DRUKUJ

 

Czerń

Publikacja:

 06-08-03

Autor:

 sopocianka
Było ciemno. Ciemno wszechogarniającą ciemnością. Czerń spowijała wszystko, nie pozostawiając odcieniom szarości nawet kawałeczka przestrzeni. Zachłannie i niepodzielnie panowała, zdawać by się mogło, nad całym światem…
Takiej ciemności nie doświadcza się często. Na ogół oczy ludzkie po kilku bądź kilkunastu sekundach zaczynają rozróżniać sprzęty w promieniu pięciu metrów. Mimo to niektórzy mruczą: "egipskie ciemności" i lękliwie zapalają światła. Kiedyś też zaliczałam się do owych tchórzliwych zapalaczy. Dziś już nie. Albowiem poznałam, czym jest prawdziwa ciemność, ciemność absolutna. Czerń.
Było ciemno…

…Nie było w tym nic dziwnego. W końcu zbliżała się północ, a ja znajdowałam się na działce. Tutaj nie zagrażał mi nikły blask latarni wpadający przez okna, czy reflektory samochodów świecące w oddali. Nic nie rozpraszało mroku, nawet księżyc i gwiazdy zakryte były chmurami. Siedziałam sobie w ciemności w jednym z przytulnych pokoi domku letniskowego przyjaciół. Byłam sama. Przede mną jaśniał ekran laptopa, kursor migał wyczekująco na wirtualnej, niezapisanej stronie.
Właśnie usiadłam, aby napisać horror. Warunki ku temu były wyśmienite. Odludzie, noc i cisza, jeśli nie liczyć popularnej fugi Bacha, która, choć włączona cichutko, budowała nastrój grozy. Dźwięki organów niepokojąco brzmiały mi w uszach, a gotyckie pejzaże majaczyły w mojej wyobraźni, niczym statki-widma w filmach przygodowych.
Ręce mi drżały, kiedy wystukiwałam na klawiaturze pierwsze słowa. Trochę z podniecenia, jakie zawsze towarzyszy twórczemu porywowi, a trochę z lęku… Teraz mogę się do tego przyznać: bałam się. Organowe kompozycje Bacha, mrok, świadomość, że w promieniu co najmniej trzystu metrów nie ma żywej duszy, straszliwe wizje w głowie, wszystko to przyprawiało mnie o nerwowe dreszcze. Jakaś cząstka mojej osoby, pragnęła wyłączyć komputer, zapalić lampę, położyć się i poczytać coś odprężającego; jednakże natchnienie i ambicja okazały się silniejsze.
Zapału twórczego nie można lekceważyć, każdą jego iskrę trzeba chwytać od razu, gdy tylko się pojawi. Nie można powiedzieć: "Teraz nie mam czasu. Przyjdź później." Wzgardzona wena drugi raz nie przyjdzie, przynajmniej nie w tej samej postaci. Nie raz się o tym przekonałam. Niewykorzystany pomysł tkwi w umyśle twórcy jak wyrzut sumienia, dopóki kolejna wspaniała idea wraz z odpowiednim natchnieniem nie zajmie jego miejsca. Na to jednak trzeba czasem długo czekać.
Zignorowałam instynkt i zostałam, coraz bardziej angażując się w opisywaną historię. Prawie nie odrywałam palców od klawiatury. W połowie ósmej strony przerwałam pisanie i tłumiąc ziewnięcie, spojrzałam na pasek narzędzi. Zbliżała się druga. Zazwyczaj w ciągu dwóch godzin nie udawało mi się napisać więcej jak dwie strony. Tamtej nocy moje pisarskie zdolności wzrosły do czterystu procent. Mogłam być z siebie dumna.
- Hiperwydajność - powiedziałam na głos z uznaniem.
W niczym nie przerywanej ciszy nocy (płyta cd dawno się skończyła), mój głos zabrzmiał dziwnie, jakby nienaturalnie. Rozejrzałam się nerwowo. Monitor laptopa pozwalał mi zobaczyć łóżko i ścianę, znajdujące się za mną oraz domyślać się większości kształtów mebli przede mną. Nie zauważyłam nic podejrzanego. Żadnych duchów czy upiorów, morderców albo złodziei. "A czego się spodziewałaś? - skarciłam się w duchu. - Może nie powinnaś pisywać horrorów, jeśli boisz się własnych wyobrażeń? Zastanów się nad tym. Może w ogóle nie powinnaś pisać?" Żachnęłam się i już miałam zacząć ze sobą polemikę, kiedy na ekranie pojawiła się informacja o słabych bateriach. Po omacku stwierdziłam, że wtyczka znajduje się w kontakcie, a drugi koniec przewodu tkwi w odpowiednim otworze komputera.
- Dziwne - szepnęłam i wzdrygnęłam się na dźwięk własnego głosu przerywającego ciszę. Wyraźnie brzmiał w nim lęk.
"Twoje baterie również są na wykończeniu. Czas udać się na spoczynek" - pomyślałam żartobliwie, siląc się na spokój.
Wtedy monitor zgasł.
Zamknęłam laptop i podeszłam do ściany, aby nacisnąć włącznik światła. Lampa u sufitu nie zapaliła się. Zrozumiałam, że musiała nastąpić przerwa w dostawie prądu. Zacisnęłam kurczowo pięści i starając się nie poddawać panice, zrobiłam kilka kroków w stronę niewidocznych w ciemności drewnianych schodów. Wyciągnęłam drżącą rękę przed siebie i wymacałam poręcz. Powolutku, aby się nie przewrócić, wchodziłam na piętro. Kilka godzin wcześniej urządziłam sobie na górze kąt do spania; tam były wszystkie moje rzeczy, w tym duża latarka na baterie. Wiedziałam, że gdy tylko ją włączę, poczuję się dużo lepiej. Wsunę się w śpiwór, poczytam pogodną książkę i moje nerwy ulegną rozprężeniu. Byle tylko pokonać schody i dwa metry korytarza, dzielące mnie od bezpiecznego schronienia.
Byłam w połowie drogi, kiedy uświadomiłam sobie ze zdumieniem i przerażeniem, że panująca wokół ciemność jeszcze bardziej zgęstniała, zarysy kształtów znikły, zupełnie jakbym nagle zapadła na kurzą ślepotę. Kręciłam głową w obie strony, rozpaczliwie starając się zobaczyć cokolwiek, przebić czarną materię spowijającą wszystko. Na próżno. Przystanęłam obezwładniona wzmagającym się lękiem. Próbowałam iść dalej, lecz nie mogłam. Stałam jak wmurowana.
Wtem usłyszałam za sobą wyraźny szelest i ciche skrzypnięcie. Ktoś był w domu i właśnie stanął na pierwszym stopniu schodów. Zrobiło mi się słabo. Złapałam rękami poręcz, aby nie runąć w dół. Na nic więcej nie mogłam się zdobyć. Skrzypnięcie powtórzyło się jeszcze parokrotnie, za każdym razem wyraźniejsze. Intruz się zbliżał. Stopy wciąż miałam przygwożdżone do ziemi, więc zgarbiłam plecy i zakryłam głowę rękami, chcąc chociaż w ten sposób obronić się przed spodziewanym ciosem.
- Nie rób mi krzywdy - poprosiłam błagalnie, głosem przypominającym skamlenie psa.
Zatrzymał się.
Instynktownie czułam, że nieproszony gość to ON. Kobieta nie wchodziłaby po schodach w sposób tak pewny i emanujący siłą, zresztą czego by ode mnie chciała?
Stał tuż za mną. Prawie czułam bijące od niego ciepło. Byłam pewna, że nie dzieli nas więcej centymetrów niż liczy sobie najprostsza szkolna linijka. Jeszcze moment i intruz zacznie realizować cel swojej nocnej wizyty. Jakiś niecny cel…
- Proszę, nie krzywdź mnie - powtórzyłam szeptem.
Wzdrygnęłam się nerwowo, bo doszło do mnie nagle, że złowrogi osobnik nie może pochodzić z tego świata. Gdyby tak było, już wcześniej wiedziałabym o jego obecności. Drzwi wejściowe przeraźliwie skrzypiały i nie sposób byłoby nie usłyszeć, że ktoś wchodzi do domu. Chciałam ponowić błaganie, ale głos uwiązł mi w gardle. Czekałam więc w napięciu na to aż sobie pójdzie lub…
Poruszył się. Odgarnął mi włosy z lewej strony twarzy i szepnął wprost do ucha:
- Nie bój się.
Oczywiście wcale mnie to nie uspokoiło. W swoim życiu obejrzałam wystarczająco dużo thrillerów, żeby wiedzieć, że takie słowa o niczym nie świadczą. Oprawca stara się uspokoić swoją ofiarę albo, o zgrozo!, siebie, a potem i tak robi swoje.
Poczułam na sobie jego ręce. Łagodnie odwrócił mnie ku sobie. Nie widziałam go, jedynie czułam. Zapach mężczyzny, bo nie mogłam, po prostu nie mogłam myśleć o nim jako o upiorze, był nadspodziewanie przyjemny. Pachniał letnią, nagrzaną słońcem łąką, jeziorem i czymś nieuchwytnym, nie dającym się jednoznacznie zdefiniować. Zapach ten nie oznaczał niebezpieczeństwa, raczej budził zaufanie. Mój strach nieco zmalał.
- Kim… - wyjąkałam z trudem. - Kim jesteś?
Nie odpowiedział. Ujął moje dłonie i podniósł do ust. Zaskoczyło mnie to, ale także uspokoiło. "Po takim wstępie chyba nie zrobi mi krzywdy?" - pomyślałam. Puścił mnie na chwilę i zrobił krok do przodu. Stał teraz na tym samym schodku co ja. Przysunęłam się do ściany nagle znowu przelękła.
- Nie bój się - usłyszałam jego uspokajający szept.
Tym razem te trzy słowa wypowiedziane w absolutnej ciemności dodały mi otuchy. Powoli wyprostowałam przygarbioną sylwetkę i spojrzałam w ciemność, gdzie powinna znajdować się twarz nocnego gościa. Wtedy zrobił krok w moim kierunku. Jeden krok. I już byłam w jego ramionach, i już czułam jego usta zbliżające się do moich; strach opuścił mnie całkowicie.
Kręciło mi się w głowie, lecz było to przyjemne, niczym przejażdżka karuzelą w wesołym miasteczku. Zarzuciłam mu ręce na szyję i oddawałam każdy otrzymany pocałunek, każdy darowany oddech. Razem wirowaliśmy, jeździliśmy razem konno przez zielone, pachnące lasy, fruwaliśmy nad kwiecistymi łąkami, pływaliśmy w szmaragdowych jeziorach pełnych kolorowych ryb, lecieliśmy wraz z kaskadą wodospadu i turlaliśmy się w osobliwych-ciepłych zaspach śnieżnych. Słońce rozświetlało te wszystkie krajobrazy, powstające w mojej rozpalonej głowie, lecz nie ukazywało twarzy mojego tajemniczego kochanka. Cały czas panowała nieprzenikniona czerń. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało i wcale mnie to nie dziwiło. Nie zważałam na te osobliwe paradoksy i inne cuda. Całowałam i byłam całowana. Czule, namiętnie, magicznie… To mi wystarczało, to mi w zupełności wystarczało…
- Kim… Kim ty… jesteś? - udało mi się ponowić pytanie.
- Twoim marzeniem - odpowiedział.
Pocałował mnie jeszcze raz i zniknął. W tym samym momencie ciemność zmieniła swoje oblicze i znów zaczęłam dostrzegać niewyraźne kształty przedmiotów i odcienie szarości.
Zrobiło mi się smutno. Opuściłam wzniesione ramiona, jeszcze przed chwilą obejmujące szyję mężczyzny i dotknęłam swoich ust. Były gorące, lekko nabrzmiałe i, byłam o tym przekonana, zaczerwienione. To nie mogło być tylko marzenie. Marzenie nie mogło ukrwić moich warg. Marzenie nie mogło być t a k realistyczne!
- On był prawdziwy, on musiał być prawdziwy - szepnęłam, przysiadając na schodach.
Nagle jakoś przestało mi się spieszyć do spania i latarki. Skuliłam się i długo siedziałam bezruchu, nie zważając na chłód i mijający czas. Nie pamiętam teraz, o czym myślałam, lecz przypuszczam, że wciąż od nowa przypominałam sobie pocałunki nieznajomego i jego szept. Gorąco bijące od jego ciała, jego miłe dłonie i zapach lata, którym emanował.

Nie boję się już mroku. Nigdy nie zapalam światła, gdy nadchodzi noc. Wpatruję się w jaśniejące zarysy sprzętów i marzę, żeby ich nie widzieć. Pragnę, by znów nastała prawdziwa ciemność, ciemność absolutna, czerń, która otuli mnie i tajemniczego mężczyznę. Bo on wróci… Wierzę głęboko, że pewnej nocy znów przyjdzie.

Data:

 tej nocy

Podpis:

 Julia Nakielska (Ostrowska)

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=26693

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl