, i tym samym sposobem mył zaczątki włosów, które co jakiś czas pojawiały się na jego głowie. Och, jak chciał znowu poczuć ten zapach, ten bezpieczny zapach truskawek i poczuć silne ramiona taty i usłyszeć troskliwy głos mamy, kiedy za oknem tajemnicze
(coś)
stworzenie siedząca na drzewie, pomiędzy gałęziami
(albo samo drzewo)
chciało go dopaść w swoje łapska, wbić w niego długie szpony i rozszarpać na strzępy. Wyglądałby jak ofiara mordercy z pewnego filmu, który oglądał, zanim przyszła mama i zasłoniła mu oczy, a wtedy się rozpłakał.
Tata wyszedł spod prysznica po kilkudziesięciu minutach śpiewania, głośno mlaskając mokrymi piętami o klapki, a następnie klapkami o podłogę. Przeszedł korytarzem, minął pokój Tommy’ego, nie zaglądając nawet do środka i schował się w swojej sypialni. Mama była tam od kilku minut i zapewne czytała jedną z tych swoich cienkich książek, które przychodziły pocztą regularnie co tydzień i które na okładce miały rozmazane rysunki dwójki ludzi. Słyszał, jak rodzice się kochają (chociaż oczywiście nie wiedział, co dokładnie się dzieje po drugiej stronie ściany), i jak oboje usypiają.
Wtedy właśnie odczuł, że został całkowicie sam ze swoim strachem. Mógł krzyczeć dowoli, mógł przez całą noc wydzierać się jak opętany i wołać o pomoc, ale jego rodzice już spali i – wydawałoby się – że już nigdy nie wstaną, bo potwór zza okna może dopaść ich pierwszych, a Tommy’ego zostawić sobie na deser, mógł ich dopaść przed chwilą, kiedy odgłosy zza ściany ucichły, a mógł to robić właśnie w tej chwili, kiedy on leżał sparaliżowany ze strachu. Gałąź uderzyła w okno, szarpiąc się zawzięcie z silnym podmuchem wiatru. Tommy chciał wrzasnąć, tak głośno, aż wywrzeszczałby płuca, ale głos uwiązł mu w gardle i udało mu się jedynie wydać z siebie zduszony jęk. Nagle zapragnął schować się pod kołdrę, udając, że chłopiec taki jak on nigdy nie istniał, ale pod kołdrą... tam panowały ciemności. A ciemności nie lubią małych chłopców. O nie! Ciemności nie chcą, żeby na świecie byli mali chłopcy, oni im przeszkadzają. Całe ciało lepiło mu się od zimnego potu, czerwona pidżamka z gumowym obrazkiem Goofy’ego na piersi szczelnie okleiła mu ciało, ale mimo to nie zdjął jej, ani nie odrzucił na bok kołdry. Być może to było jedyne bezpieczne miejsce. Udało mu się pod nią spędzić
(przeżyć)
tak dużo nocy, podczas których stwór zza okna chciał go dopaść, a on leżał i płakał tak długo, aż udało mu się zasnąć ze zmęczenia i obudzić się następnego ranka, kiedy mama wołała go na poranne kakao. Być może kołdra stanowiła swojego rodzaju tarczę przeciw stworowi zza okna?
Kilka tygodni temu, gdy bawił się z kolegami w miejskim parku, jeden chłopiec – Mark – opowiedział im o potworach mieszkających w szafach. Tommy siedział wśród innych pięciolatków i wysłuchiwał przerażających historii o tym, co „potwór-z-szafy” (Mark nazywał go czasem Czarnym Ludem, a Mark był od nich o dwa lata starszy i dużo wiedział) robi z małymi, nieposłusznymi chłopcami. Tommy uważał się zawsze za grzecznego, nieraz słyszał, jak mama chwaliła go, że ma zawsze posprzątany pokój i nie musi przypominać mu o codziennym myciu uszu i zębów (zęby mył nawet kilka razy dziennie, od kiedy babcia Sue powiedziała mu, że jeśli choć raz tego nie zrobi, to zaczną mu gnić i wszystkie po kolei wypadną, a ponieważ jej samej zostało tylko kilka prawdziwych zębów i wyglądało to okropnie, Tommy bardzo się tym przejął). Ale od czasu, kiedy to usłyszał, coś w nim pękło. Nie bał się szafy, ale nie chciał spoglądać w jej stronę częściej, niż to potrzebne, zwłaszcza nocą. Czasami siedział na łóżku i patrzył w jej stronę, i chociaż działo się to za dnia, a wszystko było widać jak na dłoni, jego serce zaczynało szybciej bić w oczekiwaniu na niespodziewane.
Tymczasem leżał tu ze swoim własnym lękiem, który czaił się gdzieś w nieskończonych ciemnościach za oknem. Bał się nieznanego. Nie czegoś, co mogło czaić się w jego pokoju, nie czegoś, co mógł znaleźć w szafie, gdyby tylko wziął ze sobą latarkę, bo przecież była to jego szafa, którą on i jego mama znali na wylot, bo kiedy mama co rano szukała mu ubrań, on myszkował na najniższych półkach i – do czasu, aż usłyszał o Czarnym Ludzie – czasem się w niej chował i wyobrażał sobie, że jest kosmonautą, a od jego misji zależą losy jego rodziny, a nawet całej planety, a wkrótce całej galaktyki. Ale teraz szafa nie była istotna – choć od jakiegoś czasu zaczął jej unikać, nie wspominając już o zamknięciu się w jej wnętrzu. Teraz najważniejsze było to drzewo i pohukująca co pewien czas sowa. I ciemność, która przegrywa jedynie ze wschodzącym słońcem, a do tego czasu zostało jeszcze pięć długich godzin, ciągnących się jedna za drugą równie powolnie jak koraliki na szprychach niewielkiego rowerka. Próbował przywoływać miłe wspomnienia, bądź jakiekolwiek, byle wyraźne i odległe, ale zaskoczyło go, jak niewielkie i nic nie znaczące urywki pozostały z jego przeszłości. Na razie jest noc, a nocą dzieją się różne dziwne i niewytłumaczalne rzeczy. W oczach stanęły mu łzy, rozmazując obraz migoczących za oknem pojedynczych gwiazd.
„Odejdź i zostaw mnie w spokoju”
Ale ciemności nie odchodzą, a jeśli usuwają się w cień i chowają za blaskiem słońca, oznacza, że niedługo pojawią się znowu, i znów będziesz się bać, że cię pochłoną i że nie będzie dla ciebie ratunku. A ciemności szczególnie lubią małych
(bezbronnych)
chłopców, których rodzice śpią za ścianą i nie słyszą jego strachu, bo jest on niewidzialny i niewyczuwalny, bo on opanowuje umysł i ciało, ale pozostawia wolną przestrzeń wokoło, tak, aby nikt nie mógł się zorientować, gdzie on naprawdę przebywa.
O okno cicho uderzyły pierwsze krople deszczu zabijającego powolnie sunące po nocnym niebie chmury. Spłynęły powoli po szybie jak łzy po policzku Tommy’ego. Chciał zawołać mamę. Zawołał ją. Był jedynym na świecie chłopcem z niesłyszalnym krzykiem. W okno uderzyły kolejne krople, coraz większe, coraz głośniejsze, gałąź, liście opadły na parapet, gałąź, gałąź, gałąź...
(o mój boże gałąź zabierzcie ją gałąź mamo spójrz to nie gałąź to szpony to szpony stwora zza okna to szpony które chcą mnie porwać mamo czy mnie słyszysz mamo)
zacisnął oczy i poczuł, jak wszystkie mięśnie jego ciała kurczą się, a temperatura spada o trzydzieści stopni i nagle się podnosi, i uderzyła go fala gorąca, a na plecach pojawiła się strużka potu. Miał zamknięte oczy, był w ciemnościach, ale ciemności go nie chroniły. Gdy tylko je otworzy, ujrzy długie czarne pazury, wykrzywione w szale, sięgające po niego, zbliżające się do jego łóżka
(MAMO!)
porywającego go ze sobą w niezmierzoną otchłań nocy. Był przecież tylko małym chłopcem, którego kochał mrok i dlatego chciał go mieć przy sobie, tak jak Bóg chce mieć przy sobie dobrych ludzi, który codziennie odmawiają pacierz i przez całe życie nosili przy sobie medaliki, żeby potem trafić do nieba i nie musieć dłużej bać się ciemności. Bo ciemność to zło, tego uczył go ksiądz w kościele. Ciemność to Szatan, a każdy, kto wierzy Szatanowi jest grzesznikiem. Zacisnął ręce na kołdrze, aż jego kostki pobielały i zaczął cicho szeptać:
- Duchu Święty, którego głos słyszę na wietrze...
Odgłosy deszczu ucichły?
- Którego oddech daje życie całemu światu...
Usiłować przypomnieć sobie dalsze słowa modlitwy. Znał ich niewiele, a słowa każdej z nich zlewały mu się ze sobą i za każdym razem się mylił. Wiatr wzmógł na sile, uderzając ciężką gałęzią o okno, omal je tłukąc, co natychmiast ocuciło chłopca.
- Usłysz mnie... jestem mały i wątły – wyszeptał trzęsącym się głosem, rzucając w stronę okna przelotne spojrzenie i natychmiast mrużąc oczy – potrzebuję twojej siły i wiedzy... – zająknął się. Nie miał pojęcia, co było dalej. Wpadł w czarną (mroczą) rozpacz. Nie pamiętał ani jednego słowa więcej, a wiatr wcale się nie uspokoił, a gałąź
(obserwowała)
uderzała w okno z ogromną siłą, jakby chciała wedrzeć się do środka. A kiedy już dostanie się do tego niebieskiego pokoju, napadnie na bezpieczne suche wnętrze pokoju, wtedy nie będzie już dla niej żadnych wartości. Nie uszanuje zabawek Timmy’ego, nie uszanuje jego prywatności, nie uszanuje jego i jego ciała. Skulił się i zaczął w obłąkańczym przerażeniu szeptać te same słowa, niczym mantrę wypowiadaną przez naćpanego mnicha
- Usłysz mnie, jestem mały i wątły, usłysz mnie, usłysz mnie, potrzebuję twojej siły i wiedzy, usłysz mnie, potrzebuję... jestem mały i wątły, potrzebuję... – gałąź huknęła o okno, krusząc grubą szybę w drobny mak. Tommy zamknął oczy, usta zaczęły mu drżeć a po policzkach popłynęły strumienie łez. Kilka odłamków skaleczyło go w dłonie, twarz została prawie nietknięta z wyjątkiem długiej kreski na policzku, z której leniwymi kroplami ściekała krew, kapiąc na błyszczącą w świetle nocy biel pościeli. Dopiero teraz usłyszał swój głos, który wyrwał mu się niepohamowanym strumieniem z gardła i niósł wzdłuż całej Sunset Avenue. Szpony wycofały się na zewnątrz, zostawiając go samego. Nie skrzywdziły go, nie mógł w to uwierzyć, ale nie zabrały go ze sobą, nie rozszarpały na strzępy i po prostu odeszły w ciemność. Zamknął usta i blado się uśmiechnął.
Jutro rano obudzi się sam.

Data:

 18 czerwca 2007

Podpis:

 Scarlett K. Love

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=34007

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl