DRUKUJ

 

czarny płaszcz

Publikacja:

 06-09-01

Autor:

 a.j-t
Chłodne powietrze uderzało w twarz, gdzieś, co chwilę przebiegało leśne zwierzę, moje buty zapadały się po kostki w błocie. Lecz mimo to moje nogi prowadziły mnie na przód, a z każdym krokiem rodziły się nowe myśli. Myśli dotyczące konkretnej sprawy. Miały ku temu jak najlepsze warunki – oczywiście mówię o rodzeniu się myśli. Moja dusza była czysta. A może dopiero oczyszczała się z brudu, zgiełku, cierpienia i uczuć. O tak – pozbycie się tych ostatnich było moim największym pragnieniem. W końcu po to zaprowadziły mnie tu moje nogi i serce. Ta wyprawa jest ostatnim pożegnaniem. Oddam się naturze, zapomnę o świecie. Będę tylko ja, ziemia i skały. Taki był plan. Chciałem wyjechać po to, żeby się z nią pożegnać. Żeby wrócić i powiedzieć – żegnaj panienko. Chciałem się przygotować i upewnić, że na pewno chcę to zrobić. Tak przecież robiłem zawsze. Gdy żegnałem się z moimi kobietami. Wyjeżdżałem w las na parę dni. Odcinałem się od wszystkiego. Zawsze pojawiała się ta sama myśl – ona mi to zabiera, zabiera mi moją wolność. Gdy mówiłem, że wyjeżdżam by poukładać i przemyśleć sobie wszystko, one wpadały w histerię, a ja perfidnie je okłamując, że nie chodzi o nie uspokajałem je. Wyjeżdżałem. Pojawiała się TA myśl. Wracałem i zostawiałem je ze spokojem i uczuciem ulgi.
A teraz było inaczej. Byłem u niej, spokojnie powiedziałem, że wyjeżdżam na parę dni. Poukładać sobie wszystko. Na co ona spokojnym tonem stwierdziła – dobrze kochanie. Pocałowała mnie, przejechała dłonią po moim ciele i delikatnie pociągnęła za dłoń w stronę łóżka. Kochaliśmy się spokojnie romantycznie, gdy oboje skończyliśmy, pocałowała mnie, szepnęła, że kocha i wstała. Gdy wciągała powoli spodnie i bieliznę, zapinała biustonosz, wiązała włosy w luźny warkocz, spinała haftki od koszuli cały czas uśmiechała się do mnie i miała smutne oczy jak gdyby przeczuwała, że to ostatni raz... Patrzyłem na nią z mieszanymi uczuciami. Była piękna – to fakt. Piękna to za mało...była idealna. Pełne usta, kształtne piersi, mocno wcięta talia, twardy tyłek, silne, długie nogi. Do tego cudne, ciemne oczy przesycone takim erotyzmem, którego nie da się opisać. Była tez diablo-inteligentna. Wrażliwa. Pełna miłości. Z dozą złośliwości i cynizmu. Filantropka uczuć – tak ją nazywałem w myślach. Była między nami prawdziwa miłość. Piękne rozmowy, ogromne uczucie, doskonały seks. Ale coś było na nie. I to coś było bardzo silne. Jej wybuchy, smutne nastroje doprowadzały mnie do furii. To, że była taka miastowa, bez miłości do natury za to z przesadnym uwielbieniem butów i balowania. – drażniło mnie to bardzo. Ale nie powiem długo decydowałem się na ten wyjazd, wiedząc, że każdy bez wyjątku kończył się rozstaniem. Ale ten był inny, szedłem i nie mogłem przestać o niej myśleć. Tak owszem drażniła mnie nieprzeciętnie momentami i myślałem o tym. Ale zaraz potem przypominałem sobie jak rozładowywała nasze konflikty wybuchając śmiechem albo mówiła – wiesz moje życie jest za krótkie by marnować je na kłótnie, dogadajmy się w 10 minut jak potrafimy a nie wyrzygujmy sobie wszystkie nasze przewinienia. Uwielbiałem to w niej. To jak będąc twardą i silną kobietą potrafiła okazać mi czułość i nic nie mówiąc krzyczała sercem – kocham Cię. I ona żegnając się ze mną powiedziała – nie myśl o mnie za dużo, ale pamiętaj, że Cię kocham.
Mija trzeci dzień mojej wędrówki a ona się nie odzywa. Nie dzwoni z rykiem i płaczem wrzeszcząc – nie zostawiaj mnie. I myślę, ż to nie przez jej dumę. Ona czuje. Ona daje mi czas i prawo decyzji. Idę przed siebie brnę w błocie. Idę na południe, wręcz uciekam wiedząc, że ona jest na północy. Przed sobą mam poszarpane skały jak gdyby dobrał się do nich sęp, a stare mocne drzewa kuszą pieśnią o wolności. Targają mną sprzeczne uczucia. Skały kuszą pozornym uwolnieniem nocne burze budzą tęsknotę do silnej kobiety. Mam jeszcze czas... mam jeszcze dwa dni wędrówki. Czuję zmęczone mięśnie, przemoknięte rzeczy i szablę na plecach. Wszystko mi ciąży a najbardziej uciekający czas i to, że musze podjąć decyzję, która teoretycznie została podjęta już jakiś czas temu.
Gdy dziś rano o wschodzie słońca walczyłem z drzewami, niewidzialnym przeciwnikiem i samym sobą brakowało mi jej. Szabli w jej dłoni naprzeciw mnie. Myślę o tym wszystkim, mimo, że już dawno powinienem przestać. Przecież ziemia zawsze skusiła mnie swoja wolnością i zawsze wracała na miejsce Pani mojego serca. Nieistotne, co czuję i tak ja zostawię – powtarzam sobie w myślach. Ziemia i las zawsze wybaczą zdradę i przyjmą z otwartymi ramionami. Nie mam już siły dziś. Jestem wyczerpany fizycznie i psychicznie, zasypiam... Gdy rano się obudziłem i patrzyłem na w niebo przypomniał mi się sen dzisiejszej nocy. Wiem to było łatwe do przewidzenia – śniła mi się ona. Stała tyłem jedynie z twarzą zwróconą w moim kierunku i z furią krzyczała masz swoją wolność i nikt Ci jej nie zabierze, jeśli Ty sam nie uwięzisz się w klatce. Gdy przypomniałem sobie te słowa, słońce wschodziło, niebo było krwawoczerwone – uderzyła mnie myśl. Ja morduję coś pięknego dorabiając sobie chorą ideologię, dlatego niebo ma dziś odcień jej ust.
Tego ranka rozpoczęła się we mnie walka. Krwawa i brutalna. Jej wynik mocno zaważy na wszystkim. Na mnie. Na niej pewnie tez. Ona mnie kocha, ale ona oprócz tego jest też silna i sobie poradzi. Ona jest dumna i sobie poradzi. A ja? Nie wiem.
Czym prędzej ruszyłem w drogę. Zwinąłem obóz, zatarłem ślady i ruszyłem przed siebie szybkim zdecydowanym biegiem. Biegłem przed siebie, czułem uderzające w twarz gałęzie i powietrze, jak wszędzie rozchlapuje błoto, jak droga przede mną szepce – sprzyjam... Po trzech godzinach drogi dotarłem do stadniny. Wziąłem najsilniejszego ogiera zwanego Anioł – sam się śmiałem, że los mi sprzyja. Czułem, że moja walka trwa, że z oczu bije mi furia a jej krwawe ślady dotkną każdego na mojej drodze. Dosiadłem Anioła, uderzyłem go w boki i gnałem na przód ucząc się kochać i szanowac będąc o krok od porażki. Godziny galopu i kłusa, ja skrajnie wyczerpany i widzę postać naprzeciw siebie. Na czarnym koniu, cała w skórze, w czarnym trzepoczącym na wietrze płaszczu. Z szablą na plecach. Gna prosto na mnie. Wygląda jak demon. To ona. Minęła mnie i okrążyła, stanęła z boku wyciągnęła moja broń, zeskoczyła z konia, stanęła naprzeciw mnie trzymając nasze bronie w dłoniach i czekała. Wiedziałem, że chce walczyć. Zsiadłem chwyciłem szablę i nim zdążyłem wykonać jakiekolwiek pchnięcie, poczułem jej ostrze na swojej szyi. Walczyliśmy długo i zajadle z furią w oczach. Gdy doszliśmy do ‘szermierczego pata’ patrząc na mnie zapytała takim dziwnym metalicznym, ale z nutą miłości głosem – wróciłeś czy zostałeś? Podszedłem do niej, pocałowałem ją i szepnąłem – dziękuje...

Data:

 koniec sierpnia 2006

Podpis:

 a.mjt

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=27496

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl