DRUKUJ

 

"Ucho - czyli przedświt przyjaźni"

Publikacja:

 06-10-31

Autor:

 geo
Przedświt. Budzący się jazgot leśnego ptactwa a w tle cisza śpiącej puszczy. Zimne, mokre powietrze zasnute prawie nieuchwytną mgiełką. Tybo pragnął snu, ale brakowało mu ciepła. Leżał zwinięty w kłębek, jak najbardziej nieruchomo. Pod derką zebrał resztki ciepła, które chciały uciec natychmiast gdy tylko się poruszył. Starał się spać, gdy nagle z tego pół snu wyrwał go ostry dźwięk. Gwałtowne skrzypnięcie skóry i dźwięk wdychanego szybko powietrza. Otworzył oczy czując jak jego już zjeżona zimnem skóra jeży się jeszcze bardziej. Przez chwilę leżąc na boku nie mógł pojąć na co patrzy. Wzrok odmówił mu posłuszeństwa. Jego dłoń już była zaciśnięta na rękojeści sztyletu, ukrytym jak żądło pod derką. Jego mięśnie już były napięte, ciało gotowe do ciosu lub uniku. Tylko bystre oko mogło dostrzec, że coś pod derką się zmieniło. Tybo patrzył na bezgłowy, prawie ludzki kształt przed sobą, który podrywał się dynamicznie z ziemi. Po kilku sekundach zrozumiał że patrzy na Litosa, ale innego niż widział kiedykolwiek. Dwunożna istota była jakby sparaliżowana, cały tors przechylony na lewo. Niby stabilny i spokojny, ale systematycznie jedna z rąk uderzała w ciało lub głowę z ohydnym plaskającym dźwiękiem. Zwisająca derka zahaczona gdzieś przy szyi Litosa poruszała się złowrogo w rytm konwulsyjnych ruchów. Tybo usiadł, wytężając wzrok i czując przejmujący strach. Teraz rozumiał to na co patrzył. Litos stał z głową przechyloną na bok, równolegle do ziemi. Lewą ręką uderzał się w ucho tak jakby chciał coś z niego wytrząsnąć. Uderzał raz mocniej raz słabiej, ruszał głową niczym gad i uderzał ponownie. Precyzyjnie mocno. Z tym ohydnym dźwiękiem, który zagłuszył na tą chwilę wszystkie dźwięki puszczy. Tybo czuł strach, swój i Litosa. Litos przerwał na chwilę, zaczął silnie masować a może nawet wyginać ucho, potrząsając głową jak dziwny zwierz. Tybo poczuł, że w tej ciemności spotkali się wzrokiem. Poraz pierwszy poczuł taki strach.
Natychmiast zerwał się z ziemi, chwycił sakwę Litosa i bezbłędnie sięgnął do jego narzędzi chirurgicznych. Otworzył woreczek, skórzany pasek, wyjął i rozwinął taśmę. Otworzyła się płynnie pokazując pełne uzębienie igieł i innych lśniących drobiazgów. Chwycił za drugi i trzeci z nich, tak jakby dokładnie wiedział czego szukał. Popatrzył na to co trzymał w dłoniach. Cieniutka pęsetka, oraz długa igła zakończona maleńkim zakrzywionym ostrzem. Tybo przeraził się. Nie tym, ze nigdy nawet nie sięgnął do torby Litosa, nie tym, że nigdy nie trzymał tych narzędzi w dłoni, ale tym że to wszystko było jak trans. Litos posłużył się nim jak własną ręką. Popatrzył znów na Litosa. Dziwny grymas, ciemne plamy tam gdzie powinny być oczy, przechylona nienaturalnie głowa i rozwichrzone włosy, tworzyły przerażający obraz. Znów był jak w transie doskoczył z igłą do Litosa. Czuł, ze musi położyć się na plecach wyciągnął dłonie do góry, już nad nim był przekrzywiony tłów wraz z głową. Ciemna strona twarzy, czerń włosów, delikatny trochę jaśniejszy obręb wskazujący gdzie jest ucho. Jego własne palce z zakrzywioną igłą, tak pewnie idące do góry, prosto w czerń. Poczuł, że igiełka ukuła skórę przy wejściu, do ucha, poczuł to palcami i jakby ciałem Litosa. Jednak jego palce już zrobiły korektę i już pchały się głębiej. Tybo czuł się strasznie, narastało w nim paniczne, NIE. Narastało tym bardziej, że ta czarna otchłań ucha coś kryła, coś bardzo złego. A on leżał tam kompletnie zawładnięty cudzymi myślami. Leżał twarzą dokładnie pod miejscem z którego zaraz wypadnie coś czego bał się nawet Litos, coś czego on nie chce widzieć ani znać. To „NIE” rosło jak fala, ogarniało wszystkie myśli. Czuł się jak zwierz złapany w sidła, który wyczuł tuż obok zapach drapieżnika. NIE narastało z każdą sekundą, w której leżał na plecach utytłany w popiole z wygasłego w nocy ogniska, w której wdychał popiół, który zagościł już w jego oczach i ustach. Z każdym ruchem igły wewnątrz ucha. Zamknął oczy i w przebłysku jakiegoś mistycznego połączenia z Litosem zobaczył cel. Pomimo zamkniętych oczu dostrzegł czarną, błyszczącą nogę owada, która poruszyła się wewnątrz czeluści ucha, gdy była tuż, tuż.
NIIIIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!! – eksplodowało z niego.

Wyszarpnął się z tego dziwnego stanu i zerwał do biegu. Już nie krzyczał, nawet nie był przerażony po prostu uciekał. W mokry budzący się z nocy las. Biegł przed siebie na oślep, z załzawionymi, zakurzonymi oczami, stąpając i potykając się o górki mokrych ciężkich igieł, korzeni i mchu. Biegł zostawiając te potworne miejsce i Litosa z kleszczem w uchu.
Już prawie mdlał z wysiłku, kiedy obraz dogonił go. Zobaczył w głowie jak Litos kompletnie przerażony szarpie igłą za tłów robala. Prawie go wyciąga, ale nie daje rady. Widzi krew płynącą z ucha, czuje rozpacz i bezsilność.
Tybo upadł na kolana, przytłoczony strasznym obrazem. Zwymiotował, ze zmęczenia, obrzydzenia i strachu. Czuł się jak zwierzę, na czworakach, wymiotując a w zasadzie już tylko śliniąc się z każdym kolejnym obrazem, który do niego docierał. Klęczał tak pozwalając sobie na to gdzie teraz był i co robił. W jwgo głowie Litos, drapał igłą wręcz rozpaczliwie, czuł tylko ból, już nie mógł zidentyfikować gdzie jest owad, wiedział tylko że tam jest, że wchodzi głębiej prosto w nowo utworzone rany. Głęboko, głeboko pod skórę. Poza strachem, poczuł również samotność Litosa, poraz pierwszy, tak przejmującą. To dalo mu siłę, wstał i zaczął wracać. Wiedział gdzie...
Obraz zniknął... Tybo wracał, nie myślał, po porostu szedł. Był spokojny. Wiedział, że przegrali. Że nie udało się.
Jak zawsze wiedział gdzie iść, w końcu znali i rozumieli się bez słów. Wiedział też, że musi nadrobić drogi i wrócić do ogniska po ich rzeczy. Wiedział że Litos na pewno o tym nie pomyśli. Znalazł go nad strumieniem. Spojrzał na swojego wiecznego towarzysza. Czuł żal ale i jakąś dziwną satysfakcję. Litos leżał na plecach na grząskim brzegu, trzymając głowę w wodzie. Tylko usta i nos znajdowały się nad wodą. Wyglądał na upokorzonego, zupełnie nie jak bohater, ale jak bezradna ofiara. Tybo usiadł bez słowa obok. Patrzył na płytkie, czyste dno zimnego, prawie górskiego strumienia. Poczuł potrzebę zmycia z siebie wszystkiego. Odszedł jakąś minutę drogi i wszedł do zimnej wody, umył się cały. Gdy skończył wrócił do Litosa, który właśnie podniósł się z wody. Tybo usiadł obok, wyjął suchary i jabłka, które położył na derce. Zaczęli jeść bez słów. Pierwszy raz, od kiedy pamiętał nie czuł się dziś jak sługa, ale jak opiekun. Jak silniejsza strona. Litos unikał wzrokiem kontaktu. Był kompletnie wyczerpany.
Gdy zjedli Litos sięgnął do swojej torby, wyjął malutki kawałek kiszki z jakąś białawą maścią oraz patyczek z kawałeczkiem szmatki. Tybo patrzył na to z rosnącym niepokojem. Gdy patyczek był przygotowany z miękką końcówką pokrytą maścią Litos wystawił go w kierunku Tybo. Trwał tak, z wyciągniętą ręką, drżąc z zimna. Tybo czekał, zablokowany wewnętrznie. Wewnętrzne NIE znów się obudziło. Czekali tak na siebie, na jakiś gest, ruch, cokolwiek. Tybo podniósł rękę i chwycił patyczek. Dotknęli się palcami, była w tym jakaś zgoda, szacunek, którego nigdy wcześniej nie było. Litos usiadł bokiem, Tybo zerknął w ucho nie widział nic, nie wiedział jak i co ma zrobić. Litos, delikatnie przejął kontrolę, bez ruchu, słowa, tak po prostu pokierował palcami Tybo, ta dziwna symbioza pomiędzy nimi pozwoliła nasmarować wnętrze ucha bardzo dokładnie. Robal wciąż tam był, jednak za daleko i za głęboko. Litos wytarł ucho swoją szmatką.
Gdy skończyli zebrali się i ruszyli. Wiedzieli gdzie idą.
- Dlaczego nie leczysz się sam? – zapytał Tybo
Litos nie odpowiedział, jednak Tybo w przebłysku zrozumiał, że tak było zawsze, tylko nigdy nie było okazji by tak się stało. Co więcej poczuł się dumny, że teraz nadszedł jego czas. Choć nie wiedział jeszcze co to oznacza.

Data:

 31.10.2006

Podpis:

 geo

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=28569

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl