DRUKUJ

 

Nigdy nie istniał

Publikacja:

 03-10-19

Autor:

 Graphitowa
Od dobrych pięciu godzin siedział bez ruchu w dużym, starym fotelu, zaraz obok było biurko z włączonym komputerem, na monitorze od dobrych pięciu godzin widniała jego skrzynka i otworzony, nowy e-mail, który stał się przyczyną jego odrętwienia. Gorąca herbata, z którą chciał zacząć nowy dzień powoli stygła, a wraz z jej parą ulatywał sens jego życia. Palce co jakiś czas mimowolnie zaciskały się w pięści, ślepe oczy nie dostrzegały nic, pewnie nawet nie wiedziały, że płaczą. Na zewnątrz wydawał się spokojny, nienaturalnie spokojny, jak roślina, i nie zmieniał się przez bardzo długi czas, jak drzewo. Lecz wewnątrz szalał huragan, a on na swej małej łódce już dawno stracił panowanie, rozwścieczone fale, chciał krzyczeć o pomoc, ale nikt nawet nie wiedział, że tonie. I prawdopodobnie, nikt nigdy się nie dowie. Jego życie już od dawna było pasmem nieszczęść... Istniała osoba, którą pokochał całym sercem, której zapragną, dla której codziennie toczył rozpaczliwą bitwę z własnym życiem. Rozpaczliwą dlatego, że był chory. Przewlekła, nieuleczalna choroba o podstawach psychicznych – anoreksja była wielką przeszkodą, w drodze do szczęścia, tak wielką, że niemal nie do pokonania. Każdego ranka stawał przed talerzykiem z obszerną garścią tabletek przygotowanym przez siostrę i zawsze pojawiały się rozterki... Wziąć czy nie wziąć? Jak wziąć to po co? Aby żyć? A po co? Po co to komu, to moje życie? Po co komu ja? A może by tak nie wziąć? Każdy dzień z kronik jego życia był uzależniony od tego, czy weźmie leki, każdy dzień był męką. Pozbawiony poczucia własnej wartości, spędzał swój żywot wraz ze starszą siostrą, rodzice grzali swoje opasłe dupy we Włoszech, mając gdzieś losy swych dzieci. Siostra miała mało czasu, pracowała i studiowała zaocznie. A on nie miał nikogo, znaczy może kiedyś miał... przyjaciela... Poznali się w podstawówce i wtedy, było świetnie. Lecz po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że coś jest z nim nie tak. Jego przyjaciel stał się dla niego czymś jakby więcej, niż zwykłym przyjacielem. Pewnej nocy, kiedy jego przyjaciel zasną on nie mógł wytrzymać jego bliskości, ciepła jego ciała, zapachu jego włosów. Mimowolnie jego usta zbliżały się do ust śpiącego i może nic by się nie stało, gdyby jego przyjaciel wtedy się nie obudził. Krótko potem okazało się, że nie był prawdziwym przyjacielem, rozgadał wszystko znajomym i już nigdy nie uśmiechał się do niego, tak jak dawniej. Ta pozbawiona tolerancji reakcja innych przyczyniła się do jego zamknięcia się w sobie i wtedy pojawiła się ona – anoreksja. Przyjaciel którego kochał nauczył go nieufności i nauczył go czym jest nienawiść. Po długich latach mroku, bólu i samotności w jego życiu pojawił się ktoś nowy. Brunet w długich włosach, poznali się tak banalnie – przez Internet. W końcu zaczęli spotykać się w realnym świecie. I było dobrze, nawet bardzo. Jego dusza zmartwychwstała, żył tylko oczekiwaniem na kolejne spotkanie z nowym znajomym. Opowiadał mu o wszystkim, o jego małym, smutnym świecie w którym żył dotychczas, a jego znajomy słuchał i słuchał, stając się jedyną osobą, której mógł jeszcze zaufać. Aż znowu jego uczucia niepokojąco urosły... Jego szczerość, którą zawsze tak czule w sobie pielęgnował została nagrodzona e-mailem o krótkim, lecz treściwym tekście „Wybacz, ale ja nie jestem gejem, jestem hetero i nie obraź się... ale wolałbym żebyśmy nie spotykali się już więcej”. Te słowa zburzyły wszystko. Siedział sam w głębokim fotelu, zagubiony, oszukany, choć miał już 18 lat, czasem bardzo przypominał dziecko. Odepchnięte dziecko, tylko dlatego, że inne. Nie mógł zebrać myśli, tym czego potrzebował była miłość, której nie dała mu nawet matka. Powoli, sztywnymi ruchami, w których przypominał maszynę sięgną po duży kuchenny nóż. Kiedyś już znalazł się w podobnej sytuacji, ale wtedy zabrakło mu odwagi. Usiadł w swoim pokoju, w którym zawsze było ciemno, obok leżał pluszowy miś, w obrzydliwie miętowym kolorze. Powoli, delikatnie, smakując ból, smakując samobójstwo zaczął rozcinać kajdany, które całe życie nosił na nadgarstkach. Ciął zarówno swoje ciało jak i swoje życie. Możliwe, że nawet nie zauważył strumieni szkarłatu oblewających jego, łóżko, dywan, ściany... i pluszowego misia, któremu krew nadała upiorny wygląd. Nóż wypadł z jego drętwiejących palców, krew, krew, krew, morza, oceany, strumienie czerwonej posoki. Tracił czucie w dłoniach, rękach, ramionach... Serce biło coraz słabiej, było coraz zimniej, coraz ciemniej, przed oczami pojawiała się mgła, obraz widziany przez niego już dawno zatracił ostrość. I przez tą mgłę dostrzegł siedzącego na fotelu, obok biurka z komputerem jego anioła stróża z rozpaczliwym, załzawionym obliczem. Może jednak był ktoś, kto go kochał? Kto zawsze był przy nim? Nie, to tylko złudzenie, jego tam nie ma. Łzy, anielskie łzy zmieszane z krwią, ból, zapach śmierci, chuda sylwetka konająca w zawsze ciemnym pokoju. Herbata stojąca na biurku w pełni ostygła... Poczuł jak to jest umierać, jak jest znikać, aż w końcu poznał jak to jest zniknąć. Zresztą... przecież on i tak nigdy dla nikogo nie istniał...

Data:

 19.10.03

Podpis:

 Graphitowa

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=2008

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl