DRUKUJ

 

Marsz papierowych ludzików

Publikacja:

 03-11-11

Autor:

 grygor
Wojciech Jerzy Grygorowicz

Z cyklu "Opowieści znad jeziora"

Marsz papierowych ludzików

Czy słyszeliście o chińskiej armii z terakoty ? Zapewne tak. A nawet jeśli nie, wystarczy że zajrzycie do zwykłej encyklopedii. Z niej wyczytacie, że dzieło to zostało wykonane na rozkaz cesarza Cin Szy-huanng-ti ponad dwa tysiące lat temu. Ci którzy je widzieli, twierdzą zgodnie, że nie ma w Chinach nic wspanialszego. Siedem i pół tysiąca żołnierzy w bojowym szyku, każda postać naturalnej wielkości i każda inna. A podobno dalsze, wspanialsze figury, kryje nie rozkopany jeszcze pagórek. Ale nie. Nie chcę zachwalać kosztownej wycieczki do Chin, ani robić krypto reklamy biurom podróży. Jest u nas w kraju dzieło jeszcze bardziej niezwykłe, choć może nie tak efektowne. Mogę się założyć, że nikt z was go nie oglądał. Ba, nawet o nim nie słyszał. A przecież by je zobaczyć nie trzeba ani wydawać tysięcy dolarów, ani zapuszczać się w zapomniane przez Boga i ludzi miejsca. Rzecz, o której chcę opowiedzieć, zwie się kartonową armią. Zobaczyć ją może każdy, choć nie gwarantuję, że oglądając te żołnierzyki, przeżyjecie to, co spotkało mnie. Wystarczy, że odwiedzicie wieś Dziekanowice nad Jeziorem Lednickim. Nie wiecie, gdzie to jest? Ten, kto interesował się historią lub w szkole czytał "Starą Baśń" zapewne będzie wiedział, gdzie się udać. Pozostałym wyjaśniam, że miejscowość ta leży na Szlaku Piastowskim, niedaleko drogi, która łączy Poznań z Gnieznem i dalej prowadzi w kierunku Bydgoszczy i Gdańska . Można tam dojechać i koleją. Wysiąść trzeba na małej i cichej stacji Lednogóra. Przystanku, który choć leży na ruchliwej trasie, to nie zatrzymują się na nim pociągi pospieszne, ani tym bardziej ekspresy. Stacja ta przez większość czasu stoi pusta i senna. Na dobrą sprawę ożywa tylko jeden raz w roku za sprawą zlotu młodzieży, którego nazwy ze pewnych względów nie chcę wymieniać. Gdy na niej wysiądziecie, powinniście zapytać o Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Każdy wskaże wam drogę. Gdy jednak zmęczeni prawie godzinnym marszem staniecie przed kasą muzeum i zapytacie o "kartonową armię", młoda bileterka zapewne spojrzy na was ze zdziwieniem. Nie upadajcie jednak na duchu i to samo pytanie zadajcie jakiemuś starszemu kustoszowi. Jeśli traficie na takiego co pracuje na wyspie od dziesiątków lat i zna niejeden sekret jaki kryją głębiny jeziora, będzie na pewno wiedział o co chodzi. Poda wam nazwisko człowieka, z którym trzeba porozmawiać i wskaże mały, dawno nie remontowany gmach z odłażącym tynkiem (pozostałość z czasów, gdy we wsi mieścił się PGR). Tam też spotkacie owego mężczyznę, którego ja nazwałem "strażnikiem kartonowej armii". Pamiętajcie, że nie ma on obowiązku pokazywania wam strzeżonego przez siebie dzieła. Wystarczy jednak, jako argumentu, użyć jednego albo dwu banknotów o najniższym nominale - cóż, w naszym muzealnictwie płacą wyjątkowo podle. Wtedy zapewne przekonacie go, by pokazał skarb, którym się opiekuje. Poprowadzi was wtedy do dość dużego budynku, w którym jeszcze za minionej epoki mieściła się owczarnia a dziś znajdują się magazyny muzeum. Tam, na wysokich drewnianych regałach (to zabezpieczenie przed grasującymi po muzeum myszami), stać będą w rzędach kartony. Strażnik zdejmie jeden lub dwa z nich, a gdy dołożycie jeszcze jeden banknot, opowie historię niezwykłego dzieła.

"Oto żołnierzyki. Jak pan widzi, zrobione są z kartonu, a ten materiał jest dwuwymiarowy. Mają jednak zgięte ramiona i tarcze ustawione pod kątem, co sprawia wrażenie przestrzenności. Dobrze wyglądałyby na wystawie i kiedyś rzeczywiście się na niej znalazły. Dla ludzi, którzy nie wiedzą czym są rzeczywiście, jest to tylko ciekawy przykład twórczości ludowej sprzed prawie stu lat. Interesujące jest to, że historycy, którzy widzieli ową kartonową armię, mówią, że w zasadzie zgodna jest z XI wieczną rzeczywistością . Oczywiście zaraz dodają, że makieta zawiera kilka anachronizmów. Śmieszne, co? To ich wiedza o tamtych czasach jest niepełna, a żołnierzyki są dokładnie takie, jakie być powinny. Tak naprawdę wyglądała armia księcia Chrobrego, gdy wyruszała przeciw Rusi Kijowskiej, lub do walki z Niemcami. Skąd to wiem? Opowiem panu choć zapewne i tak mi pan nie uwierzy. Sam wyśmiałem tą historię, gdy wiele lat temu usłyszałem ją po raz pierwszy. Wtedy to jako młody człowiek zaczynałem pracę w tym muzeum. Nie wiem, czy zna pan tą przemożną chęć wykazania się w nowej robocie, udowodnienia, że jest się wartym inwestycji. Taki młodzieniec chce wszystko wiedzieć, rzuca "świetnymi" pomysłami, chciałby tylko ulepszać i ulepszać... Ja dopiero z czasem zrozumiałem, że piękno tego miejsca polega na spokoju, jaki tu panuje. Większość pracujących tu ludzi podświadomie rozumie to i panicznie boi się jakichkolwiek zmian. Młody pracownik ze swoimi pomysłami i racjonalizatorskim zapałem nie ma tu łatwego życia. Po pewnym czasie albo odchodzi, albo zaczyna doceniać urok wynikający z niezmienności tego miejsca. Dlaczego o tym mówię? Sądzę, a w zasadzie jestem pewien, że owa stałość, ma związek z tym o czym chcę opowiedzieć. Ale do rzeczy. Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z kartonową armią, jej strażnikiem był człowiek, który urodził się w tej wsi. Jego ojciec jeszcze przed wojną pracował tutaj, na folwarku, tak samo zresztą jak i dziad. To właśnie ten ostatni jest bohaterem mojej opowieści i to on stworzył "kartonową armię". Człowiek ten jeszcze przed pierwszą wojną pełnił funkcję tutejszego ekonoma. Gospodarstwo należało wprawdzie do Niemca, ale prawie wszyscy tutaj zatrudnieni byli Polakami. Rządca, oprócz tego, że pracował na folwarku, na własna rękę hodował też konie. Pewnego dnia chciał na jarmark do Gniezna zaprowadzić jednego z nich. Był to piękny, silny kasztan i ekonom już z góry cieszył się na pieniądze, jakie za niego otrzyma. Niedziela targowa wstała brzydka i deszczowa. Nie zdziwiło więc rządcy to, że gdy wyprowadzał konia ze stajni, budynki folwarku otoczyła gęsta mgła. Wtedy właśnie zobaczył jego... Kogo? Ano, starszawego i nieco już przygarbionego mężczyznę. W wyglądzie owego człowieka było jednak coś królewskiego. Coś, co wzbudzało respekt, szacunek, a może nawet strach. Lecz, najbardziej zdziwiło ekonoma, ubranie jakie tamten miał na sobie. Nawet na wielkich jarmarkach w Poznaniu nigdy nie widział podobnych.
- Może jaki kupiec z dalekiego kraju - pomyślał rządca, choć w pobliżu nie było żadnego wozu czy innego pojazdu.
- Zabłądziliście, panie? - zapytał, najpierw po polsku, a potem, na wszelki wypadek, po niemiecku.
- Ja nigdy nie błądzę - odpowiedział po polsku przybysz, głosem, który pasował do jego wyglądu i postawy. - Jestem tu, bo chcę kupić twego konia.
- Udajcie się na jarmark do Gniezna, panie. To niedaleko, a wybór większy - ekonomowi nie wiedzieć czemu nie spodobała się propozycja nieznajomego.
- Chcę tego! - odpowiedział twardo dziwny przybysz. - Dobrze zapłacę.
I jakby na potwierdzenie nieznajomy wydobył zza pasa sakiewkę i wyciągnął złote monety. Ekonom nieufnie wziął jedną z nich. Sprawdzonym sposobem ugryzł jej powierzchnie. Potem obejrzał stempel.
- Stare - skrzywił się w końcu. - U Żydów w kantorach będę musiał wymienić, a oni sporo sobie za to liczą.
- Wynagrodzę ci stratę - nie ustępował tajemniczy przybysz.
Rządca zamyślił się na dłuższą chwilę. Ów niezwykły podróżnik zdawał się być zdesperowany i może rzeczywiście udało by się wyciągnąć od przybysza wyższą cenę. Z drugiej strony w tej dziwnej historii coś się nie zgadzało. Coś było nie tak. Postanowił zatem pozbyć się natręta.
- Sprzedam, ale za dwadzieścia monet.
Za ten cenę, nawet po odliczeniu kosztów wymiany, w Gnieźnie można było kupić dwa takie konie.
- Dam piętnaście.
- Panie! - ekonom zaczął się denerwować. - Na jarmarku dobrego konia dostaniecie za dziesięć. Dziś na trakcie duży ruch. Za dwie godziny w Gnieźnie będziecie.
- To mi nie po drodze. A potrzebę mam pilną. Zapłacę ci te dwadzieścia monet, bo widzę żeś człek uczciwy - spokojnie rzekł nieznajomy.
Ekonom zamyślił się raz jeszcze. Z jednej strony trafiał mu się niezły interes, ale z drugiej ów kupiec, choć na to nie wyglądało mógł być oszustem. Lepiej było nie ryzykować.
- Za tę cenę, panie, we wsi sprzeda wam swego konia każdy chłop, ale mnie zostawcie w spokoju. - powiedział ostro i ruszył przed siebie. Bał się, że nieznajomy zastąpi mu drogę z wyciągniętym znienacka nożem albo rewolwerem, lub co najmniej zacznie awanturę. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Za sobą usłyszał jedynie cichy głos tamtego.
- Jeśli mnie konia nie sprzedacie, to nikt inny też go nie dostanie.
Rządca zignorował tą uwagę i poszedł w stronę gnieźnieńskiego traktu. Wieczorem, jak można się było domyślić, znów pojawił się na drodze. Klął jak cholera i lekko się zataczał, ponieważ zły humor próbował zostawić w karczmie. Za sobą prowadził konia, na którego na jarmarku nikt nie zwrócił uwagi. Nasz bohater specjalnie się nawet nie zdziwił, gdy tuż przed folwarkiem otoczyła go znowu owa mgła. Tajemniczy przybysz czekał w tym samym miejscu. Stał nieruchomy i władczy, z wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Gdy jednak rządca podszedł bliżej, tamten odwrócił się i głosem spokojnym, jakby nic się nie stało, powiedział:
- Chcę kupić twojego konia.
- Sprzedam, jeśli dobrze zapłacicie - tym razem ekonomowi było już naprawdę wszystko jedno.
- Dam ci za niego piętnaście złotych monet.
- Rano chcieliście mi dać dwadzieścia - spróbował się potargować rządca.
- Trzeba było sprzedać rano - uśmiechnął się dziwaczny kupiec.
- Dobra - szybko zgodził się ekonom. Cena i tak była wysoka, a teraz to on był w gorszej sytuacji. To tajemniczy przybysz był dla niego ostatnią nadzieją na zarobek i to on dyktował warunki.
- Dorzucę ci jeszcze dwie monety, jeśli zaprowadzisz konia tam gdzie zechcę - zaproponował niespodziewanie kupiec.
- Daleko to? - zaniepokoił się rządca.
- Pacierza nie zdążysz odmówić - pokazał kierunek nieznajomy i nie czekając na odpowiedź podążył naprzód.
Ekonom wzruszył ramionami. Może wpity alkohol, a może niezwykłość sytuacji sprawiła, że nie czuł strachu i ruszył za kupcem. Mgła nie ustępowała ani na chwilę, odbierała orientację, otumaniała zmysły. Zdawało mu się tylko, że cały czas idą brzegami jeziora w kierunku wyspy. Nagle zupełnie niespodziewanie z oparu przed nimi wyłoniła się dość wysoka ziemna przeszkoda. Rządca znał na pamięć cały teren w najbliższej okolicy, ale skarpy w tym miejscu jakoś nie mógł sobie przypomnieć. Poczuł jeszcze większe zdziwienie gdy zobaczył pośrodku owego wzniesienia solidne wrota. Nieznajomy tymczasem podszedł do mosiężnej bramy i trzykrotnie zastukał misternie wykonaną kołatką w kształcie głowy ryczącego lwa. A wtedy wrota rozwarły się lekko i cicho. "Wrota piekieł" - pomyślał ekonom i włosy zjeżyły mu się na głowie. Mimo to stal dalej jak sparaliżowany. Mało tego, gdy tajemniczy człowiek w zapraszającym geście uniósł rękę, bez słowa sprzeciwu skierował się do wejścia. Nagle znalazł się w olbrzymiej sali, tak wielkiej, że wzrokiem nie mógł jej objąć. Lecz najdziwniejsze było to, co znajdowało się w środku komnaty. W wielu rzędach stały tam, ustawione mniej więcej co pięć kroków, pokryte skórami łoża, na których nieruchomo spoczywali rycerze. Każdy z nich miał na sobie skórzany kaftan, a na nim kolczugę. Przy nogach woja zazwyczaj leżał hełm, miecz, włócznia i pokryta skórą i ozdobnym deseniem tarcza. U każdego siedziska stał nieruchomo kasztanowaty koń. Ekonom jak zahipnotyzowany szedł za swoim przewodnikiem wzdłuż szpaleru śpiących jeźdźców. Jak długo, sam nie pamiętał. Zatrzymał się dopiero gdy prowadzący go człowiek stanął przed jednym z legowisk. Na nim jak i na pozostałych nieruchomo spoczywał woj okryty żelazną kolczugą. Tym razem jednak przed leżącym nie było widać wierzchowca.
- Przywiąż konia do tego miejsca - powiedział prowadzący, a gdy rządca wykonał polecenie, wręczył mu sakiewkę i przemówił głosem spokojnym i uroczystym.
- Widziałeś to, co niewielu ludzi widziało przed tobą, lecz nie rozkazuję ci byś milczał o tym, ani nie chcę byś składał przysięgi. Będzie jednak lepiej, jeśli to co zobaczyłeś zachowasz dla siebie.
- Kim jesteście? - wykrztusił rządca przez ściśnięte strachem gardło. W tej samej chwili zobaczył, że wnętrze sali i jego przewodnik rozmazują mu się przed oczami. Do jego uszu doleciały tylko niewyraźne słowa tamtego.
- Jesteśmy tymi, co do walki staną, gdy przyjdzie czas.
A potem tajemniczy kupiec zniknął zupełnie. Razem z nim rozpłynęła się gigantyczna grota i szpaler śpiących rycerzy. Była noc, a właściwie wczesny ranek, gdyż na wchodzie bladą kreską zaznaczył już swą obecność nadchodzący dzień. Rządca stał pośród pola, przylegającego do jeziora, trzymając w trzęsących się rękach woreczek z monetami - jedyny ślad tego, co się stało. Nigdy, aż do chwili swej śmierci, nie powiedział nikomu o tym, co przeżył, jednak chłopi z folwarku po cichu żartowali, że ich ekonomowi odbiło. Od owego dnia bowiem rządca każdą wolną chwilę poświęcał na malowanie i wycinanie żołnierzyków. W makiecie, którą zrobił, wojowie nie leżeli na pokrytych skórami pryczach, a siedzieli na koniach. Odrzucał i niszczył te nieudane, a w ich miejsce malował coraz ładniejsze i coraz bardziej zgodne z tym, co zobaczył w tajemniczej jaskini. Do swojej śmierci w dwudziestym drugim roku zrobił ich ponad tysiąc. Dopiero na krótko przed swym odejściem opowiedział o tym, co się stało, swemu najstarszemu synowi, a ten przekazał sekret dalej. W końcu, gdy żołnierzyki trafiły pod moją opiekę opowiadanie usłyszałem ja. W latach sześćdziesiątych uznano je za ciekawy przykład twórczości ludowej, zabezpieczono bezbarwnym lakierem, a potem trafiły na jakąś czasową ekspozycję etnograficzną. Gdy wystawa się skończyła, umieszczono je w tej sali."

Strażnik skończył swoją opowieść i popatrzył na mnie, jakby pytając czy jestem zadowolony, czy też może oczekuję czegoś więcej.
- Bardzo panu dziękuje - odpowiedziałem. - W pańskim opowiadaniu czuje się jednak bardzo silną analogię. Przychodzi do głowy pewna stara góralska legenda...
- O rycerzach spod Giewontu - przerwał mi strażnik. - Ma pan rację, ale nie do końca. Ja sam spotkałem się chyba z dziesięcioma legendami, w których występuje motyw śpiących żołnierzy czekających na ostateczną rozgrywkę dobra ze złem. Podobne baśnie są w mitach anglo-saskich, ruskich, lub choćby w mitologii skandynawskiej...
- Bitwa Ragnarok? - pochwaliłem się erudycją.
- Dokładnie. A jeśli legendy o podobnej treści występują tak często, to czy nie ma w nich ziarnka prawdy?
- Wierzy pan w tą historię? - zapytałem zdziwiony. Milczał dość długą chwilę zanim wreszcie odpowiedział.
- O ile łatwiej byłoby nie wierzyć i zwalić wszystko na pijackie zwidy lub na bujną fantazję ekonoma... Jest jednak w tej opowieści coś, co każe głębiej zastanowić się nad tym opowiadaniem. Owo papierowe dzieło jest idealnym odzwierciedleniem prawdy historycznej. I naprawdę trudno zrozumieć jak człowiek, który przez całe swoje życie zajmował się tylko doglądaniem chłopów, wiedział tyle o uzbrojeniu rycerstwa w początkach XI wieku. Bo właśnie o ten okres chodzi. To zastanawiające, zwłaszcza że ówcześni malarze, malując wojów Chrobrego pod Kijowem, często przedstawiali ich jako piętnastowiecznych rycerzy, lub nawet siedemnastowiecznych husarzy.
- Może miał kontakt z jakimś historykiem? Przecież już wtedy wyspa była znana i często odwiedzana - przerwałem.
- To prawda - przyznał strażnik. - W tej historii jest jednak wiele dziwnych i niewytłumaczalnych faktów. Choćby ten - przekręcił klucz szuflady w swoim biurku i zaczął czegoś szukać.
- Wspomniałem panu o monetach, którymi ów kupiec zapłacił za konie. Większość, według słów ekonoma, była pruskimi monetami gdzieś z początków dziewiętnastego wieku. Najdziwniejsze były jednak owe dwie dodatkowe monety, które rządca dostał gratisowo. O jednej z nich nic mi wprawdzie nie wiadomo. Żyd w kantorze stwierdził tylko, że jest złota i zapłacił za nią ekonomowi według wagi. Co było z nią dalej, nie wiem. Drugą jednak nasz bohater zachował sobie na pamiątkę. Oto ona... - powiedział strażnik wręczając mi plastikowy pojemnik używany przez numizmatyków. W środku znajdowała się stara, choć niespecjalnie zniszczona moneta. Znałem dobrze ten stempel. Znał go chyba każdy, kto kiedykolwiek interesował się polskimi pieniędzmi.
- To jakiś żart? - zapytałem.
- Wiedziałem, że mi pan nie uwierzy. Bardzo bym chciał, by był to czyjś dowcip, ale to autentyczny dukat Władysława Łokietka, znany do tej pory tylko w jednym egzemplarzu. Sprawdziłem to dokładnie. Wykonanie tak perfekcyjnej kopii byłoby niemożliwe, w każdym razie nie w początkach dwudziestego wieku.
- Wie pan co! - zdenerwowałem się lekko. - Dawno nie usłyszałem podobnej bzdury. Dokładnie zrobione figurki żołnierzy, wykonane przez ledwo piśmiennego chłopa, unikatowe monety i śpiący rycerze pod dnem jeziora czekający na koniec świata. Chyba nie sądzi pan, że uwierzę w to wszystko?!
- Nie sądzę - przytaknął strażnik. - W moje opowieści nie wierzy nikt, więc nie będę ani zdziwiony ani rozczarowany. Zatem, skoro nie ma pan więcej pytań, to... - strażnik bezceremonialnie wskazał ręką drzwi.
- Proszę mi powiedzieć - mimo takiego postawienia sprawy zdecydowałem się zadać jeszcze jedno pytanie. - Czy owe widzenia miał w ostatnich lalach jeszcze ktoś inny?
- Nie wiem... - strażnik popatrzył na mnie nieco życzliwiej. - Podejrzewam, że śpiącym żołnierzom wolno kontaktować się ze światem tylko co jakiś czas. Więc jeśli były jakieś wcześniejsze spotkania, to... - nie dokończył, a potem zaczął zupełnie inną myśl. - Wie pan co... Mamy dziś na wyspie festyn historyczny. Naprawdę warto zobaczyć. Drużyny wojów z całej Polski, a nawet chyba dwie spoza. Pokazy, walki, turniej łuczniczy, wypiek podpłomyków, bicie monet. A wieczorem ognisko, pieczenie barana, gawęda i inscenizacja.. Bilet kosztuje niedrogo. Zawsze to lepsze niż słuchać głupot starego człowieka...
Posłuchałem rady i poszedłem we wskazane miejsce. Kupiłem bilet, a potem kilkanaście minut stałem w dość długiej kolejce czekających na prom. Gdy jednak znalazłem się na wyspie stwierdziłem, że rzeczywiście było warto. Na podgrodziu w dobudowanej wiosce obozowali woje z czasów Chrobrego. Dwóch dowódców nawet występowało konno. Co prawda, dość rachityczne wałachy w niczym nie przypominały bojowych rumaków, ale kto by się tam czepiał takich szczegółów. Zwłaszcza, że wszystko inne wyglądało jak w prawdziwym obozie sprzed tysiąca lat. Cześć z rycerzy staczała pojedynki, inni strzelali z łuków, jeszcze inni tylko czyścili bądź naprawiali broń. Obok nich, w udanym zaaferowaniu, kręcili się pachołkowie. Można było spokojnie przejść się miedzy nimi. Widać było, że wojowie są hobbystami i prawdziwymi pasjonatami. Gdy wyczuli, że turysta jest autentycznie zainteresowany, chętnie odpowiadali na pytania, ale na zaczepki reagowali stanowczo. Trochę dalej rozłożyli swe kramy przekupnie. Gdy poszedłem w tamtym kierunku, zostałem mile zaskoczony. Na straganach nie było wcale bubli, od których aż uginały się kioski po przeciwnej stronie przeprawy. Rzeczy oferowane tutaj mogły uchodzić za autentyczne przedmioty z epoki. Inna sprawa, że ceny były dość wysokie i kupujących niewielu. Jedynie piekarz i wybijający wierne kopie dawnych monet mincerz sprzedawali sporo. Moją uwagę przykuł jednak kramik płatnerza. Jego właściciel okazał się wcale rozmowny i niezależnie od tego, czy ktoś chciał coś kupić czy nie, chętnie udzielał informacji. Wysłuchałem ciekawego wykładu na temat kucia broni techniką dalmascentu, o sposobie walki toporem, o kolczugach, hełmach, przeszywanicach i jeszcze paru innych rzeczach. Obejrzałem kilka przykładów uzbrojenia z epoki. Na strzelnicy obok kramu raz wystrzeliłem z łuku i dość boleśnie trzepnąłem się cięciwą po palcach. Łuki zresztą i tak ze względów bezpieczeństwa nie były na sprzedaż. Można było kupić jedynie strzały. Mnie jednak zainteresowały miecze. Spodobał mi się zwłaszcza jeden. Wykonany właśnie tym sposobem, o którym usłyszałem wykład. O ile dobrze zrozumiałem, chodziło tam o skucie ze sobą kilku sztab żelaznych i stalowych, co zapewniało mieczowi zarówno twardość jak i sprężystość. Powodowało też , że na powierzchni brzeszczotu tworzył się charakterystyczny nieregularny deseń. Miecz charakteryzował się również starannym wykończeniem i dobrym wyważeniem. Podejrzewam, że przeniesiony w jedenasty wiek stałby się przedmiotem pożądania każdego woja. Nie miałem zamiaru niczego kupować, jednak spytałem o cenę. Tak jak przypuszczałem, była dość wysoka, co oczywiście wcale nie zachęciło mnie do kupna. Odszedłem więc od kramu płatnerza i pokręciłem się trochę po wyspie. Po chwili jednak znów byłem przy sklepiku i podziwiałem broń. Ani się obejrzałem, a zacząłem się targować. W końcu kupiłem do niczego mi nie potrzebny kawał żelaza. Zaraz potem szybko opuściłem wyspę, jakby bojąc się, że panująca tam atmosfera zachęci mnie do kupna jeszcze jednej dziwnej i kosztownej rzeczy. Nie udało mi się jednak uciec. Już na promie coś zaczęło być nie tak. W ciepły wrześniowy dzień nagle zrobiło się chłodno. Potem z północnej strony jeziora nadpłynęła gęsta mgła, szczelnie opatulając płynący prom.
- Sprzedacie mi swój miecz? - usłyszałem za sobą pytanie. Obróciłem się. Obok mnie stał raczej niski człowiek ubrany w kostium z epoki. Wprawdzie nie widziałem go na wyspie, ani nie pamiętałem, by ktoś taki wsiadał ze mną na prom, jednak nie zdziwiłem się specjalnie. Ów gość musiał być przecież uczestnikiem trwającego festynu.
- Dobrze zapłacę - kontynuował tymczasem pasażer. Było w nim coś, co zwracało uwagę i wzbudzało szacunek. Coś, co wykluczało odpowiedź w stylu "spadaj gościu" lub "nie rób sobie jaj".
- Jest przecież kram na wyspie. Mają tam jeszcze sporo mieczy - odpowiedziałem.
- Chcę ten! - stanowczo powiedział przybysz, a ja zamarłem z przerażenia. Dotarło do mnie, że prom, choć przed chwilą przebywało na nim chyba z pięćdziesiąt osób, teraz stoi pusty...


Data:

 2003

Podpis:

 Wojciech Jerzy Grygorowicz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=2756

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl