DRUKUJ

 

Przypadkiem

Publikacja:

 07-06-01

Autor:

 texte
Słyszał swoje kroki, każde postawienie stopy na śliskim chodniku dudniło i rozbrzmiewało jak bęben na rzymskiej galerze. Echo w jego uszach z poetyckim patosem. Nie wiedział czym było to spowodowane, być może instynktownie szczękając zębami tak ustawiał głowę, skręcał szyję tak sprytnie, że kanały i jamy, których położenie i wzajemną orientację pamiętał jeszcze z lekcji biologii, zamykały się z jednej i otwierały z drugiej strony tworząc barierę dla dźwięku przenoszonego przez kości, czy może... Czy może powietrze tak już zgęstniałe i wibrujące jak rzadki kisiel odbijało wszystkie fale, a każdy jego oddech był jak dym, jakby ciągle palił, jedyny dym bez ognia i ciepła. Czuł te wibracje na całym ciele, wchodziły mu w nos głęboko, trafiały wprost lodową igłą. Myśli, to była jedyna rzecz, jedyna iskra niosąca jeszcze to coś, co można nazwać ciepłem, czym można próbować zapalić wewnętrzne ognisko wyobraźni, od którego nie ogrzeje się ciała, tworu z zupełnie innej przestrzeni jak gąbka wchłaniającego wszystko to, co dla wymyślonego ognia było zabójcze. Ale dopóki myślał, czuł życie, to było jak szósty zmysł. - Dość! - pomyślał i w tym samym momencie trafił na drzwi.
Nie wiedział dlaczego tak się stało akurat tutaj, bo rozmaitych drzwi, arkad i bram mijał po drodze wiele. Może zachwiał się, a jego odrętwiałe ciało tego nie zarejestrowało? Może ze zbytnią przyjemnością grzał się przy wyśnionym ogniu? To nie było dla niego tak istotne, bo zrozumiał, że z całym impetem oparł się o klamkę, a lodowatość wlewała się świszcząc przy tym okrutnie do jamy, którą nieostrożny rozwarł i przeznaczył na pastwę lodowatego wiatru. Błysk i decyzja w sekundę lub dwie. Jedno było pewne, drzwi trzeba zamknąć.
Dźwięk dzwonka, który zabrzmiał jakoś nienaturalnie oznajmił koniec męczarni i rozpoczęcie nowego etapu. Nie wiedział gdzie się znalazł ani co go czeka, ale nagłe uderzenie ciepła, niespodziewany jego nadmiar uspokoił jego trzęsące się zęby. Myśli, jakby trącane ich korzeniami kotłowały się dotąd niespokojnie pod czaszką, skupiając ostatnie promienie nadziei wielką soczewką, jak młokos. Byle coś podpalić, nie liczący się z karą. W tym momencie ważniejsza była nagroda, nawet nadzieja na nią.
Nagłe uderzenie ciepła. Ciągle jeszcze był zdrętwiały, ale tym razem gorący szpikulec w nos i czuł już, jak broczy. To się zdarza dość często zimą, sięgnął po chusteczkę pociągając przy tym nieznacznie, wręcz gustownie. Zatrzymał potop na sekundę i rozpiął guziki płaszcza poszukując. Długopis, bilet, papierosy. Może z lewej. Tak jest. Tutaj. Podniósł wzrok w górę. Prawą ręką trzmyał chustkę i smarkał w nią delikatnie, rozglądał się po pomieszczeniu. Było dość przyjemne, sprawiało wrażenie antykwariatu, dużo wyczucia i dobry gust miała osoba urządzająca to miejsce, chociaż sam nie przepadał za starociami, jakby bał się drążących korników czy śladów noża, który... Dostrzegł kominek. Ogień przepływał między szczapami drewna, niszczył i pochłaniał, byle tylko wyrwać się z potrzasku i zgasnąć za moment, ta sekunda wolności...
- Jest sztuczny. - usłyszał głos i zdawało mu się, że to ogień do niego przemawia.
- Słucham? - rzucił mechanicznie.
- Pewna firma, wykonuje. Na zamówienie. To gaz tylko, drewno jest z tworzywa. Taka sztuczka. - zrozumiał, jak dziecko oderwane od cukrowej waty, o czym mówi kobieta.
- Tanie i realistyczne. - w głosie dało się wyczuć udawany zachwyt doprawiony nutą usprawiedliwienia.
Uśmiechnął się szeroko i schował chusteczkę do kieszeni. Przywitał się, a gdy poczuł zapach cynamonu, imbiru, kardamonu i nieznanych mu korzeni, zapach piernikowy. Zrozumiał, że trafił do sklepu z piernikami. - Jak taki sklep się nazywa? Piernikarnia? - pomyślał i roześmiał się jakby sobie samemu opowiedział dowcip (dość nędzny, musimy to przyznać). Podszedł bliżej do kobiety, która nie poruszyła się od czasu gdy ją spostrzegł. - Skoro jestem w sklepie, to chyba mogę się rozglądać do woli. To byłoby kretyństwo, gdyby nagle, o tak bez powodu, ktoś mi tego zabronił. - pomyślał i zadał sobie jeszcze jedno pytanie. Dlaczego się boi? Dlaczego? Przecież może wyjść na zupełnego durnia, to owszem, tu i ówdzie byłoby zabawne, ale nie dla niego. Wyobraził sobie swoje zdjęcie w gazecie, jak przerażony kuli się w rogu ciastkarni, atakowany przez wielką napoleonkę na pierwszym planie.
- Czy szuka Pan czegoś konkretnego? Chętnie pomogę. - zaproponowała sprzedawczyni.
- Właściwie, to trafiłem tu przypadkiem, ale skoro tu jestem, to... -
- Nikt tu nie trafia przypadkiem. - przerwała mu stanowczo w połowie zdania. Była bardzo pewna tego co przed chwilą powiedziała, a on był pewien tego, że to wiatr, że stopa źle postawiona, że lód przyczynił się do jego obecności w tym miejscu.
- Przypadek. Przypadkiem to można wpaść pod tramwaj lub oberwać cegłą... Przypadkiem. Nikt przypadkiem nie przychodzi do mnie, nie tak jak to się na ogół pojmuje i jak to jest powszechnie przyjęte. - kontynuowała, ale nie było to nieuprzejme, przynajmniej takim się nie wydawało. Coś pękło, topniała lodowa bariera, która powstała w momencie mojego wejścia. Ten podmuch, który wpuściłem...
Stanął przy ladzie. Kobieta uśmiechała się, była stara, ale zadbana i w pewnien sposób soczysta, nie wysuszona jak rodzynek, emanowała mądrością i dobrem, czymś co przywołuje najmilsze skojarzenia. Babcia, dom rodzinny, wielka miłość i przywiązanie, od razu też piewsza śmierć z jaką przyszło mu się zmierzyć, odejście bliskiego, to smutne. Świat pełen przeciwieństw i sprzeczności.
Popatrzył na pierniki. Było ich mnóstwo, wszystkie kształty piernikowej geometrii, wszystkie kolory piernikowej palety. Były takie, jakich nigdy nie widział i nigdy też nie zobaczy, w jakiś sposób to zrozumiał, gdy od ich nadmiaru zaczęło kręcić mu się w głowie. Kręciło się coraz mocniej i mocniej, jak na wielkiej karuzeli, na której widok dzieciaki dostawały wypieków i robiły oczy wielkości monet. Nie widział już kobiety. Czuł się jak w kretyńskiej kreskówce, którą obejrzał dziś rano z nudów i która nawet go wciągnęła, do czego nikomu nie przyznałby się. I nagle. Przez moment zobaczył ten jedyny piernik, pierniczek w zasadzie. Niczym mocno pijany, z całych sił zatrzymał na nim wirujące ciągle oczy, a za nimi z wysiłkiem, od którego zrobiło mu się niedobrze, udało mu się stopniowo zatrzymać całe ciało, najpierw głowę, potem korpus. Ręce dyndały swobodnie a nogi zaczęły rejestrować potworny ciężar. Dziękował Bogu, że w końcu zatrzymał się jego żołądek. Poczuł jak bardzo naprężył łydki, jak bardzo parł stopami na podłogę, niemal przebił palcami buty i wbił się w nią. Niemal zapuścił korzenie. Dumny był ze swej woli, swojego pragnienia by się zatrzymać. Wiedział, że to jedyna szansa, by to wszystko zakończyć, by obejrzeć dokładnie ten jedyny piernik. Czuł się jakby on sam musiał zatrzymać wirujący świat. Jak przez jego stopy, podłogę, stopniowo i kolejno, przez sufit, ściany, pokoje, piętra i piwnice przenika jego wola, jego wbite palce. Jak ogromną siłę musi włożyć w zatrzymanie tego, już widział siebie z daleka, jak pękają mu kolana, jak łamie się, jak rozpada. Stracił przytomność...
Obudził się na podłodze. Ciągle był w tym samym pomieszczeniu, bolała go głowa. Coś się jednak zmieniło. Gdy wstał otrzepał spodnie i z trudem wyprostował plecy. Zobaczył, że wszystkie pierniki zniknęły, a w przegródce, otoczone stadem okruchów leżało pęknięte, na pół rozbite, piernikowe serce. Coś wewnątrz, jakby złapało go za sznurki przywiązane do jego kończyn, coś kazało mu podejść bliżej. Serce leżało zapomniane, jakby ktoś, kto tu sprząta zapomniał go zabrać, wyrzucić, ale z drugiej strony, po tym co się stało, co odczuł. Było w tym coś z zaplanowanego przedstawienia, z celowości, "nic przypadkiem" w głowie rozbrzmiały mu słowa kobiety. - Nic a więc również i to... - pomyślał. Otworzył gablotę i wyjął złamany piernik. Wyczuł dotykając go, że jest dość stary i okropnie twardy. Zwykły, zwyczajny, po prostu... Ale dlaczego? Dlaczego do cholery jest ciepły, dlaczego czuję że wydziela ciepło, jakby został wyjęty prosto z pieca? To niemożliwe, przecież nie jest gorący. Może sprawia to zaburzone postrzeganie temperatur, wszedł tu ze strasznego zimna. Sprawdził godzinę i ze zdumieniem stwierdził, że spędził tu już dwie godziny. Zdenerwowany i rozczarowany, chociaż to podobno nie stało się przypadkiem, włożył obie połówki serca nonszalancko do ust i przegryzł odwracając się w kierunku drzwi. Poczuł smak trocin, jakby był tępym kornikiem i żuł kawałek drewna. Już miał wszystko wypluć na podłogę, gdy nagle smak stał się słony, lekko słony i gorzki. Wróciła miękkość i szczęka pracowała lekko. Bardziej jednak od smaku zaintrygowało go to, co działo się w jego sercu. Zaczęło bić szybciej. Wypełniło się energią. Wraz z nim czuł jak energia trafia w każdy zakątek jego ciała tłoczona ochoczo. Zapomniał o smaku, który teraz uderzył falą słodkości, tak pięknej i stonowanej, że wielu dałoby się lub gotowych byłoby za nią zabić. Słodycz i energia. Czystość. Myśli płynące szerokim strumieniem. Czuł się wolny. Czuł, że czas iść dalej i z całym impetem wypadł na ulicę. Nie dostrzegł, że jest ciepło. Nie zwrócił uwagi na brak śniegu i lodu. Szedł. To go nie obchodziło, bo nawet gdyby ciągłe padał śnieg, gdyby każdy krok dalej bolał, szedłby, bo widział w oddali ten jeden jedyny uśmiech dziewczyny, który nigdy nie dzieje się przypadkiem...

Data:

 24.05.2007

Podpis:

 Mateusz Motyka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=33480

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl